Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę Plenacoris - kolejna praca konkursowa

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 19-12-08, 10:02   #1
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie Plenacoris - kolejna praca konkursowa

Plenacoris

Spod rosnącej na wzgórzu wiekowej lipy rozciągał się piękny widok na dolinę pełną ukwieconych łąk i sadów. Smutas siedział w swoim ulubionym bujanym fotelu i z przyjemnością przyglądał się pracującym pszczołom. Niestety, z racji podeszłego wieku wzrok miał już nie ten i nadlatujące robotnice widział dopiero z odległości trzydziestu kroków. Leniwym ruchem sięgną po kielich pełen przedniego miodu, który stał obok niego na nakrytym białym obrusem stole. Pociągnął solidny łyk i uśmiechną się sam do siebie zadowolony z życia. Nagle usłyszał w oddali okrzyk:
- Tu jest! Tutaj!-
Spojrzał w stronę, z której dobiegł go głos. Zza wysokiego żywopłotu wypadła czereda dzieciaków i zobaczywszy go, pędem runęła w jego stronę. Po chwili był już otoczony przez grupę swoich pra i praprawnucząt. Była to spora gromadka, bo wszyscy jego potomkowie wzięli z niego przykład i jak dotąd żaden z nich nie zadowalał się mniej jak dwunastką potomstwa, które latem odwiedzało swojego ukochanego dziadka.
Nic zatem dziwnego, że w czwartym pokoleniu jego rodzina stanowiła większość mieszkańców kilku okolicznych miasteczek, które zresztą sam Smutas zakładał i nadawał im nazwy. Oprócz pobliskiego Smutasowa na południu leżało Berserkerowo i Wielki Topór. Na zachodzie, po drugiej stronie sporego jeziora leżał Walporyj i Bijwroga. Na północy, za starym lasem, znajdowały się miasteczka Innosowo i Zabijsmoków. Na wschodzie, nad brzegiem oceanu położone były Świętoprzymierze i Jebajbeliary.
Smutas przypomniał sobie jakie protesty mieszkańców Podziemia wzbudziła ta ostatnia nazwa. Jak dziś pamiętał przybyłego od nich posła, który dumnie rzucił mu pod nogi pismo ze swoimi pełnomocnictwami i bez ogródek zażądał zmiany nazwy. Zagroził, że jeżeli Smutas tego nie dokona i nie przeprosi ich zakonu, miasto i okolice zostaną spalone i mieszkańcy wycięci w pień. Ponieważ było to przed kilkoma dziesiątkami lat i berserker był wtedy o wiele bardziej zapalczywy niż teraz, zamiast parlamentarnie coś odpowiedzieć, ucapił posła i wsadził mu w dupsko zwinięte w rulon rzucone listy, których nawet nie przeczytał. Potem je podpalił i trzymał ryczącego z bólu beliarowca tak długo aż się papiery wypaliły do końca. Wtedy go puścił i zapowiedział, że jeżeli zobaczy jakiegokolwiek śmierdziela w promieniu trzech dni drogi od osady to tak mu przywali, że w czasie ucieczki jeszcze bardziej będzie się dymiło mu z dupy niż posłowi teraz. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Cztery lądowe wyprawy i dwa morskie zajazdy zakończone pogromem napastników ostudziły zapały wyznawców Beliara. Od tamtej pory żaden z nich nie odważył się zbliżyć nie na trzy, ale nawet na cztery dni drogi od okolicznych miasteczek. Z jednej strony gwarantowało to bezpieczeństwo mieszkańców, z drugiej natomiast powodowało narzekania młodzieńców. A to z powodu zwyczaju jaki sam Smutas wprowadził. Każdy z jego potomków wchodząc w dorosły wiek musiał udowodnić swoją dojrzałość poprzez zatłuczenie co najmniej jednego sługi ciemności. Toteż z każdym rokiem młodzi musieli wyruszać w tym celu w coraz odleglejsze rejony Terytoriów Neutralnych.
- Dziadku, opowiedz nam coś! zawołał pryszczaty wyrostek, który dopadł do niego pierwszy.-

- O smokach! zawołał następny.-

- O zamorskich krainach! - zapiszczała pyzata dziewczynka.
- O wojnach! O orkach! O wyprawach! - przekrzykiwały się dzieciaki.
- Dobrze, dobrze… - Smutas podrapał się w głowę. - Tylko tak nie krzyczcie. Siadajcie tu na trawie i posłuchajcie. Opowiem wam historię z czasów zanim na Terytoriach Neutralnych osiedlili się pierwsi wyznawcy Innosa i założyli tu swoją stolicę. Chcecie?-
- Tak! - chórem zawołały dzieciaki.
- No to słuchajcie. Zaczęło to się dawno, dawno temu… -
***
Rafanor siedział przy stole w swoim laboratorium i starał się czytać księgę z opisem zaklęć tworzących runy przemiany, ale nie mógł się skupić. Ciągle rozpamiętywał coraz częstsze spory jakie zapanowały wśród magów. W Szkole Magów nastąpił wyraźny podział pomiędzy tymi co chcieli służyć Innosowi a tymi dla których ważniejszym bogiem był Adanos. Szczególnie różniło ich podejście do Beliara i jego sług. O ile wyznawcy Innosa uważali że należy wyplenić z powierzchni ziemi to diabelskie plemię, to zwolennicy Adanosa przebąkiwali coś o równowadze i o tym, że każda istota ma prawo do życia, niezależnie od tego jak ją oceniamy. Podobny spór rozciągał się nie tylko pomiędzy magami ale i pośród pozostałych mieszkańców Vengardu. Na przykład paladyni byli gorliwymi wyznawcami Innosa, natomiast kupcy i rzemieślnicy opowiadali się za poglądami prezentowanymi przez wyznawców Adanosa. A ponieważ od lat panował pokój, to właśnie oni mieli coraz większą przewagę i to im sprzyjał siedzący na tronie król Korben VII. W sumie królowi może i bardziej pasowały poglądy innosowców, ale to nie oni zapełniali swoimi podatkami szkatułę królestwa. Konflikt narastał i Rafanor, jako jeden z członków szkolnej kapituły, obawiał się że może wybuchnąć w nieoczekiwany sposób. Musiał znaleźć jakieś rozwiązanie, zanim cały spór zakończy się nieszczęściem.
Od drzwi pracowni dobiegło go pukanie.
- Wejść! - zawołał.
Do komnaty zajrzał jeden z młodszych magów.
- Panie, przyszedł komendant Straży Miejskiej. Mówi, że w ważnej sprawie.-
- Przyprowadź go tutaj.- rozkazał mag.
Po chwili do jego pracowni wkroczył pewnym krokiem Kalman, od przeszło dwudziestu lat pełniący obowiązki komendanta. Był to potężny mężczyzna o tubalnym głosie i ponurym wyrazie twarzy. Rafanor go szanował bo Kalman był nieprzekupny i rozsądny. Zanim wydał opinię starał się zrozumieć wszystkie aspekty danej sprawy.
- Witaj Mistrzu, mam do was ważną sprawę. - gromko zabrzmiał jego głos.
- Znowuż jakiś adept magii zbałamucił córkę jakiegoś rzemieślnika? Czy też na targowisku przypalił zaklęciem tłusty zad któregoś z kupców? - zapytał mag uśmiechając się na powitanie.
- To też. Jak zwykle zresztą. Same utrapienia tą młodzieżą. - odparł Kalman. - Ale tym razem chodzi o coś ważniejszego. Ubiliśmy stwora, który ostatnio ludzi na podgrodziu mordował. No i jak kazaliście nie spaliliśmy od razu jego truchła. Mamy je w koszarach. Zechcielibyście obejrzeć tę poczwarę?-
Rafanor szybko wstał.
- Macie go? To znakomicie! Chodźmy zatem od razu go obejrzeć. Dobrze że nas posłuchaliście. Zbadamy potwora i dowiemy się skąd się wziął. - Mag raźno ruszył do wyjścia.
Wyszli z budynku szkoły i ruszyli główną ulicą miasta w kierunku koszar.
Jak go ubiliście? zaciekawił się mag. Łatwo poszło?
- Łatwo, niełatwo… Raczej mieliśmy szczęście, że w ogóle udało się go ubić. Zanim padł sześciu ludzi mi w strzępy rozerwał. - odparł komendant.
- Duży był? Gdzieście go znaleźli?-
- Sami zobaczycie jak wygląda. A trafiliśmy na niego w kanałach. Pierwsze ofiary mordował i pożerał od razu na miejscu i nie pozostawiał żadnych śladów. Ale wczoraj wieczorem zaatakował dwóch ludzi na raz. Jednym się pożywił a ciało drugiego zabrał na zapas. Ślady krwi wskazywały że wlazł do kanałów. Natychmiast kazałem uzbroić i zaopatrzyć w pochodnie dwie drużyny strażników i posłałem na poszukiwania. Całą noc łazili po podziemiach aż trafili na jego legowisko w jednym ze ślepych korytarzy, co go dwa lata temu przestano drążyć, bo rajcy zdecydowali że ważniejsza jest budowa bardziej reprezentacyjnego ratusza niż skanalizowanie dzielnic biedoty… - Kalman gestem pokazał co sądzi o miejskich rajcach. Gdyby wtedy skończyli kanał, maszkara nie miała by gdzie gniazda założyć. I to tam znaleziono drugie ciało, ale stwora nie było. Okazało się że się na nich zaczaił. Myślał chyba że mu żarcie samo do legowiska przyszło. Rzucił się na strażników gdy wychodzili z tego tunelu. Podobno był tak szybki, że nikomu nie udało się go nawet mieczem trafić. -
- To jak go ubiliście? - zdziwił się Rafanor.
- Chłopaki mieli szczęście, bo by ich wszystkich tam wykończył. Jeden z nich zabrał za sobą, nie wiedzieć po co, bojową kuszę. I gdy stwór się na niego rzucił, zasłonił się nią. Kusza wtedy wystrzeliła a bełt z bliska wbił się poczwarze w podniebienie i do mózgu doszedł. Co prawda nie padła od razu, zdążyła jaszcze kusznika rozerwać na kawałki zanim zdechła. -
W czasie rozmowy zdążyli dojść do koszar Straży Miejskiej. Weszli na ćwiczebny dziedziniec i udali się w kierunku lazaretu gdzie, jak wyjaśnił komendant, były warunki co by stwora zbadać.
W głównej sali lecznicy stał sporych rozmiarów stół, na którym zwykle robiono sekcje ofiar morderstw. Tym razem jednak leżał tam sprawca kilku ostatnich. Mag podszedł bliżej aby przyjrzeć się martwemu zwierzęciu. Było wielkości sporego psa, tylko dłuższe i chudsze. Całe porośnięte gęstym szczeciniastym włosiem, tylko długi cienki ogon pokrywała wężowa łuska. Rafanor przyjrzał się łapom poczwary. Ku jemu zaskoczeniu okazały się chwytne. Miały po cztery palce zakończone ostrymi pazurami. Budowa łapy była nietypowa. Dwa palce były przeciwstawne dwóm pozostałym.
- Nie ma w naturze zwierzęcia, które miałoby takie łapy… - zamruczał pod nosem.
Podszedł na drugi koniec stołu by przyjrzeć się głowie. Tu czekało go kolejne zaskoczenie. Gęsta okrywa z włosia kończyła się niewielką grzywą wokół szyi stwora. Boki głowy i jej szczyt pokrywały gęsto do siebie przylegające pióra a goła skóra wokół oczu pokryta była łuską. Zwierzę nie miało pyska tylko potężny zakrzywiony ptasi dziób, podobny do tego jakie mają drapieżne ptaki. Zajrzał do wnętrza paszczy. Zębów nie było, sterczał tam tylko wbity głęboko w podniebienie bełt. Znad dzioba patrzyły na maga szeroko otwarte oczy martwego potwora. Rafanor aż się wzdrygną bo oczy były całkiem… ludzkie i do tego niesamowicie błękitne.
- Musimy zacząć patrolować kanały. Gdzieś się mogły zalęgnąć inne takie… - Kalman westchnął ciężko. - Ten jeden kosztował mnie sześciu ludzi. Kilka takich i nie będę miał kim porządku w mieście pilnować. Będzie trzeba wystąpić do rajców aby dali pieniądze na zatrudnienie dodatkowych strażników. Ale to straszne kutwy… Poprzecie nasz wniosek? - zwrócił się z pytaniem do maga.
- Wniosek o większe pieniądze możemy poprzeć, czemu nie, ale nie będzie potrzeby patrolowania kanałów.- odparł mag.
- Nie? A jak ta stwora ma gdzieś tam swoich krewniaków? Albo miała młode?
- To nie jest naturalne stworzenie. Ono się nie urodziło. Zostało stworzone na bazie kilku różnych zwierząt. Sam zobacz. Gadzi ogon, tułów zwierzęcia i ptakopodobny łeb. Zresztą na pierwszy rzut oka widać brak narządów rozrodczych. -
- To skąd jest? Nie urodziła się? To może wykluła z jajka? -
- Nie. To magia je stworzyła. Czarna magia nekromantów. Takie stwory się nie rozmnażają. Zresztą na pierwszy rzut oka nie widzę żadnych narządów rozrodczych. -
- Tfu! Na psa urok! Kalman gwałtownie odsunął się od stołu jakby martwe zwierzę wstało aby go zaatakować. - Przeklęci nekromanci… Zaraz wydam rozkazy aby przepytać wszystkich naszych informatorów w mieście czy czegoś nie zauważyli. Gdzieś ten przeklęty mag musi przecież mieszkać. Trzeba będzie sprawdzić wszystkich niedawno przybyłych do miasta. -
Dowódca Straży Miejskiej udowodnił że nie jest człowiekiem rozbierającym włos na czworo. Gdy trzeba było od razu podchodził do działania.
- Nic nie rób. Nie wiadomo czy potwora tu zaczarowano czy tylko przywędrował do miasta. Każ zanieść go do Szkoły Magów. Tam w laboratorium zbadany zostanie dokładniej i może coś dowiemy się o jego twórcy. -Rafanor ostudził zapał komendanta.
- Ale przepytać informatorów nie zaszkodzi. Może szczęście nam dopisze i szybciej go od was znajdziemy? -Kalman nie ustępował.
- Nic nie znajdziecie. Powołanie czegoś takiego do życia wymaga bardzo silnej i mistrzowskiej magii. A to byśmy od razu wyczuli. Ten stwór na pewno powstał daleko stąd. Nie wiem na razie tylko, czy sam tu trafił czy też został tu specjalnie przysłany. Trzeba to zbadać. W końcu dopiero od kilku lat zaczęły się pojawiać w Vengardzie dziwne potwory mordujące ludzi. Mag zasępił się. - Jeżeli to celowe działanie to mamy nielichy kłopot. Szkoda że dopiero teraz nas posłuchaliście i dacie nam truchło stwora do zbadania. Gdybyście nie palili poprzednich może dziś wiedzielibyśmy kto i dlaczego je powołuje do życia. -
Kalman wzruszył ramionami.
- Dziwicie się ludziom, że zniszczyli to co zostało z tych ludojadów? Mścili się za ofiary. Ale macie rację. Dopiero od pięciu lat co kilka miesięcy pojawia się w mieście kolejny potwór. Poprzednio, na wiosnę, to była ta dziwna ośmiornica co żyła w podziemnych wodach i ludzi przy studniach wciągała do środka. A wcześniej? Ten wąż-jaszczurka z sześcioma łapami co pluł jadem? -
- Nie. On był wcześniej. Poprzedniej jesieni to było to skrzyżowanie żółwia z dzikiem co wybijało w podmiejskich lasach grzybiarzy. -
- Macie rację mistrzu! Bydlę miało tak twardy pancerz, że nic go się nie imało. Dopiero wyrzutnia lepiących sieci zdołała go unieruchomić. Jego musieliśmy spalić żywcem w wykopanym dole, bo inaczej nie było jak go ukatrupić. Pamiętam doskonale to polowanie. Gdyby nie te wyrzutnie sieci, to byłoby z nami krucho. A te wyrzutnie to sam wymyśliłem! Kalman z dumą wypiął pierś do przodu. - Grunt to dobre wyposażenie! Takie maszkary to tylko siłą można pokonać. -
- Tak jak tego potwora podobnego do nietoperza co ludziom głowy urywał? O ile pamiętam ukrywał się w wieżycy starego ratusza i załatwiliście go strzelając z katapult. Zniszczyliście przy okazji prawie cały budynek. To gdzieś ze dwa lata temu było? Jakoś chyba zaraz potem wstrzymano prace przy rozbudowie kanałów aby ratusz wyremontować. -dociekał mag.
- Eeee… Musicie o tym wspominać?- Kalman spojrzał na niego z ukosa. Czasem trzeba ponieść pewne ofiary aby pokonać wroga. -
***
Sala posiedzeń Rady Królewskiej była przestronna i jasno oświetlona. Król Korben VII siedział na podwyższonym stolcu przy szczycie stołu i przyglądał się siedzącym dostojnikom. Był tam dowódca królewskich paladynów lord Limbor, komendant straży miejskiej Kalman, dwóch przedstawicieli szkoły magów, arcymistrzowie Rafanor i Venis oraz po dwóch przedstawicieli cechów rzemieślniczych i gildii kupieckich. Pozostałe sześć miejsc zajmowali przedstawiciele arystokracji.
- Musimy coś zrobić z tymi pojawiającymi się potworami. Coraz więcej ludzi opuszcza miasto woląc znosić niewygody na prowincji niż ryzykować życiem tutaj. Jeszcze trochę i sami tu pozostaniemy. Dziś nawet przy głównej ulicy są porzucone domostwa! Macie może jakieś dobre rady? - król Korben spojrzał na przedstawiciela szkoły magów wywołując go wzrokiem do odpowiedzi.
- Wasza królewska mość. - rozpoczął swą wypowiedź Rafanor. -trzy dni temu w końcu dostaliśmy ciało potwora do zbadania. Jak zdołaliśmy ustalić został on magicznie stworzony. Zbudowano go na bazie trzech gatunków zwierząt. Zwykłego zaskrońca, czarnego warga oraz sępa. Oczywiście większość tkanek została poddana specjalistycznej mutacji. Szczególnie ciekawe jest rozwiązanie jakie zastosowano przy immunologii tego zwierzęcia… -
- Zostaw te opisy specjalistom. Podsumuj tylko co odkryliście. - przerwał mu Korben.
- Tak jest, wasza wysokość. Już się streszczam. A zatem potwór został powołany do życia przy pomocy czarnej magii. Magii nekromantów. I to na arcymistrzowskim poziomie. Niestety nie potrafiliśmy odtworzyć tych zaklęć. Jesteśmy jednak przekonani że posłużono się zaklęciami co najmniej z poziomu ósmego i dziewiątego kręgu, jeżeli nie wyższego… -
Dalszą jego wypowiedź przerwały mimowolne okrzyki przestrachu jakie wymknęły się siedzącym przy stole arystokratom i przedstawicielom kupców oraz rzemieślników. Zaległa cisza i mag spojrzał w nagle pobladłe twarze zgromadzonych. Rozumiał ich przerażenie. Sam był tym przestraszony. Mag nekromanta z wiedzą z ósmego lub dziewiątego kręgu? To było przerażające. Nigdy dotąd nawet nie słyszeli o kimś tak potężnym. Sam Rafanor był magiem siódmego kręgu. I tylko dwóch takich było w mieście. O magach wyższych poziomów to słyszało się co najwyżej w starożytnych legendach. Ale nigdy o takim magu - wyznawcy Beliara.
Panujące milczenie przerwał lord Limbor, dowódca królewskich paladynów.
- Jeżeli chciałeś nas nastraszyć to pewnikiem z większością ci się to udało. My, służący w imię Innosa, królewscy paladyni nie cofniemy się przed walką nawet z tak potężnym przeciwnikiem. Ślubowaliśmy polec bez skargi w obronie słusznej sprawy. Lepiej powiedz czy odkryliście gdzie ten mag się ukrywa? Oraz jaką radą możesz służyć aby pomóc nam go powstrzymać. -
- No właśnie!- król Korben odzyskał głos i chciał swoją stanowczością zatrzeć swój przestrach jaki pokazał słysząc o potędze nekromanty.- Musimy go zabić i tyle! -
Rafanor spodziewał się takiej reakcji Limbora, ale uznał, że lepiej udać zaskoczonego. Potrzebował jeszcze trochę czasu aby odpowiedzieć na te pytania.
- Dziś w nocy jest pełnia. A to najlepszy moment na czary lokacyjne i poszukiwawcze. Jutro będę mógł coś powiedzieć na temat miejsca gdzie może znajdować się ten mag. Wtedy też będziemy więcej wiedzieć jak moglibyśmy pomóc. -
- A dzisiaj nie możesz rzucić tych czarów? -król Korben zniecierpliwił się. Każdy dzień zwłoki to o dzień bliżej do pojawienia się kolejnego potwora.
- Wasza wysokość, możemy i dzisiaj to zrobić. Ale podczas pełni te zaklęcia nie pozostawią magicznego śladu. A chyba nie chcemy aby nekromanta zorientował się, że go namierzamy? -odparł mag.
- Nie! - wyrwało się jednemu z arystokratów.
- Musimy być ostrożni. Jeżeli by się zorientował, że wiemy gdzie go szukać mógłby przyśpieszyć nasyłanie na nas swoich kolejnych stworów albo nawet otwarcie nas zaatakować.- kontynuował Rafanor.
- Zatem do jutra. I oczekuję, mistrzu, konkretów.- król dał do zrozumienia, że posiedzenie skończone.
***
Rafanor był zmęczony. Całą noc poświęcił razem z innymi magami nad szukaniem mentalnych śladów zaklęć rzuconych przy powoływaniu do życia maszkary. Osiągnięto połowiczny sukces. Udało im się odkryć tylko kierunek w którym należało poszukiwać, natomiast nic na temat odległości. Był zły, bo Venis nie służył taką pomocą jakiej po nim oczekiwał i przez to wszystko trwało dłużej. Zamierzał po spotkaniu rady królewskiej porozmawiać z nim na ten temat i zapytać go dlaczego nie pomagał, tylko zniknął gdzieś wieczorem i wrócił dopiero nad ranem.
Król Korben siedział na swoim miejscu i groźnie marszczył czoło. Rafanor nagle zorientował się, że coś mu umknęło. Nie wiedział co, ale czuł, że coś się stało, coś, co zaważy nad całą sprawą. Sprężył się wewnętrznie i spróbował wyczuć nastroje obecnych. Arystokraci byli tak samo zaniepokojeni jak wczoraj, ale przedstawiciele kupców i cechów byli dziwnie spokojni. Zaciekawiło go dlaczego, ale tym postanowił się zająć potem.
- Co macie nam, mistrzu, do powiedzenia? - monarcha spojrzał na niego.
- Przypominam, że ten nekromanta jest potężniejszym magiem ode mnie czy mistrza Venisa. Niestety udało nam się ustalić tylko kierunek, w którym należy szukać. Nic nie wiemy natomiast jak to może być daleko. Ten mag umie doskonale się maskować, bo nic też nie dowiedzieliśmy się na temat jego możliwości ani siły. Dlatego nie wiemy jak moglibyśmy teraz pomóc w jego pokonaniu. -
- Czyli stoimy w sumie tam gdzie wczoraj, czyli w polu… - król był wyraźnie niezadowolony.
- Wasza wysokość. - odezwał się lord Limbor. - Możesz liczyć na wiernych paladynów. My się nie poddamy. Już wczoraj wstrzymałem przepustki i rozesłałem wici aby wszyscy paladyni stawili się w naszej siedzibie. W dwa dni będziemy gotowi na każdą ewentualność. Jeżeli sobie tego zażyczysz, możemy w każdej chwili ruszyć z wyprawą na tego wyznawcę Beliara. -
Rafanor uśmiechną się pod nosem. Lord Limbor był aż do bólu przewidywalny. Co jak co, ale na paladynów i ich odwagę zawsze można było liczyć.
- To bardzo dobry pomysł, ta wyprawa. - odezwał się nagle Kadanor, mistrz cechu bławatników. -Zamiast czekać na dalszy rozwój wypadków poniesiemy miecz pod sam nos tego nekromanty! -
- Ale to bardzo niebezpieczna wyprawa. Walka z tak groźnym przeciwnikiem może wymagać od nas pełnego zaangażowania.- wtrącił z zatroskaniem w głosie Galadon, najbogatszy kupiec w mieście.
Rafanora zdziwiła ta troska w głosie Galadona. W końcu kupcy i rzemieślnicy byli po stronie wyznawców Adanosa i stali w opozycji wobec paladynów. Raczej przyklasnęli by temu aby polegli oni w źle przygotowanej wyprawie zamiast troszczyć się o los wyznawców Innosa. Teraz był już całkowicie przekonany, że właśnie rozpoczęto realizację jakiejś przemyślnie uknutej wczoraj intrygi.
- Jakimi siłami dysponujesz?- król spytał dowódcę paladynów.
- Za dwa dni będą wszyscy na miejscu. Razem to będzie prawie trzysta mieczy. Do tego można doliczyć setkę nie pasowanych jeszcze adeptów. Tylko trzeba ustalić jak liczna ma być ekspedycja. -odparł Limbor.
- Nie wiemy czy całe wasze siły wystarczą do pokonania wroga. - Galadon dalej udawał troskę w głosie. - Ale jesteśmy gotowi sfinansować całą ekspedycję.- zaproponował nieoczekiwanie. Nawet na twarzy Limbowa odbiło się zaskoczenie i niedowierzanie.
- Może nasi mistrzowie magii wzięli by udział w wyprawie i wspomogli was swoją mocą? -zaproponował cechmistrz Kadanor.
- Dobry pomysł, ale nie możemy ruszyć wszyscy. Część magów musi pozostać aby bronić mieszkańców gdyby w czasie trwania wyprawy w mieście pojawił się kolejny potwór. - wtrącił się nagle mag Venis.
Rafanora to zaskoczyło. Zawsze wcześniej ustalali swoje stanowiska. Nie rozumiał dlaczego jego towarzysz postanowił włączyć się do dyskusji.
- Mistrzu Rafanorze, jesteś gotów razem z grupa oddanych ci magów wziąć udział w tej wyprawie?- król Korben zwrócił się bezpośrednio do niego.
- Przecież jeszcze nie zdecydowaliśmy czy w ogóle ta wyprawa zostanie podjęta… - mag zaczął zdanie i nagle je przerwał.
Nagle go olśniło i zrozumiał całą intrygę. Wyznawcy Adanosa postanowili pozbyć się z miasta za jednym zamachem wszystkich wyznawców Innosa! Wiedzieli że Limbor zaproponuje działanie więc to wykorzystali. A Venis, który był nieformalnym przywódcą adanosowców przy okazji pozbędzie się ze Szkoły Magów wszystkich zwolenników Innosa z Rafanorem na czele! Kupcy i rzemieślnicy musieli przekupić króla aby poparł te zamiary. Jeżeli Rafanor teraz by odmówił, straciłby szacunek i poważanie u króla a jego wpływy zmalałyby praktycznie do zera. Postawiono go pod ścianą i nie dano pola do manewru. Szczególnie zabolała go zdrada Venisa. Ten wyznawca Adanosa pokazał, że w imię swoich racji gotów jest popełnić każdy czyn i wszystko sobie usprawiedliwić „zachowaniem równowagi w naturze” jak to zawsze mówił.
- Będziemy gotowi. Wezmę z sobą trzydziestu magów i koło pięćdziesięciu nowicjuszy. -skłonił się nisko królowi. - Pozwól panie, że opuszczę was teraz aby jak najszybciej rozpocząć przygotowania.-
Zobaczył ulgę na twarzach kupców i rzemieślników oraz skrzętnie ukrywane poczucie triumfu na obliczu Venisa.
- Masz moje pozwolenie.- król skinął głową. My tu jeszcze zostaniemy aby ustalić jak możemy wesprzeć całą wyprawę.
Rafanor opuścił salę posiedzeń i szybkim krokiem udał się w kierunku wyjścia z pałacu. Miał niewiele czasu aby zrobić to co postanowił.
- Venis nie będzie tak zadowolony jak by się tego spodziewał - mruknął pod nosem.
***
Ekspedycja była już trzy dni w drodze. Przodem ciągnęła się kolumna maszerujących w ordynku paladynów. Za nimi podążało ponad trzydzieści wielkich wozów, każdy ciągnięty przez cztery woły. Jechali nimi magowie i ich adepci. Kolumnę zamykał oddział nie pasowanych jeszcze kandydatów na paladynów.
Rafanor jechał na pierwszym wozie, przerobionym na czas wyprawy w centrum dowodzenia. Obok niego siedział lord Limbor i wesoło pogwizdywał.
- Z czego tak się cieszysz? Nie widzisz jak za jednym ruchem pozbyto się z miasta wszystkich wyznawców Innosa? - zdenerwował się Rafanor.
Limbor spojrzał na niego i westchnął, ale z jego twarzy nie znikało zadowolenie.
- Ech, zawsze myśleliście o mnie, że jako dowódca paladynów nie jestem zdolny do stosowania podstępu i knucia spisków jak pozostali. Ale was zaskoczę. Od samego początku wiedziałem co zamierzają i nawet im w tym pomogłem proponując tę wyprawę. -
- Ale dlaczego? - mag faktycznie był zaskoczony.
- Powołaniem wyznawców Innosa jest walczyć z Beliarem i jego sługami a nie rywalizować z wyznawcami Adanosa. A pozostając w mieście bylibyśmy na to właśnie skazani. Trzeba było z tym skończyć i właśnie nadarzyła się ku temu okazja. Fakt, że ryzykowna, ale gdy się powiedzie wszyscy będziemy zadowoleni. -
- Zadowoleni? A z czego? Nawet jak pokonamy nekromantę, to przed tymi co ocaleją mogą przecież bram miasta nie otworzyć. - Rafanor nie rozumiał na czym miała by polegać intryga paladynów.
- A mogą sobie nawet tę bramę zamurować. Nie będziemy w ogóle wracać. Tu jest nasza przyszłość.- Limbor poklepał się po piersi.
- U ciebie pod pancerzem? Oszalałeś?- Rafanor był już naprawdę zły.
- A i owszem. U mnie pod pancerzem. Mam tu królewski edykt, dzięki któremu nasza przyszłość rysuje się nader różowo. -
- Edykt? Jaki edykt? - mag dał się zaskoczyć.
- Wiedziałem, że adanosowcy pójdą na wszystko aby nas się pozbyć. Zaryzykowałem i postawiłem wszystko na jedną kartę i udało się! Gdy opuściłeś radę powiedziałem królowi że samo pokonanie nekromanty może nie wystarczyć. Tam gdzie rzucał swoje czary nawet po jego śmierci mogłyby powstawać potwory, może nie tak groźne, ale zawsze. A ktoś powinien tam zostać i czuwać nad tym aby się nie rozeszły po ziemi. Powiedziałem królowi, że powinien utworzyć tam dla nas dominium, gdzie moglibyśmy mieszkać i pełnić naszą służbę. Korben nie chciał się na to na początku zgodzić, ale wiedziałem że pomysł podchwycą kupcy i cechy. Wymusili to na królu. No i mamy tu jego edykt. Gdy pokonamy nekromantę, to w promieniu trzech dni drogi od tego miejsca wszystko będzie należało do nas i podlegać będzie wyłącznie naszej jurysdykcji. Nikt, nawet sam król, nie będzie nam mógł tam mieszać swoimi intrygami. Limbor spojrzał z triumfem na maga. Pokonamy nekromantę i założymy tam stolicę wyznawców Innosa!- zawołał.
Rafanor zamilkł zaskoczony obrotem spraw. Tego się nie spodziewał. Królestwo wyznawców Innosa! Możliwość zrealizowania takiego planu warta była każdego ryzyka.
- Co tak milczysz, mistrzu? Zaskoczony? -
- I to bardzo. Dlaczego mnie nie uprzedziłeś o swoich zamiarach? Założenie własnego państwa wymaga wielu wysiłków. Stworzenie całego aparatu administracyjnego, szkolnictwa, wielu służb i innych spraw. To wymaga wiele czasu i złota… -
- O złoto się nie martwcie. Od króla pobrałem żołd dla wszystkich paladynów i adeptów na pięć lat do przodu. Zgrzytał przy tym zębami ze złości, ale nie mógł przy innych pokazać jakim jest sknerą. Drugie tyle dali kupcy i cechy. I jeszcze zapłacili za wozy oraz potrzebną spyżę na wyprawę. Nieźle przetrzepałem ich kiesy. Złota mamy w bród. Zresztą inni też pomogli. Arystokraci zobowiązali się przekazać nam ze swoich włości całe stada bydła i owiec oraz zapasy nasion na zasiewy. Kalman też pomógł. On zawsze był uczciwy i nie miał pojęcia o całej intrydze. Strasznie się tym przejął. Chciał nawet z nami posłać do pomocy oddział straży miejskiej, ale król mu zabronił. Ale mamy za to cztery wozy pełne poskładanych machin wojennych z magazynów straży. Do tego komendant zaręczył nam swoim słowem, że na nasz sygnał podeśle nam kilka wozów z wyposażeniem kuźni i zapasem rudy żelaza. - paladyn spojrzał na maga.
- Nie twierdzę, że stworzenie państwa od podstaw będzie łatwe, ale z waszą pomocą damy sobie radę. My będziemy go bronić, a magowie zorganizują potrzebne struktury.- Limbor zaśmiał się.- O szkolnictwo to chyba nie musimy się martwić. Słyszałam że Venis o mało apopleksji nie dostał gdy zobaczył jak ogołociłeś Szkołę Magów. -
Rafanor też się uśmiechną na to wspomnienie. Dlatego tak szybko opuścił zebranie królewskiej rady aby Venis nie mógł mu w niczym przeszkodzić. A potem nie mógł głośno protestować, bo by mu zarzucono działanie na szkodę ekspedycji, a na to nie mógł sobie pozwolić.
- Kazałem załadować na wozy całą szkolną bibliotekę oraz wyposażenie laboratoriów. Praktycznie zostawiłem im same mury. Lata całe minął zanim odtworzą to co zabrałem. Rzuciłem też na szkolny skarbiec iluzyjne zaklęcie czasowe. Dopiero za tydzień Venis zobaczy że zabrałem również cały zapas magicznej rudy, bo to co tam teraz widzi to tylko złudzenie. -
- Ha! Mieliście bardzo dobry pomysł!- Lord Limbor pokiwał głową z uznaniem. - Zatem mamy solidne podstawy aby nasz los jawił się w pozytywnych barwach. Teraz musimy się skoncentrować na tym aby odnaleźć tego beliarowca i go pokonać. Od tego zależy nasza przyszłość. -
- I to mnie martwi. Nasz przeciwnik dysponuje wiedzą większą od naszej. Obawiam się, że nie będzie to tak łatwe jak oczekujesz. - Odparł mag.
- Ja wierzę w nasze zwycięstwo. - Limbor uderzył się pięścią w pierś aż zadudniło. - Innos nas nie opuści!
- Też mam taka nadzieję. skwitował to Rafanor.
***
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 19-12-08, 10:09   #2
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

Póki szli ubitymi traktami szybko posuwali się do przodu w kierunku jaki wskazywały talizmany zrobione z truchła potwora. Najważniejszy zrobiony był z jego czaszki, która zawieszona na cienkiej nici zawsze kierowała swe oczodoły w miejsce gdzie powołano go do życia. Mniejsze, zrobione z pazurów i kości co kilka dni rozwożono na boki aby wykonać nimi dodatkowe pomiary kierunku. Rafanor osobiście mierzył kierunki jakie wskazywały i po żmudnych obliczeniach wskazywał w którą stronę mają się poruszać.
W ciągu trzech tygodni dotarli na skraj królestwa, pod górskie pasmo, które stanowiło jego granicę. Lokalni górale pokazali im, którymi wąwozami mogą się bezpiecznie przedostać na drugą stronę. Teraz poruszali się po bezdrożach, toteż tempo marszu spadło. Kolejny tydzień przedzierali się przez nieznaną sobie krainę. Była bezludna, ale pełna bogactw. Żyzna ziemia ukazywała przed nimi całe swoje bogactwo. Łąki porośnięte bujną trawą, lasy pełne zwierzyny, rybne rzeki i jeziora. Towarzyszący wyprawie magowie odkryli w mijanych pagórkach złoża rud żelaza, miedzi i złota. Nawet byli przekonani, że gdzieś niedaleko muszą być pokłady magicznej rudy, bo wskazywały na to efekty rzucanych specjalistycznych zaklęć. Niestety nie mieli czasu na dokładniejsze zbadanie struktur geologicznych mijanych ziem. Rafanor ich uspokoił, że czas na to będzie później, gdy już wykonają zadanie, z którym tu wyruszyli.
Wieczorem, gdy zatrzymali się na nocleg, do ognisku przy którym siedział mag podszedł lord Limbor i gestem wskazał mu aby odszedł na stronę.
- Mistrzu, daleko jeszcze? Zaczynają kończyć nam się zapasy. Jeszcze kilka dni i nie będzie czym wołów karmić. Spyże dla ludzi to jeszcze zapewnimy polując na zwierzęta, ale bydło karmione samą trawą wozów nie uciągnie. - dowódca paladynów był trochę zaniepokojony. - Chyba, że je tu porzucimy pod nieliczną strażą i potem po nie wrócimy.-
- Dobrze że przyszedłeś, bo i tak miałem po ciebie posłać. Właśnie zakończyłem ostatnie obliczenia. Pomiary są coraz bardziej precyzyjne. Jesteśmy już prawie u celu. Przed nami jeszcze jeden lub dwa dni drogi. Wszystko wskazuje na to, że naszym celem jest ta samotna wysoka góra na horyzoncie. - Rafanor lepiej okrył się płaszczem przed wieczornym chłodem. -Musimy być ostrożniejsi. Nie wiadomo jakich strażników pilnujących swej siedziby ma ten nekromanta. -
- Każę podwoić straże. Zwiększę też liczebność grup zwiadowczych. Dostaną dodatkowe uzbrojenie. - Limbor od razu wszedł w rolę wojskowego dowódcy ekspedycji. -Zatem nasz cel tuż przed nami. Jedyna pociecha w tym, że nasze przyszłe królestwo będzie w pięknej i żyznej okolicy.-
***
Droga do podnóża góry zajęła im jednak trochę więcej czasu. Dopiero na trzeci dzień do niej doszli. Wszystko z powodu tego co spotkali po drodze. Najpierw natrafili na coś, co okazało się porzuconymi polami, porośniętymi kilkuletnim młodniakiem. Potem doszli do ruin porzuconej wioski, natrafili też na następną i następną. Magowie zbadali pozostałości i stwierdzili że ludzie opuścili je nie tak dawno. Jakieś pięć lub cztery lata temu. Nie odkryli jednak powodu, z którego mieliby tak zrobić. Limbor, w trosce o ich bezpieczeństwo nakazał zwolnić tempo marszu i słał podwójnie wzmocnione patrole na zwiady. Gdy doszli do niewielkiej rzeki wypływającej z podnóża góry jeden z patroli wrócił z ciekawym łupem. Złapano ukrywającego się w zaroślach człowieka. Był to zabiedzony starzec, chudy i wygłodzony, odziany w łachmany. Paladyni, którzy go schwytali natychmiast wrócili z nim do obozu i przyprowadzili go przed obliczę Limbora i Rafanora.
Paladyn chciał go od razu wziąć na spytki, ale mag polecił najpierw nakarmić, umyć i odziać schwytanego tubylca. Dopiero wtedy polecił przyprowadzić go na przesłuchanie. Wytłumaczył Limborowi, że muszą wzbudzić w nim zaufanie a nie go zastraszać.
- Więcej nam wtedy opowie i nie będzie nic ukrywał. A my musimy wiedzieć jak najwięcej.- argumentował.
Starzec popłakał się z wdzięczności za okazaną mu pomoc. Przez cały dzień odpowiadał na stawiane mu pytania. Okazało się że mieszkańców wykończyły pojawiające się nie wiadomo skąd najróżniejsze potwory. Starzec przez wiele miesięcy ukrywał się po lasach żywiąc się korzonkami i leśnymi owocami. Nie wiedział czy ktoś jeszcze ocalał.
- Panie, tu było kilka ludnych wsi. By bartniki i smolarze. Co nam las dał spławialiśmy daleko, daleko rzeką na handel. Nikomu my nie szkodzili i nam nikt nie przeszkadzał. Aż przed pięciu laty pojawił się pierwszy potwór. Taki robal. Niby pająk, ale wielki jak krowa. Ludzi w sieci łapał i wysysał. Potem zniknął ale co kilka księżyców pojawiały się następne przerazy, a każda mordowała wielu ludzi. To i wsie się powyludniały. Większość uciekła, a ci co nie uciekli zostali pożarci. -opowiadał starzec.
- Jesteśmy na miejscu. - stwierdził Rafanor. -To stąd brały się potwory. Akurat pięć lat temu w Vengardzie pojawił się pierwszy z nich, właśnie ten wielki pajęczak.-
Dalsze przesłuchanie wyjaśniło, że budzące zgrozę stwory zanim dotarły do ich miasta najpierw rozprawiały się z okolicznymi mieszkańcami. Niestety starzec nie potrafił powiedzieć dlaczego. Nigdy nie było tu żadnego maga, nikt obcy się nie sprowadził. Nikt nie czcił Beliara.
- Beliara, panie? Nie, nikt mu ofiar nie składał. My dobrzy ludzie! Mieliśmy tylko kapliczki Innosa. - starzec aż się przeraził na pytanie czy między nimi byli wyznawcy Beliara.
Rafanor zaczął go szczegółowo wypytywać o okres zanim pojawił się pierwszy potwór. Ale starzec nie potrafił sobie przypomnieć, aby wydarzyło się wtedy coś niecodziennego.
- Nie panie, nic tu się nie wydarzyło. Nikt nawet w lesie od zwierzęcia nie zginął. No, jednego tylko kamienia zasypały, ale nikt mu nie kazał leźć do tych jaskiń… - opowiadał starzec.
- Jaskiń? Jakich jaskiń? Kiedy to było.- zaciekawił się mag.
- Ano tak na wiosnę. Ale to było z pół roku przed pojawieniem się tego pająka, bo on jesienią tu przylazł.-Starzec skrobał się w głowę aby lepiej sobie to przypomnieć. - To był syn kowala, skarbów szukać mu się zachciało.-
- To nikt wcześniej tych jaskiń nie odwiedzał? A dlaczego? -mag był teraz coraz bardziej przekonany, że może trafił na potrzebne informacje.
- Bo ich wcześniej nie było, panie… To i jak je było zwiedzać? - zdziwił się starzec.
- Jak to nie było? Z nieba wam spadły czy jak? - krzyknął zniecierpliwiony Limbor.
Przerażony gniewem wielmoży starzec padł na kolana i zaczął się trząść ze strachu.
- Nie, wielmożny panie. Zimą zeszła z góry wielka kamienna lawina i odsłoniła wejście. A jak syn kowala zginął pod osypującymi się głazami, to nikt więcej tam na górę nie lazł, bo i po co?-
Mag dał znak ręką paladynowi aby ten się nie odzywał, bo tylko niepotrzebnie straszył przesłuchiwanego.
- Pokażesz nam gdzie jest wejście do tej jaskini? - zapytał.
- Tak panie, to niedaleko. Zaraz za rzeką, tam w górze. Nawet stąd widać do niej wejście.-
Rzeczywiście, tam gdzie wskazał starzec widniało wejście do jaskini. Znajdowało się dość wysoko, zaraz nad kamiennym osypiskiem powstałym na skutek lawiny. Limbor od razu kazał wysłać zwiad w celu znalezienia bezpiecznej drogi. Nie chciał ryzykować wdrapywania się po osuwisku, aby kolejni ludzi nie zginęli z powodu spadających głazów. Patrol wrócił wieczorem z meldunkiem ze znaleźli przejście. Trzeba było iść bokiem wzdłuż kamiennego żlebu, który prowadził akurat nad samo wejście. Droga w dół do samej jaskini była mniej ryzykowna niż wspinaczka pod górę.
Lord Limbor razem z Rafanorem z samego rana udali się osobiście na rekonesans. Mag uważnie badał wejście do jaskini. W końcu przerwał oględziny.
- To nie jest zwykła jaskinia. Jej ściany zostały wygładzone narzędziami. Ktoś wykorzystał naturalną grotę i ją poszerzył. Nawet nietoperze w niej nie mieszkają. Zapewne z powodu wychodzących stamtąd potworów. Musimy wejść do środka i ją zbadać. Trzeba wysłać zwiadowców.-
Paladyn był jednak innego zdania.
- Nieliczny zwiad może nie dać sobie rady gdy trafi na kolejnego stwora czy samego nekromantę. Ruszajmy lepiej całą siłą. Nie ma co odwlekać ostatecznego starcia.-
- W sumie masz rację. Wracamy do obozu się przygotować. Rankiem wyruszamy. -mag przyznał mu rację.
Na drugi dzień o świcie wyruszyli. Obóz pozostał pod strażą adeptów. Otrzymali oni zadanie przygotowania polowego szpitala i zebrania zapasów pożywienia. Wszyscy magowie i paladyni, po krótkiej modlitwie do Innosa ruszyli w kierunku jaskini.
Zwarty oddział złożony z magów i paladynów raźno maszerował pod górę. Trochę zamarudzili przy wejściu do groty, bo Rafanor uważnie badał każdy ich krok. Gdy wszyscy już znaleźli się w środku ustawili się we wcześniej zaplanowany szyk bojowy. Magowie wyczarowali kilkanaście świetlików mających rozjaśniać panujący w jaskini mrok. W pierwszej linii szli uzbrojeni w tarcze i długie miecze paladyni, za nimi ustawił się Rafanor z najzdolniejszymi z magów. On sam magicznie sondował drogę przed nimi a pozostali mieli przygotowane do natychmiastowego użycia bojowe zaklęcia ognia i mrozu. Kolejny szereg stanowili paladyni uzbrojeni w ciężkie bojowe kusze. Reszta w karnych szeregach posuwała się za nimi. Ruszyli w głąb wykutego w skale korytarza. Był dość przestronny. Spokojnie zmieściłby się w nim wóz ciągnięty przez woły. Ściany były suche, bez kropli wilgoci. Powietrze było świeże, co oznaczało że gdzieś daleko przed nimi musi być ujście tunelu.
Posuwali się ostrożnie, cały czas uważnie obserwując panujący przed nimi mrok, gdzie nie sięgało światło świetlików. Spodziewali się, że w każdej chwili mogą być zaatakowani. Korytarz ciągnął się i ciągnął łagodnie prowadząc do góry i lekko skręcając w bok.
- Wygląda na to, że ten tunel prowadzi nas wielką spiralą na szczyt góry. - szepnął Rafanor do idącego obok niego z mieczem w ręku lorda Limbora.
- A niech to licho, idziemy już prawie godzinę i nic się nie dzieje. Czyżby ten nekromanta nas jeszcze nie zauważył? Może nie jest taki mądry i uczony jak podejrzewaliście?- burknął spięty paladyn.
- Też mnie to niepokoi. Nie mam pojęcia dlaczego jeszcze nie zareagował. Sądzę, że przygotowuje dla nas coś specjalnego i chce nas wciągnąć jak najgłębiej do środka góry.-
- Sądzisz że zwali nam na głowy korytarz i pogrzebie nas żywcem w tej skale?- zaniepokoił się Limbor.
- To nam nie grozi. Zbadałem ściany. To lity granit. Nie ma takich zaklęć, które potrafiłyby rozwalić taką skałę. Mniejsze głazy to tak, ale żeby zawalić tunel? To niewykonalne. - uspokajał go mag, ale chyba niezbyt skutecznie do paladyn z niepokojem przyglądał się stropowi.
Szli przed siebie już ponad trzy godziny pokonując ponad dwanaście tysięcy kroków, jak usłużnie powiadomił ich liczący je mag, gdy Rafanor zatrzymał się nagle i podniósł dłoń do góry.
- Czujecie to? - zapytał.
- Niby co? Któryś z twoich podopiecznych sfajdał się za strachu?- zdenerwował się dowódca paladynów. - Mów co się stało? Nic nie widać!-
- Ale czuć. -odpowiedział spokojnie mag. - Wyraźnie czuję lekki powiew powietrza. Musimy zbliżać się do wylotu.-
- Faktycznie… - zgodził się Limbor. -Czuj duch! Zaraz możemy zostać zaatakowani! - zakrzyknął do zbrojnych.

Ci mocniej złapali za miecze i poprawili tarcze. Kusznicy wycelowali broń przed siebie w mrok korytarza. Magowie też się skoncentrowali. Byli gotowi w każdej chwili rzucić najmocniejsze znane sobie zaklęcia bojowe. Przez moment wszyscy stali w bezruchu, ale nic się nie działo. Z mroku nie runęła na nich nawała potworów ani też nie wyleciało żadne zaklęcie.
- Co jest grane? Czy na pewno tu jest jakiś nekromanta? Może pomyliliśmy góry? Albo ten staruch głupot nam naopowiadał? - Dowódca paladynów był rozczarowany.

Chciał walki, a nic się nie działo.
- Nasze talizmany nie kłamały. Potwory powstały tutaj. Ale rzeczywiście nie wyczuwam żadnej nekromanckiej magi… To dziwne i niepokojące… - Rafanor tego nie rozumiał. -Nie mamy co tak stać, ruszajmy dalej.-
Szli w całkowitym milczeniu. Słychać było tylko ich oddechy i szelest kroków. Uszli w pełnym napięciu jakieś dwieście kroków gdy padające ze świetlików światło pokazało, że przed nimi korytarz gwałtownie ostro zakręca. Kolumna się zatrzymała.
- Idź naprzód i zobacz co tam jest za zakrętem. Jak zginiesz, zostaniesz pomszczony. - rozkazał lord Limbor idącemu w pierwszym szeregu młodemu paladynowi.

Ten skinął głową i raźno ruszył do przodu.
- Możliwe, że posyłasz go na pewną śmierć! - wyszeptał Rafanor do ucha Limbora.
- Mówi się trudno. W walce czasem trzeba ponosić skalkulowane ofiary. A młody Herk jest jednym z najodważniejszych. Jego wiara przygotowało go na to, że bez najmniejszej skargi polegnie ku chwale Innosa. Taka jest rola paladynów. - lord wzruszył ramionami.

Odział stał i wpatrywał się w młodego śmiałka. Herk doszedł do zakrętu i poruszał się ostrożnie wzdłuż przeciwległej do skrętu ściany. Zajrzał za zakręt i wyprostował się z ulgą.
- Co tam widzisz?- zawołał Limbor.
- W sumie to nic. Jeszcze ze sto kroków i tunel się kończy. Z tego miejsca widać tylko niebo! - odkrzyknął młody paladyn.
Ruszyli wolno w kierunku zakrętu, a po jego minięciu do wyjścia z tunelu. Poruszali się ostrożnie. Korytarz kończył się sporym placem otoczonym dookoła stromymi skałami.
- Doskonałe miejsce do obrony. - zauważył Limbor. - Jak mają kuszników to wystrzelają nas jak kaczki. Będziemy musieli się przebić w tamto miejsce. - Wskazał ręką niewielki wyłom w otaczających ich skałach.
Zwartym odziałem doszli do środka placu gdy nagle Rafanor rozdzierająco krzynął i zachwiał się na nogach. Gdyby paladyn go nie podtrzymał mag runął by na ziemię. Pozostali magowie z jękiem łapali się za głowy.
- Co jest? Atakują nas? Nic nie widzę! - Limbor trzymał oburącz maga i gorączkowo rozglądał się po skałach.
Nic jednak nie zauważył. Ale to nie oznaczało, że zaraz nie pojawią się ich przeciwnicy.
- Jeż! Natychmiast robić jeża!!!- ryknął na cały głos komendę.
Paladyni zareagowali w mgnieniu oka. Dało o sobie znać ich doskonałe wyszkolenie. Bez żadnych dodatkowych komend błyskawicznie stanęli w szyku. Ktoś, kto oglądałby to z boku byłby zaskoczony, że w ciągu jednej chwili maszerująca kolumna zamieniła się w twierdzę stworzoną przez ścianę tarcz zza których wystawały tylko błyszczące ostrza mieczy. Wyżej sterczał las pik i halabard. Wszystkie kusze były wycelowane w miejsca gdzie mogli pojawić się napastnicy.
Mag z wysiłkiem wyprostował się i otarł nagle spotniałe czoło.
- To nie atak… To nie to… To samo zło…- wyszeptał jeszcze nie całkiem dochodząc do siebie.
- Zło? A co to było? Wszyscy magowie wyglądali jakby ich piorun poraził! To jakieś czary? - Lord Limbor był zaskoczony słowami Rafanora.
- Bariera… Minęliśmy magiczną barierę. -mag doszedł już do siebie.
- Jaka barierę? Nic nie zauważyłem!-
- Bo jej nie widać. Tylko mag ją wyczuje.-
- To teraz zostaniemy zaatakowani? Co robi ta bariera? Pozbawiła was mocy? -zaniepokoił się nie na żarty paladyn.
- Nie, to nie jest żadna bojowa zasłona. Ta bariera ma inne przeznaczenie. -
- Na Innosa! Mów jaśniej!-
- Już wyjaśniam. Tu rzeczywiście rzucane są silne nekromanckie czary. Tylko, że przy tych najpotężniejszych ich astralne echo byłoby wyczuwane przez innych magów już z daleka. Dlatego ten beliarowiec stworzył magiczną barierę, która odbijała astralne sygnały i dlatego nic wcześniej nie mogłem wyczuć. Dopiero gdy znaleźliśmy się w środku astralne echo z całą siłą dało się nam poznać. I to nas zaskoczyło. Nawet nie podejrzewałem, że tak silne astralne zawirowania można całkowicie ekranować. Bez tej bariery byśmy wyczuli tego nekromantę nie ruszając się nawet z Vengardu! To rzeczywiście mag arcymistrz! I to wyższego kręgu niż ja… - Rafanor już się uspokoił i zaczął się wczuwać w otaczająca ich aurę. - Zatrzymajmy się na chwilę, teraz już nie stoi nic na przeszkodzie abym go wyczuł. Może coś się o nim dowiem.
Paladyni trwali w bezruchu wodząc czujnym wzrokiem po okolicy. Zauważyli by nawet latające owady, ale wokół nic się nie poruszało. Wszyscy czekali na reakcję maga.
- To dziwne. To naprawdę dziwne! - ten w końcu się odezwał.
- Co takiego? Wyczułeś coś?- paladyn popatrzył na niego z nadzieją.
- Tu nie ma żadnego maga. Może kiedyś był, ale teraz go nie ma. Czuję tylko echo bardzo silnego artefaktu. Gdzieś tutaj są zaklęte niesłychanie silne nekromanckie czary. Jeszcze się z czymś takim nie spotkałem. Musimy to zbadać.-
- Nikogo tu nie ma? To skąd się biorą te potwory? - paladyn spojrzał na niego z niedowierzaniem. - Na pewno się nie mylisz?-
- Na pewno. Ruszajmy dalej! - Rafanor raźnym krokiem ruszył w kierunku skalnej rozpadliny, nawet nie czekając na stojących w gotowości paladynów.
Dopiero na rozkaz Limbora cała grupa szybko ruszyła za idącym przodem magiem. Rozpadlina doprowadziła ich na skalny taras skąd rozciągał się zaskakujący widok. Z dołu wyglądało, że góra zakończona jest szczytem, ale teraz przekonali się że jest inaczej. Przed nimi była wielka kotlina otoczona wianuszkiem wysokich skał. W jej środku znajdowała się sporych rozmiarów budowla. Wyglądała jak wysoka rotunda przykryta ogromną kopułą. Cała była zbudowana z czarnego kamienia. W ścianach widać było szerokie i wysokie okna. Kiedyś pewnie wypełnione witrażami, bo w niektórych widać było ich pozostałości. Ale reszta okien ziała otworem. Na wprost nich do budowli prowadziła brukowana droga, aż do szerokich schodów, które wiodły do tonącego w mroku wejścia.
Mag stanął nieruchomo, przymknął oczy i trwał przez chwilę w skupieniu.
- To tam. Stamtąd bije ta siła zła. Nigdy jeszcze nie czułem aż takich zawirowań aury. Tam ukryto jakiś bardzo potężny artefakt. -
- No to ruszajmy zbadać to miejsce! Naprzód! - wydał polecenie lord Limbor.
- Stać! krzyknął mag.- Zatrzymajcie się!
- Dlaczego? Coś nam grozi? Przecież sam mówiłeś, że nikogo tu nie ma. - Zdziwił się paladyn.
- Tu wszędzie mogą być ukryte magiczne pułapki. Musimy uważać.-
- A nie możesz ich wyczuć i zneutralizować?-
- Nie z takiej odległości. Ten artefakt emanuje takim złem, że zagłusza wszystko inne. Pułapkę wyczuję dopiero ja się do niej zbliżę.-
- Ale co nam może grozić? Dostaniemy parchów albo sraczki?-
- Mówiłem, że tam mogą być magiczne pułapki, a nie jarmarczne psikusy.-
- Czyli co się może stać? - dopytywał się Limbor.
- Nie wiem. Ale może się nagle okazać że jakiś kamienny posąg ożyje, albo spod ziemi wyskoczy grupa ożywieńców. Najprawdopodobniej to drugie.-
- Ożywieńcy? - wzdrygnął się paladyn. - Trzeba było od razu tak mówić.-
Limbor cofnął się krok do tyłu i to samo nakazał zrobić pozostałym paladynom. Teraz grupa ostrożnie poruszała się w kierunku wejścia do rotundy. Rafanor szedł przodem i uważnie sondował drogę przed nimi. Miał rację, pełno tu było magicznych pułapek. Tylko, że ich działanie rozczarowało spodziewających się najgorszego paladynów. Spod jednej z kamiennych płyt, gdy się tylko zbliżyli, wyskoczył szkielet wysokiego na dwie stopy goblina. Najbliższy paladyn celnym kopniakiem rozsypał jego kości po najbliższej okolicy. Spod kolejnej płyty wypadła czaszka i kłapiąc zębami ruszyła w ich stronę, ale rozsypała się w proch zmiażdżona pancernym butem kolejnego zbrojnego. A kiedy spod kolejnej płyty wyskoczyły dwa szkielety kretoszczurów paladyni nie wytrzymali i ryknęli śmiechem. Ale żaden głośno tego nie skomentował i dalej szli w karnym szeregu zaraz na wiodącym ich magiem. W końcu doszli do samych schodów.
- To miejsce jest od setek, jeśli nie tysięcy lat opuszczone. - odezwał się Rafanor.
- A skąd wiesz? - zapytał Limbor.
- Zobacz, kiedyś to wejście zamykały wielkie wrota. A teraz pozostały tylko resztki zawiasów. Drewno rozsypało się w pył. Jak sadzisz, ile lat potrzeba na coś takiego?
- Rzeczywiście, raczej sporo. Ale te magiczne pułapki były jakieś śmieszne. To mieliby być ci groźni ożywieńcy? Nawet dziecko by sobie z nimi poradziło.-
- Bo nikt ich od stuleci nie wzmacniał zaklęć. Na samym początku służyły do przywoływania całych oddziałów. I jestem pewien, że nie dalibyście sobie z nimi rady. Ale ten znajdujący się w środku artefakt przez całe stulecia zasysał ich moc. Pułapki stawały się coraz słabsze, natomiast jego moc ciągle wzrastała. Gdyby był tu mag nekromanta nigdy by do tego nie dopuścił. Po prostu co jakiś czas likwidowałby te stare i zakładał nowe pułapki. To kolejny dowód, że to miejsce jest od wieków opuszczone.-
- Ale skoro to miejsce jest takie stare, to dlaczego dopiero od pięciu lat zaczęły pojawiać się potwory? Może teraz jakiś nekromanta tu wrócił?-
- Nie. Gdyby tu był, to bym go wyczuł. Podejrzewam, że roztoczona wokół tej kotliny bariera nie tylko miała za zadanie ekranowanie zawirowań aury. Sądzę, że wokół otaczających nas skał postawiono jeszcze jedną, która uniemożliwiała dostanie się tutaj, jak również opuszczenie tego miejsca. Można tu było dojść tylko tunelem, którym my tu weszliśmy. A jak powiedział ten starzec, lawina dopiero pięć lat temu odsłoniła do nich wejście.-
- To niby te potwory czekały tu całe wieki aby się wydostać? Nie wyglądały na takie stare. No i dlaczego nie wyszły wszystkie na raz, tylko jeden co jakiś czas? Potrafisz to wyjaśnić?-
- Niestety nie. I to właśnie mnie niepokoi. Nie mam pojęcia jak one mogły powstać bez udziału maga.-
- To może ten mag co to zbudował, albo jakiś inny był tu i dopiero niedawno odszedł, jak tunel się odsłonił? Albo i trafił tu dopiero pięć lat temu. Trzeba by go teraz poszukać gdzie indziej.-
- Raczej nie. Żaden nekromanta nie pozbawiłby się możliwości zawładnięcia taka siłą zła. To musi być coś innego. Ale wkrótce się tego dowiemy. Chodźmy teraz do środka. - Rafanor ruszył po schodach w stronę wejścia.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 19-12-08, 10:13   #3
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

Budowla okazała się pusta w środku, bez żadnych ścian czy mniejszych komnat. Tylko w jej centrum stała dziwna konstrukcja w obniżeniu podłogi, otoczona kamienną barierką. Jakby mniejsza wersja rotundy. Od wejścia do niej prowadziły w dół dziwnie połyskujące schody, wzdłuż których, po obu stronach, stały rzędy stykających się kolumn. Wszystko to jarzyło się dziwnym purpurowym światłem. Rafanor podszedł ostrożnie z spojrzał w dół stopni. Prowadziły one do niewielkiej krypty w której centrum na niewysokim cokole znajdował się dziwny przedmiot, którego nie dawało się jednoznacznie opisać. Zdawało się że to kula, ale im dłużej się na nią patrzyło zdawała się zmieniać kształty, pulsować i rozrywać. Mag aż się wzdrygnął. Poczuł siłę zła jaka emanowała z tego przedmiotu.
- Co to może być? - zapytał Limbor.
- Nie mam pojęcia. Ale to jest właśnie ten artefakt, który tak silnie emanuje złem. Nie wiem do czego on służy, ale na pewno do niczego dobrego.-
- No to trzeba go zniszczyć.-
- Nie wiadomo czy wejście tam jest bezpieczne.-
- Nie mamy wyboru, trzeba spróbować. Zaraz wyślę tam kogoś na ochotnika. My jesteśmy przyzwyczajeni do ryzykowania swoim życiem. - odparł dowódca paladynów i odwrócił się do stojących za nim podwładnych.
- Herk! - zawołał.
Młody paladyn zbliżył się sprężystym krokiem.
- Jesteś gotów zaryzykować własnym życiem i sprawdzić co jest tam w środku? -
- Tak jest. Ku chwale Inosa! - padła krótka odpowiedź.
Młodzieniec już miał ruszyć przed siebie, gdy z szeregu wystąpił potężny wojownik o marsowym obliczu. Podszedł i skłonił się przed Limborem.
- Panie, pozwól mi spróbować. Herk już raz życiem ryzykował. A nam wstyd, że nie dano i nam takiej szansy. - odezwał się poważnym głosem.
Lord przez chwilę patrzył mu w oczy.
- Dobrze, Rankorze. Idź ty. -
Rycerz uśmiechną się z wdzięcznością. Ujął mocniej tarczę i wystawił przed siebie miecz. Ostrożnie i powoli zaczął schodzić w dół stopni. Pozostali z uwagą mu się przyglądali. Przez pierwsze kilka stopni nic się nie działa, aż do momentu gdy schodzący przeszedł obok pierwszych kolumn. Nagle, w jaskrawym błysku, rozświetliły się one czerwonym światłem i trysnęły z nich krwawe błyskawice otaczając sylwetkę wojownika. Limbor aż cofnął się o krok a Rafanor jęknął z wrażenia. Ale Rankor sprawiał wrażenie jakby tego nawet nie zauważył. Schodził niżej. Minął kolejne kolumny i one też rozbłysły i wyskakujące z nich błyskawice otoczyły wojownika.
- Rankorze wracaj! - zawołał za nim Rafanor.
Ale paladyn nie słuchał, schodził dalej.
- Wróć, to rozkaz! - krzyknął Limbor.
Wyglądało jednak, że żaden dźwięk nie dochodził do schodzącego. Szedł on dalej i tylko co kilka stopni, gdy przechodził przy kolejnym kolumnach rozbłyskiwały one światłem i pokrywały go siecią błyskawic. Wszystko powtórzyło się trzynaście razy zanim paladyn dotarł na sam dół do krypty.
- Chyba nic mu się nie stało. - pomyslał z ulgą Limbor i spojrzał na maga.
Już miał się do niego odezwać gdy zobaczył w jego oczach pełne zaskoczenie. Szybko odwrócił się z powrotem i spojrzał w stronę krypty. Rankor stał nieruchomo, a powietrze wokół niego falowało w dziwny sposób rozmazując jego sylwetkę. Jego ciało wyglądało jakby zaczęło pulsować, gdzieniegdzie puchnąć i zmieniać kształty. Sylwetka paladyna stawała się coraz bardziej rozmazana i niewyraźna. Do ich uszu dobiegł przeraźliwy krzyk torturowanego człowieka.
- Tutaj magiczna pułapka jednak nie osłabła. - przytomnie zauważył dowódca paladynów.
- Nie wiem czy to jest akurat pułapka. Zobacz co się tam dzieje. - powiedział mag pobielałymi wargami.
Stojąca w krypcie sylwetka zaczęła nabierać realnych kształtów, z tym, że to co się wyłaniało z drgającego powietrza w niczym nie przypominało Rankora. Teraz stało tam coś wielkości małego trola z ciałem pokrytym dziwnie połyskująca skórą. Potężnie umięśnione łapy zwisały mu aż do kolan a sterczące z palców pazury prawie do ziemi. Stwór odwrócił się w ich stronę i spojrzał na nich. Jego oczy miały pionowe źrenice i rozbłyskiwały żółtym światłem.
- Zginiecie, a wasze złoto będzie należało do mnie! - ryknęła poczwara dziwnie brzmiącym głosem i ruszyła w ich stronę w górę po schodach.
Rafanor stał jak skamieniały, dopiero w ostatniej chwili Limbor złapał go za rękę i odciągną na bok. Obaj się wywrócili. Dzięki temu pazurzasta łapa zamiast urwać im głowy tylko śmignęła nad nimi. Jęknęły cięciwy kusz i grad bełtów posypał się na potwora. Żaden jednak nie uczynił mu krzywdy, wszystkie bowiem odbiły się od jego skóry. Uzbrojeni w miecze paladyni jak jeden mąż rzucili się w stronę tego, co wcześniej było Rankorem. Tym razem jednak refleksem popisali się stojący pośród nich magowie. Zanim wojownicy zdążyli dopaść do potwora trafiło w niego kilkanaście bojowych zaklęć ognia. Potwór nawet nie zdążył wydobyć z siebie głosu i tylko jego zwęglone ciało runęło na posadzkę. Dwóch paladynów pomogło wstać leżącym.
- Co się z nim stało? O co mu z tym złotem chodziło? - Limbor był jeszcze oszołomiony całym tym wydarzeniem.
- Jeszcze nie wiem, ale postaram się to wyjaśnić. - odparł Rafanor otrzepując szatę. Wynieście to co z niego zostało na zewnątrz, gdzie jest jaśniej. Muszę dokładniej mu się przyjrzeć. I niech nikt nie zbliża się do tych schodów. Sami widzieliście czym to się może skończyć.
***
Wieczorem wszyscy siedzieli przy ogniskach i gotowali strawę. Zwiadowcy znaleźli w jednej ze skalnych szczelin jaskinię ze źródłem z czystą wodą. Dowódca paladynów domyślał się, że trochę tu zabawią i zadbał o zaopatrzenie. Wysłał dwie drużyny na dół po zapasy. Siedział teraz przy ogniu i wpatrywał się w płomienie. Nagle zauważył podchodzącego z drugiej strony ogniska Rafanora.
- I cóż ustaliłeś, mistrzu? - zapytał.
- To niesamowite. Te kolumny same potrafią rzucać zaklęcia bez ludzkiej pomocy. Nikt nigdy nawet o czymś podobnym nie słyszał.-
- Nie? Przecież są pierścienie i amulety dodające siły lub zręczności.-
- To nie to samo. One tylko przekazują swojemu nosicielowi efekt rzuconego na nie zaklęcia. A tutaj te kolumny same rozpoznały obiekt i rzuciły czar. Zupełnie jakby umiały myśleć! Do ich budowy użyto wyjątkowo czystej magicznej rudy. Sam nie wiem dlaczego nie wybuchła. Taka jej ilość w jednym miejscu powinna od razu eksplodować.-
- A co to za czary one rzucają? Możesz je zneutralizować?-
- Nie potrafię. To magia wyższego rzędu niż siódmy. Nawet nie potrafię wyraźnie ocenić jak wysokiego. Te kolumny poddały Rafanora pełnej transformacji. Mijając pary kolumn poddawał się wpływowi kolejnych zaklęć, aż na końcu skumulowały się one i go zmieniły w potwora. To niesamowita transformacja. Wiesz że zbroja stała się częścią jego ciała? Miał żelazną skórę. Miecz przekształcił się w pazury, hełm wzmocnił kości czaszki i zęby. A jego przyrodzenie… -
- Oszczędź mi tych anatomicznych szczegółów, bo i tak się na tym nie znam. -przerwał mu Limbor.- Powiedz czy wiesz już co to za artefakt i do czemu służy?-
- Jeszcze nie. Ale wiem skąd brały się te stwory atakujące ludzi w okolicy. I domyślam się dlaczego trafiły w końcu do Vengardu.-
- Tak?-
- Nekromanta, który to zbudował, lub raczej cała ich grupa, bo wątpię aby jeden człowiek miał tak niewyobrażalną moc, z nieznanego mi jeszcze powodu przed wiekami postanowili opuścić to miejsce. Otoczyli je barierami maskującymi zgromadzone tu zło i wyszli tunelem, którego wyjście ukryli za skalną ścianą. Dodatkowo nad tą kotliną roztoczyli bariery, które nie pozwalały niczemu żywemu dostać się do środka. Przez wieki nic tu się nie działo. A ten artefakt nabierał mocy ściągając siłę zła z całej okolicy. Dlatego było tu tak sielankowo. Tak jak opowiadał starzec, nie było groźnych zwierząt, żadnych epidemii czy nawet nieszczęśliwych wypadków. Całe zło jakie mogło się wydarzyć w okolicy było wchłaniane przez ten przedmiot. Aż do tej nieszczęsnej zimy pięć lat temu, kiedy to pewnikiem zamarzająca woda musiała rozsadzić skalną zaporę i dzięki temu wejście do jaskini zostało odsłonięte. Od tego czasu musiały tu się tunelem co jakiś czas dostawać różne zwierzęta. Nie wiem czy same, czy też ten artefakt przyciągał je do siebie. Gdy schodziły po tych schodach były poddawane zaklęciom i na końcu przekształcały się w potwory. W okolicy miały niewiele ofiar, ale jako stwory stworzone przez siły służące Beliarowi pałały nienawiścią do tego co reprezentował Innos. A to właśnie w Vengardzie mamy jego święte artefakty i tam była największa grupa jego wyznawców. Toteż przyciągaliśmy je jak magnes. -
Rafanor chciał mówić dalej, ale przerwał mu nadbiegający od strony budowli mag.
- Mistrzu! Mistrzu! Coś odkryliśmy! - wołał już z daleka.
- Cóż takiego?-
- Zgodnie z twoim poleceniem przeszukiwaliśmy tę budowlę, oczywiście nawet nie zbliżając się do schodów. - relacjonował zdyszany mag. - Badając ściany budowli odkryliśmy, że z tyłu za tą mniejszą kaplicą ściana jest przykryta iluzyjnym zaklęciem maskującym. I teraz udało nam się je złamać! Okazuje się, że cała ściana pokryta jest runami! Tylko, że nie potrafimy sami ich odczytać.-
- Już tam idę! - Rafanor zerwał się na równe nogi. - To może być przełom, porozmawiamy później. - powiedział do paladyna i już go nie było.
Limbor zrobił jeszcze obchód wszystkich posterunków i położył się spać. Rankiem, tuz przed świtem obudził go podniecony Rafanor.
- Wstawaj! Już wiem wszystko! Udało mi się odczytać te runy! - mag szarpał go za ramię.
Paladyn natychmiast wstał i kazał przynieść śniadanie.
- Siadaj mistrzu i opowiadaj, widzę że całą noc byłeś na nogach.-
Mag przysiadł na przyniesionym zydlu i gryząc opowiadał pomiędzy kęsami jedzenia.
- Miałem rację. Tego miejsca nie zbudował jeden mag. Tu było trzynastu nekromantów. W swoje pysze wszystko opisali runami na ścianie tej budowli! I dzięki temu odkryłem co chcieli zrobić i jak ich powstrzymać! - opowiadał zaaferowany.
- Wyobraź sobie, że postanowili oni zdobyć nieśmiertelność i moc równą bogom! Po latach badań obliczyli jak wiele siły zła będzie potrzebować jeden człowiek aby to osiągnąć. Okazało się, że jest tego potrzeba tak wiele, że nawet stu nekromantów przez całe swoje podłe życie nie potrafiłoby tego dokonać. Toteż postanowili skonstruować artefakt, który gromadził by siłę zła za nich i bez ich udziału. Specjalnie wybrali tę okolicę, bo przed wiekami mieszkało tu mnóstwo różnych niebezpiecznych stworzeń stworzonych niegdyś przez Beliara. Całe stada czarnych troli, wargów, cieniostworów. Były tu nawet smoki i inne plugawe istoty, których nawet oni sami się obawiali. Wybudowali na tej górze swoją siedzibę i po latach starań stworzyli w końcu ten artefakt. Nie mogli tu zostać, bo wyciągnął by on całe zło nawet z nich samych. Otoczyli to wszystko barierami maskującymi i powstrzymującymi wszelkie żywe stworzenia i stąd odeszli. A wiesz kiedy to było? Prawie półtora tysiąca lat temu!-
- Tak dawno? Przecież żaden mag tyle nie przeżyje, chociażby był nie wiem jak potężny. - zdziwił się paladyn.
- Oni też nie wiedzieli jak długo potrwa zanim artefakt naładuje się wystarczającą siłą zła. Uznali jednak, że muszą spróbować, nawet jakby sami mieli tego nie dożyć. Specjalnie się nawet na to przygotowali i pozakładali specjalne zabezpieczenia. Podejrzewam że kilku z nich musiało być magami co najmniej dziesiątego lub jedenastego rzędu! Tak potężnych i skomplikowanych czarów do tego użyli. Przygotowali zaklęcie, które miało rozwalić skały zasłaniające wejście do jaskini, gdy artefakt zbierze w końcu wystarczającą moc. Wiedzieli że wtedy może tu dostać się jakieś zwierze lub człowiek i zaciekawione zejdzie na dół kaplicy. Wtedy kolumny rzucą na niego specjalne zaklęcia zmieniające go w potwora. Domyślali się że potwory pójdą w świat mordować ludzi. Uznali, że jeśli nie oni sami, to żyjący po nich nekromanci na pewno się zainteresują pochodzeniem tych stworów i któryś z nich tu przybędzie. Zostawili pełną instrukcję co zrobić aby zgromadzoną przez setki lat siłę zła mógł pochłonąć jeden człowiek i to przeżyć. Wtedy zyskałby nieśmiertelność i niewyobrażalną moc. W krótkim czasie wybiłby wszystkich wyznawców Innosa i Adanosa i na świecie zapanowałby po wsze czasy Beliar. A my nie możemy do tego dopuścić! Bo artefakt jest już naładowany i tyko czeka żeby obdarzyć swoją mocą jakiegoś nekromantę.-
- Zaraz, zaraz - Limbor nie wszystko zrozumiał. - Przecież Rankor wszedł tam do środka i zmienił się w potwora. I wcale nie okazał się nieśmiertelny ani wszechmocny.-
- To kolejne genialne zabezpieczenia! Z zapisów wynika, że trzynastu nekromantów, magów o arcymistrzowskim poziomie, przez ponad pięćdziesiąt lat opracowywało te zaklęcia. Nie wiem czy kiedykolwiek ludzie zdołają powtórzyć taki wyczyn. -
- Ty… Ty ich podziwiasz? - Paladyn z zaskoczeniem popatrzył na maga.
- Nie, nie ich, ale ich wysiłek. Możesz patrzeć z podziwem na siłę trola, ale to nie oznacza, ze od razu go polubisz. Ale nie odchodźmy od tematu. Ich zaklęcia nadały tym kolumnom prawie ludzki rozum. One właśnie są ostateczna próbą dla każdego kto zechce zyskać tę moc. Rozpoznają tego, kto między nimi przechodzi i wyłapują jego słabości. Wykorzystują je i dokonują zmian i mutacji. Dlatego zwykłe zwierzęta zmieniają się w potwory. A Rankor musiał lubić złoto i kolumny zmieniły go w potwora łasego na bogactwa. Wykorzystały jego słabość przeciwko niemu samemu.-
- Faktycznie, lubił gromadzić pieniądze… - zgodził się Limbor.
- I to jest właśnie zabezpieczenie przed tym aby ktoś przypadkowy nie został tą mocą obdarzony. Tylko nekromanta całkowicie oddany służbie złu i Beliarowi przejdzie przez te schody bez uszczerbku. Wystarczy, że ma najmniejszą, ukrytą nawet przed sobą samym słabość, to te kolumny ją znajdą i wykorzystają przeciwko niemu samemu zmieniając go w żądną krwi bestię. I im więcej zła ona dokona, tym więcej energii wchłonie artefakt.-
- Teraz rozumiem. Ale wspominałeś na początku, że wiesz jak to powstrzymać. Zdradzisz ten sposób?-
- Ależ oczywiście. Metoda nie jest prosta, obawiam się, że możemy ją nawet określić jako samobójczą misję.-
- Paladyni zawsze są gotowi złożyć swe życie ku chwale Innosa! - przypomniał mu Limbor.
- I w tym nasza cała nadzieja. W swym zadufaniu ci nekromanci nawet nie podejrzewali, że zanim tu dotrze jakiś sługa Beliara pojawią się wyznawcy Innosa. Możemy ich pokonać ich własną bronią i złamać zabezpieczenia!- zawołał Rafanor.
- Ale jak?-
- Jak wspominałem, schodami bez uszczerbku na zdrowiu zejdzie tylko ten, kto całkowicie i bez reszty oddany jest Beliarowi i u którego kolumny nie wyczują żadnych słabości. Tak samo przejdzie obok nich bezpiecznie każdy, kto bez reszty oddany jest jakiejś idei. Kolumny nie potrafią rozpoznawać czyichś intencji, one tylko wyczuwają słabości. Rozumiesz?-
- Chyba tak. Jeżeli wejdzie ktoś bez reszty oddany Innosowi to nic mu się nie stanie? Kolumny nie zmienią go w potwora?-
- Właśnie! I w tym nasza szansa!-
- Ale co dalej? Wyznawca Innosa, który pokona te zabezpieczenia stanie się wszechpotężnym i nieśmiertelnym sługą Beliara?-
- To niemożliwe. Jeżeli będzie pełnym sercem oddany temu w co wierzy, to żadne zło tego nie zmieni. Bo jeżeli będzie miał choć najmniejszą słabość, to zmieni się w potwora. A w wierzącego pełnym sercem zło nie wejdzie, a do artefaktu już nie wróci, bo od razu ulegnie on zniszczeniu. Po prostu zniknie bez śladu. Tylko że nie mam pojęcia czy przy tym nie zabije śmiałka, który tego dokona. Po prostu nie jestem w stanie przewidzieć co się z nim stanie.-
- Rozumiem. -odparł paladyn. - To jest zadanie dla najlepszego z nas! Przez stulecia będą o tym legendy opowiadać.-
***
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 19-12-08, 10:16   #4
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

Wszyscy magowie i paladyni zgromadzili się wzdłuż drogi prowadzącej do budowli. Rafanor wyjaśnił im wszystko co odkrył, powiedział co należy zrobić i ostrzegł, że może to być niebezpieczne. Potem lord Limbor stanął przed nimi i zawołał gromkim głosem.
- Nikogo nie można do tego zmusić, ani ja nie dam nikomu takiego rozkazu. Tylko ochotnicy pewni swej wiary mogą tego dokonać. Zastanówcie się do południa i wtedy czekam na pierwszych ochotników.-
Wszyscy mieli prawie dwie godziny na zastanowienie się. W południe przed Limborem i Rafanorem stanęli ochotnicy. Prawie stu dwudziestu paladynów i dwudziestu magów. Limbor zaklął pod nosem.
- Tego się nie spodziewałem. Aż tylu chętnych? Musimy zrobić jakąś selekcję. Tylko jak?-
- Nie ma pojęcia.- odparł zafrasowany mag.
- Już wiem! - paladyn klepnął się ręką w kolano. - Do dokonania tego wyczynu trzeba mieć dużo szczęścia. Niech szczęście więc zadecyduje, który z nich pójdzie pierwszy. Po prostu zrobimy losowanie!-
Rafanor po chwili zastanowienia przyznał mu rację. Przygotowano losy i wszyscy uczestnicy wyciągali po jednym. Szczęściarzem został jeden ze starszych paladynów, sławny z odwagi Margot Srogi.
- No to wyruszam od razu. - odezwał się spod przyłbicy.
- Nie tak szybko. - odezwał się Limbor. - Nic do ciebie nie mam, ale musimy się zabezpieczyć, gdyby ci się nie udało. Najpierw zbudujemy ostrokół wokół kaplicy aby, gdyby ci się nie powiodło, potwór stąd się nie wydostał. Trzeba będzie przygotować pomost dla kuszników i magów rzucających zaklęcia.-
Prace nad zabezpieczeniem pochłonęły im trzy dni wytężonej pracy, bo drzewa do budowy musieli transportować aż spod góry. W końcu skończyli. Limbor podszedł do Margota i go uścisnął.
- Powodzenia bracie. Niech Innos nad tobą czuwa!-
Kusznicy i magowie zajęli swoje miejsca. Margot przez chwilę modlił się do Innosa a potem ruszył w kierunku schodów. Podobnie jak wcześniej Rankora, trzynaście razy otaczały go krwawe błyskawice. Gdy w końcu zszedł na dół jego ciało otoczyło drgające powietrze. Stojący na palisadzie na wprost schodów Rafanor i Limbor wpatrywali się w to z oczekiwaniem.
- Nie powiodło się… - wyszeptał mag cichym głosem. Zamiast Margota stał w krypcie dziwny stwór podobny bardziej do niedźwiedzia niż człowieka. Wzdłuż jego grzbietu ciągnął się rząd długich kolców, z czaszki wystawały potężne rogi.
- Jam jest z was najodważniejszy! Nikt mnie nie pokona! - ryknęła bestia wyskakując z krypty.
Tym razem magowie nie byli potrzebni. Monstrum legło bez ducha naszpikowane bełtami z kusz.
- Jego słabością okazała się pycha. Uwierzył, że jest niepokonany. - Rafanor smutno pokiwał głową.
Ponownie obwołano ochotników. Tym razem zgłosiło się ich już trochę mniej. Właściwy los przypadł w udziale kolejnemu paladynowi, Flikowi z Bragi. Niestety jemu też się nie powiodło. Nie wiadomo jaką słabość odkryły w nim kolumny, bo wyszedł z krypty w postaci wielkiego jaszczura plującego trującym jadem. Do tego bełty nie były w stanie przebić opancerzonej skóry i ogień też się go nie imał. Zanim magowie zdołali go zamrozić trzech kuszników zginęło porażonych jadem poczwary.
Limbor nie mógł na to patrzeć i przy próbie następnych ochotników siedział przy ognisku. Dopiero pod wieczór przyszedł do niego Rafanor.
- Niestety, same porażki. Paladyn Meldion okazał się sadystą, bo zmieniony w coś podobnego do warga skrzyżowanego z pełzaczem zapowiedział nam że będzie nas torturował. Potem był mag Farram. On znowuż zazdrościł siły paladynom. Zmieniło go w wielka łasicę, szybką jak błyskawica. Czterech ludzi zginęło zanim go ubili. Potem dwóch paladynów, obaj naznaczeni byli podobnie jak Rankor słabością chciwości. I na koniec stary mag Zebir. Też bez powodzenia. - Rafanor umilkł zakłopotany.
- A co było jego słabą stroną?- zaciekawił się Limbor.
- Eeee… Chyba słabość do chłopców. Z krypty wyskoczył wielki ni to królik ni to kretoszczur. I do tego z wielkim przyrodzeniem. Jednym susem przeskoczył palisadę i zanim go ubili dwóch ludzi przez niego zginęło.-
- Zagryzł ich?-
- Nie… Rozerwał ich swym członkiem. Od tyłu. - Westchnął mag. - Wstrzymałem dalsze próby. Zbyt dużo ludzi przez to tracimy.-
- Znajdziesz inny sposób na zniszczenie tego artefaktu?
- Niestety, nie ma innego sposobu. Jeszcze raz przestudiowałem te runy na ścianach. Miałem nadzieję, że może coś przeoczyłem, jakąś wskazówkę, ale nic z tego. Musimy znaleźć kogoś, kto wierzy w Innosa pełnym sercem. I nie ma żadnych ukrytych słabostek.-
***
W ciągi następnych trzech dni życie straciło kolejnych dwunastu ochotników. Poległo też prawie dwudziestu spośród tych, którzy mieli pilnować aby żaden z powstałych potworów nie przeżył. Do tego jeszcze jeden z potworów, tym razem latający, zaatakował ich z zaskoczenia podczas posiłku i zanim kusznicy go strącili rozszarpał trzech ludzi. Jak się później okazało nie był to żaden ochotnik. Magowie zbadali truchło stwora i doszli do wniosku że to była zwykła mucha. W jakiś sposób musiała dostać się tunelem do kotliny i niezauważona przez nikogo wleciała do krypty. Za to na zewnątrz, zamiast muchy, wyleciało cos podobnego do krwiopijcy, tylko trzy razy większego i wyposażonego dodatkowo w trzy pary łap z ostrymi pazurami, uzębioną gębę i kolejny kolec jadowy na czubku głowy.
Rafanor był zdesperowany i rozgoryczony. Bezskuteczna śmierć tylu ludzi źle na niego wpłynęła.
- Musimy przerwać te próby. - argumentował Limborowi. -W tym tempie większość z nas zginie do końca tygodnia. Już nie wiem co robić. Sam widziałeś co się stało przez zwykłą muchę. Próbowałem już kilku innych rozwiązań. Bez skutku. Chciałem postawić w kilku miejscach barierę nieprzepuszczającą do krypty żadnej żywej istoty. Usiłowałem też rzucić zaklęcie, które zawaliłoby tę budowlę. Okazało się jednak, że artefakt ma tak silną aurę, że rozprasza każdy bardziej skomplikowany czar. Tylko najprostsze zaklęcia się udają. A one są na to za słabe. Już nie wiem co robić.-
Dowódca paladynów też był zdesperowany.
- Nie możemy się poddać. Ale szkoda mi ludzi. Wstrzymałem już nabór kolejnych ochotników. Dzisiaj tylko ja sam spróbuję wejść do krypty. Wydałem też odpowiednie dyspozycje. Gdyby mi się nie udało poleciłem paladynom aby zamurowali wejście do jaskini i zbudowali pod górą osadę. Mają tam osiąść na stałe i pilnować do końca swych dni aby żaden nekromanta ani nic innego nigdy tu się nie dostało. Mam nadzieję, że magowie też z nami zostaną. Musimy tak postąpić. Naszym obowiązkiem jest zadbać o przyszłość tego świata. Nie możemy pozwolić aby moc tego zła opuściła to przeklęte miejsce.-
- Może to jest właśnie właściwe rozwiązanie? Czyli jednak się tu osiedlimy… - Rafanor spojrzał z podziwem na paladyna, który z beztroską w głosie powiadomił go, że właśnie podjął decyzję o samobójczej misji.
- Ale skoro ty spróbujesz, to ja pójdę następny. Też polecę pozostałym magom aby tu pozostali i pilnowali wstępu do tej kotliny.- zdecydował mag.
Paladyni i magowie byli bardzo poważni. Wiedzieli co mają zrobić i bez słowa skargi się na to zgodzili. Pożegnali się z Limborem i Rafanorem. Po raz kolejny zajęli miejsca przy palisadzie. Tym razem jako dodatkowe zabezpieczenie przygotowano jeszcze sieć z grubych lin, które rozpięto nad wejściem do krypty. Nauczyła ich tego nauczka z latającym potworem.
Limbor był poważny. Zrobił już rachunek sumienia i podyktował skrybie swój testament. Był gotów do próby gdy nagle nadbiegł jeden z paladynów.
- Panie, jeden z naszych wdarł się do środka i chce wejść do krypty! - zawołał.
- Co? Kto? Przecież zabroniłem kolejnych prób! -
- To młody Herk! Zanim go powstrzymaliśmy przeskoczył przez palisadę i stoi teraz tuż przy schodach.-
Limbor pędem rzucił się w kierunku rotundy. Tuz zanim biegł Rafanor. Obaj razem wbiegli na podest zbudowany wzdłuż palisady. Zobaczyli jak młody paladyn klęczy przed schodami pogrążony w modlitwie.
- Herku! Czemu to robisz? Przecież nawet nie zgłaszałeś się wcześniej na ochotnika! Wracaj natychmiast!- zawołał dowódca paladynów.
Młody człowiek wstał z klęczek i odwrócił się w ich stronę. Jego twarz wyrażała wewnętrzny spokój i determinację. Jego jasne oczy błyszczały dziwnym wewnętrznym blaskiem.
- Muszę spróbować, mój panie. Nie mogę pozwolić abyś ty lub mistrz Rafanor ryzykowali swoim życiem. Waszym przeznaczeniem jest założyć tu królestwo wyznawców Innosa. Sam się wcześniej nie zgłaszałem, bo uważałem, ze to prawo przysługuje tym, których uważałem za godniejszych od siebie. Ale dzisiaj usłyszałem wewnętrzny głos, który kazał mi podjąć się tego wyzwania. Wybaczcie i żegnajcie! -zawołał mocnym głosem i skierował się ku krypcie.
Limbora zatkało. Tylko Rafanor zdążył jeszcze zawołać w ślad za młodym paladynem:
- Pamiętaj, musisz mieć serce pełne wiary! Pełne serce!-
Mag maksymalnie się skoncentrował. Poczuł w sobie siłę, jakiej dotąd nigdy jeszcze nie czuł.
- Pełne serce! Pełne serce! - słał telepatyczne sygnały w stronę Herka chcąc w ten sposób pomóc w jego desperacji.
Paladyn wszedł na stopień, potem na kolejny. Przeszedł między pierwszą parą kolumn, które pojaśniały i wyrzuciły z siebie błyskawice. Wszyscy, którzy to obserwowali jęknęli nagle głośno. Krwawe błyski otoczyły sylwetkę młodzieńca. Tylko że tym razem wokół jego ciała rozbłysła błękitna poświata, która nie dopuściła do niego ognia błyskawic. Poświata jaśniała cały czas jakby broniąc go przed kolejnymi zaklęciami padającymi z mijanych kolumn. Herk doszedł do samej krypty i zatrzymał się przed postumentem. Wyciągnął obie ręce w kierunku pulsującego coraz mocniej artefaktu.
- Pełne serce!- zawołał pełnym głosem i złapał go w dłonie.
Rozległ się ogłuszający wszystkich grom. Kryptę wypełniły jaskrawe błyski, na przemian błękitne i czerwone. Przez chwilę migotały oślepiając patrzących i nagle, w jednym jaskrawym rozbłysku, Herk oraz artefakt po prostu znikli, jakby nigdy ich tam nie było. Ziemia się zatrzęsła. Stojące wzdłuż schodów kolumny zaczęły się powoli pokrywać siatką pęknięć. Po chwili obeliski powoli zaczęły pochylać się ku sobie.
- Uciekajmy! Puszczają wszystkie zabezpieczania! Ta ruda zaraz wybuchnie.- Krzyknął na cały głos Rafanor. Wszyscy rzucili się w stronę wyjścia z rotundy. Ledwo zdążyli wybiec na zewnątrz gdy rozległ się kolejny potężny grom powalający wszystkich na ziemię. Całą rotundę otoczyła siatka kolorowych błyskawic i budowla zaczęła znikać, jakby zapadało się w sobie. Nagle błysnęło i rotunda rozsypała się w pył, który rozproszył się w wielki obłok kurzu, oślepiający wszystkich.
- Co się stało? Udało mu się?- zapytał Limbor kaszląc i plując pyłem.
- Udało! Spłynęła na niego łaska Innosa! - zawołał uszczęśliwiony mag.
Dowódca paladynów wstał z ziemi.
- Szybko! Rozkopać tę kupę! Może on jeszcze żyje! - wskazał ręką na kopiec pyłu, który pozostał w miejscu budowli.
Wszyscy rzucili się kopać. Mimo, ze wybrali prawie wszystko, nikogo ani nic nie znaleziono. W miejscu rotundy pozostało tylko wgłębienie w ziemi i nic więcej. Potem okazało się, że bez śladu znikły również magiczne bariery otaczające kotlinę. Rafanor był podniecony.
- Niesamowite. Nie ma nawet najmniejszego astralnego echa potężnych zaklęć, które tu były! Zupełnie jakby nigdy tu się nic nie stało! - mówił zdumiony.
- A co z Herkiem? Cierpiał przed śmiercią? - zapytał zasmucony stratą kolejnego paladyna Limbor.
- Tego nie wiem. Nawet nie wiem czy naprawdę zginął. Nie wyczułem jego śmierci. Zupełnie jakby ta siła zła znikając z tego świata gdzieś go teleportowała.-
- Mówisz, że gdzieś go przeniosło? Możesz sprawdzić dokąd? Natychmiast wyślę paladynów na jego poszukiwanie! - Ucieszył się Limbor.
- To nie była zwykła teleportacja. Jego jakby zabrało z tego świata. Nie wiem, może przeniosło go w czasie? Może kiedyś tu wróci?-
- Będziemy na niego czekać. Jesteśmy mu to winni za to czego dokonał. - odezwał się stanowczym głosem paladyn.
Mag rozejrzał się po kotlinie.
- To wspaniałe miejsce do założenia naszej stolicy. No i musimy wyznaczyć nasze granice w promieniu trzech dni drogi. - zauważył.
- Ale nie zabiliśmy żadnego nekromanty. zauważył dowódca paladynów.
- Nie? Przecież zostało pokonane zło stokroć silniejsze od najpotężniejszego sługi Beliara!- odparł Rafanor.
- W sumie masz rację. Tu założymy nasz królestwo! - postanowił lord Limbor.
- Ale jedno mnie zastanawia. Jak Herkowi się to udało? Był najmłodszym z paladynów, tuż po ślubach. Był odważny, ale jeszcze nie doświadczony. Dlaczego to on, a nie nikt starszy?-
- Jeszcze nie zrozumiałeś? Tylko on miał pełne serce wiary w Innosa. Pełne serce!-
***
Smutas popatrzał na szeroko rozwarte buzie zasłuchanych dzieci. Uśmiechnął się do nich.
- I wtedy założono na tej górze stolicę Królestwa Innosa. Miasto się rozrastało coraz bardziej wokół góry. Aż do dzisiejszego kształtu. I zaczęto je nazywać Plenacoris na pamiątkę ostatnich słów jakie wypowiedział Herk. Bo w starożytnim języku magów i paladynów słowa „pełne serce” brzmiało „plena cor”. Tak zatem powstała nasza stolica i jej nazwa…-

PS. „Plena cor” to po łacinie „pełne serce”.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-08, 11:02   #5
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

Eeeee..... Napiszcie chociaż czy wam się spodobała czy nie....
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 19-02-09, 09:59   #6
Burratos
Jaszczur
 
Burratos awatar
 
Zarejestrowany: październik 2005
Skąd: Dokładnie ;)
Posty: 217
Wyślij wiadomość przez MSN do Burratos Wyślij wiadomość przez Skype™ do Burratos
Domyślnie

Napiszę tak jak napisałem w ocenie konkursu bo nadal mam takie same zdanie:
Cytat:
Według mnie twoja praca jest najlepsza. Czytając Twoją pracę czułem się jakbym czytał książki Pana Andrzeja Sapkowskiego. Bardzo ciekawa akcja, która w miarę czytania stawała się coraz ciekawsza. (nie nudziłem się ani trochę),. Na koniec mała rada: pójdź do jakiegoś wydawcy i staraj się opublikować tą powieść a na pewno stanie się bestselerem.


Ta, nie sądzisz, że sokoro Smutas już znał Twoją opinię, to zamieszczanie jej w tym temacie jest bezcelowe? Ale nie, jak jest okazja do nabicia posta, to trzeba skorzystać... - odp. Russ
__________________


Ostatnio edytowane przez Russel : 19-02-09 o 18:06.
RPG
Burratos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Praca na KnWLzG Sad Statue FanFick 4 10-04-07 08:44
Praca na KnOUS piters2005 FanFick 2 22-10-06 13:52
Fiskus - praca na KnOUS Prosiaq FanFick 3 11-09-06 19:04
Punkty i "praca" Ardhad Pomoc 33 11-07-04 20:36


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.