Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Nasz prywatny demon - kolejne opko o przygodach Hammara i Herka

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 07-07-08, 09:10   #1
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie Nasz prywatny demon - kolejne opko o przygodach Hammara i Herka

Z góry dziękuję za wszelkie zamieszczone uwagi.
Błagam byle tylko nie dotyczył wyłacznie liretów... ritelów... LITERÓWEK.

- Niestety, mimo naszych wysiłków, nie potrafimy wam pomóc. Nie wiemy jak zdjąć z was rzucone klątwy. – Arcymag Balades był zatroskany.
I nic dziwnego że najważniejszy z magów, władający ich zakonnym państwem, nie tryskał radością. Przez ostatnich kilkanaście miesięcy najtęższe umysły z Zakonu Magów głowiły się nad znalezieniem wyjścia z zaistniałej sytuacji. Bezskutecznie. Magowie naprawdę solidnie przykładali się do pracy. W końcu mieli po raz pierwszy w historii do czynienia z takim przypadkiem i ich pęd do nauki oraz wrodzona ambicja nie pozwalały łatwo się poddawać. Herk i Hammar byli niepocieszeni. Nie tak łatwo przecież żyć z klątwą nałożoną przez samego Księcia Demonów!
Początek całej historii miał miejsce gdy pokonali, zresztą dość nieoczekiwanie dla siebie, potężnego maga renegata. Ten umierając wezwał władającą demonami istotę, aby spełniła obiecane mu życzenie. Ślepy los sprawił, że mag zmarł nie dokończywszy go wypowiadać i Książę Demonów w dość oryginalny sposób zinterpretował to co usłyszał. To, że na stałe połączył losy młodego maga i ogromnego wojownika nie było nawet takie złe. W końcu zaprzyjaźnili się i wcale nie przeszkadzało im, że wszędzie razem podróżują. Gorsze było, że w skutek rzuconej klątwy Herk miał zawsze pecha, a Hammarowi bez przerwy dopisywało szczęście. Nawet nauczyli się z tym żyć. Herk był zawsze poważny i ze stoickim spokojem przyjmował ciosy od losu a Hammar trochę tylko narzekał, bo jego ambicja cierpiała na tym, że wszystko mu tak łatwo przychodzi. Ale najgorsze było coś innego. Gdy cokolwiek wspólnie robili, pech prześladujący jednego i szczęście przypisane drugiemu nie działały tak jak trzeba. Skutek tego zawsze bywał nieoczekiwany. I to dla wszystkich uczestników zdarzeń. Magowie doszli tylko do tego, że obie te klątwy wzajemnie wpływały na siebie zakłócając w efekcie rachunek prawdopodobieństwa. Doprowadzało to do tego, że najbłahsze zdarzenie przerodzić się mogło w istne pandemonium fascynujących zbiegów okoliczności i nieprawdopodobnych przypadków.
Nikogo już nie dziwiło, że w obecności Herka i Hammara ryby mogą pływać tyłem albo powiew wiatru ułoży zeschłe liście w batalistyczny obraz. Gdy wchodzili do którejś z karczm od razu przerywano tam grę w kości. Dobrze pamiętano przypadek hazardzisty, który grając na sąsiadującym z ich stole, trzydzieści dwa razy pod rząd wyrzucał po pięć szóstek, zanim dostał nożem pod żebra pomówiony o oszustwo i niehonorowe posługiwanie się zaklęciami. Każde trzaśnięcie drzwiami w ich obecności powodowało, że w najmniej spodziewanych miejscach spadały ze ścian obrazy, wywracały się cenne wazony czy powstały przeciąg wywracał świecznik powodując przy okazji pożar.
Ale najgorsze dla magów było wpływanie tych uroków na rzucane zaklęcia. Szczególnie w głównej ich siedzibie, gdzie znajdowały się główne laboratoria i przeprowadzano najważniejsze eksperymenty. Na czas pobytu Herka i Hammara trzeba było zawieszać wszelkie badania i zakazywano stosowania zaklęć. Arcymag podjął taką decyzję, gdy rzucone w obecności ich obu zwykły czar wspomagający porost włosów, którym jeden z magów chciał zlikwidować tworzącą mu się na głowie łysinę, zmutowało i wszyscy w promieniu kilkuset kroków pokryli się włosiem jak małpy. Tylko golibroda był szczęśliwy, bo okazało się, że rzucony czar miał trzymiesięczną moc działania i dzięki temu w krótkim czasie zarobił na kupno nowej kamienicy w reprezentacyjnej dzielnicy miasta.
Próby odczynienia uroków nic nie dały. Nie zdołano też stworzyć chroniących przed nimi amuletów. Dlatego Arcymag wezwał ich obu do siebie.
- Na pewno rozumiecie, że wasz dalszy pobyt tutaj naraża na niebezpieczeństwo niewinne osoby. O stratach materialnych nie będziemy nawet wspominać. –
Hammar i Herk skinęli potakująco głowami. Zresztą obaj woleli podróżować niż brać udział w eksperymentach, jakie usiłowali na nich przeprowadzać magowie. Choćby dlatego, że polegało to głownie na piciu eliksirów, nie dość że w dużych ilościach to jeszcze ohydnych w smaku. Herk nimi pluł i narzekał że nie ma w nich wcale alkoholu, Hammar zaś dostawał od nich biegunki.
- Pamiętaj Hammarze że wciąż jesteś moim niejawnym emisariuszem. Nie zwolniłem się ze służby. Dlatego dam ci teraz nowe zadanie i wyruszysz w drogę. Jak rozumiem, ty Herku będziesz mu towarzyszył? –
Potężny wojownik skinął potakująco głową.
- Udajcie się teraz do biblioteki. Mag Wyjar da wam listy uwierzytelniające i wyjaśni cel misji. Otrzymacie tez stosowne środki na pokrycie kosztów podróży jak również zapas magicznych kryształów. –
Skłonili się obaj nisko i wyszli z audiencyjnej sali.
Rankiem wyruszyli w drogę. Hammar początkowo namawiał Herka do skorzystania z teleportu, co miałoby znacznie skrócić drogę, ale ten stanowczo stwierdził, że za nic nie zbliży się do tego magicznego urządzenia.
- Znając mojego pecha pewnikiem wylądujemy jeszcze dalej od celu podróży niż mamy teraz. Chcesz zaryzykować? –
Młody mag przyznał mu rację. Toteż ciesząc się blaskiem wschodzącego słońca raźno maszerowali na południe traktem prowadzącym z Rabapatony do granicznego miasta Tarnokreti. Szli pieszo, bo nie było tak silnego konia, który uniósłby ciężar wojownika bez padnięcia dalej niż na dziesięć strzelań z łuku. Hammar zaś jak zwykle podróżował w przebraniu kapłana, a tym, jak wiadomo, wiara nie pozwalała męczyć zwierząt. W oddali za nimi było widać grupkę wiwatujących magów, którzy nareszcie mogli wrócić do swoich badań.
Herk z zadowoleniem poklepał się po sporym mieszku, jaki miał przytroczony do pasa.
- Hojny wasz Arcykapłan. Za tyle złota to bym ze trzy bojowe okręty z załogami wynajął na pół roku. –
- Marzy ci się wojaczka? Jakiś najazd na nadmorskie miasto? Nie martw się, zanim dotrzemy do celu nie raz z niego będziesz musiał skorzystać. –
Hammar wskazał na topór, który wojownik miał przytroczony na plecach. Herk nigdy nie rozstawał się ze swoją bronią. Długi na cztery łokcie uchwyt wieńczyło potężne podwójne ostrze. Mag znał jego historię i wiedział, że ta broń w niewiadomy sposób magazynuje magiczna energię. O mało co nie doszło przez nią do mordobicia. Magowie koniecznie chcieli ją dorwać w swoje ręce, aby ja dokładnie zbadać, a Herk nie miał najmniejszego zamiaru z nią się rozstawać. Gdy ogłuszył trzech pierwszych magów, którzy nie posłuchali jego słownych argumentów zainterweniował Arcymag nakazując im zostawić wojownika w spokoju razem z jego toporem.
- No właśnie. Nie chciało mi się słuchać gadaniny tego maga w bibliotece. Gdzie i po co właściwie idziemy? – Herkowi w sumie obojętny był cel wyprawy. Liczyło się to, że nie musiał siedzieć w jednym miejscu.
- Dwa tygodnie temu napłynęły najświeższe raporty z Cesarstwa Ulsan. Cesarz kilka miesięcy temu ogłosił, że zostanie oficjalnie namaszczony następca tronu. –
- I z tego powodu tam idziemy? – zapytał wojownik.
- Nie, powód jest inny... Nie lubię się powtarzać. Zatem powiedz co wiesz o Cesarstwie Ulsańskim? – Hammar podejrzewał, że będzie musiał Herkowi sporo wyjaśniać. Jako że pochodził on z Północnych Wysp niewiele wiedział o krajach leżących daleko na południu.
- W sumie to niewiele. Tyle tylko, że mieszkają tam skośnoocy ludzie i żółtej cerze i mają cesarza. Kilka razy w czasie wypraw udawało nam się zdobyć pochodzące stamtąd towary. Acha, podobno tam smoki ziejące ogniem u nich żyją. –
- No to posłuchaj. Cesarz rządzi w Ulsanie twardą ręką całym swym krajem. Poddani mają go wręcz za boga. Zgodnie z ich zwyczajami każde miasto daje mu w darze najpiękniejszą dziewicę spośród swoich mieszkanek do jego haremu. –
- A co to jest harem? – zapytał wojownik.
- Jakby to wytłumaczyć... To takie zbiorowisko jego żon. –
- Żon? Juz jedna baba może cię wykończyć, jak na pyskata trafisz. Po co komu więcej? – zdziwił się Herk.
- Nie przerywaj. Jak mówiłem, każde miasto czy większa osada zgodnie z odwieczną tradycją musi mu dać w hołdzie jedną niewiastę za żonę. Podobnie muszą czynić podbite plemiona. A i ambasadorzy z innych państw, aby się wkraść w jego łaski, kupują dla niego najpiękniejsze niewolnice na małżonki. Obecny cesarz ma ich w swoich haremie prawie trzy tysiące. –
- Ile? –
- Prawie trzy tysiące. –
Herk spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Nie nabieraj mnie. Tyle żon? A jak on im wszystkim dogadza? Chędoży je bez przerwy, czy jak? –
- Przecież nie robi tego z wszystkimi na raz... Wszystkie jego żony mieszkają stale zamknięte z wielkim pałacu, gdzie niczego im nie brakuje. A on sobie wybiera tylko te, na które akurat ma ochotę. Podejrzewam, że niektórych pewnie nawet na oczy nie widział. Po prostu takie są tam zwyczaje. –
- Aaa! Tak to rozumiem! I nawet niegłupi pomysł miał z tym zamkniętym pałacem. Chociaż mu się tyle bab po jego pokojach nie kręci... –
Hammar westchnął. Czasem nie miał siły aby tłumaczyć przyjacielowi wszystkich zawiłości odmiennych kultur.
- Jak on z nimi daje sobie radę, to nieistotne. W każdym bądź razie każdy ulsański cesarz ma po kilka setek potomstwa. Rodzi to pewne problemu w przypadku sukcesji tronu. –
- Ja się nie dziwię. To tam muszą panować nieliche wojny domowe jak stary cesarz umiera. Tylu chętnych do zajęcia miejsca po nim... –
- Wcale nie. Ostatnią wojnę domową mieli prawie pięćset lat temu. Z problemem nadmiaru pretendentów do tronu poradzili sobie już wieki temu. –
- Trują ich? – zaciekawił się Herk.
- Nie, pozbawiają ich życia w inny sposób. Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Przed dwoma tysiącami lat, w czasie jednego z Wielkich Przeniesień, kiedy to całe krainy potrafią zamienić się miejscami z tymi z innych światów, na zachód od cesarstwa pojawiła się wielka i nieprzebyta piaszczysta pustynia. Nie ma tam wody, sam piasek i straszne upały. A do tego pustynię zamieszkują przeniesione z innego świata zwierzęta. Wśród nich są ziejące ogniem potwory. -
- Widzisz? Wiedziałem, że mają tam ogniste smoki. –
- Tak naprawdę, to one nie zieją ogniem. Te gigantyczne jaszczury mają specyficzny jad, który samoistnie zapala się na wolnym powietrzu. One tym jadem potrafią pluć na znaczne odległości, a ten leci płonąc. Z boku to rzeczywiście wygląda jakby ogniem ziały. Najciekawsze jest czym one na tej pustyni się żywią. Bo bestie są wielkie, a innych zwierząt tam niewiele i roślinności żadnej... Ale nie o tym miałem mówić, tylko o następcach tronu. – Hammar poprawił sobie na ramieniu podróżną sakwę.
- Zgodnie z tradycją następca tronu może zostać wybrany tylko spośród tych synów, którzy zabija ognistego smoka. Tak więc co kilka czy kilkanaście lat, jak odpowiednia ilość męskich potomków wejdzie w dorosły wiek, organizowane są wyprawy na pustynię. –
- Rozumiem, że tego smoka nie da tak łatwo się ubić i to one rozwiązują problem z nadmiarem następców tronu? Ciekawa metoda. Przy okazji każdy kolejny cesarz to bohater co sam smoka ubił. To i nic dziwnego, że czczą go jak boga. Niegłupio to wymyślili. – Herk z podziwem pokręcił głową.
- Nie tylko ten problem im smoki rozwiązują. Cesarstwo ma żyzne gleby, klimat ciepły, to i żywności im nie brakuje. Sąsiadów podbili już wieki temu. Ludzie mnożą się tak jak króliki a ziemi nie przybywa. Od południa ocean, od zachodu wielkie bagna, od północy góry a od zachodu pustynia. Tylko kilka szlaków handlowych do nich prowadzi. Niegdyś kilkakrotnie kolejni cesarze próbowali słać wojska na północ, ale szlaków łatwo bronić, to i zaprzestali takich wojen. Wpadli na inny pomysł co robić z nadmiarem ludzi. –
- Nadmiarem ludzi? Jak to może być, że ludzi jest za dużo? – wojownik nie rozumiał.
- Boją się głodu. Jak ludzi będzie za wielu, to nie zdołają ich wszystkich wyżywić. Toteż razem z cesarskimi synami na pustynię idą całe armie. Tam każdy trzeci, czwarty i piąty syn wcielani są do wojska. W ostatniej wyprawie wzięło udział prawie stu męskich potomków cesarza i ponad trzystutysięczna armia. –
- A ilu wróciło? –
- Tym razem z synów to żaden. A niedobitki wojska zliczono na niecałe dwa tysiące ludzi. –
- Resztę smoki wybiły?
- Dokładnie. –
- No i ty się zastanawiasz czym się gadziny na pustyni żywią. Jak im cesarz co kilka lat tyle żarcia na własnych nogach do nich wysyła... A ludzie się nie buntują? Tak iść na pewną śmierć? –
- Oni uważają pożarcie przez smoka za wielką łaskę. Wierzą, że wtedy idą na służbę do Dobrych Bogów. Cesarze sowicie kapłanów opłacają, to i ludzie tam religijni bardzo. Oprócz wojsk z przymusowego zaciągu na pustynię idą też odziały złożone z ochotników. –
- A Arcymag nas wysłał, żebyśmy dorżnęli tych co ocaleli? – zapytał Herk z przekąsem.
Hammar spojrzał na niego ciężkim wzrokiem.
- Nikogo nie będziemy dożynać. Tam spośród ocalałych z wyprawy rekrutuje się nowych kapłanów. My mamy inne zadanie... –
- To co mamy zrobić? –
- Magowie w każdej ekspedycji umieszczają swoich zaufanych ludzi. –
- Czyli szpiegów? –
- Niech ci będzie, że szpiegów. Dwóch z nich ocalało. Okazało się, że tym razem wojska dotarły na pustynię dalej niż ich poprzednicy. I zanim ich smoki powybijały zauważyli w oddali ruiny jakiegoś miasta. I podobno ludzi. Choć co do tego, to nie są pewni, bo z daleka patrzyli. Ponieważ nic dotąd nie było wiadomo o jakimkolwiek mieście w tej części świata, Arcymag nam zlecił, żebyśmy to zbadali. To ważne i odpowiedzialne zadanie. –
- Pierdu, pierdu... Po prostu chce nas się pozbyć na stałe. Liczy, że poczwary nas tam zeżrą i nie wrócimy. Akurat, miasto na pustyni! Spotkałem kiedyś bywałego kupca, który mi mówił, że na pustyni zdarzają się omamy. Niby o kilkaset kroków widzi się drzewa, a tak naprawdę, to są o wiele dni marszu dalej. –
- Takie zjawisko, to fatamorgana... A miasto nie było przywidzeniem. Zanim je odnaleźli armia trafiła na fragmenty przysypanej piaskiem wykładanej kamieniem drogi. A każda droga do jakiejś osady prowadzi... –
- No to je odnajdziemy. Wyciągaj zatem nogi. Szybciej tam dojdziemy, szybciej wrócimy. –
- Nie spiesz się tak. Wiesz jak to daleko? –
- Niby skąd? –
- Jak sądzisz, ile dni tam będziemy iść? -
- Ja wiem? Ze trzy czy cztery tygodnie? –
Hammar pokręcił przecząco głową.
- Dwa miesiące? –
- Zaraz coś ci pokażę. –
Mag podniósł do góry rękę z kosturem. Z wieńczącego go kryształu popłynęła struga światła, wprost na leżącą przed nimi drogę. Tuż u ich stóp wyświetliła się wielka mapa.
- To jest narysowany w pomniejszeniu cały nasz świat. Tu u góry widzisz Ocean Północny . O, tutaj jest półwysep Zakonu Magów. A tu, prawie na samym dole jest Cesarstwo lsdjgha. Z jego lewej strony masz pustynię, o której wspominałem. –
Herk z ciekawością przyglądał się mapie.
- A gdzie są Północne Wyspy? Jakoś ich nie widzę. – pochylił się nad mapą.
- O tu u góry. Te małe kropki. – Hammar wskazał mu końcem kostura.
- Ale ten nasz świat jest wielki... – do wojownika dopiero teraz dotarło jak długa droga ich czeka.
- No to jak długo będziemy tam wędrować? – zapytał.
- Kupieckim karawanom, tym najszybszym, zajmuje to rok. My pieszo poruszamy się szybciej niż ciężkie wozy. Jak nie będziemy się na długie popasy w mijanych miastach zatrzymywać to powinniśmy zdążyć w pół roku... –
- Zawracamy. – wojownik gwałtownie się wyprostował.
- Jak to? Przecież Arcymag nam kazał... Nie możemy mu się sprzeciwić! – Hammar się przestraszył reakcji swojego przyjaciela.
- Powiedziałem że zawracamy a nie że tam nie idziemy. Idziemy do teleportu. Gdzie by nas nie przeniósł, i tak będziemy bliżej celu podróży niż teraz. –
Ruszyli w z powrotem w stronę miasta. Zauważono ich gdy podeszli do pierwszych zabudowań. Wśród magów wybuchła panika. Jedni załamywali ręce, inni ciskali z rezygnacją trzymanymi w rękach kosturami. Kilku zaczęło rwać sobie włosy z głowy. Wędrowcy zdążyli zrobić jeszcze kilka kroków, gdy nagle, tuż przed nimi pojawiła się w błysku postać Arcymaga.
- A wy gdzie? Nie słuchacie moich rozkazów? – zagrzmiał.
W jego oczach błyskały groźne ogniki.
- Ależ skąd... – Hammar się nisko skłonił.
- Postanowiliśmy jednak skorzystać z teleportu, żeby drogę sobie skrócić... –
Arcymag odetchnął z ulga i szeroko się uśmiechnął.
- Ależ oczywiście, moi synkowie. Teleport... Idźcie tam czym prędzej! –
Skłoniwszy się przed majestatem ruszyli w stronę wieży, gdzie znajdował się główny teleport. Napotykani po drodze magowie pierzchali przed nimi przerażeni na boki. Magowi dyżurującemu przy punkcie przesyłowym tak się z nerwów trzęsły ręce że Hammar musiał mu pomagać ustawiać kryształową gwiazdę na potrzebne koordynaty. Błysnęło i przed nimi otworzyło się przejście.
Dopiero po trzech dniach dotarli do ulsańskiego miasta Frutoksaru. Musieli aż kilkanaście razy korzystać z teleportów u domach magów rezydentów w kolejnych miastach. Oczywiście wszystko przez Herka, bo jego pech spowodował, że zamiast najkrótszą drogą przemieszczali się zygzakiem. Za sobą pozostawili szlak najdziwniejszych zdarzeń.
Po pierwszym przejściu zaskoczyli maga rezydenta, który nie spodziewał się takich gości. Na ich widok wypadła mu z rąk cenna zabytkowa amfora, którą właśnie zakupił po kilkuletnich targach od jednego z kolekcjonerów. Naczynie upadło na podłogę, ale dziwnym trafem nie stłukło się, tylko potoczyło w stronę stojącego przy ścianie regału. Na oczach zaskoczonego maga amfora dotoczyła się do mebla i lekko w niego stuknęła zatrzymując się w miejscu. Gospodarz już miał odetchnąć z ulgą, gdy do jego uszu dobiegło niepokojące skrzypienie. Cały zastawiony kolekcją zabytkowych naczyń regał powoli zaczął się przechylać do przodu. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować mebel runął z rumorem na podłogę rozbijając na drobne kawałki cała kolekcję, pieczołowicie gromadzoną przez kilka dziesięcioleci. Rezydent zemdlał, a Hammar od razu uruchomił teleport zanim ich przybycie spowoduje następne nieszczęścia.
U kolejnego rezydenta było spokojniej. Tylko w czasie kolacji, gdy mag chciał ich poczęstować musującym winem, korek z butli wyskoczył tak pechowo, że trafił prosto w wiszący nad stołem kryształowy żyrandol, który runął na stół gruchocząc całą reprezentacyjną zastawę z importowanej porcelany. Wino chlusnęło strugą z butelki wprost na wiszący na ścianie cenny obraz, bezpowrotnie go niszcząc, gdyż wino rozpuściło akwarelowe farby.
Rezydenci musieli powiadomić o ich podróży pozostałych magów, ponieważ od tamtej pory lądowali w pomieszczeniach dokładnie opróżnionych z wszelkich mebli.
Mag rezydujący w Frutoksarze przezornie przeniósł teleport dość daleko od swego domostwa umieszczając go w starej i rozpadającej się szopie. I słusznie uczynił, bo szopa w nieoczekiwanie się rozpadła, gdy tylko podróżnicy zdążyli opuścić teleport.
Herk odrzucił na bok przykrywające ich połamane deski. Był cały podrapany. Hammarowi oczywiście nic się nie stało.
- Dobrze, że tak szybko przybiliście! – przywitał ich mag rezydent.
- Ze stolicy wyruszyła kolejna ekspedycja i jutro tu do nas dotrze. Będziecie mogli do niej dołączyć. –
- Kolejna? – Zdziwił się Hammar.
- Przecież dopiero co stracili na pustyni kilkaset tysięcy ludzi. Myślałem, że następna zorganizują dopiero za kilka lat. –
- Mają tu akurat spore przeludnienie i stąd kolejna wyprawa, i to o wiele liczniejsza od poprzedniej. Samych cesarskich potomków bierze w niej udział ponad trzystu. –
- Coś obecny cesarz nieźle się przykładał do swych małżeńskich powinności. Ciekawe, czy wyszło mu to na zdrowie. – stwierdził Herk.
- Nic mu nie zaszkodziło. Ciągle jest jurny jak buhaj. Za dwa, trzy lata pewnikiem będzie kolejna wyprawa. W sumie to po części nasza w tym zasługa. –
- Magów? – wojownik spojrzał na niego uważnie.
- Czyżbyście za jego plecami po kryjomu odwiedzali jego harem? –
Mag spojrzał na niego oburzony.
- Ależ skąd! Akurat naszą zasługą jest jego jurność. –
- Możesz wyjaśnić? –
- Oczywiście. Obecny cesarz jako młody władca miał pewne kłopoty z potencją. A do tego wolał igraszki z młodymi chłopcami we dworze, niż spędzać noce w haremie, jak obyczaj karze. –
- I jak mu pomogliście? Rzuciliście po cichu na niego urok? –
- Nie ingerujemy w politykę wewnętrzną krajów gdzie rezydujemy. - mag dumnie się wyprostował.
- Sam cesarz się zwrócił do nas o pomoc. Tutejsi kapłani dbający o zachowanie ciągłości dynastii mają skuteczne metody na to, aby każdy kolejny cesarz za wszelka cenę starał się o potomków. –
- W jakiż to sposób? –
- Zanim władca dorobi się pięciu pierwszych męskich potomków, na rubieżach cesarstwa w zamkniętych klasztorach żyją jego przyrodni braci, którym też udało się pokonać pustynnego smoka. I każdy z nich na wyprzódki stara się mieć jak najwięcej potomstwa, bo najpłodniejszy ma szanse zastąpić nieudolnego cesarza. Dopiero jak jest kim obsadzić tron, to im się umiera na suchoty czy wskutek ukąszeń jadowitych owadów... –
- To rzeczywiście skuteczna metoda. – stwierdził z podziwem wojownik.
- Cesarz zaprosił do stolicy pięciu magów, którzy specjalizowali się w leczeniu takich przypadłości. Każdemu zlecił przygotowanie niezależnie od pozostałych stosownych eliksirów. Magowie nieźle się napracowali, bo każdy musiał przygotować spory antałek eliksiru. -
- Po co aż tyle? – milczący dotąd Hammar włączył się do rozmowy.
- Wystarczy przecież tylko jeden łyk magicznego specyfiku, aby wywołać pożądane efekty. –
- To sprawa tutejszych obyczajów. Kapłani pilnujący zdrowia i życia cesarza nikomu nie dowierzają. Nawet nam, magom. Z każdego antałka odlewano potrzebną ilość a resztę wlewano do miejskich wodociągów, aby sprawdzić, czy to nie trucizna. –
- Faktycznie tutejsi kapłani mają nietypowe, choć skuteczne metody. – Hammar pokręcił z niedowierzaniem głową.
- I co, eliksiry zadziałały? – zapytał.
- I to jeszcze jak! Wiecie jaki tu mają od tamtej pory przyrost naturalny? W stolicy piętnaścioro dzieci w rodzinie to norma... A do tego ostatnie dwa lata nie były zbyt pomyślne dla zbiorów. Najpierw roślinna zaraza, a tym roku plaga szarańczy. Mieszkańcy wyjedli prawie wszystko ze spichrzów i jak nnie pozbędą się zbytecznych gąb do karmienia grozi im głód. Na szczęście dla nich pojawiła się niedawno na niebie kometa i kapłani rozgłosili, że to znak od Dobrych Bogów, że niby nowych sług potrzebują. Samych ochotników na wyprawę zgłosiło się prawie pół miliona... –
- To jak liczna armia zmierza na pustynię? – zapytał Herk.
- Ponad półtora miliona żołnierzy. –
Obaj podróżnicy zagwizdali z podziwem.
Wielka armia maszerowała przez Frutoksar sześć dni. Każdy z cesarskich synów miał do dyspozycji pięciotysięczny oddział żołnierzy uzbrojonych w długie piki i wielkie tarcze. Wędrowcy dołączyli do jednego z ostatnich oddziałów. Był to pomysł Hammara, który przekonywał, że lepiej niepotrzebnie nie ryzykować marszu w szpicy.
- A tak, gdy dojdziemy na miejsce, smoki będą już trochę zmęczone. – Herk niechętnie przyznał mu rację. Nigdy nie widział tych stworów i był ich bardzo ciekaw.
Po dwóch tygodniach forsownego marszu dotarli na skraj pustyni. Tam, w specjalnie wybudowanym na potrzeby pustynnych ekspedycji forcie, żołnierze pobrali z magazynów zapasy żywności i napełnili bukłaki wodą z głębokich na ponad dwieście łokci studni. To było najdalej na zachód położone miejsce gdzie żyli ludzie.
Nazajutrz kolejna grupa potomków cesarza rozstawiła swe zwarte oddziały w kilkusetkrokowych odstępach i szerokim wachlarzem ruszyli na pustynię. Upał był straszliwy. Na szczęście Hammar miał na to sposób. Zawiesił sobie i Herkowi na szyjach magiczne amulety, które otoczyły ich niewidzialną barierą powstrzymującą najbardziej palące promienie słońca. Dzięki temu nie cierpieli tak z powodu słonecznego żaru jak pozostali. Co chwilę kolejny żołnierz walił się nieprzytomny na ziemię na skutek słonecznego udaru. Nikogo to nie powstrzymywało. Leżącym zabierano ich bukłaki z wodą i pozostawiano nieszczęśników samych sobie w piaskach pustyni.
Maszerowali tak trzy dni, zanim trafili na pierwsze ślady walki. W piasku walały się strzępy odzienia i porozrzucane uzbrojenie. Herk uważnie przeszukał jedno z pobojowisk. O dziwo, nie znalazł ani jednego ciała. Żadnego z żołnierzy to nawet nie przestraszyło, bo towarzyszący im kapłan wyjaśniał, że zaginieni trafili już na służbę do Dobrych Bogów.
W południe, gdy oddział, któremu towarzyszył Herk i Hammar wdrapał się na wysoką wydmę mieli okazję zobaczyć pierwszego ognistego smoka. Pierwszy zauważył go Herk. Zatrzymał się i wskazał ręka coś na horyzoncie.
- Zobacz, coś się stamtąd zbliża! –
W oddali było widać obłok kurzu. Cos zbliżało się bardzo szybko do maszerujących oddziałów.
- I tam! Stamtąd też! – pojawiły się kolejne obłoki kurzu.
Dowodzący oddziałami młodzieńcy też je zauważyli. Wykrzyczano rozkazy i każdy z oddziałów skupił się w wielkie najeżona ostrzami pik koło otaczające swojego dowódcę.
Najbliższy z obłoków skierował się w stronę sąsiadującej obok grupy żołnierzy. Dało się juz zauważyć sylwetkę potwora. Smok okazał się wielką jaszczurką na długich łapach o sylwetce przypominającej charta. Był szczupły i pędził przed siebie ogromnymi susami. Pokryta łuskami skóra miała kolor piasku. Tylko wzdłuż kręgosłupa ciągnął się grzebień z krwistoczerwonych wypustek. Smukła głowa umieszczona na długiej szyi przyozdobiona była dwoma rogami umieszczonymi nie obok siebie, ale jeden za drugim. Wysoko uniesiony długi ogon miał na końcu kościane wypustki. W kilku skokach smok dobiegł na odległość strzału z łuku do trzymających pochylone piki żołnierzy, którzy ustawili ze swoich tarcz zwartą ścianę. Teraz można było dokładniej ocenić jego wielkość. Długi był na ponad trzydzieści kroków i prawie piętnaście łokci wysoki. Jaszczur przysiadł na tylnych łapach i wysunął do przodu rogaty łeb. W stronę wojska wytrysnęła z otwartej paszczy długa struga ognia dolatując prawie do samego centrum oddziału. Rozległ się przeraźliwy krzyk palonych żywcem ludzi. Wszyscy, którzy stali na drodze płonącej strugi padali płonąc na piasek. O dziwo nie wybuchła panika. Żołnierze zwarli szereg zadeptując płomienie i leżących martwych towarzyszy. Przed potworem znowu widać była jednolitą ścianę tarcz.
- Ale dyscyplina! Co za odważni piechurzy! – Herk był pełen uznania.
- Ech, mieć kilka setek takich żołnierzy! Ile osad dałoby się złupić! – rozmarzył się.
- Ty tylko o jednym. – Hammar odezwał się do niego z przygana w głosie.
- O! Spójrz tylko! -
Smok pokręcił głową w lewo i prawo i strzelił ogniem jeszcze dwa razy. Natychmiast potem skoczył przed siebie i jednym susem pokonał dzielącą go od obrońców odległość wpadając w środek oddziału. Tylko kilka z pik utkwiło mu w skórze, reszta ześlizgiwała się po bokach. Twarde łuski okazywały się lepsze od niejednej zbroi. Żołnierze z gromkim krzykiem rzucili się na jaszczura prawie że całego pokrywając swoimi ciałami.
Herk i Hammar przyglądali się walce z niedowierzaniem. Zwierz okazał się niesamowicie szybki. Kręcił się wokół powalając swym ogonem dziesiątki ludzi na raz. Jego błyskawiczne machnięcia wyrzucały w górę strzępy ciał i fontanny krwi. Do tego jaszczur potrafił wykorzystywać swoje kończyny. Każdy cios pazurzastej łapy rozrywał na kawałki kilku żołnierzy. Ci jednak nie ustępowali. Ślizgając się z błocie z piasku wymieszanego z krwią współtowarzyszy dźgali pikami smoka gdzie popadnie.
- Potworny widok... – młody mag poczuł, że zaraz zrobi mu się niedobrze.
- Patrzcie na ich szczęście! Idą prosto na służbę do Dobrych Bogów! – rozległo się nagle za jego plecami. Odwrócił się i zobaczył jednego z kapłanów, niewysokiego łysola w pomarańczowej szacie, który przemawiał właśnie do żołnierzy oddziału, któremu towarzyszyli. Rozpoznawszy cudzoziemców podszedł kilka kroków.
- Witajcie! Jak widzę wierni z dalekich krain przybywają, by w walce ze smokami szukać szansy na zostanie sługą Dobrych Bogów! – zawołał.
- Zaraz mu przywalę... On ma nas za idiotów? – wysyczał Herk.
- Daj spokój! A co innego on ma gadać? – Hammar skłonił się lekko kapłanowi.
Nad zaatakowanym oddziałem zaczął się wznosić obłok kurzu, który wkrótce przesłonił widok. Dobiegały tylko wrzaski mordowanych ludzi i przeraźliwy wizg jaszczura. Od czasu do czasu błyskało, co znaczyło że poczwara pluje ogniem. Kurzawa wznosiła się coraz wyżej i wyżej. Krzyki stawały się coraz cichsze aż w końcu przestały dochodzić.
Powoli piasek opadał i pole walki stawało się coraz bardziej widoczne. Nikt nie stał na własnych nogach. Na piasku leżały całe stosy poszarpanych i popalonych zwłok. Zaś jaszczur przechadzał się po pobojowisku opuszczając co chwilę łeb aby rozszarpać kolejnego rannego. Wkrótce jednak nie miał już kogo dobijać. Z pięciotysięcznego wojska nikt nie ocalał. Smok przysiadł i skręcając szyję zaczął wyciągać sobie zębami powbijane w skórę ułomki pik.
- To niemożliwe... – wyszeptał pobielałymi z przerażania ustami Hammar. - Jak jemu się udało zabić tylu ludzi tak szybko? –
- Tylko mi tu nie zemdlej. – Herk potrzasnął jego ramieniem.
Jaszczur skończył swoją toaletę i spojrzał w ich stronę. Zadarł łeb do góry i wydobył z gardzieli przeraźliwy wizg, mrożący krew w żyłach.
- Zaraz na nas skoczy. – Herk położył rękę na stylisku swojego topora.
- Niestety, jeszcze nie dane nam będzie polec na chwałę Dobrych Bogów. – stojący obok kapłan przyglądał się cudzoziemcom.
- Ogniste smoki, o ile nie zostaną pokonane, zawsze odchodzą gdy zakończą walkę z jednym oddziałem. Taka jest wola Dobrych Bogów. – wyjaśnił.
Rzeczywiście, jaszczur powolnym krokiem oddalał się tam skąd nadbiegł. Hammar rozejrzał się dookoła. Z racji tego, że stali na szczycie wysokiej wydmy mógł sięgnąć daleko wzrokiem.
- Na Dobrych Bogów, popatrz! – zawołał.
Mieli doskonały widok na pozostałe oddziały. Kilka z nich również zostało zaatakowanych. Wyglądało że wszędzie powtarza się scenariusz jaki przed chwilą oglądali.
- Nie widzę ani jednego zabitego smoka. – zdziwił się Herk. – To jakaś bezsensowna masakra! –
- Ale ilu wiernych zostanie uszczęśliwionych bohaterską śmiercią! – ponownie wtrącił się kapłan.
- Przecież one was wszystkich wybiją! – Hammar spojrzał osłupiałym wzrokiem na łysola.
- Myślałem, że celem wyprawy jest pozabijanie tych bestii a nie wytracenie całej armii! –
- Możliwe, że wszyscy dziś nie zginął na chwałę Dobrych Bogów. – kapłan natomiast był zaskoczony widocznym brakiem u niego religijnego entuzjazmu.
- Na tyle oddziałów, to ze trzy czy cztery smoki zostaną pokonane. – powiedział.
- Tylko tyle? – spytał Herk z niedowierzaniem.
- Są bardzo odporne na ciosy. Można je poważnie zranić trafiając w oczy albo w pachwiny. – wyjaśniał kapłan. – Ale to trudne, bo przecież smok w miejscu on nie stoi. A jak zacznie ziać ogniem w tłumie, to prawie niemożliwe. Płomienie tworzą trujące opary, których nawet nie trzeba wdychać. Działają przez skórę. –
W zasięgu ich wzroku pozostało coraz mniej nie zaatakowanych grup, reszta cierpliwie czekała na swoją kolej.
- Co za fanatyzm... Nie sądziłem, że wiarę w Dobrych Bogów ktoś będzie wykorzystywać w taki sposób. – Hammar był wstrząśnięty tym co zobaczył, ale chyba bardziej tym co usłyszał.
- Radujmy się bracia! Nadchodzi nasze przeznaczenie! – wydarł się kapłan.
W głębi pustyni pojawiał się obłok kurzu szybko zbliżający się w ich stronę. Żołnierze mocniej schwycili drzewca swoich pik i ustawili przed sobą tarcze.
- Eeee... Lepiej stąd chodźmy – powiedział Hammar lekko trzęsącym się głosem. Złapał Herka za rękę i wskazał na wystający niedaleko z piasku kawałek skały.
- Tam się schowamy. –
- Nie jestem tchórzem. – obruszył się wojownik.
- Nie będę uciekał przed żadna przerośniętą jaszczurka, obojętnie jak by wielka nie była... –
- Nie zgrywaj bohatera! – zdenerwował się mag.
- Dostaliśmy za zadanie zbadać odkryte ruiny, a nie dać się rozszarpać na samym początku. –
Pociągną towarzysza za rękę i prawie biegiem ruszył w stronę skały. Zdążyli do niej dotrzeć tuż przed atakiem smoka. Herk podsadził maga do góry i zaraz za nim wdrapał się na szczyt skały.
- Siadaj przy mnie, ukryję nas. – mag wskazał mu ręka miejsce.
Gdy obaj już siedzieli, schwycił oburącz swój kostur i cicho wymówił Zaklęcie Maskujące.
- Nie pomyliłeś czegoś? Nic się nie stało!. – zauważył wojownik.
- Wszystko w porządku. My możemy obserwować, ale dla postronnych jesteśmy niewidoczni. Zamiast nas widzą tylko kawałek skały. – wyjaśnił mu Hammar.
Tymczasem bestia w szybkim tempie rozprawiała się z oddziałem, któremu towarzyszyli. Siedząc blisko widzieli dokładnie co potrafiła dokonać. Mag co chwilę zamykał oczy nie mogąc patrzeć na śmierć masakrowanych wojowników. Okazało się, że kościane wyrostki na ogonie były ostre jak brzytwa. Bez trudu przecinały na raz po kilku żołnierzy, zbroje i tarcze pękały jakby wykonano się z papieru. Płonący jad, którym poczwara pluła w co większe grupy ludzi przyklejał się do nich wypalając im ciało aż do kości. Hammar był zmuszony dołożyć Zaklęcie Bariery, aby kłęby trującego dymu przypadkiem się do nich nie dostały.
Jako jeden z ostatnich zginął kapłan w pomarańczowym wdzianku. Stanął na wprost smoka z szeroko rozpostartymi rękoma i głośno wołając: „Idę do Was, Dobrzy Bogowie” rzucił się w jego stronę. Jaszczur pochylił się i złapał go w swoją paszczę. Potem zadarł łeb do góry i przez chwilę można było zobaczyć znikające w jego gardzieli nogi kapłana, a potem przesuwające się wzdłuż szyi smoka zgrubienie.
- Czego jak czego, ale odwagi nie można mu odmówić – zauważył Hammar.
- Raczej głupoty. – stwierdził Herk.
Bestia rozprawiwszy się z żołnierzami przechadzała się po pobojowisku dogryzając dogorywających rannych. Potem przysiadła i zaczęła się czyścić. Nawet nie była draśnięta, tylko kilka ostrzy utkwiło jej pomiędzy łuskami. Siedzący na skale mogli ją obejrzeć w pełnej krasie. Z bliska łuski błyszczały jakby pokryte złotem. Łapy wieńczyły pazury długie na półtora łokcia. Krwistoczerwony kostny grzebień wzdłuż kręgosłupa skrzył się w promieniach słońca.
- Gdyby nie był taki straszny, to powiedziałbym że jest piękny... – wyszeptał mag.
- A za trofeum w postaci łba dostałbyś tyle złota ile waży! – skwitował jego zachwyty towarzysz.
Smok odszedł. W oddali było widać smoki wykańczające ostatnie odziały.
- Ciekawe czy ubito chociaż jednego? – zastanawiał się Hammar.
Ale nigdzie nie było widać aby jacykolwiek niedobitkowie mieli wrócić w chwale do domu.
- Cesarz łyknie sobie eliksiru i za kilka lat przyjdzie następna ekspedycja. - skwitował krótko Herk.
Siedzieli czekając aż ostatni smok zniknie w głębi pustyni.
- No, poszły sobie. Zdejmę zaklęcia i możemy ruszać. – mag chciał wstać, ale klapnął na tyłek przytrzymany za rękę.
- Nie śpiesz się tak. Jeszcze nie koniec. – wojownik położył mu dłoń na ramieniu.
- Przecież wszystkie poczwary odeszły. Niby co ma się jeszcze stać? –
- Smoków już nie ma, ale ciała żołnierzy zostały. – usłyszał w odpowiedzi.
- A co w tym dziwnego? Trupy same nie chodzą. – zauważył z przekąsem.
- No właśnie. Widziałeś miejsca gdzie walczyły oddziały, które wyruszyły przed nami? –
- Trudno było nie zauważyć. Całe stosy połamanych pik i tarcz. –
- Jeszcze nie rozumiesz? Wyruszyliśmy z ostatnimi wojskami. Patrząc na dzisiejszy pogrom, to w ciągu kilku dni na tej pustyni zginęło prawie półtora miliona ludzi. A gdzie są ich ciała? Widziałem jak ten smok obok nas zjadł tylko dwa zanim odszedł. A co z resztą? Przecież nie wyparowały! –
- Eeee... Rzeczywiście... Może posiedzimy tu jeszcze trochę? –
- Właśnie to chciałem zaproponować. –
Ukryci pod magicznym zaklęciem siedzieli na skale do wieczora. Słonce powoli chowało się za wydmami rzucając na ziemię długie cienie. Po chwili zniknęło całkiem i na niebie pozostał tylko jasno świecący księżyc. Gdy tylko zapadły ciemności na pobojowisku od razu dało się zauważyć ożywiony ruch. Nie wiadomo skąd pojawiło się nagle sporo nocnych stworzeń. Skorpiony, wije, jaszczurki i inne zwierzęta w najlepsze ucztowały na martwych ciałach. Obok siedzących przemknął wielki jak ludzka głowa pająk trzymając w przednich odnóżach odciętą ludzką dłoń. Słychać było tylko słabe zgrzyty i jakby mlaskanie.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)

Ostatnio edytowane przez Smutas : 06-05-15 o 14:38.
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-07-08, 09:13   #2
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

CZEŚĆ DRUGA

- Buee... Skąd tyle się tu bierze tego robactwa? Ohyda, zaraz zwymiotuję... – Hammar nie mógł dłużej na to patrzeć i odwrócił głowę.
- Już chyba wiesz, co stało się z ciałami. – powiedział do Herka.
- Te wszystkie robale nie byłyby w stanie tak szybko tyle zjeść. Zresztą, gdyby nawet, to pozostałyby kości. A ja dokładnie przeszukałem jedno z takich miejsc i nic nie znalazłem. – wojownik z uwagę przyglądał się ucztującym zwierzętom. Śród nich było wiele takich, które widział pierwszy raz w życiu.
- Rany, zobacz! – mag szturchnął go łokciem w bok wskazując na coś w ciemności. Herk spojrzał we wskazanym kierunku i zobaczył na pisaku wybrzuszenie przesuwające się w stronę pobojowiska z prędkością szybko idącego człowieka.
- O! I tam! I tam! – Hammar wskazywał kolejno ręką.
W zasięgu ich wzroku można było zauważyć już kilkanaście takich piaskowych kopców szybko zbliżających się do pobojowiska.
- Czekaj, poprawię nam wzrok. –
Mag wyszeptał zaklęcie i Herk poczuł dziwne szczypanie w oczach. Przez chwilę mrugał i gdy je otworzył ze zdziwieniem stwierdził, że widzi prawie tak dobrze jak w dzień. Gdy rozejrzał się, spostrzegł że takich sunących pagórków piasku jest o wiele, wiele więcej. Jak okiem sięgnąć coś masowo wędrowało pod piaskiem w kierunku gdzie leżeli pozabijani.
Spojrzeli obaj w stronę pobojowiska. Ze zdziwieniem stwierdzili, że dotychczas pożerające martwe ciała owady i inne zwierzęta zniknęły. Uciekły obawiając się tego co właśnie nadciągało. Sunące kopce docierając w pobliże leżących ciał znikały.
Przez chwilę nic się nie działo. Nagle zwłoki zabitych żołnierzy zaczęły znikać błyskawicznie wciągane z potężną siłą pod ziemię. Piasek sprawiał wrażenie jakby się gotował. Gdy po pewnym czasie ostatni ciało zostało wciągnięte pod ziemię wszystko uspokoiło się i nad pustynią zapadła cisza.
- Co to było? – Herk patrzał w kierunku miejsca gdzie jeszcze nie tak dawno leżały tysiące ciał.
Teraz została tam tylko połamana broń i porozrzucane tarcze.
- Nie wiem. Jakieś żyjące w piasku zwierzęta? Muszą być spore i liczne skoro tak szybko wszystko uprzątnęły. Lepiej nie schodźmy teraz na piasek i poczekajmy do rana. To chyba nocne drapieżniki i w dzień nas nie zaatakują. – Hammar wolał nie ryzykować nocnej wędrówki.
Milcząc siedzieli na skale aż do wschodu słońca. Na zmianę trochę drzemali. Rankiem zeszli na piasek i ostrożnie podeszli tam, gdzie w nocy odbywała się makabryczna uczta. Oprócz broni i strzępów ubrań nic nie znaleźli. Herk tylko pozbierał porzucone bukłaki i pozlewał z nich wodę. Zdołał tak napełnić cztery. Związał je razem i zarzucił sobie na ramię.
- Dokąd teraz? – spojrzał na maga.
- Nie ma pojęcia. – ten wzruszył ramionami.
- Całą noc zastanawiałem się w która iść stronę. Próbowałem magicznie sondować okolicę i nic nie wyczułem. –
- No to wracajmy. Widziałem, że brałeś w ostatnim forcie garść ziemi. Zrobiłeś przy jej pomocy zaklęcia teleportacyjne? Pamiętam, że możesz je potem umieścić w magicznych kryształach. Masz je gotowe? –
- Mam. Ale stąd do fortu nas nie doniosą. Takie zaklęcia działają na niezbyt duże odległości. Najwyżej dzień marszu. –
- A nie mogłeś po drodze przygotować kolejnych? Byśmy się przenosili w kilku skokach. –
Hammar uśmiechną się.
- I tak właśnie zrobiłem. Wrócić zawsze zdążymy. Lepiej ruszajmy szukać tego miasta. –
- Niech ci będzie. Wody mamy na jakieś cztery, pięć dni. Jak się skończy, to wtedy pomyślimy o powrocie. W którą stronę idziemy? –
- Tam. – mag wskazał ręką w głąb pustyni.
- Nie zdziwiło cię, że smoki zaprzestawały ataku po wybiciu jednego oddziału? I wszystkie wracały w tym samym kierunku. Zupełnie jakby były wytresowane. –
Herk podrapał się w głowę.
- Faktycznie. Ale może mają takie zwyczaje? Trudno uwierzyć, że ktokolwiek potrafi zapanować nad taka ilością tych bestii. –
- Tu stojąc na pewno niczego się nie dowiemy. – Hammar ruszył przed siebie.
Przez trzy dni mozolnie przedzierali się przez pustynię. Noce spędzali na z rzadka wystających spod piasku skałach, gdzie Hammar ukrywał ich przed polującymi drapieżnikami za Zaklęciami Maskującymi. Dwa razy Herk musiał skorzystać ze swego topora. Raz gdy w samo południe wyskoczył na nich spod piasku dwumetrowy wij o włos mijając zaskoczonego maga. Drugim razem gdy szli akurat w cieniu wysokiego skalnego ostańca zaatakowało ich stado olbrzymich pająków. Kilka pierwszych rozbił na miazgę uderzając płazem, reszta uciekła dopiero wtedy, gdy Hammar wypróbował na nich zaklęcie Lodowej Lancy. Atakujące pająki nigdy dotąd nie spotkały się z tak niską temperaturą i gdy kilka rozsypało się pod wpływem czaru na stosy lodowych drzazg reszta natychmiast z powrotem zakopała się w piasku. Codziennie wieczorem mag szykował kolejne kryształy z teleportującymi zaklęciami.
Gdy wstali czwartego dnia o świcie Herk potrząsną ostatnim bukłakiem.
- Wody starczy nam na jeden dzień. Jak do jutra nic nie znajdziemy, będziemy musieli wracać. –
Do południa szli nie zaatakowani przez żadne ze zwierząt. Wokół nich krajobraz powoli ulegał zmianie. Coraz mniej było piaszczystych łach, za to coraz więcej skał. Teraz szli szybciej, bo część drogi pokonywali w cieniu lawirując pomiędzy wysokimi kamiennymi ostańcami wyrzeźbionymi przez wiatr i piasek w fantastyczne kształty.
Pokonywali akurat wyszlifowaną przez piasek skałę, gdy Hammar poślizgnął się i zjechał z niej na tyłku lądując w piachu o kilkanaście kroków od Herka. Wstał i zaczął się otrzepywać.
- Co tak stoisz? Złaź tu do mnie na dół – zawołał i spojrzał do góry na towarzysza. Wojownik stał tam zastygły w bojowej postawie na rozstawionych i lekko ugiętych nogach. W rękach trzymał swój topór i kamiennym wzrokiem patrzył gdzieś za Hammara. Mag zorientował się, że za nim musi się znajdować coś, co spowodowało taką reakcję. Powoli zaczął się odwracać. O niecałe trzydzieści kroków od niego, zza wielkiego głazu wystawała wielka głowa pustynnego smoka. Jaszczur wpatrywał się w niego nieruchomym wzrokiem. Powoli zaczął wysuwać się z ukrycia.
- Na Dobrych Bogów, gdzie są te kryształy teleportacyjne... – myślał gorączkowo macając się po kieszeniach. Złapał za właściwy i juz miał go skruszyć w dłoni aktywizując w ten sposób zaklęcie, gdy zorientował się, że znikając pozostawi samotnego na pastwę smoka swojego przyjaciela. Cofnął rękę i oburącz chwycił mocno kostur. Gorączkowo zastanawiał się jakie zaklęcie najbardziej się teraz może przydać. Wiedział, że nie ma za wiele czasu i nie zdąży stworzyć żadnego silnego czaru bojowego.
Smok przysiadł na tylnich łapach i zasyczał przygotowując się do ataku. W tym samym momencie z bojowym okrzykiem wojownik zeskoczył ze skały zasłaniając sobą druha. Jaszczur skoczył. Herk zamachnął się toporem a Hammar o mało nie zemdlał ze strachu. Bestia leciała w powietrzu i była już prawie przy nich, gdy nagle coś z wielką siłą uderzyło go w bok odrzucając smocze cielsko na bok.
Magowi z wrażenia opadła szczęka a zaskoczony Herk bezwiednie opuścił topór. Smok wił się na ziemi próbując uwolnić się od atakującego go przeciwnika. Bezskutecznie. Jakiś stwór, poruszający się tak szybko, że jego ciało przypominało sobą burą plamę, rozszarpywał jaszczura w strzępy. Hammar zdążył tylko zamrugać kilka razy oczami gdy było już po wszystkim. Przed nimi leżał szkielet obdartego z mięsa potwora a po ich wybawcy nie było śladu. Nawet nie zauważyli gdzie i kiedy zniknął. Przez chwilę stali oniemiali. W końcu Herk wypuścił ze świstem powietrze z płuc.
- Na Dobrych Bogów, co to było? –
- Nie wiem. Ale załatwiło smoka na amen. –
- Co za zwierzę mogło się tak szybko poruszać? Nawet nie zdołałem zauważyć jak wygląda. – Wojownik wyraźnie był tym wstrząśnięty.
- To nie było zwykłe zwierzę. – Hammar wytrzeszczał oczy na resztki jaszczura porozrzucane dookoła.
- Gdy w niego uderzył poczułem zawirowania magicznej aury. –
- Więc to był mag? – zdziwił się Herk.
- Nie, to nie był człowiek. Szybciej jakiś magiczny stwór, albo nieznany nam drapieżnik pod bardzo silnym magicznym urokiem. Ale się przestraszyłem! O mało nie zlałem się w spodnie... –
Wojownik ostrożnie zaczął się zbliżać do szczątków smoka.
- Stój, gdzie idziesz? A jak to coś wróci? – zawołał Hammar.
- Jakby chciało nas zabić, to już dawno pozostałoby po nas tylko wspomnienie. Ktoś nam pomógł. Wypada się dowiedzieć kto i dlaczego. –
Wojownik zatrzymał się przy głowie potwora, która jakimś cudem sterczała nienaruszona na obdartym z ciała kręgosłupie.
- Zobacz, jakie trofeum! Może zechcesz je zabrać? Jak wrócisz z tym co Ulsanu, to jeszcze cię nowym cesarzem obwołają. –
- Tylko żarty się ciebie trzymają... Lepiej uważaj, bo nie wiadomo czy tu nie ma drugiego smoka. – Hammar czujnie rozglądał się dookoła.
Na szczęście wyglądało na to, że smok polował samotnie. Wędrowcy ruszyli dalej idąc powoli i ostrożnie. Nagle Herk tak gwałtownie się zatrzymał że mag wpadł mu na plecy.
- Co jest? Czemu stajesz? –
- Cicho! Tu są ślady smoka. Całkiem świeże, bo piasek nie zdążył się jeszcze obsypać. –
Hammar pobladł. Pogrzebał w kieszeniach i wyjął kilka kryształów.
- Trzymaj. To zaklęcia teleportujące. –
Przez chwilę tłumaczył wojownikowi w jakiej kolejności miałby z nich skorzystać. Herk wsuwał je sobie kolejno za pas.
- Zostań tutaj, sprawdzę, czy gdzieś się na nas nie zaczaił. –
Gry powrócił do zaniepokojonego maga, jego twarz wyrażała zaskoczenie.
- Dziwne. Ślady wskazują, że gdy nas zauważył po prostu się wycofał i uciekł. –
- Może bał się podzielić losu poprzednika? –
- Raczej nie. Tropy świadczą że nadszedł prosto od zachodu. A smoka to coś zabiło tam na wschodzie. –
- Może potrafią się porozumiewać w nieznany nam sposób? – zastanawiał się Hammar.
- Miejmy taką nadzieję. –
Idąc dalej jeszcze dwukrotnie natrafili na smocze ślady. Wyglądało, że i te jaszczury gdy tylko ich zauważyły od razu uciekały. Mag był przekonany, że potwierdziła się jego teoria o nieznanym sposobie porozumiewania się tych stworów. Wojownik jednak nie był co do tego przekonany. Tym bardziej, ze zauważył daleko na horyzoncie pomiędzy skałami, przekradającego się smoka. Widział go kolejny już raz. Smok szedł równolegle z nimi, zupełnie jakby ich śledził. Póki jednak bestia nie zbliżała się do nich nie wspominał o tym Hammarowi. Nie chciał go niepotrzebnie przestraszyć.
Maszerowali dalej aż dotarli do przecinającego drogę wąwozu.
- Widzisz to samo co ja? – Hammar wskazywał przed siebie ręką.
Dnem napotkanej przeszkody wiła się droga. Co ciekawsze, wyłożona kamieniami. Zsunęli się po stromym zboczu i weszli na nią.
- Przyjrzyj się. Doskonała brukarska robota. – mag przykucnął i pogładził ręką doskonale dopasowane do siebie kamienie.
- Fascynujące! – przyglądał się kostce układającej się w koliste wzory.
- Czym tu się podniecać? – Herk wzruszył ramionami.
- Przecież w na terenach Zakonu Magów tez są takie drogi. –
- Ale nie tak doskonale wykonane. Zresztą u nas zaczęto drukować trakty pomiędzy miastami niecałe dwieście lat temu. W ta droga jest o wiele starsza! –
- Tak... I chyba od ponad dwustu lat niewykorzystywana. – wojownik wskazał mu na miejsce, gdzie osypujący się piasek i kamienie zasypały całe fragmenty szlaku.
- W którą stronę nią pójdziemy? – zapytał.
Hammar rozejrzał się. Droga wiodła z północy na południe. Spojrzał pod słonce. Kilkaset kroków dalej szlak niknął pod ogromnym gruzowiskiem. Trzęsienie ziemi albo inny kataklizm obsunęło zbocze wąwozu tarasując przejście. Spojrzał w przeciwnym kierunku. Droga ciągnęła się przed siebie. Daleko przed nimi skręcała w lewo, znikając za wzgórzem.
- Tam. Skręca na zachód. Akurat w kierunku, w którym cały czas idziemy. –
Ruszyli. Teraz mając pod stopami twardą i gładką powierzchnię szli o wiele szybciej jak dotąd. Doszli do zakrętu i przystanęli. Przed nimi rozpościerał się widok na szeroką, piaszczystą dolinę. Droga znikała pod piachem, tylko co kilkaset kroków dawało się zauważyć odsłonięty jej fragment. Szlak wiódł prosto jak z bicza strzelił. Przecinał cała nieckę wiodąc wprost pod mury wielkiego miasta.
- A niech mnie. – Herk zmrużył oczy wpatrując się przed siebie.
- Myślałem, że trafimy na coś mniejszego... Jak udało się zbudować takie miasto w środku pustyni? –
- Niegdyś było tu inaczej. Ta pustynia pojawiła się dwa tysiące lat temu na skutek jednego z Wielkich Przeniesień. Wtedy klimat się zmienił. A mieszkańcy albo stąd uciekli albo pożarły ich ogniste smoki. A może cały ten teren pochodzi z innego świata i przed wiekami trafił tu wprost na pustynię? To nawet bardziej prawdopodobne. Z zachowanych zapisków wynika, że tu nigdy nie było większych miast. Przed pojawieniem się pustyni ten teren pokrywała sawanna i żyły tu prymitywne koczownicze plemiona. – Hammar przypominał sobie co czytał na ten temat w historycznych księgach.
Ruszyli dalej. Do wieczora szli trasą, którą wyznaczała starożytna droga. Zbliżali się do miasta coraz bliżej i mogli teraz więcej zaobserwować. Widać było, że pustynia przez wieki próbowała je zasypać. Wysokie kamienne mury miejscami pod sam swój szczyt obsypane były naniesionym przez pustynne wiatry piaskiem. Droga przywiodła ich pod umieszczoną w murze wielka bramę. Potężne skrzydła wrót były lekko uchylone.
Słonce powoli zbliżało się do horyzontu.
- Wchodzimy? – padło pytanie.
- Lepiej tu przenocujmy. – odrzekł Herk.
- Nie wiemy jakie stworzenia mogą tam mieszkać. A wolałbym po nocy tego nie sprawdzać. –
Hammar przyznał mu rację. Przysiedli na drodze w miejscu gdzie wiatr oczyścił ją z piasku, o niecałe dwieście kroków od bramy. Mag wypowiedział zaklęcia i ukrył ich pod postacią wielkiego głazu. Drzemali czuwając na zmianę.
Rano wypili resztkę wody.
- Wieczorem wracamy. Nie mam zamiaru paść tu z pragnienia i głodu – wojownik pomasował się po burczącym brzuchu.
- Może znajdziemy wewnątrz czynną studnię? Może zdołamy upolować jakieś nadające się do jedzenia zwierzę? – Hammar był tak zafascynowany odkryciem, że chętnie poprzymierałby z głodu i pragnienia, byle zbadać obce miasto.
- A jednak ktoś tu mieszka... –
- Co? Widzisz kogoś? Gdzie? –
- Spójrz pod bramę. Wczoraj wieczorem tego nie było. Zauważyłbym. –
Podeszli bliżej. W szczelinie pomiędzy wrotami stał na drodze kamienny dzban. Zbliżyli się ostrożnie. Hammar podszedł i położył na naczyniu obie dłonie. Przymknął oczy i przez chwilę wczuwał się w aurę przedmiotu.
- To zwykła woda. Nie zatruta. –
- Ktoś nas przywitał. Ciekawe dlaczego się chowa? –
- Może to ocaleli z pogromu żołnierze? Przecież co kilka lat ulsańczycy ślą tu setki tysięcy ludzi. Ktoś z ocalałych mógł tu dotrzeć. Znaleźli pewnie wodę i żyją tu od lat. –
- Skoro to mieliby być ocaleni ulsańczycy, to tym bardziej powinni nas osobiście przywitać. Nie podoba mi się to, że chowają się przed nami. –
- Obco dla nich wyglądamy, to i mogli się przestraszyć. –
- Albo dali nam wodę, żeby wzbudzić nasze zaufanie. A sami czekają gdzieś w środku, żeby na nas zapolować. Pewnikiem od dawna nie jedli świeżego mięsa... –
Hammar wzdrygnął się.
- Kanibalizm? To całkiem możliwe... Czytałem kiedyś o losach wyprawy badającej Martwą Ziemię na Korzennej Wyspie. Ci co wrócili ocaleli tylko dlatego, że zjadali ciała zmarłych towarzyszy. –
- Napełnię wodą bukłaki i powoli ruszymy dalej. Nie oddalaj się nigdzie ode mnie. –
Przeszli przez wrota i zatrzymali się rozglądają. Przed nimi ciągnęła się brukowana ulica. Kamienne domostwa stały wzdłuż niej zwartym ciągiem. Widać było, że od wieków są opuszczone. Niektóre zwaliły się na ulicę, pozostałe pozbawione były dachów, które zapadły się do środka. Niedaleko bramy zauważyli wyschnięta fontannę i stojące wokół niej kikuty uschniętych drzew. Zbliżyli się do niej. W centrum fontanny umieszczona była rzeźba przedstawiająca siedzącego w łodzi chłopca trzymającego w rękach wyginającą się rybę. Niegdyś z jej otwartego pyska musiała tryskać woda.
- Widzisz? Mieszkańcy tego miasta znali łodzie. Nie zawsze zatem to miasto stało na pustyni. – mag uważnie przyglądał się rzeźbie.
- Przyjrzyj się rysom tego chłopca. Nie wygląda na ulsańczyka. Widzisz jego uszy? Są szpiczaste, ale to nie elf. Oni mają szpic u góry małżowiny, a u niego skierowany jest w dół. To jakaś nieznana dotąd ludzka rasa. Mamy teraz dowód, że to miasto pochodzi z innego świata i trafiło tu wskutek Przeniesienia. –
- Sądzisz, że niedobitki mieszkańców jeszcze żyją? –
- Całkiem możliwe. Nieliczni ocalali mogli się przystosować do nowych warunków. –
Ruszyli w głąb miasta. Mijane budynki sprawiały niesamowite wrażenie. Ich okna były okrągłe a ściany pokrywały nadgryzione przez czas płaskorzeźby przedstawiające różne morskie stworzenia.
- Nigdy nie spotkałem się z takim stylem architektonicznym. Ani nie czytałem o czymkolwiek podobnym. Odkryliśmy ślady nowej cywilizacji! Niewielu podróżników miało takie szczęście. – zachwycał się Hammar.
- A z czego tu się cieszyć? Budowle jak budowle. Rzeczywiście trochę dziwne. Pewnikiem to miasto stało kiedyś blisko morza i stąd takie przyozdobienia. – na wojowniku nie zrobiło to większego wrażenia. Zajrzał przez drzwi do jednego z budynków, który wyglądał, jakby upływ czasu nie dokonał w nim większych zniszczeń.
- Nic tu nie ocalało. W środku nie widać żadnych mebli. Sam kurz i pył. –
- Po tylu wiekach miały prawo ulec zniszczeniu. A co dawało się strawić pożarły zapewne pustynne stworzenia. –
Cały czas wchodzili coraz głębiej w miasto mijając kolejne rozwidlenia dróg. Co ciekawe, na skrzyżowaniach przecinały się zawsze nie dwie, ale trzy ulice, dzieląc miasto na wielkie trójkąty.
- Nie spotkałem dotąd tak rozplanowanej zabudowy. Moglibyśmy się wiele nauczyć od tutejszych architektów. – Hammar był pod wrażeniem tego co zobaczył.
Zbliżali się powoli do centrum miasta, bo kamienice były wyższe i bardziej zdobione. Przystanęli przy kolejnej wyschłej fontannie. Ta była ozdobiona rzeźbą kobiety, która zamiast nóg miała rybi ogon. Herk spojrzał na obfity biust posągu i pokiwał głową z uznaniem.
- Nieźli artyści tu mieszkali. Tylko po jakie licho doczepili jej rybi ogon? –
- To syrena. –
- Kto? –
- Syrena. Podobno można je spotkać w wodach Oceanu Południowego. Najczęściej pomiędzy pirackimi miastami Atbara i Kassala. Nie wiadomo czy są inteligentne, ale na pewno pociągające dla wyposzczonych marynarzy... Jak widać na pewno żyły w tym świecie skąd pochodzi to miasto. –
- Zobacz, tam chyba jest ratusz, albo coś w tym stylu. –
Wojownik wskazał na kilka stających blisko siebie wież, które teraz dało się zauważyć w oddali za jednym z zawalonych budynków.
- Pewnie doszliśmy do centrum miasta. Tam znajdowała się pewnikiem siedziba lokalnej władzy. Zbadajmy tę budowlę, może znajdziemy jakieś stare księgi? Nasz zakonny bibliotekarz Wyjar za taki prezent w dupsko by cię pocałował... –
- Nie musi mnie w nic całować. Wystarczy że za nie zapłaci. – Herk nabrał nagle ochoty na zbadanie zauważonej budowli. Oczywiście dla niego zbadanie oznaczało splądrowanie i zabranie wszystkiego co dałoby się spieniężyć.
Dotarli do kolejnego skrzyżowania. Tu po środku stał posąg wojownika w dziwnie wyglądającym nakryciu głowy. Zupełnie jakby miał na głowę założoną skorupę wielkiego jaja. Trzymanym oburącz trójzębem dźgał przypominającego węża stwora.
- Spójrz, błękitny marmur! Wiesz ile ta rzeźba może być warta? Jakie mistrzostwo rzeźbiarstwa! Ten wąż wygląda jakby się na nas patrzył. – zachwycał się mag.
- Nie tylko on nas obserwuje. – spokojnie zauważył wojownik.
- Co? Gdzie? – Hammar rozglądał się po otaczających ich budynkach. Niczego nie zauważył.
- Tutaj popatrz. Za rzeźbą. –
Z tyłu posągu na kawałku starannie wymiecionego placu stał kolejny kamienny dzban. Obok stało kilka niższych naczyń przykrytych pokrywami. Mag podszedł zbadać znalezisko. Po chwili stwierdził:
- Znów zwykła woda. A w tych garnkach jest pożywienie. Herk od razu zareagował podszedł i zdjął pokrywę z pierwszego z brzegu naczynia. Pochylił się nad nim zaglądając do środka.
- A fuj! Cóż to takiego? – aż go odrzuciło.
Hammar zaciekawiony jego rekcją też tam zajrzał.
- To jakieś martwe owady. Przypominają zwykła szarańczę. Niektóre pustynne plemiona to jedzą. –
- Ja pochodzę z Północnych Wysp a nie z pustyni i nie będę żarł tego robactwa! –
Sprawdzili zawartość kolejnych pojemników. W następnym znaleźli pociętego w kawałki sporego węża. Trzeci był pełen żywych, podobnych do dżdżownic robaków. Kolejne zawierało jajka. Ale bynajmniej nie ptasie, bo były miękkie i obślizgłe w dotyku. Ostatni garniec wypełniały ochłapy zwykłego mięsa. Herk się ucieszył.
- Nareszcie coś normalnego! Mijaliśmy uschnięte drzewa, skoczę i przyniosę trochę na opał. –
Odwrócił się i już miał ruszać gdy usłyszał za sobą dziwny odgłos. Spojrzał za siebie i zobaczył jak zgięty w pół mag wymiotuje.
- Co ci się stało? Masz udar słoneczny? – zapytał zaniepokojony.
Przyskoczył do przyjaciela chcąc go podtrzymać. Wtedy zobaczył co tak zemdliło Hammara. Mianowicie mag wyjął z garnka leżący na wierzchu kawałek mięsa. Pod nim można było zauważyć następny. Była to ucięta ludzka stopa.
- No to się najedliśmy... – stwierdził wojownik.
- Żarty z nas sobie stroją? Ciekawe co będzie następnym razem. Podadzą nam gówno na talerzu? A może pieczone niemowlę? Niech to ja spotkam tych spiczastouchych... – rzekł z groźbą w głosie.
Herk był głodny i wpadał w coraz gorszy humor.
- Ci nasi gospodarze mają nie co dzień spotykane obyczaje. – mag dochodził do siebie.
- Wygląda jakby chcieli zbadać czym się żywimy. –
- A co nie widać? Czy ja wyglądam na jakiegoś robakożercę? Albo ludojada? – burknął wojownik.
- Zastanawiające. Postępują jakby nigdy wcześniej nie spotkali ludzi. –
- A to niby co? Wieprzowina? – oskarżycielko wyciągnięty palec olbrzyma wskazywał na naczynie z ludzkim mięsem.
- Może przynieśli z pustyni zwłoki zabitych żołnierzy? –
- Może i może... Te twoje naukowe podejście do rozwiązywania problemów! Mówię ci, że to cholerne dzikusy, co żrą wszystko co idzie złapać. Nawet siebie nawzajem. – złościł się Herk.
- Idźmy lepiej do tego ich ratusza. Jak skopię kilka tyłków, to odechce im się badania czegokolwiek! –
Ruszyli w stronę budowli znajdującej się w centrum miasta pozostawiając za sobą przygotowany dla nich poczęstunek. Zbliżali się coraz bardziej do górującego nad resztą miasta obiektu. W końcu doszli do ogromnego placu, którego centrum zajmowała spora cytadela. Jej centralny budynek postawiony był z białego kamienia. Wokół niego stało sześć wysokich wież dla odmiany zbudowanych z czerwonego granitu. Do wnętrza budowli prowadziły szerokie schody. Na ich szczycie widać było pozbawione wrót wejście do środka, skrywające w cieniu jego wnętrze.
- Ktoś tam stoi! Na szczycie tej wierzy! – Herk zadzierał głowę do góry.
Niestety patrzyli pod słońce i widzieli tylko niewyraźny zarys sylwetki, która i tak zaraz zniknęła.
- Zajrzyjmy do środka. Pewnie już na nas czekają. – Hammar ruszył przodem w stronę schodów.
Szybko wdrapali się na ich szczyt i stanęli u wejścia. Za nim rozciągała się wielka, niknąca w mroku sala. Rozglądając się dookoła weszli do środka. Wzdłuż pomieszczenia ciągnęła się kolumnada, skrywając w ciemnościach umieszczoną za nimi ścianę. Przez umieszczone wysoko w suficie świetliki wpadało trochę słonecznego blasku, lekko rozjaśniając panujący tu półmrok. Ruszyli przed siebie. Gdy oczy przyzwyczaiły się do ciemności spostrzegli, że na drugim końcu sali znajduje się niewysokie podwyższenie. Pośrodku siedziała na tronie niezbyt wyraźna jeszcze postać. Kilka ciemnych sylwetek stało obok niej.
- No, to mamy naszych gospodarzy... Zaraz sobie z nimi pogadam o przepisach kulinarnych. – Herk ruszył w ich stronę, ale zatrzymał się złapany za rękę przez Hammara.
- Rozejrzyj się... – usłyszał.
Spojrzał do tyłu i zamarł. Drogę do wyjścia odgradzały im cztery skradające się ogniste smoki. Bezszelestnie rozstawiły się w równych odstępach i przysiadły na tylnych łapach. Zastygły w bezruchu. Tylko ich ogony miarowo kołysały się na boki.
- Rzeczywiście są tresowane... – przemknęło mu przez myśl.
Ponieważ powrotna drogę mieli odciętą, powoli zaczęli podchodzić do podwyższenia i stojących na nim postaci. Zatrzymali się kilka kroków przed prowadzącymi na podest dwoma stopniami. Usłyszeli wtedy trzaski dobiegające ich gdzieś wysoko z góry. Gdzieś tam musieli znajdować się pozostali mieszkańcy miasta, którzy jednocześnie otworzyli okiennice zamkniętych okien. Środek sali zalało światło. Teraz widzieli o wiele wyraźniej. Na wysokim tronie siedziała postać odziana w ciemny płaszcz z narzuconym na głowę kapturem, który przesłaniał jej oblicze. Identycznie wyglądały stojące opodal pozostałe postaci, po trzy z każdej strony. Przed samym tronem, na najniższym jego stopniu, siedział młody mężczyzna w postrzępionym mundurze ulsańskiego żołnierza. Na szyi miał smycz, której koniec znikał pod płaszczem siedzącej za nim postaci.
Jeniec podniósł nisko dotąd opuszczona głowę i spojrzał na nich dziwnym pustym wzrokiem.
- Gdzie jest reszta waszej matki? – zapytał bezdźwięcznym drewnianym głosem.
- Proszę? – odezwał się Hammar całkowicie zaskoczony tym pytaniem.
- Gdzie jest reszta waszej matki? – powtórzył jeniec.
- Niezbyt rozumiem, o co nas pytasz. Przyszliśmy tu sami. –
Wśród stojących postaci nastąpiło pewne poruszenie. Zaczęły lekko kołysać się na boki. Dobiegały od nich dziwne dźwięki. Jakiś terkot, jakby bardzo szybko uderzano mała kołatką.
- Wasza matka składa się tylko z dwóch ciał? – padło pytanie.
- Co was obchodzą nasze matki? – nie wytrzymał Herk.
- Kim wy w ogóle jesteście? – zapytał.
Przez chwilę nic się nie działo. Potem wszystkie postaci jednocześnie poruszyły się i zrzuciły na ziemię skrywające je płaszcze.
Hammar, który chciał właśnie zwrócić Herkowi uwagę na jego niestosowne zachowanie zamilkł w pół słowa i cofnął się o krok. Wojownik też się cofnął.
Przed mini stały w pełnej krasie istoty, które nie były ludźmi. W niczym ich nie przypominały. To były wielkie owady! Ich podobne do chrząszczy długie tułowie pokrywał chitynowy czarny pancerz. Stały na potężnych tylnych nogach trzymając dwie pary złożonych odnóży na piersi. Głowy miały podobne do mrówczych. Nad owadzimi oczami wyprostowały się złożone dotąd czułki. Błyszczące żuwaczki poruszały się na boki wydając terkoczący dźwięk.
- Jestem główną matką miasta Turbot. Wasza matka ma tylko dwa ciała? Myśląca matka musi mieć siedem. – odezwał się nieswoim głosem jeniec.
Przyjrzeli mu się uważniej. To, co brali wcześniej za smycz wcale nią nie było. Wyglądało jak lina. Wychodziło spomiędzy żuwaczek siedzącego na tronie owada, potem okręcało się wokół szyi żołnierza i wrastało mu w skroń!
- Co to ma znaczyć? Kto nas pyta? To z tobą rozmawiamy? – Herk zwrócił się do jeńca.
- Rozmawiacie z główną matką miasta Turbot. – usłyszał odpowiedź z jego ust.
- To ciało samo nie mówi. Jego matka teraz nie myśli. Ono służy mi tylko do porozumiewania się z wami. – jeniec zakończył swą wypowiedź.
- Rozumiesz coś z tego? – zwrócił się olbrzym do Hammara.
Ten postąpił krok do przodu i wskazał ruchem ręki na stojące owady.
- Wy wszystkie jesteście jedna istotą? – zapytał.
- Tak. Jesteśmy jedną matką. Matka aby myśleć musi mieć siedem ciał. –
- A jak nie ma? Albo ma więcej? –
- Jak jedno zginie, matka nie myśli. Czeka aż z jaja wykluje się nowe ciało. Każda matka ma zawsze siedem ciał. Więcej nie ma. To niepotrzebne. Przeszkadza w myśleniu. – usłyszał w odpowiedzi.
- O czym oni gadają? – Herk. - O co chodzi z tymi ciałami? –
- Nie zrozumiałeś? Te owady nie myślą tak jak my. Aby mieć świadomość musi być ich siedem. Jak jest mniej, to tracą inteligencję, a jak więcej to pewnikiem wariują z nadmiaru myśli. Pewnie ten umysł działa dzięki telepatycznej więzi, jaka nawiązuje się pomiędzy grupą owadów. –
- Zgadza się. – dobiegło z ust żołnierza.
- Całe miasto owadów? Ile ich tu musi mieszkać! Wcale mi się to nie podoba. A co stało się z poprzednimi mieszkańcami miasta? Pożarły ich? Zapytaj się o to! – wojownik zaczął się czujnie rozglądać szukając drogi ewentualnej ucieczki.
Niestety. Ogniste smoki nie spuszczały z nich oczu. Matka odpowiedziała nie czekając aż Hammar zada pytanie.
- W mieście żyje dwanaście matek. Nie możemy się rozmnażać, bo brak nam ojca. Niestety trafiliśmy tu bez niego. Z naszych nie zapłodnionych jaj mogą się wykluwać tylko ciała zastępujące nasze stare. Nie rodzą się osobniki które mogą dać zaczyn myśli kolejnej matce. – usłyszeli.
- Miasto było już wymarłe gdy tu nas przeniosło z naszego świata. Smoki wcześniej rozprawiły się z jego mieszkańcami. My nauczyłyśmy się nad nimi panować. – jeniec zamilkł a owady znowu zaczęły terkotać.
Po chwili ponownie nawiązały rozmowę.
- Dziwna jest twoja matka. Jej ciała muszą ze sobą porozumiewać się dźwiękami? Nie potrafi inaczej? –
- My jesteśmy inni. My... – Hammar podrapał się po głowie zastanawiając się jak odpowiedzieć.
- Naszej matce wystarcza jedno ciało. Według waszych zasad to jesteśmy dwoma matkami. –
- Ja jestem babą? Co ty gadasz? – Herk zapytał go szeptem.
- Lepiej siedź cicho i słuchaj. – mag spojrzał na niego.
- Zaufaj mi, szybciej ich zrozumiem od ciebie. –
- Niech ci będzie.-
Owady w tym czasie głośno terkotały. Po chwili umilkły i znów zadały pytanie.
- Jesteś matką i ojcem w jednej osobie? –
- Można tak to określić. Każdy człowiek, to jedna świadomość. Jak on zginie, ginie też jego umysł, czyli po waszemu matka. –
Znów rozległ się terkot.
- Zostańcie tutaj. Koniec rozmowy. Muszę podzielić się zdobyta wiedzą z resztą matek. – usłyszeli.
- Poczekaj! Mogę o cos zapytać? – zawołał mag.
Chwila terkotu i padła odpowiedź.
- Pytaj. –
- Potraficie panować nad zachowaniem ognistych smoków? –
- Tak. Nauczyłyśmy się tego setki lat temu. –
- To w takim razie wy odpowiadacie za wybijanie przybywających na pustynie ludzi? Czemu ich mordujecie? –
- Nie wiedzieliśmy dotąd że zabijamy matki. Myślałyśmy, ze wasze matki wysyłają stare zużyte ciała na pustynię, żeby tam umarły. Dzięki temu mamy pożywienie. Wytresowałyśmy gatunek dużych pustynnych żuków, który zbiera ciała i przechowuje je w podziemnych komorach. Każde wasze przyjście pozwala nam zmagazynować pożywienie do czasu kolejnego waszego nadejścia. Ostatnio zrobiliśmy duże zapasy. –
- To akurat widzieliśmy na pustyni... Chciałem jeszcze... – Hammar próbował zadać kolejne pytanie, ale owady jak na komendę odwróciły się i odeszły. Prowadzony na nibysmyczy jeniec powlókł się za nimi chwiejnym krokiem. Zostali sami, nie licząc wciąż pilnujących ich smoków.
Stali i czekali na powrót owadziej istoty.
- Skąd one się tu wzięły? To obrzydliwe, wykorzystywać zabitych jako zapasy żywności. Wstrętne robale. Ciekawe co zechcą z nami zrobić? – zastanawiał się wojownik.
- Musiały powstać na świecie, że to owady a nie ludzie stali się inteligentnymi istotami. A że jedzą ludzi? Z ich punktu widzenie to całkiem normalne. –
- Jakie normalne? Co innego zjadać z głodu, w końcu niejedno zwierzę potrafi pożreć człowieka. Ale żeby robić sobie z nas zapasy? –
- To samo powiedziałyby świnie zaglądając do naszych spiżarni. Oczywiście gdyby potrafiły myśleć. –
- No właśnie. A my myślimy. Zjadłbyś świnię, z która uciąłeś sobie przed chwila interesującą pogawędkę? –
- Raczej nie... Ale to owady. Kierują się całkiem odmiennymi zasadami niż my. –
- Mam gdzieś ich zasady. Z ochota bym je wszystkie powybijał. Żeby nie te smoki to... –
- Daj spokój. – przerwał mu Hammar.
- To całkiem nowy inteligentny gatunek istot. I to w nich jest najważniejsze. Jako myślące istoty musimy być tolerancyjni wobec ich odmiennych zwyczajów. -
Herk chciał coś odpowiedzieć ale zamilkł na widok powracających owadów. Te zatrzymały się w oddali od nich. Bliżej podszedł osobnik wiodący jeńca.
- Wymieniłam z resztą matek wiedzę. Decyzja co do waszego losu została podjęta. –
- Co z nami zamierzacie zrobić? – zapytał mag.
- Jesteście prymitywnym gatunkiem. Wasza matka ma tylko jedno ciało zamiast siedmiu. To nienaturalne. To sprzeczne z naszymi zasadami życia. Nie możemy pozwolić na istnienie takich wynaturzonych matek. Zostańcie na miejscu. Postanowiłam przeznaczyć was na pokarm dla naszych smoków. Zabijemy każdą waszą prymitywną matkę, która wejdzie na pustynię. Nie będziemy już powstrzymywać smoków. To postanowione. –
Owad szarpną nibysmyczą wciągając ją do wnętrza ciała. Gdy jej koniec wyrwał się ze skroni jeńca ten padł martwy na ziemię. Jak na komendę całe siódemka odwróciła się i odeszła.
- I to tyle na temat tolerancji jako wyznacznika dla myślących istot obdarzonych inteligencją. – powiedział drwiąco Herk.
- Lepiej daj mi ostatni kryształ teleportujący i wynosimy się stąd. – wyciągnął rękę do Hammara.
- Zapomniałem... Na śmierć zapomniałem je zrobić! Te co mamy są za słabe... –
Spojrzeli za siebie. Smoki już nie siedziały. Wstały i szykowały się właśnie do skoku. Wojownik dobył topora.
- To bez sensu... I tak zginiemy... – wyszeptał z rezygnacją mag.
- Nie jojcz tylko rzuć jakiekolwiek zaklęcie. Lepiej zginąć z honorem w walce, niż dać się pożreć trzęsąc się ze strachu. – odpowiedział mu Herk.
Jaszczury postąpiły o krok w ich stronę. Ich ślepia wpatrywały się hipnotycznie w swoje ofiary.
Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się bury rozmazany kształt, który śmignął jak błyskawica przed paszczami smoków. Ich głowy odskoczyły w jedną stronę. Wyglądało to tak, jakby jednocześnie dostały po potężnym ciosie w szczękę. Na oczach Herka i Hammara powtarzała się scena jaką już raz oglądali na pustyni. Z ta różnicą, że teraz nie jeden, a cztery smoki na raz były rozrywane na strzępy.
- Co to jest, na Dobrych Bogów? – zawołał Hammar.
Nie upłynęło zbyt wiele czasu i przed nimi leżały w kałużach krwi i strzępów ciała cztery smocze szkielety. Tym razem pogromca smoków nie zniknął. Obok resztek jaszczurzych ciał stało coś wzrostu dziesięciolatka. Całe bure. Miejscami pokryte włosiem, miejscami łuską.
- Cofnijmy się powoli. Może nas nie zauważy i nie zaatakuje. – wyszeptał cicho Hammar.
- Nigdy bym nie zranił moich podopiecznych – zasepleniło to coś i podeszło go nich bliżej.
Mag i wojownik ze zdziwienia wytrzeszczyli oczy jak spodki. Stwór zbliżył się na odległość kilku kroków stając w padającej z okna smudze światła. Był brzydki. Mały i krępy. Z ciała pokrytego łuską miejscami wyrastały kępy burego włosia. Pazurzaste łapy sięgały mu aż do ziemi. Dużą głowę ze wstrętną mordą, z której sterczała imponująca kolekcja kłów, wieńczyły cztery ostre rogi.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)

Ostatnio edytowane przez Smutas : 06-05-15 o 14:39.
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-07-08, 09:15   #3
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

CZĘŚĆ TRZECIA

- Eeee... To wygląda prawie jak demon... – wyrwało się Herkowi.
- Nie prawie! Ja jestem demonem! – naburmuszył się bury kurdupel.
- Nie dałem tego dowodów? Kto inny by tak szybko sprawił się z tymi milutkimi zwierzaczkami? – zapytał wskazując łapą na smocze truchła.
- Stokrotne dzięki, demonie... Ale... Bo... – Hammarowi z wrażenia zabrakło słów.
- Czemu nazwałeś nas swymi podopiecznymi? – zapytał.
Zaczynał się zastanawiać, czy przypadkiem nie wpadli z deszczu pod rynnę. W końcu smoki pożarłyby ich w mgnieniu oka, a demony potrafiły pastwić się nad swymi ofiarami przez całe lata.
- To wy nie wiecie? Przecież Książę Demonów rzucił na każdego z was klątwę. –
- To wiemy. Ale co ty masz z tym wspólnego? –
- No... Książę Demonów nie będzie się cały czas zajmował takimi zwykłymi śmiertelnikami. Ja dostałem to zadanie. –
- Możesz jaśniej? –
- Mam pilnować aby tego dryblasa zawsze dręczył pech a tobie sprzyjało szczęście. Ale to strasznie trudne. Szczególnie dlatego, że wszędzie łazicie razem. Wszystko się wtedy miesza i nawet ja nie wiem co z tego wyniknie. Już mnie to znudziło. Przecież jestem demonem! Moją rolą jest nieść śmierć i zniszczenie a nie kombinować jak tu utrudniać wam życie. Znudziło mi się to dokumentnie. –
- To teraz nas zostawisz? – zapytał mag z nadzieją w głosie.
- Ależ skąd! Nie mogę się przeciwstawić woli Księcia Demonów. Zabronił mi nawet na chwilę spuszczać was z oka. Zresztą nawet was polubiłem. –
Hammar słysząc to o mało nie zemdlał. Demon ich polubił! Już sobie wyobrażał jak będzie ich męczył i torturował przez całe dziesięciolecia. W końcu dzięki temu mogły istnieć. Swoją moc brały po części z ludzkiej zgryzoty, bólu i nieszczęścia.
- Ależ możesz nas zostawić. Od nas się o tym nie dowie! Pewnie chciałbyś wrócić do poprzednich swoich zajęć? – zapytał nieśmiało. Przypomniało mu się, że jedną z ksiąg opisujących demony wspominała o tym, że niektóre z nich nie grzeszyły zbyt wielkim rozumem. Ale były słowne. Jak coś powiedziały, to zawsze dotrzymywały słowa.
- Może uda się jego jakoś pozbyć? – myślał gorączkowo modląc się jednocześnie w duchu aby Herk siedział cicho i z czymś nie wyskoczył.
- E, tam. Moje poprzednie zajęcia były nudne. Przy was jest o wiele ciekawiej. Ciągle podróżujecie a ja nie lubię siedzieć w jednym miejscu. Zresztą przysięgłem Księciu Demonów, że was nie opuszczę. –
- A co wcześniej robiłeś? – modły Hammara okazały się bezskuteczne, bo Herk zadał jednak pytanie.
- Byłem odpowiedzialny za plagę szarańczy na Wyspie Korzennej. Miałem pilnować aby zjadała wszystko z pół uprawnych i doprowadzić do klęski głodu. Ale to takie nudne... One tylko żrą i żrą. Żeby chociaż inne zwierzęta, ale rośliny? Ohyda! O wiele ciekawsze było wrzucić taką szarańczę modliszce w łapy i patrzeć jak ja żywcem zjada... Albo w sieć dużego pająka! Całe dnie mogłem się przyglądać jak je oplata siecią i wysysa... To takie zajmujące! Zapomniałem się i wytraciłem na takich przyjemnostkach całą szarańczę. I Książę Demonów za karę kazał mi się wami zajmować. –
- Pewnikiem lubisz wyrywać muszkom skrzydełka, co? – pytanie ponownie zadał Herk.
Hammar się poddał. Wiele legend wspominało o drażliwości demonów. Były strasznie dumne, próżne i bardzo łatwo byłe je obrazić. Teraz było mu już całkiem obojętne w jaki sposób rozzłoszczony demon będzie się nad nim znęcał przez najbliższe lata.
- Wspaniałe! O tym nie pomyślałem! Masz jeszcze inne fajne pomysły? – zapytał podekscytowany demon.
- Nawet kilka. Ale teraz ci ich nie zdradzę. Dopiero wtedy jak sobie na nie zasłużysz. –
Hammarowi udało się jednak zemdleć z wrażenia. Rozmowa z demonem na chwilę zamarła, bo wojownik zajął się przywracaniem maga do przytomności. Lekkie poklepywanie po twarzy nic nie dawało, więc trzepną go o wiele mocniej. Mag podskoczył i otworzył oczy.
- Co się stało? – zapytał na wpół przytomny.
- Zemdlałeś z wrażenia. W końcu nie co dzień masz okazję oglądać w akcji tak mistrzowskie rozrywanie smoków. – odparł Herk.
Demon słysząc te słowa dumnie się wyprostował. Dzięki temu wyglądał jeszcze wstrętniej.
- Właśnie sobie prowadzimy nader ciekawą dyskusję. – wojownik puścił do oko do maga.
- Wiesz, te opowieści o demonach jakie słyszałem od innych czarodziei nie do końca są prawdziwe. To naprawdę groźne, potężne i okrutne istoty. Przed nami stoi właśnie taki demon. Prawie umarłem ze strachu jak go zobaczyłem. – Herk łgał jak najęty a demon puszył się coraz bardziej.
- Jest jednak nadzieja, że nas nie zamęczy... – pomyślał Hammar widząc reakcję złego ducha na te słowa.
Zorientował się, że księgi jednak nie kłamały i mają właśnie przed sobą przykład demona idioty.
- Co teraz zamierzasz robić? – zapytał ostrożnie.
- Jak to co? Będę wam wszędzie towarzyszył. Z wami jest tak ciekawie! Szczególnie ostatnie dni. Dawno nie widziałem tylu fajnych śmierci na raz, jak na tej pustyni. Nasyciłem się nimi jak nigdy dotąd. A potem musiałem was uratować od niechybnej śmierci i mogłem popieścić te milusie stworki... – demon z rozmarzonym wyrazem gęby spojrzał w stronę smoczych resztek.
- Nie wybieracie się może gdzieś, gdzie znowu ludzie będą umierać? – zapytał.
- Na razie nie, musimy cało i zdrowo wrócić do domu. Ale dlaczego uratowałeś nam życie? Myślałem, że demony wolą doprowadzać ludzi do śmierci. – zapytał Hammar zaskoczony tym co usłyszał.
- No... Niby masz rację. Ale jak zginiecie to znowu wrócę do pilnowania tej wstrętnej szarańczy... Wiecie co? Mam pomysł. Wy będziecie podróżować po świecie, a ja będę was ratował za każdym razem, gdy sami nie będziecie mieli na to szans. W ten sposób jeszcze długo nie będę musiał wracać do poprzednich zadań. Zgadzacie się? – zapytał.
Obaj wędrowcy spojrzeli na siebie z niedowierzaniem zaskoczeni taką propozycją. Nawet w najbardziej fantastycznych bajkach nie było takiego przypadku, aby demony obiecywały bronić ludzkiego życia.
- Zgódźcie się, dobrze? – demon powtórzył pytanie przymilnym wręcz głosem.
- Niech ci będzie... Ja się zgadzam, bo tez cię polubiłem... – Herk powiedział to z ociąganiem się, zupełnie jakby robił komuś łaskę.
Uradowany demon aż podskakiwał w miejscu.
- A ty? – spytał Hammara.
- Niech tak będzie. Ale bez głupich dowcipów z tym pechem i szczęściem, dobrze? –
Demon zasmucił się.
- Nie mogę się na to zgodzić. Złożyłem przysięgę. –
- No dobra. Ale niezbyt często! –
- Raz na pół roku? – zapytał demon.
- Raz na rok. – wtrącił się Herk.
- Zgoda! –
- No to możemy już wracać. Nic tu po nas. Jak opowiemy o tych owadach Arcymagowi, to przez najbliższe sto lat cały Zakon będzie się miał czym zajmować. – wojownik odwrócił się w stronę wyjścia z sali.
- Skąd zadziałają te kryształy? – zapytał maga.
- Musimy wrócić do skał za tą piaszczystą równiną przed miastem. -
Przez demona całkiem zapomnieli o owadach. Te o nich jednak nie zapomniały. Nie widząc demona nie rozumiały co się stało. Uznały w końcu, że trafiły na dwie wyjątkowo silne ludzkie matki i postanowiły poszczuć na nich kolejne smoki. Jak postanowiły, tak tez uczyniły.
Do sali zajrzał kolejny ognisty smok. Demon go zauważył i się ucieszył.
- O! kolejne milusie stworzonko... lecę się z nim pobawić. A wy jakbyście chcieli ze mną porozmawiać, albo co, to mnie zawołajcie. –
- Ale jak? –
- Bym zapomniał. Książę Demonów nadał mi imię Pruk. Tak mnie wołajcie. – odrzekł i zniknął. Od strony wyjścia z cytadeli doleciał do nich przeraźliwy wizg rozrywanego smoka.
- Ruszajmy stąd. Mam już dosyć tego miejsca. – stwierdził Hammar. Wyszli z budynku. Zobaczyli że Pruk zdążył w tym czasie załatwić kilka smoków, które na nich czekały na placu. Skierowali się w stronę bramy, którą weszli do miasta. Szli szybkim krokiem chcąc jak najszybciej wydostać się z tego miejsca opanowanego przez owady i służące im smoki.
Dzięki Prukowi żaden smok nawet się do nich nie zbliżył. Słyszeli tylko co jakiś czas odgłosy walki, a trzykrotnie mijali rozszarpane jaszczurze ciała. W końcu wyszli na pustynię i skierowali się w stronę wzgórz. Dopiero teraz po raz pierwszy od opuszczenia cytadeli odezwał się Herk.
- Jeszcze nie mogę w to uwierzyć. Będziemy mieli chroniącego nas demona? Słyszałeś kiedykolwiek o czymś takim? –
- Nigdy. Sam nie wiem jak to się stało. Niejedną księgę przeczytałem o sługach Księcia Demonów Mroka, ale nie trafiłem na opis podobnego przypadku. W ogóle nie wiemy zbyt dużo o złych duchach. Księgi wspominają tylko, że niektóre z nich mądrością nie grzeszą. –
- Też o tym słyszałem. I chyba na takiego właśnie trafiliśmy. Ciekawe czy się nie rozmyśli i sam nas nie załatwi. – zastanawiał się wojownik.
- To nam nie grozi. Demony nigdy nie łamią raz danego słowa. Możesz być pewien, ze wyjdziemy każdej opresji. Może nie cali, ale na pewno żywi. No i spodziewaj się raz w roku głupiego dowcipu z jego strony. Sam to z nim ustaliłeś. –
- Naprawdę nie łamią danych obietnic? O tym nie wiedziałem. Wykłócił bym się na pięcioletni okres. –
Przez chwilę szli w milczeniu.
- Nikt nam nie uwierzy, że mamy własnego demona... – ciągle nie mogąc do końca uwierzyć w to co ich spotkało odezwał się Herk.
- I lepiej nikomu o tym nie wspominaj. Tym bardziej Arcymagowi. –
- A dlaczego? –
- W taka historię nawet ja bym nie uwierzył. A Arcymag pomyśli jeszcze, że albo sobie z niego żarty stroimy, albo nam we łbach się pomieszało. –
- Masz rację. To będzie naszym sekretem. –
Późnym wieczorem doszli bezpiecznie do wzgórz. Bezpiecznie dlatego, że Pruk wykończył wszystkie smoki w okolicy, które zdążyły do nich dotrzeć. Kilka razy mieli okazje oglądać go w akcji, gdy rozprawiał się ze smokami, którym udało się do nich zbliżyć. Ostatni raz spojrzeli na ruiny miasta i skruszyli w dłoniach magiczne kryształy. Zniknęli w rozbłysku. Jeszcze kilkakrotnie korzystali z przygotowanych wcześniej zaklęć i w końcu zjawili się przed obozem, z którego wyruszały na pustynię ulsańskie wojska.
W obozie świętowano. Okazało się że aż trzech synów ulsańskiego cesarza zdobyło upragnione trofeum. Razem z nimi wróciło prawie pięciuset ocalałych żołnierzy.
- Powiemy im ,że teraz smoki nie będą zaprzestawać walki na jednej grupie żołnierzy? –
- A po co? Ich kapłani zaraz wytłumaczą, że Dobrzy Bogowie potrzebują więcej służących. Zresztą po wyczynach demona nie zostało zbyt wiele smoków i na jedno wyjdzie. Co za różnica czy dziesięć smoków rozwali dziesięć oddziałów czy jeden wszystkie? Może chociaż łatwiej im będzie go upolować. – odparł Herk.
Po kilku dniach podróży z powracająca z pustyni garstką ocalałych dotarli do Frutoksaru skąd nadali magiczna wiadomość, że cało i zdrowo wrócili z wyprawy. Prawie natychmiast otrzymali wiadomość, że nie muszą wracać do bezpośrednio do stolicy Zakonu Magów. Arcymag wyjechał z Rabapatony i oczekiwał ich w przygranicznym mieście Dunasziged, gdzie wizytował tamtejsze składy celne.
- Akurat. Niby Arcymag osobiście wizytuje magazyny? Od tego ma całą armię urzędników. Pewnie się obawiają kłopotów jakie sprawiły im nasze klątwy. Ale się zdziwią! – skomentował otrzymaną wiadomość Herk.
- Pamiętaj, ze masz nic nie mówić. Pomyślą że klątwy samoczynnie wygasły. – przypomniał mu Hammar.
Tym razem nie prześladował ich żaden pech i w trzy godziny dotarli na miejsce. Odwiedzani po drodze rezydenci byli mile zaskoczeni, że ich krótkie wizyty nie spowodowały żadnych strat. W Dunasziged wylądowali w samo południe. Tam dowiedzieli się, że Arcymag jest właśnie w porcie dokąd przypłynął okręt z bardzo ważnym ładunkiem. Od razu udali się na nadbrzeże. Ładunek rzeczywiście musiał być niecodzienny, bo okręt zacumowano nie w ogólnodostępnym porcie, ale w pilnie strzeżonym i ogrodzonym wysokim murem wewnętrznym basenie. Trochę musieli poużerać się z pilnującymi wejścia strażnikami. Nie chcieli uwierzyć, że ubrany w szaty kapłana młodzian jest magiem. Dopiero gdy podpalił im buty zaklęciem wpuścili ich do środka. W wewnętrznym basenie dokował tylko jeden statek. Widać, że przedsięwzięto nadzwyczajne środki ostrożności. Nadbrzeże było puste. Stał tam tylko samotny Arcymag. Nad ładownię okrętu przesuwało się ramię portowego żurawia. Podeszli i przyklękli na jedno kolano.
- Jesteście! Żyjecie! – szczerze ucieszył się Arcymag.
- I co udało wam się znaleźć to miasto? Bo już zaczynałem wątpić w jego istnienie. – zapytał.
Hammar w kilku słowach streścił co odkryli. Pominął tylko milczeniem historię z Prukiem.
- Pełną relację z wyprawy z mapami i rysunkami wysłałem przez portal magowi Wyjarowi. – zakończył swą wypowiedź.
- Fascynujące! Inteligentne owady? Jeden umysł złożony z kilku organizmów? Jak tylko wrócę do Rabapatony nakażę zorganizować naukową wyprawę. Koniecznie musimy to wszystko zbadać. –
- Co tu tak pusto? – jak zwykle wścibski Herk nie potrafił powstrzymać się od zadawania pytań.
- To bardzo niebezpieczna przesyłka. Skrzynia z Padlinożernymi Skaczącymi Pseudożmijami. – usłyszał w odpowiedzi.
- A cóż to za bestie? – dopytywał dalej.
Arcymag miał dobry humor, więc raczył im wyjaśnić.
- Przed pół rokiem zaprzestał kontaktu z nami stary Trafarcjusz. Przed wielu laty wybrał życie maga samotnika i wyemigrował na wyspę Firla. Prowadził tam badania nad czarami lewitacyjnymi. Na pewno o nim słyszałeś Hammarze. –
- Trafarcjusz? Słyszałem. Podobno potrafił podnieść się na łokieć w górę i przelecieć całe pięć kroków! Wielkie osiągnięcie! – młody mag przypomniał sobie plotki, które w czasach gdy pobierał nauki w Szkole Magów, do niego docierały.
- Tylko tyle? – zdziwił się Herk. - A co w tym wielkiego? Ja potrafię każdego chłopa tak kopnąć w zadek, że poleci wyżej i dalej. Pokazać? – zaoferował się dobrodusznie olbrzym.
Arcymag spojrzał na niego z pełnym sympatii politowaniem.
- Jemu jako pierwszemu magowi na świecie udało się odkryć zaklęcia lewitujące, dzięki którym człowiek może latać. Na laiku może to nie robić większego wrażenia, ale to wielkie odkrycie. Jak rozwiniemy tę gałąź magii to jej zastosowanie może zrewolucjonizować metody podróżowania. – wyjaśnił mu łaskawie.
- Teraz to rozumiem! – odezwał się wojownik.
- Kolejny mag tracący lata nad szukaniem rozwiązania absurdalnego problemu. – mruknął pod nosem.
Obaj magowie przez grzeczność udali że nie dosłyszeli. Arcymag kontynuował:
- Gdy nie odezwał się w ustalonym terminie myśleliśmy, że po prostu o tym zapomniał. Nie raz mu się to juz zdarzało. Ale wciąż nie odpowiadał na słane portalem upomnienia. Wysłałem tam jednego z magów z surowym upomnieniem. Ten znalazł zwłoki Trafarcjusza. Stary mag zginął na posterunku nauki ukąszony przez pseudożmiję. Z pozostawionych notatek dowiedzieliśmy się, że opracował eliksir, który wspomagał jego lewitacyjne zaklęcia. Dzięki niemu prawie dwukrotnie zwiększył odległość na która mógł dolecieć. Jednym ze składników eliksiru był właśnie jak tego zwierzęcia. Zginął gdy próbował go pobrać. –
- Ukąsił go zwykły jadowity wąż? Nie mógł sam się uleczyć? – wścibstwo Herka nie zepsuło jednak dobrego humoru rozmówcy.
- Padlinożerne Skaczące Pseudożmije nie są wężami. Tylko z wyglądu trochę ich przypominają. Należą do rodziny pierścienic, podobnie jak pijawki czy dżdżownice. – Arcymag podniósł rękę powstrzymując wojownika przed kolejnym głupim pytaniem.
- Ale na tym podobieństwa się kończą. Dorosły osobnik może osiągnąć do trzech kroków długości. Może to niewiele. Ale ich jad zawiera jedne z najbardziej trujących toksyn w świecie zwierząt. Wystarczy że kapnie tylko na skórę, natychmiast paraliżuje mięsnie ofiary. Tylko serce bije jeszcze przez chwilę. Istnieją co prawda odtrutki na tę truciznę, ale porażony człowiek nie jest w stanie sam sobie jej podać. Paraliż następuje tak szybko, że żaden mag nie zdąży wypowiedzieć uzdrawiającego zaklęcia. –
- Ale skoro zamknięte są w skrzyni, to po co to całe zamieszanie? – Herk dociekał dalej.
- Te zwierzęta żyją wyłącznie w głębokich jaskiniach na Firli. Trafiły tam wskutek jednego z Przeniesień. Nie posiadają oczu, ale doskonale wyczuwają ciepło. –
- Zupełnie jak skalne robaki na mojej wyspie! One tez w ten sposób odnajdują ofiary! – pochwalił się olbrzym.
- Twoje robaki tez należą do rodziny pierścienic. Wiele z ich gatunków potrafi na odległość wyczuć ciepłotę ciała. Pseudożmije atakując skacząc na swoją ofiarę. Wbijają zęby jadowe i wstrzykują truciznę. Ewentualnie potrafią strzyknąć nią na sporą odległość i dopiero potem wstrzykują kolejną dawkę jadu do krwioobiegu. Sparaliżowana ofiara nie może się ruszać i tylko serce zanim zamrze rozprowadza jad po organizmie. Zawarte w nim toksyny rozkładają jej ciało od środka. Dopiero po pewnym czasie, gdy rozkład obejmie całe ciało, pseudożmija zasysa jego zawartość. Czasem trwa to wiele dni. Chyba ze przyssie się kilka okazów, wtedy szybciej. –
- Obrzydzielstwo... - Herk się wzdrygnął.
Arcymag kontynuował dalej.
- Niebezpieczeństwo polega jeszcze na tym, że plując jadem rozpylają go. Zanim ulegnie rozkładowi potrafi skazić powietrze dookoła. Postanowiliśmy kontynuować badania Trafarcjusza i właśnie wróciła ekspedycja z okazami tych rzadkich pierścienic. Trzech magów zginęło podczas ich łapania. Widzisz zatem Herku, w skrzyni są dwa tuziny tych zwierząt, które zezłoszczone plują jadem. Nie można było hermetycznie zamknąć skrzyni, boby się podusiły. A nie chcę mieć więcej ofiar z powodu skażonego powietrza, które się z niej wydostaje. Wystarczy, że życie straciło przez nieostrożność kilku marynarzy z tego statku. –
Herk roztropnie nie skomentował na głos co sądzi na temat dalszej kontynuacji badań, które zanim się jeszcze zaczęły pochłonęły już tyle ofiar. Przyzwyczaił się do tego, że dla magów życie ludzkie niewiele znaczyło, jeżeli uznali, że złożono je na ołtarzu nauki.
Rozległo się skrzypienie. Żuraw właśnie przenosił wysoko uniesiona skrzynię ze statku na nadbrzeże. Nagły podmuch wiatru niebezpiecznie nią zakołysał. Powiew musiał owionąć zatrutym powietrzem trzech robotników portowych trzymających linę od unoszącego ją kołowrotu, bo padli nieruchomo na ziemię. Skrzynia runęła na dół. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować gruchnęła o kamienie nadbrzeża i rozpadła się. Z jej szczątków wydostały się dwadzieścia cztery głodne i wściekłe Padlinożerne Skaczące Pseudożmije. Jedynymi ciepłymi stworzeniami w ich zasięgu okazali się Arcymag oraz stojący obok niego Herk i Hammar.
Cała trójka z przerażeniem patrzyła jak w ich stronę pędzi skacząc całe stado jadowitych zwierząt. Hammar zdał sobie sprawę, że nawet nie zdążą rzucić żadnego Zaklęcia Bariery, zanim do nich dopadną. Ale w końcu stał przy nich sam Arcymag, największy z żyjących magów. Ten szybkim ruchem wyciągnął przed siebie rękę trzymającą magiczny kostur. Zanim jednak zdołał przywołać zaklęcie, przez nadbrzeże przeleciała szybka jak błyskawica bura plama. W mgnieniu oka z pseudożmij pozostały same mokre plamy. Bura plama rozpłynęła się w powietrzu. Dopiero otoczyło ich ochronne Zaklęcie Bariery.
- Co to było? – wyszeptał nagle pobladły Arcymag.
- Wyczułem silne zawirowanie magicznej aury, jakby zły duch się objawił... –
Nagle spojrzał w stronę Herka i Hammara surowym wzrokiem.
- Coś mi się wydaje, ze doskonale wiecie co to było... Natychmiast mi powiedzcie nic nie ukrywając! – rzekł rozkazującym głosem.
- Nasz prywatny demon! – odpowiedzieli zgodnym chórem.
Skończyło się na tym, że opowiedzieli Arcymagowi całą prawdę. Ale i tak do końca im nie uwierzył...

K O N I E C

Napiszcie, czy chcielibyście przeczytac kolejne opko o przygodach Hammara i Herka.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)

Ostatnio edytowane przez Smutas : 06-05-15 o 14:39.
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 08-07-08, 12:31   #4
DoneR
Kąsacz
 
Zarejestrowany: wrzesień 2007
Posty: 355
Domyślnie

Kolejne duże opko ;) Podoba mi się to, że wszystkie historie z Hammarem i Herkiem zachowują ciągłość.
Co do fabuły. Historia nie powiem ciekawa. Jednak dla mnie trochę przesadziłeś z wielkością świata. Przynajmniej w moim odczuciu, bo na geografii się nie znam i nie potrafię ocenić ile dni potrzeba na przemierzenie całej ziemi. Nielogicznością jest dla mnie to, że Hammar wiedząc ile potrwa wędrówka nie podjął ryzyka skorzystania z teleportu.
Przesadzona jest też dla mnie liczebność wojska, dzieci oraz siła jaszczurów. Półtora milionowe wojsko nie może sobie pokonać z jednym gadem? Nie przejdzie x]
Za to świetnym pomysłem dla mnie jest wprowadzanie Pruka - takie ciekawe urozmaicenie.
Końcówka opka jest trochę dziwna, ponieważ myślałem, że jest to wstęp do dalszych przygód. Okazało się, że to tylko pretekst by powiedzieć arcymagowi o demonie.

Ocena: 9/10
__________________



Bad to the Bone
Czarny Rycerz Podziemia

Ostatnio edytowane przez DoneR : 08-07-08 o 12:33.
RPG
DoneR jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 08-07-08, 15:20   #5
xeroloth
 
Posty: n/a
Domyślnie

Kolejne opowiadanie naprawdę bardzo dobrej klasy. Opisy niektórych budowli i lokacji były bardzo dobre, opko trzyma klimat. Bardzo podobały mi się też żartobliwe momenty związane z demonem. Niestety znów zamieściłeś je na biało, a nie kolorem domyślnym. mi to nie przeszkadza, gdyż używam ciemnego skina, lecz dla tych, co używają innych jest to kłopotliwe. Błędów ortograficznych także było sporo. Osobiście radzę skopiować wszystko do Worda, poprawić co będzie podkreślone i wtedy podmienić W ten sposób możesz się ustrzec wielu niepotrzebnych błędów. Ale całość nadrabia historią. Obaj główni bohaterowie pasują do siebie idealnie.
Cytat:
- Nasz prywatny demon! – odpowiedzieli zgodnym chórem.


To samo, co napisał DoneR, również myślałem, że to będzie wstęp do kolejnej przygody, a tu co innego. Ale liczę, że powstanie więcej opowiadań mówiących o przygodach tej dwójki, a właściwie teraz to już trójki :P Fajnie by było, gdyby jedno z opowiadań kręciło się właśnie w obszarach gdzie żyją te pseudożmije.
Cytat:
Napiszcie, czy chcielibyście przeczytac kolejne opko o przygodach Hammara i Herka.
Oczywiście, że tak.


Moja ocena: 10/10, ot co. Powiem, że to pierwszy max jaki wystawiam, ale w moim odczuciu to opowiadanie na niego zasługuje.
RPG
 
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 09-07-08, 09:31   #6
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

Dzięki za recki.
Chciałem wyjasnić pewne rzeczy.

Cytat:
Napisał DoneR Zobacz post
Jednak dla mnie trochę przesadziłeś z wielkością świata. Przynajmniej w moim odczuciu, bo na geografii się nie znam i nie potrafię ocenić ile dni potrzeba na przemierzenie całej ziemi.
Nie mogłem w jednym opku zamieścić opisu całego świata w ktorym odbywają się przygody bohaterów. Nie obejmuje on powierzchni ałej kuli ziemskiej, jest mniejszy. Jak jest duzy i dlaczego wlasnie taki wyjaśnię w którymś z kolejnych opek.

Cytat:
Napisał DoneR Zobacz post
Przesadzona jest też dla mnie liczebność wojska, dzieci oraz siła jaszczurów. Półtora milionowe wojsko nie może sobie pokonać z jednym gadem? Nie przejdzie x]
Hmmm... Za dużo dzieci? Ale dlaczego? Przy trzech tysiącach małżonek i magicznym wspomaganiu potencji? Jest to jak najbardziej możliwe.
Podam przykład. Pomysł na taki model tworzenia haremu wziąłem z historii. Takie haremy mieli inkascy królowie. Ostatni Inka miał harem oceniany dziś na 10.000 (dziesięć tysięcy) kobiet.
A liczebność armii? Przy takiej rozrodczości, czemu nie?

Może niezbyt jasno to rzedstaiłem. Armia była podzielona na pięciotysięczne oddziały i z każdym takim oddziałem walczył jeden smok. Może rzeczywiście przesadzilem...

Cytat:
Napisał xeroloth Zobacz post
Błędów ortograficznych także było sporo. Osobiście radzę skopiować wszystko do Worda, poprawić co będzie podkreślone
Ja piszę właśnie w wordzie i ten cholerny program nie podkreśla wszystkiego co powinien. Zanim wkleje tekst czytam go kilka razy, a i tak przeoczę zawsze jakies błedy... Ale postaram sie być bardziej uważny.

Demon Pruk pojawi sie w niektórych klejnym opkach. Tylko najpierw musze wymyślic jakąs sensowną historię, gdzie mógłby zostać jej bohaterem.

he, he, właśnie wymyśliłem. Za kilka dni będzie kolejne opko.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)

Ostatnio edytowane przez Smutas : 09-07-08 o 09:37.
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 12-07-08, 16:59   #7
Cobra
 
 
Cobra awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: -P-Y-R-L-A-N-D-I-A-
Posty: 107
Wyślij wiadomość przez AIM do Cobra
Domyślnie

Opowiadanie zdecydowanie lepsze od poprzedniego, ktore komentowalem. Ciekawa fabula zachowujaca ciaglosc wydarzen, dobre opisy itp. Bledow jak zwykle troche bylo, ale nie na tym sie skupialem. Tak jak zauwazyl DoneR, znow pojawily sie bledy logiczne, np.- jeden smok pokonuje kilka tys. ludzi i wychodzi bez szwanku. Albo ta poltora milionowa armia to tez lekkie przegiecie. W tamtych czasach to bylo niemozliwe, aby jedno panstwo bylo w stanie wystawic taka armie i to jeszcze po tak krotkim czasie od straty poprzedniej. Generalnie jednak opko trzyma poziom.
__________________
ŚP: Akolita Podziemia
RPG
Cobra jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Bracia w rozumie - przygód Herka i Hammara ciąg dalszy. Smutas WIP 10 22-11-08 22:30
O przygodach pewnego Bandydy... Dunger FanFick 15 12-09-06 19:26
Prywatny nauczyciel. Mad Pomoc 1 28-04-05 13:47


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.