Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Gothic - Zbójecki artefakt

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 27-12-18, 15:38   #1
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 883
Domyślnie Gothic - Zbójecki artefakt

Powracam do pisania z nowym opowiadaniem, choć... wydaje mi się, że jest z nim coś nie tak. Patrząc na nie okiem autora myślę, że jest jakoś dziwnie napisane, inaczej niż moje poprzednie... I nie mogę odnaleźć błędu. Może to przez to, że dawno nie pisałem i przez to jestem jakiś przewrażliwiony... Dlatego prosiłbym o wytknięcie mi wszystkiego co zrobiłem źle i o konstruktywną krytykę.
A co do historii... Jest bezpośrednio związana z jednym z opisów, z których jest nawet trochę dumny . Bohaterem jest 27-letni Veronim Sadea, którego nagrobek możemy odnaleźć na cmentarzu za farmą Sekoba. Jest kryminalistą nazywanym Królem miejscowego półświatka. Jednak dni jego powodzenia dobiegają końca...
Uwaga! Ze względu na to, iż akcja dzieje się w roku 417 zamiast Khorinis pojawia się nazwa Karynis, czyli dawna nazwa miasta i wyspy.
Życzę miłej lektury .

Prolog

Spośród dość gęsto rosnących drzew wybiegali Strażnicy Miejscy z herbem Karynis na tunikach. Na ich czele stał Dietmar Ukara Młodszy, najstarszy syn panującego wówczas Feliksa Ukary, który otrzymał imię po swym sławnym przodku, mistrzu miecza. Na przeciw stróżom prawa stanęli bandyci. Szyli z łuków, strzelali z kusz, bądź też walczyli wręcz. Starali się szczelnie zakryć wejście do jaskini za ich plecami. Tam zaś trwały wśród reszty rzezimieszków przygotowania do walki. Zwierali szyki zupełnie jakby byli regularnym wojskiem, a nie wyrzutkami społecznymi. W głębi jamy zaś pewien młodzieniec pakował najpotrzebniejsze rzeczy do torby przewieszonej przez ramię. Pomagał mu w tym lekko otyły Asasyn będący już w okolicach pięćdziesiątki.
- Prędzej, Veronimie, prędzej! Zaraz rozpęta się tu prawdziwe piekło! - powiedział biegnąc w stronę drzwi. Była to jedna z niewielu chwil gdy nie mówił do niego żartobliwie per "królu", mimo iż miał on tylko pochodzenie szlacheckie.
- Jeszcze kubek! - odparł pośpiesznie biorąc ze stołu blaszane naczynie i chowając do torby.
- Ech, ty i te twoje sentymenty - westchnął śniadoskóry przepuszczając młodzika, po czym sam przeszedł przez drzwi.
- On przynosi mi szczęście - odparł jakby od niechcenia Veronim rozglądając się.
Obaj znaleźli się w kolejnej komorze jaskini, w której płonęło ognisko. Wokół niego siedziało trzech mężczyzn oczekujących na coś spokojnie. Pierwszy był szczupłym łysym łucznikiem mającym przy pasku długi kujący miecz. Drugi wstał ukazując swą potężną posturę. Był blady, co było dowodem na to, że pochodził z Nordmaru. Nosił ciężki skórzany pancerz z wieloma metalowymi elementami. Na plecach w świetle ognia połyskiwał dokładnie wypolerowany topór. Trzeci zaś wpatrywał się z sentymentem w tańczące płomienie. Pogładził swą bujną, czarną brodę i spojrzał na Veronima Sadeę. Wstał i wziął w swą pomarszczoną ze starości, ciemnoskórą dłoń jeden ze swych licznych sztyletów pochowanych po kieszeniach starego, brudnego płaszcza.
- Już? - zapytał.
Młodzieniec kiwnął głową. Na ten znak starzec rzucił trzymanym sztyletem w stronę innej komory jaskini. Zgodnie z zamierzeniem ostrze trafiło w rozpalone tam ognisko. Stojący w pobliżu paleniska bandyta chwycił pochodnię i zanurzył ją w płomieniach. Gdy ta zaczęła się palić pobiegł w stronę wyjścia z jamy i zręcznie omijając walczących ze sobą strażników i rzezimieszków znalazł się przy sporym kopcu chrustu oraz innych łatwopalnych materiałów. Cisnął weń łuczywo, wyciągnął pałasz i po chwili namysłu rzucił się do ucieczki. Tymczasem stos zajął się ogniem. Na ten znak na tyły Strażników Miejskich ruszyli ciężko uzbrojeni bandyci dotąd kryjący się w gęstym lesie, wywołując zamęt w szeregach funkcjonariuszy. Była to doskonała okazja by Veronim ze świtą zbiegli z zagrożonego terenu...

Dziesięć dni wcześniej.
Noc była piękna, gwiaździsta, Księżyc w pełni. Veronim w długim, skórzanym płaszczu z głębokim kapturem na głowie przekraczał właśnie bramę miasta Karynis. Sto sztuk złota z jego sakiewki zmieniło właściciela, a raczej właścicieli, ponieważ wejścia pilnowało dwóch strażników. Po krótkim spacerze dotarł do kolejnej bramy, tym razem wyjściowej. Trafił do portu. Jego celem była karczma umiejscowiona w pobliżu morza. Wszedł do budynku i usiadł przy ladzie. Przez chwilę był obserwowany przez większość nielicznych o tej porze gości, ale szybko przestali się nim interesować, choć paru spoglądało później na niego z zaciekawieniem.
- Piwa - powiedział rzucając na szynkwas złote monety. Oberżysta schował pieniądze do swojej sakwy i zabrał się za robotę. - Moment! - zatrzymał go Sadea. - Tu mi proszę nalać - rzekł wyciągając blaszany kubek z torby i podał go mężczyźnie.
Ten wzruszył ramionami i wykonał prośbę klienta po czym podał mu naczynie wypełnione po brzegi złocistym napojem. Szatyn popijał go spokojnie. Następnie dał karczmarzowi kolejne monety i prosił by mu nalać dokładkę. Pił dalej, powoli się niecierpliwiąc. W końcu koło niego usiadł oczekiwany młodzieniec na oko o dziesięć lat młodszy od Veronima.
- Witam pana - powiedział.
- Darujmy sobie te uprzejmości - odparł biorąc solidny łyk piwa. Wstał. Gestem pokazał towarzyszowi by za nim poszedł. Usiedli przy jednym z odosobnionych stolików. - Mów co wiesz.
- Ostatnio przypadkowo usłyszałem, że banda Mirusa przygotowuje się do odbicia swoich ludzi z więzienia w koszarach...
- Ten Mirus to ma refleks - przerwał rozmówcy Sadea i pociągnął kolejny łyk. - Ci jego ludzie to dawno pewnie zostali złamani na spytkach i go wsypali. Dni tego kretyna i jego bandy są policzone. To nie jest zbyt wartościowa informacja. No, ale mów dalej - rzekł po czym popił.
- Teraz coś co pana z pewnością zainteresuje: pan Henryk Sorn najął mnie i mego brata do targania mebli do jego domu zamówionych zza morza. Ładne były, pięknie zdobione, pozłacane... E... Przepraszam. No więc podczas tej roboty, za którą zabraliśmy się dość późno, natknęliśmy się na... - młodzieniec szukał w myślach słowa - pewnych ludzi. Nigdy nie zapomnę twarzy tego kroczącego w środku. Blada twarz, blizna idąca od czoła po dolną wargę, stalowy wzrok...
- ... bezwzględnego mordercy - przerwał mu po raz kolejny Veronim. - Verden! - warknął. Szybko się jednak opanował, z konieczności. - Co on robił u Sorna?
- Cała sytuacja mnie zainteresowała, więc począłem ich dyskretnie śledzić...
- Starszy brat nie miał nic przeciwko? - Sadea uniósł brew.
- Nie, powiedziałem, że muszę iść się odlać. Byłem pewien, że pana to zainteresuje, więc byłem gotów zaryzykować. Niestety, nie dowiedziałem się zbyt wiele, ale z pewnością była to dość przyjacielska rozmowa, jeśli można użyć takiego słowa...
- Cholerny dwulicowiec z tego Sorna! - mężczyzna zacisnął pięść. - Nie wiesz o czym rozmawiali? - rozprostował palce.
- Niestety... zdaje mi się, że jeden z nich mnie przyuważył, więc szybko czmychnąłem.
Veronim dopił piwo i podniósł swój kubek do góry. Po chwili podszedł do nich karczmarz z butelką, z której nalał do blaszanego naczynia złocistą ciecz. Herszt bandy dał mu więcej monet niż wcześniej.
- Podziękował - powiedział oberżysta i już chciał odejść, ale szlachcic złapał go za rękę.
- Chwila, to nie napiwek. Dałem ci więcej złota, bo chciałbym prosić byś rozpuścił informację, że Henryk Sorn potrzebuje solidnych chłopaków do pewnej roboty. Wiesz co mam na myśli.
Mężczyzna kiwnął głową i odszedł.
- Masz coś jeszcze? - Sadea zwrócił się do młodzieńca.
- Tak, całe miasto huczy aż, że do Karynis ma przybyć jakaś szycha z Kontynentu. Może nawet sam Książę Księstwa Cape Dun!
- Co? - zdziwił się Veronim.
- Ano. Ja tam się na polityce nie wyznaję, ale prawdopodobnie Gubernator Feliks Ukara szykuje się do wojenki. A z kim, tego nie wiem.
- Dobra... - bandyta sięgnął do swojej torby i wyciągnął z niej dwa mieszki ze złotem. - Masz, na prawdę ci się należy. Miej oczy szeroko otwarte. Do następnego.
Mężczyzna wstał i wyszedł z przybytku zostawiając młodzieńca samego. Skierował się z powrotem do swojej kryjówki. Podczas drogi wyciągał wnioski z zaistniałej sytuacji. Musiał się naradzić ze swymi najbardziej zaufanymi ludźmi. O ile w półświatku można ich tak nazwać...

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 27-12-18 o 15:40.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 18:45   #2
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 753
Domyślnie

Być może chodzi o to, że opowiadanie nie jest jest osadzone w żadnym wyobrażalnym miejscu. Bez nawet skromnego opisu otoczenia czytelnik nie potrafi sobie dobrze wyobrazić rozmowy dwóch facetów w karczmie. Poza tym jest bardzo krótkie, poczekam na resztę.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 19:21   #3
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 883
Domyślnie

W mojej głowie obóz bandytów jest osadzony w tej dolinie pod miastem, gdzie wejścia do rozległego kompleksu jaskiń strzegł cieniostwór. Mam nadzieję, że dobrze to opisałem . Tylko właśnie nie wiem jak to opisać w opowiadaniu, bo nie wiem za bardzo jak to ubrać w słowa...
A karczma osadzona jest w porcie, który w moim zamyśle jest osadzony poza murami miasta (w końcu w grze możemy się natknąć na zniszczony mur tam gdzie jest wejście do portu). Sam budynek jest tak mniej więcej tam gdzie karczma Kardifa albo może gdzieś wgłąb lądu. Tego jeszcze nie ustaliłem .
Dzięki za komentarz .

Edit: A propo ciągu dalszego to mam właśnie napisane jeszcze dwa rozdziały, w których już się więcej dzieje.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 19:56   #4
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 883
Domyślnie

Postarałem się nieco dopisać o tym obozie na początku rozdziału, mam nadzieję, że wyszło lepiej... Zapraszam do lektury .

Rozdział I Nowy w bandzie

Bandycki obóz teoretycznie znajdował się w dość rozległej i gęsto zarośniętej dolinie pod miastem Karynis. Im dalej się szło tym niższy stawał się teren aż w końcu natrafiało się na wysoką kamienną ścianę. W niej jednak była wydrążona jaskinia, a wręcz kompleks jaskiń, w którym to przebywała większość ludzi z bandy Veronima Sadei. Ze względu na konieczność utrzymywania kamuflażu nie gospodarowano terenem dolinki poza miejscem przy wejściu do jamy. W praktyce to wewnątrz znajdował się obóz.
Lekko otyły Asasyn przyglądał się bogato zdobionemu pierścionkowi, podkręcając czarnego wąsa. Przed nim stał młody chłopak - ciemny blondyn o rozmarzonym spojrzeniu brązowych oczu. Ubrany był niezbyt bogato co kontrastowało z posiadanymi przez niego kosztownościami. W lewej dłoni trzymał damskie kolczyki, którym przyglądał się z sentymentem.
- Ech, pięknie by w nich wyglądała... - westchnął.
Tymczasem wąsacz schował pierścionek do kieszeni i wziął od młodzieńca resztę biżuterii.
- Tak... Młody wiesz, że ta twoja historia jest tak klasyczna jak zadania, które cię tu czekają. Biedny chłopak spotyka nagle dziewczynę na targowisku, lecz jest ona z dobrego domu a tym samym poza jego zasięgiem. Oni jednak na przekór wszystkiemu się kochają i planują wspólną ucieczkę. Ale by nie było zbyt kolorowo ty chciałeś dać jej jakiś skromny upominek, a jako że nie było cię na nic stać, ukradłeś. Tym samym już zupełnie przekreśliłeś swoje szanse i możesz przez jakiś czas nie pokazywać się w mieście. Przez długi czas.
- Wiem, że głupio zrobiłem, ale teraz nie ma już odwrotu.
- Właśnie, więc witamy w skromnych progach nieformalnego Króla Karynis! - rzekł serdecznie chowając kolczyki do kieszeni. Progi były rzeczywiście skromne, bowiem stali przy wejściu do jaskini. - Te kosztowności to wiesz, taka opłata za wstęp.
- A... co to za zadania? - zapytał niepewnie chłopak.
- Klasyczne jak już wspomniałem. Wiesz, przynieś, podaj, pozamiataj, jak to mawiają, Synu Niepewności. Przecież za darmo cię tutaj nie trzymamy, musi być z ciebie jakiś pożytek.
- No... rozumiem.
- Świetnie, Synu Błyskotliwości. To jest także w twoim interesie. Musisz zapoznać się ze swoimi nowymi kompanami, zawrzeć przyjaźnie, aby przypadkiem ktoś cię w nocy nie zaszlachtował myśląc, żeś obcy.
Młodzieniec przełknął głośno ślinę lekko przestraszony ostatnią częścią zdania Asasyna.
- Dla pocieszenia powiem, że mnie już zaimponowałeś - dodał dawny mieszkaniec Varantu. - Okraść jubilera i uciec z najeżonego Strażnikami miasta, potem obezwładnić jednego z nich podczas pościgu i kilku załatwić, no no...
- Chciałem jeszcze raz panu podziękować za uratowanie mnie wtedy. Było ich dla mnie za dużo i gdyby nie pan to by mnie pewno pokonali.
- Powiedzmy, że kiedyś postawisz mi piwo. No dobrze, a teraz wprowadzę cię w szczegóły, Nowy. O! Tak cię będziemy nazywali, póki sam sobie na jakiś pseudonim nie zasłużysz. Twoje imię mnie nie interesuje, zostaw za sobą swoje stare życie. Teraz jesteś przestępcą i tak masz się zachowywać.
- O co chodzi z tymi pseudonimami?
- A widzisz tę czarnowłosą piękność przy ognisku? - wskazał dyskretnie ręką na samotnie siedzącą kobietę ubraną w robiony na miarę skórzany pancerz odsłaniający prawe ramię, na którym wytatuowany był dziwny okrągły symbol. - To Czarna Wdowa. Nikt nie zna jej przyrodzonego imienia, nawet ja, a znam ją jeszcze z dawnych czasów, gdy była niewolnicą na pustyni. Była tam kurtyzaną, mówiąc kulturalnie. Ech, kurwą - westchnął widząc konsternację swego rozmówcy. - Robiła to za darmo i nie bardzo jej to odpowiadało. Pewnego dnia na jej miasto napadli Koczownicy, a ona korzystając z okazji, uciekła. Dotarła na Karynis byle dalej od przeszłości, ale życie okazało się być dla niej niezbyt łaskawe. Szybko przekonała się, że by przeżyć musi robić to samo co na pustyni. Lecz tutaj przynajmniej dostawała za to pieniądze i miała lepsze warunki niż u nas, na pustyni - podkręcił wąsa. - Tak czy inaczej pewnego dnia jakiś dość nieprzyjemny klient jej nie zapłacił. Ona bardzo liczyła na te pieniądze, więc wpadła we wściekłość i zabiła go w dość... brutalny sposób. Zrabowała jego dom jak tylko mogła tamtej nocy, ale szybko jej alfons ją poinformował, żeby się wynosiła, bo Straż węszy koło jej osoby, a on nie chce kłopotów. Sprawnie czmychnęła z miasta biorąc sporą część swojego łupu i przyszła z tym do nas. Jej historia przekonała Veronima Sadeę, a i przy okazji ja się za nią wstawiłem. Wiesz, było tu też paru chojraków co się do niej przystawiało, a teraz wąchają kwiatki od spodu. A, i koleś co jej spartolił ten tatuaż na ramieniu też marnie skończył. Więc zapracowała sobie w pełni na to jak ją nazywamy.
- Mam nadzieję, że jak ją poproszę o poparcie to mnie nie zabije - próbował zażartować nerwowo chłopak.
- Bez obrazy, Ojcze Nieśmiałości, ale do takich fajtłap jak ty to ona akurat ma pobłażliwy, a wręcz pozytywny stosunek, więc nie masz się czego obawiać. O, właśnie! - zawołał wskazując głową na wchodzącego do jaskini łysego łucznika. - To jest Chudy, kolejna dość wpływowa tu persona. Jego pseudonimu chyba nie muszę wyjaśniać?
- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedział młodzieniec łypiąc na cherlawe ręce przechodzącego łysola.
- Ale niech cię to nie zmyli! Ten człowiek to prawdziwy wirtuoz łuku. Wielokroć widziałem go w akcji. Dobrze, chłopcze, przejdźmy się, pokażę ci resztę osób, z którymi warto tu dobrze żyć.
Wtem do jaskini z impetem wpadł Veronim Sadea. Szedł tak szybko, że aż trzymał prawą dłonią swoją torbę przewieszoną przez ramię, bo denerwowało go jak odbijała mu się o biodro. Po drodze zaczepił Asasyna:
- Antonio, zwołaj resztę, musimy coś omówić - wycedził i poszedł dalej ku swej siedzibie.
- Antonio? - zdziwił się Nowy. - Nie ma pan pseudonimu?
- Cóż, żaden się nie przyjął - rzekł dawny mieszkaniec Varantu robiąc kilka kroków do przodu. Obrócił się w stronę rozmówcy. - A to był właśnie nasz szef, nieformalny Król Karynis. Cóż, ja muszę iść, a ty na razie pogadaj z pomniejszymi rzezimieszkami i nawiąż jakieś znajomości. Później wrócimy do naszej rozmowy.
To powiedziawszy przystąpił do wykonania polecenia herszta bandy zostawiając chłopaka samego z jego pytaniami i zdziwieniem, że najgroźniejszą bandą na Karynis rządzi ktoś tak młody. Co prawda słyszał kiedyś nieco o Veronimie Sadei, ale sądził, że większość opowieści o nim jest przesadzona jak choćby plotka o jego magicznym kubku, który ochraniał właściciela przed aresztowaniem przez Straż Miejską. Nowy członek jego bandy postanowił przysiąść na chwilę przy ognisku i pomyśleć z utęsknieniem o swej ukochanej, którą prawdopodobnie utracił na zawsze.

Tymczasem Veronim siedział już na fotelu i nalewał do swojego blaszanego kubka nieco wina ze znajdującego się w pobliżu barku. Upił kilka łyków, wstał i ponownie usiadł tyle, że na taborecie przy stole. Po chwili do pomieszczenia weszło czterech różnych od siebie mężczyzn. Śniadoskóry Asasyn, łysy, chudy łucznik; barczysty Nordmarczyk z wielkim toporem na plecach i ciemnoskóry czarno brody facet w lekko podeszłym wieku ściskający w dłoni jeden ze swych sztyletów pochowanych w starym, brązowym płaszczu. Wszyscy zajęli swoje miejsca przy stole.
- Dobrze, że was widzę - zaczął Sadea. - Musimy ustalić co mamy zrobić w obliczu nadchodzącego zagrożenia. Verden depcze nam po piętach i skumał się z Sornem! Na pewno coś na nas razem szykują.
- Co zamierzasz z tym zrobić? - zapytał Antonio.
- Już poczyniłem pewne kroki - rzekł wstając i zaczął chodzić naokoło komory jaskini. - Kazałem rozpuścić informację, że Henryk Sorn poszukuje rzezimieszków do jakiejś roboty. Wpakujemy tę dwulicową świnię do pierdla! Ale to nie wszystko. Ma tutaj przybyć jeszcze jakaś szycha z Kontynentu. Podobno w celu omówienia jakiegoś wojskowego sojuszu. Jak myślicie, przeciwko komu?
- Przeciw nam - wypalił Nordmarczyk chcąc popisać się błyskotliwością.
- Otóż nie - odparł poirytowany szlachcic. - Czemu myrtańskie książęta miałyby się nami interesować? Albo Verdenem? Albo Mirusem, czy innymi pomniejszymi bandytami? Dopóki im nie zagrażamy, nie ma na to szans, a raczej przenosić działalności nie zamierzamy. Myślę, że oni chcą wojny z Jarkendarem - napił się trochę wina ze swojego blaszaka. - Spójrzcie: Jarkendarczycy są wojowniczym ludem. Mają posiadłości nawet na Kontynencie. To wielu wkurwia, ale oczywiście myrtańscy książęta przeciw zagrożeniu zjednoczyć się nie mogą. Każdy więc stara się na własną rękę i szukają sojuszy gdzie indziej. Feliks Ukara też ma w tym swoje interesy, więc stara się na tym konflikcie obłowić. I tutaj istotnie jest zagrożenie dla nas, ale tylko ze strony Gubernatora. Powiedzcie czy zaryzykowalibyście sojusz przeciw Jarkendarowi z kimś kto nie potrafi sobie poradzić z bandytami? Ukara z pewnością będzie chciał się z nami szybko rozprawić. W pierwszej kolejności z nami.
- To by się zgadzało... - odezwał się Chudy. - Podczas ostatnich dni konwoje kupieckie mają wielokroć zwiększoną ochronę. Wielu naszych boi się ryzykować napaść. Całe miasto też jest pilnie patrolowane.
- To dziwne co mówisz - rzekł Sadea. - Jeszcze niedawno byłem w mieście i dostałem się tam tak jak zwykle, a i żadnych patroli nie widziałem.
- To pewne informacje. Od naszego szpicla w Straży.
- Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę. Panowie, co robimy w zaistniałej sytuacji? Zdradliwy kupiec z jednej, zdesperowany Ukara z drugiej.
- Na Sornie z pewnością trzeba się zemścić! - zawołał Nordmarczyk.
- No tak. Wiem już nawet co zrobić.
- Co ci chodzi po głowie? - zapytał ostrożnie Antonio.
- Skok! Musimy kogoś obrobić i wrobić w to tych "chłopaków" od Sorna. A pewnie łachudry z portu już zwęszyły zysk i wieść się rozniosła. A nuż ktoś doniesie o tym Straży. Z pewnością nie uwierzą w to od razu, ale skok na jakiegoś bogacza już ich bardziej przekona. Najlepiej jakby był to jakiś przeciwnik handlowy Sorna... a może i sam ratusz?
- Świetny plan, ale cholernie niebezpieczny, wręcz samobójczy - powiedział Chudy.
- Ja byłbym w stanie go poprzeć, ale tylko pod warunkiem, że nie napadniemy ratusza - odezwał się w końcu czarny starzec. - To musi być Gildhel Mulgo.
- Fakt. To bezpieczniejsza opcja - potwierdził Antonio.
Nordmarczyk pokiwał głową.
- No dobrze. Może i masz rację, Sztyletniku - rzekł Veronim. - Gildhel Mulgo...
- Nadal uważam, że to zbyt niebezpieczne - podtrzymywał swoje stanowisko łucznik. - Pamiętajcie kim jest Mulgo senior...
- Kto ryzykuje, ten nie ma - stwierdził herszt popijając wino z blaszaka i w końcu siadając przy stole. - Opracujmy zatem wstępny plan tego skoku i pierwszy problem będzie częściowo z głowy.
Mężczyźni rozmawiali przez całą noc, aż do świtu. Ze względu na senność niewiele ustalili. O poranku wszystkich, a zwłaszcza podpitego Sadeę, zmorzył sen.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 05-01-19, 17:56   #5
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 883
Domyślnie

Kolejny rozdział, w którym trochę jest historii postaci. Mam nadzieję, że wszystko jest dobrze opisane i już lepiej można to sobie wyobrazić. Życzę miłej lektury .

Rozdział II Codzienność bandyty

Nowy czekając na Antonio starał się nie marnować czasu. Zaczął rozmawiać ze spotkanymi po drodze pomniejszymi rzezimieszkami. Udało mu się już nawiązać pewne znajomości. Do rozmowy z Czarną Wdową postanowił się dobrze przygotować. W szczególności psychicznie, bowiem jej historia wywołała w nim lęk w stosunku do kobiety.
- Będą z ciebie ludzie! - jego rozmyślania przerwał wesoły krzyk podchmielonego kompana. Młodzieniec siedział przy ognisku z grupką bandytów chcąc trochę odpocząć po ucieczce z miasta. Opowiedział towarzyszom tą historię oraz poprzedzający to wydarzenie włam. Wyglądało na to, że rozbójnicy zapałali do niego szacunkiem z tego powodu. Podpity mężczyzna podał chłopakowi butelkę piwa. - Masz, pij na zdrowie.
Nowy wziął od nowego znajomego zamkniętą butelczynę. Przyjrzał jej się. Rzadko pił alkohol. Tylko od czasu do czasu, gdy była okazja lub jeśli udało się mu z kolegami uzbierać na flaszkę. Był jednak taki przypadek, który wyłamał się z tych reguł i mocno zapadł chłopakowi w pamięć. Ukradł karczmarzowi gąsiorek z winem, którego nigdy nie pił, bo nigdy nie było go na niego stać. Ale wcale to nie ze względu na ten pierwszy raz utkwiło mu to we wspomnieniach. Postanowił zachować sobie tą butelkę na szczególną okazję, jaką było spotkanie ukochanej. Pierwszy raz ujrzał ją na targowisku gdy robiła z matką zakupy i od razu się zakochał. Przypominało mu to jedną z tych wielu historii, które słyszał w dzieciństwie. Od tamtego dnia starał się zwrócić na siebie jej uwagę. Udało mu się, więc postanowił tę uwagę utrzymać. Spotykali się potajemnie i z każdą taką schadzką rosło uczucie, zarówno w nim, jak i w niej. Była ona panienką z Górnego Miasta, przez co rzadko się mogli widywać, więc młodzieniec wyczekiwał tego z wyjątkową tęsknotą. Właśnie dla niej na jedną z takich randek zdobył to wino. I po spotkaniu uznał, że warto było ukraść tę butelczynę karczmarzowi, co nie było wcale takie łatwe. Tamtego dnia młodzi kochankowie po raz pierwszy się pocałowali. Niestety ta historia miała swoje konsekwencje. Wina było dużo, a podzielili się nim na pół, więc rodzice dziewczyny łatwo odkryli, że ich córka jest pijana, przez co dostała zakaz wychodzenia z domu do odwołania. Cudem udało jej się przekazać to ukochanemu, któremu ze względu na status społeczny nie wolno było wejść do dzielnicy arystokracji. Ten postanowił, że uciekną razem i zaczął zbierać na miejsce na statku. Najmował się gdzie tylko można było, bo postanowił zdobyć pieniądze legalnie. Ale wtedy przyszedł mu do głowy ten przeklęty pomysł o jakimś upominku dla ukochanej. A to już musiał ukraść. Został nakryty, lecz zdołał uciec i tak trafił do gangu Veronima Sadei. Chłopak zastanawiał się czy nie mógł postąpić inaczej.
- Świeżak, pij, a nie się zastanawiasz! - zawołał ten, który podarował młodzieńcowi trunek, wyrywając go z zamyślenia.
- Właśnie, bo ci jeszcze zabierzemy! - dodał jego kompan.
- Tak... Eee... Racja - Nowy otworzył butelkę i pociągnął kilka łyków.
Smak piwa przypomniał mu o ojcu, który niedawno zginął tajemniczą śmiercią w porcie. To wydarzenie przyspieszyło decyzję chłopaka o wyjeździe - wiedział, że w Karynis jest zbyt niebezpiecznie, a wojownikiem był słabym. Tamtych strażników pokonał cudem, za który dziękował Innosowi w duchu. Był wdzięczny także za to, że spotkał Antonio, który uratował go od aresztowania. Teraz jednak pozostało mu tylko życie w podziemiu, a przynajmniej sytuacja tak wyglądała. W głębi duszy liczył, że dostanie szansę na zmianę, odkupienie win i szczęście z ukochaną u boku... Przystawił butelkę do ust i resztę jej zawartości opróżnił jednym haustem.
Godzinę później rozbójnicy rozeszli się, śmieci wrzucając go ogniska, które zgasił ostatni bandyta. Nowy wyszedł z jaskini chcąc odetchnąć świeżym powietrzem. Oparł się o pobliskie drzewo, po czym osunął na ziemię. Szybko zasnął.

Obudził się po południu ze wzrokiem utkwionym w niebo. Słońce go nie raziło, bowiem gęste korony drzew prawie nie przepuszczały promieni. Wstał i otrzepał się z ziemi. Cieszył się, że przeżył, bo dość przejął się słowami Antonio iż ktoś kto go nie zna, może uznać za przybłędę i zabić. Po chwili ujrzał owego Asasyna opartego o drzewo z rękami skrzyżowanymi na piersiach, przyglądającemu się młodzieńcowi. Ten podszedł do Nowego.
- No, świeżak, jak tam? - zapytał. - Wykorzystałeś wolny czas?
- Tak, zapoznałem się z częścią bandy - oparł chłopak. - Czarną Wdowę... postanowiłem zostawić na później.
- Boisz się jej? - wąsacz gestem głowy pokazał, żeby poszli do jaskini. - Spokojnie, jak już ci mówiłem ona, hmmm... lubi takich nieporadnych chłopaków jak ty, Synu Bojaźliwości. Ale nie obiecuj sobie także zbyt wiele. Wiesz, z umiarem, młodzieńcze, z umiarem.
- Rozumiem, ale... czy nie mógłbyś mi towarzyszyć? - zapytał niepewnie, gdy wkraczali do jaskini.
Asasyn zamyślił się.
- Niech będzie, ale pod jednym warunkiem: zrobisz to tu i teraz.
- C-co? - spytał przestraszony żółtodziób zatrzymując się.
- To, co słyszałeś - odparł śniadoskóry odwracając się do rozmówcy. - Idziemy prosto do Czarnej Wdowy. Udowodnij przed bandą, żeś mężczyzna! Zwykły rabunek na jubilerze i spektakularna ucieczka z miasta nie na długo tutaj starczą. Musisz systematycznie podnosić sobie poprzeczkę, by uzyskać trwały posłuch wśród tutejszej zgrai. Inaczej... ciężko ci tu będzie. To jak? Idziesz, czy krewisz?
- Idę - młodzieniec szybko podjął decyzję będąc wciąż bardzo przestraszonym. Nie był pewny decyzji, ale liczył, że w razie czego starszy towarzysz go obroni.
Antonio kiwnął głową. Poszli dalej, w głąb jaskini. W Nowym z każdym krokiem podnosił się poziom przerażenia, a obecność kompana, wbrew oczekiwaniom, wcale nie poprawiała jego samopoczucia. Asasyn zaś rozglądał się dokładnie po jaskini w poszukiwaniu starej znajomej. Był pewien, że siedzi gdzieś samotnie przy ognisku kontemplując swą przeszłość, jak i myśląc o przyszłości. Zawsze gdy z nim rozmawiała niemal namacalnie wyrażała nadzieję, że uda jej się pozbyć piętna przeszłości, stać się inną osobą i żyć godnie. Gdziekolwiek, byleby była darzona szacunkiem przez mężczyznę, który dostrzeże w niej wewnętrzne piękno. Mężczyzna przysłuchując się tym marzeniom sądził, że nie są one raczej możliwe do spełnienia, przynajmniej nie wszystkie, ale nie miał serca jej tego powiedzieć.
Krążyli po kompleksie jaskini już kilka minut. W Nowym strach i niemal paraliżujący stres powoli osiągały szczytowy poziom, jednak po kobiecie nie było ani śladu. Asasyn w końcu stanął, marszcząc czoło. Spojrzał na siedzącego nieopodal przy ognisku czarnoskórego starca, który także mu się przyglądał. Jemu i towarzyszącemu mu młodzieńcowi. Wstał i podszedł do nich.
- A co ty się, Antonio, tak kręcisz po tej pieczarze jak gówno w przeręblu? - zapytał prześmiewczo.
- Sztyletnik, nie widziałeś przypadkiem Czarnej Wdowy? - śniadoskóry zignorował zaczepkę brodacza.
- Ach, więc szukasz tej swojej dziwki... - stwierdził mężczyzna bezceremonialnie, gładząc swój bujny zarost. Jego rozmówca zaś starał się nie dać sprowokować. - Z tego co wiem dała się namówić na spacerek traktem handlowym. Mówiąc prościej: - dodał patrząc na Nowego - razem z Chudym, Bladym, Ignisem i innymi poszła napaść na karawanę kupiecką zmierzającą na wielką farmę. Powinni wrócić gdzieś tak wieczorem. Chociaż wiesz, że bywa różnie...
- Nowy, upiekło ci się - powiedział zwracając się do chłopaka. - Przy okazji poznaj: to Sztyletnik, Ojciec Okrutnej Ironii i jeden z ważniejszych tutaj bandytów...
- Tak, tak, dziękuję ci, Antonio, za te komplementy - przerwał mu sam zainteresowany bawiąc się wyciągniętym z płaszcza sztyletem, jakby na potwierdzenie swego pseudonimu. - Ale przykro mi, nie będzie spotkania z ciekawym człowiekiem - to rzekłszy oddalił się jak gdyby nigdy nic w stronę wyjścia z groty.
- Tak, on już taki jest... - rzekł Asasyn wpatrując się swymi brązowymi oczami w odchodzącego mężczyznę. - Ma cięty język, a przy okazji jeszcze lepiej posługuje się swymi ostrzami. Zresztą, to on nauczył Czarną Wdowę jak się walczy sztyletami. No cóż, usiądźmy przy tym ogniu - wskazał głową na palenisko, przy którym wcześniej odpoczywał starzec. - Ciężko ci będzie zyskać jego szacunek, ale z pewnością będzie to warte zachodu.
- A kim są ci, których ten... Sztyletnik wymienił przed chwilą. Ten Blady i... Ignis? - spytał młodzieniec siadając.
- Cóż, Blady to jeden z najbardziej zaufanych ludzi Veronima Sadei. Nie błyszczy może inteligencją, ale to właśnie sprawia, że będzie on raczej lojalny wobec naszego Króla Półświatka. No i jest silnym, postawnym Nordmarczykiem, więc ma posłuch.
- Nordmarczyk? - zdziwił się Nowy. - To chyba daleko stąd i...
- Tak, masz rację, Synu Błyskotliwości. Nordmar jest położony na górzystej, północnej części Kontynentu, a w dodatku jego mieszkańcy cechują się wyjątkowym honorem, więc jakim cudem ktokolwiek z nich miałby się stać przestępcą? Cóż, mam nadzieję, że masz czas, bo to dość długa historia. Blady urodził się w domu biednego myśliwego. Pewnego dnia jednak ojciec nie wrócił z polowania. Matka zostawiła kilkuletniego synka u starego alchemika mieszkającego w pobliżu i sama wyruszyła na poszukiwania męża. Znaleziono ją po kilku dniach. Martwą, poszarpaną, bez prawej ręki. Upierała się ona na samotną podróż, mimo iż alchemik radził jej poprosić kogoś o pomoc. Przed Bladym ukrywano śmierć matki, wciskając mu bajkę, że ostatnio widziano ją w Faring, gdzie prowadziły ślady jego ojca. Dzieciak żył jeszcze wiele lat w nieświadomości. Pomagał swemu opiekunowi zbierając dla niego rośliny. Gdy miał już dwanaście lat, alchemik zgodził się by ten wyruszył na swoje pierwsze polowanie. Na dziki. Staruszek długo nie chciał tego zrobić, ponieważ przyzwyczaił się już do młodzika i ukochał go jak własnego syna, którego nigdy nie posiadał. Wyposażył wychowanka w silne mikstury lecznicze i puścił go samego. Wtedy Blady natknął się na coś co zmieniło jego życie. Znalazł szkielet w solidnej, nordmarskiej zbroi, którą pamiętał z dzieciństwa, z rozbitą czaszką, w którą wbita była strzała. Poza pancerzem znajomy był także pierścień na kościstym palcu trupa. Zaręczynowy. Matka miała taki sam. Blady domyślił się kogo miał przed oczami. Wrócił do domu alchemika z płaczem. Ten chciał pocieszyć dzieciaka, który po tym wydarzeniu przeszedł przemianę. Utracił część dziecięcej radości, ale miał jeszcze złudną nadzieję na zobaczenie matki. W końcu namówił alchemika, by poszli jej rzekomym śladem, do Faring. Ten przystał na to, lecz obawiał się, że kłamstwo wyjdzie na jaw. W mieście nikt o kobiecie nie słyszał. To jednak nie zraziło dzieciaka, który ubłagał chcącego wracać starca do pójścia dalej. Dotarli do biednej wioski o nazwie Gotha. Mimo zwierzchnictwa Księcia Junkersa z Montery w wiosce panowało bezprawie. Zionąca zewsząd patologia od początku była złowroga wobec przybyszy z Północy. W końcu dwóch rzezimieszków ich zaczepiło chcąc od nich złota. Dzieciak wyciągnął nóż i stanął w obronie swego opiekuna. Oni zlekceważyli jego wojownicze wymachiwanie bronią i jeden podszedł by szarpnąć staruszka. Wtedy pod wpływem emocji, Blady wsadził mu ostrze w brzuch. Nie spodziewali się tego. Złość wynikająca z wcześniejszego odnalezienia zwłok ojca w końcu miała szansę znaleźć ujście... dzieciak zmasakrował mu bebechy. Drugi otrząsnął się z szoku i odkopnął młodzika. W zemście zranił staruszka śmiertelnie. Blady szybko wstał i przebił agresorowi plecy, zahaczając o serce. Tak... - powiedział patrząc młodzieńcowi prosto w oczy. - Blady ich zabił. Z nerwów, prawdopodobnie niechcący, ale zabił. Jako trzynastolatek. Jeszcze dziecko... Potem chciał uratować staruszka. Starał się, ale alchemik wiedział, że to koniec, stracił zbyt wiele krwi, w dodatku bandzior przebił mu płuco. Zdradził mu więc tajemnicę losu jego matki i wyzionął ducha. Wtem z opiekuna cieszącego się miłością dziecka stał się okrutnym kłamcą w oczach młodego Nordmarczyka. Znienawidził go! Chciał szybko uciec gdzieś gdzie mógłby ochłonąć. W końcu okazało się, że jego matka także nie żyje już od wielu lat. Ale nie udało mu się. Odnaleźli go bandyci, którzy dowiedzieli się o całym zajściu. Tam wieści bardzo szybko się rozchodziły. Dostrzegli w nim potencjał i go przygarnęli.
- Ale to nie tłumaczy skąd się tu wziął - powiedział po chwili milczenia Nowy. Poruszyła go ta historia.
- Spokojnie, młodzieńcze, trochę cierpliwości. Blady dorastał wśród bandytów ucząc się od nich różnych sztuczek. Wielka polityka omijała tę wioskę przez kilkanaście lat. Aż dziwne, ale to prawda. W końcu jednak nastał ten dzień kiedy wybuchła wojna między sprzymierzonymi książętami Faring, Geldern i Vengardu oraz Księciem Montery i hrabią Waldfried. Walczyli oni po stronie dwóch różnych dostojników z Varantu, którzy spierali się kto ma zasiąść na tronie Państwa Asasynów. Ja też walczyłem w tej wojnie... Ostatecznie zwyciężył Machmud, który panował krótko, lecz mądrze. Obalili go Koczownicy, którzy niespodziewanie zaatakowali nasze ziemie... Przepraszam, rozgadałem się. Dla myrtańskich książąt wojna domowa na pustyni była oczywiście tylko pretekstem aby rozwiązać własne problemy. Trzej zwycięscy władycy uwięzili Księcia Montery i podzielili między siebie jego liczne farmy. Także Gotha została zajęta. Książę Faring, Karol II szybko zajął to miasto i wprowadził żelazne zasady. Trzymał mieszkańców solidnie za twarz i walczył z przestępczością już w trakcie działań wojennych. Blady i kilku jego towarzyszy zbiegło ze strachu przed aresztowaniem. A wtedy możliwość była jedna: wcielenie do wojska. Dzięki wojennemu zamieszaniu udało im się bez problemów odpłynąć. Ukryli się w beczkach i sporą część rejsu spędzili w ładowni. Do czasu. Na statek napadli piraci. Jeden z bandytów wymyślił plan ucieczki. Czterej mężczyźni wybiegli z ładowni i pobiegli w stronę szalupy. Dwóch z nich próbowali szybko ją spuścić, a dwaj pozostali ich osłaniali. Pech chciał, że towarzysz Bladego został zabity przez jednego z piratów z łuku. Zauważył to drugi bandyta i pobiegł w stronę łucznika, by go wyeliminować. Osamotnionemu rzezimieszkowi udało się spuścić szalupę do wody. On i Blady wskoczyli, a zaraz po nich ich towarzysz do nich wpadł. Dosłownie. Prawdopodobnie podczas powrotu jakiś typ go wypchnął nie wiedząc, że na dole jest łódka. Mężczyzna był ciężko ranny i towarzysz Nordmarczyka uznał, że w takim stanie do niczego się nie nadaje i wyrzucił go za burtę. Blady chciał zaprotestować, ale się powstrzymał. Zwłaszcza, że potrzebny był mu kompan do wiosłowania, by jak najszybciej oddalić się od miejsca morskiej bitwy, bo ruszył za nimi pościg. Płynęli za nimi dwiema łódkami i strzelali. Szybko jednak okazało się, że nie chodzi o nich, ale o kupców, którzy uciekli ze statku jeszcze przed abordażem. Na ich nieszczęście byli jeszcze widoczni na horyzoncie. Jeden wzięty z nimi ochroniarz także strzelał z kuszy. Bandyci postanowili odpłynąć w bok, by przypadkiem zabłąkany pocisk nie trafił żadnego z nich. Udało im się też zbliżyć do uciekających bogaczy, wśród których jak się okazało była także kobieta. Spowalniała ich ze względu na swoją wagę. Chyba żona lub córka jednego z handlarzy. Ochroniarz zaczął strzelać także do nich myśląc, że są piratami, którzy również się zbliżali. Towarzysz Bladego został trafiony w dłoń przez co nie mógł wiosłować obiema rękami. Nordmarczyk postanowił zaryzykować i rzucił w wojownika swym toporem. Ten zauważył to zbyt późno i próbując zrobić unik, wypadł za burtę, a topór wbił mu się w ramię. Chłop utonął. Jeden z kupców rozpaczliwie odrzucił wiosła i sam próbował strzelać z kuszy, która pozostała na pokładzie. Jedna piracka szalupa dotarła do kupców. Druga dryfowała z tyłu pusta. Blady postanowił się oddalić, ale wilki morskie postanowiły zapolować także na nich. Więc Nordmarczyk wyciągnął z pochwy kompana miecz i gdy łodzie dzieliła już niewielka odległość, skoczył w ich stronę i stoczył pojedynek z jednym piratem. Drugi i trzeci skoczyli na łódź kupców. Ostatecznie Blady pokonał ich wszystkich, a kupcom powiedział, by się nie obawiali. Wprawił tym samym w osłupienie zarówno kupców, jak i swego towarzysza, Syn Szlachetności. Ten ostatni szybko się jednak ogarnął i wyrwał Nordmarczykowi swój miecz. Zabił kupców, a kobietę z trudem wypchnął jednym kopnięciem. Następnie zaczął przeszukiwać ich majątek. Przez resztę drogi nie odzywali się do siebie. W końcu dotarli do Karynis i postanowili się rozdzielić. Towarzysz dał Blademu część kupieckiego złota. Mężczyzna żyje pewnie gdzieś na wyspie, Blady nigdy nie próbował go szukać. No i szybko trafił do nas. Gdy złoto się skończyło, Nordmarczyk postanowił poszukać jakiejś uczciwej pracy. Jednak jego pracodawca nieustannie go oszukiwał aż Blady w końcu się wkurwił i go zabił.
Nowy spojrzał na opowiadającego z niedowierzaniem. Kolejne "spontaniczne" morderstwo.
- Nie patrz tak na mnie, tak było na prawdę. Skutecznie zniechęciło to Bladego do szukania uczciwego zarobku. Uciekając przed Strażą natknął się na Veronima, który także miał problemy ze Strażnikami. Nordmarczyk mu pomógł, imponując swoją siłą i umiejętnościami walki. Szybko się zaprzyjaźnili. To było tak dawno temu... Veronim zbierał wokół siebie jeszcze więcej tego typu ludzi, aż w końcu stał się szefem tej zgrai, najniebezpieczniejszej na wyspie.
- Rzeczywiście długa historia - przyznał młodzieniec.
- Tak, trochę mnie zmęczyło jej opowiadanie... - Antonio wyciągnął butelkę wina. Rozmasował też zastygłe mięśnie. Podczas opowiadania prawie się nie ruszał. - Coś na przepłukanie gardła. Klasztorne wino. Magowie Ognia poza swoimi smętnymi naukami o Innosie robią też coś pożytecznego - powiedział, po czym otworzył butelkę i wypił kilka łyków. - Masz, napij się.
- Dzięki - rzekł Nowy z wdzięcznością i po dyskretnym wytarciu gwinta także się napił. Oddał Asasynowi naczynie. Smak alkoholu znowu przypomniał mu o ukochanej. - A ten drugi, którego wspomniałeś... ten Ignis. Kim on jest? Tylko... nie rozgaduj się jak poprzednio, jeśli możesz - dodał nieśmiało.
- Dobrze, spróbuję. Historię Bladego ciężko było streścić w kilku słowach, tutaj się postaram. O Ignisie przez pewien czas niewiele było wiadomo, sam nie lubił o sobie mówić. Ale pewnego dnia jeden ze wścibskich złodziejaszków ukradł mu jego dziennik. Opowiedział jego historię przy ognisku, czego potem gorzko pożałował...
- Ignis go zabił? - chciał się upewnić młodzieniec.
- Tak. W bardzo okrutny sposób. Po pewnym czasie znaleziono go powieszonego na jednym z drzew przy drodze. Miał rozcięty brzuch i... inne paskudne rany. Podobno jeszcze zipał... Nikt jednak Ignisowi nie zrobił z tego powodu wyrzutu. Ale wracając. Ignis służył w armii księcia vengardzkiego, Zygmunta I. Też walczył we wspomnianej wcześniej przeze mnie wojnie i dosłużył się stopnia pułkownika. Stał się jednym z najbardziej wpływowych wojskowych, dostatnio mieszkał w stolicy z rodziną. Jednak pewnego dnia jego żona uparła się, by przenieśli się do spokojniejszego miejsca, na prowincję. On uległ jej marzeniu i wkrótce przenieśli się do niewielkiej wioski rybackiej. Nie było to zbytnio po myśli kobiety, ponieważ chciała się przenieść gdzieś dalej, na jakąś farmę. Ten jednak chciał być blisko Księcia, by być w razie czego na jego rozkazy. Ach, te kobiety... Później wybuchła wojna między Vengardem, a Faring i Cape Dun. Niedawni sojusznicy się poróżnili... Ignis poszedł na wojnę, a Książę poszukiwał sojuszników. I wtedy to się stało. Ignis otrzymał wiadomość, że jego rodzina została wymordowana przez żołnierzy z Księstwa Faring. Była to swego rodzaju zemsta jednego z wojskowych, który w trakcie poprzedniej wojny został upokorzony przez Ignisa. Upokorzony do tego stopnia, że ten prawie stracił swe wysokie stanowisko. Nie wiem co się stało, ale to była ponoć wielka ujma dla honoru tamtego wojownika. Więc Ignis łamiąc wszelkie rozkazy, zebrał grupę lojalnych żołnierzy i wyruszył na poszukiwania mordercy swojej rodziny. W końcu się znaleźli. Ich wojska stoczyły ze sobą bitwę, podczas gdy oni pojedynkowali się. Ignis zabił przeciwnika, a jego ludzie zwyciężyli. Powrócił więc na swoją poprzednią pozycję. Jego przełożony, ze względu na wcześniejszą nienaganną służbę, nie ukarał go. Ale w Ignisie nastąpiła przemiana. Stał się okrutnikiem wyżywającym się na ludności cywilnej. Jego przełożonym to nie przeszkadzało. Do czasu, gdy zaczęli przegrywać na froncie. Wtedy rozkazano mu ograniczać się. Gdy nastał czas na rozmowy pokojowe, jednym warunków przerwania działań wojennych było postawienie Ignisa przed sądem wojskowym za jego zbrodnie. Ktoś życzliwy ostrzegł go przed tym. Mężczyzna się nie wahał. Zbiegł na południowy-zachód Kontynentu. Czuł w sobie niesamowitą pustkę po utracie rodziny. Niby nie powinno mu już zależeć na życiu, a jednak uciekł przed śmiercią. Udało mu się dostać na pustynię. Tam podobno zarządca Bragi ugościł go z honorami dowiadując się kim Ignis jest. Były wojskowy został tam jakiś czas korzystając z gościnności Asasyna. Aż w końcu na miasto napadli, a jakże! Koczownicy! Ignis pomógł moim rodakom w walce z nimi i, mimo wdzięczności mieszkańców, odszedł. Nie mógł już żyć w społeczności. Postanowił uciec gdzieś, gdzie nikt go nie zna. Padło na Karynis. Jakiś czas uczestniczył w nielegalnych walkach organizowanych w porcie, aż w końcu zainteresował się nim Verden - mimowolnie Asasyn spochmurniał wypowiadając to imię. - Nasz główny konkurent. Ignis sądził, że i tak jest już wyrzutkiem, więc przystał na jego propozycję. Jednak sam herszt go mocno irytował, nie dawał mu działać po swojemu, indywidualnie. Zostawił więc bandę Verdena, przez co się teraz trochę nie lubią, hehe... - Antonio rozweselił się nieco. - W końcu wpadł na nas i już z nami został. Veronim szanuje go za jego umiejętności bojowe. To chyba najlepszy szermierz miecza dwuręcznego jakiego widziałem! Musiał się jednak przy nas ponownie przyzwyczaić do pracy w grupie. Nie krył zdenerwowania, ale teraz czuje się już znośnie... Nikt nie wymyślił dla niego pseudonimu, zresztą boją się go, nie chcąc skończyć jak tamten złodziej. No, chyba teraz udało mi się cię nie zanudzić - uśmiechnął się brązowooki.
- To nie było nudne - zaoponował Nowy. - Tylko przydługie.
- No, skoro tak myślisz... to wydaje mi się, że zasłużyłem na solidny łyk! - to powiedziawszy uniósł gwałtownie butelkę, o mało się nie zalewając winem, i przyssał się do gwintu wypijając większość szkarłatnej cieczy. - Resztę zostawiam tobie - podał kompanowi naczynie. - I będę się zbierał - dodał wstając. - Miałem się spotkać z Veronimem, a tymczasem myśmy zbyt wiele czasu przegadali. Może jeszcze zdążę... Trzymaj się, młody!
Nowy odprowadzał chwilę Antonio wzrokiem, po czym spojrzał na butelkę z winem. Wytarł jej szyjkę o dół koszulki.
- To za udany pierwszy dzień! - rzekł sam do siebie wznosząc toast. -
Niedługo to będzie moja codzienność - wypił kilka łyków zostawiając trochę alkoholu na dnie. - Codzienność bandyty - dodał smutniej.
- Ty to chyba jeszcze niewiele wiesz o naszej codzienności, chłystku.
Chłopak podniósł głowę zaskoczony. Usłyszał kobiecy głos. Zdumiony przyglądał się podchodzącej do niego kobiecie. Skórzane czarne spodnie i wysokie buty na obcasie tego samego koloru były do niej dopasowane tak, że mogła się w nich swobodnie i zwinnie poruszać. Koszulka nie miała rękawów i była ciemnoszara. Na odsłoniętym ramieniu było widać charakterystyczny tatuaż. Dosyć ładna twarz była częściowo zakryta przez proste pukle czarnych włosów.
Młodzieniec bardzo dobrze wiedział kim ona jest. Tak bardzo obawiał się tego spotkania. Nie przyszła góra do Innosa to przyszedł Innos do góry, jak to zwykli mawiać ludzie. Ciało Nowego zaczęło lekko drżeć. Jego ciśnienie podniosło się, a krew płynęła w nim szybciej wprawiając organizm w stan najwyższej gotowości. Starał się jednak utrzymać w tajemnicy swoje pobudzenie zachowując kamienną twarz, ale było to trudne, bo w końcu zaczepiła go osoba, która przerażała go odkąd o niej tylko usłyszał - Czarna Wdowa. Mało tego, że zaczepiła! Powoli usiadła na wprost niego, po drugiej stronie ogniska. Krew zawrzała w młodzieńcu że stresu. Zrobił się czerwony na twarzy.
- Przysiądę się po robocie, jeśli pozwolisz - powiedziała obnażając białe lecz krzywe zęby w szyderczym uśmiechu.

Asasyn pchnął drewniane drzwi i poszedł wgłąb jamy, którą zamieszkiwał Veronim Sadea. Jednak nikogo tam nie było. Mężczyzna rozejrzał się. Wyglądało na to, że szlachcic wyszedł dopiero niedawno. Brązowooki spóźnił się. Wzruszył więc ramionami i odszedł.

Tymczasem Król Półświatka szedł w milczeniu wraz z Chudym przez zalesioną drogę. Zmierzali do jednej z podmiejskich jaskiń. Łucznik wrócił niedawno z udanego napadu, ale mimo to nie mógł odpocząć, bo musiał towarzyszyć hersztowi bandy. Obaj byli podenerwowani, lecz każdy z różnych powodów.
- Oby tylko czekały nas dobre wieści - łysy przerwał niezręczną ciszę.
- Tak - potwierdził zniecierpliwiony Veronim.
- Nie mogliśmy czekać na Antonio - powiedział Chudy, odgadując co gryzie herszta. - Honir też ma ograniczony czas.
- Tak, prawda - szatyn kiwnął niecierpliwie głową.
Szli dalej aż, po przedarciu się przez krzaki, dotarli pod wejście do dwukomorowej jaskini. Chudy spojrzał na kompana.
- Wybacz, ale muszę się odlać - poinformował, po czym odszedł na bok.
- Dobra, poczekam w środku. W razie czego ubezpieczaj tyły.
To powiedziawszy Sadea wkroczył do środka. Rozejrzał się. Było cholernie ciemno, więc szybko sięgnął do torby i wyciągnął z niej pochodnię. Po jej rozpaleniu zrobiło się znacznie jaśniej. Następnie wbił ją pionowo w ziemię i zaczął dalej grzebać w torbie. Wyciągnął z niej butelkę ginu, a potem swój blaszany kubek, o którym krążyły już legendy. Nawet sam właściciel uwierzył jakoby przynosił mu on szczęście i powodzenie na włamach. Nalał do naczynia alkohol, który zresztą po chwili wypił. Usłyszał szelest poruszanych krzaków. Odłożył butelkę, chwycił pochodnię i odwrócił się w stronę wyjścia z jaskini. Spodziewał się, że będzie miał przed sobą Chudego. Pomylił się. Stanął przed nim mężczyzna w średnim wieku z pochodnią w ręku, która oświetlała jego twarz. Miał krótkie, podgolone z tyłu oraz z boków ciemne włosy i okazały wąs. Patrzył na Veronima swymi bystrymi, zielonymi oczami. Był dobrze zbudowany, więc ciężka zbroja Straży Miejskiej dobrze na nim leżała. Składała się ona z ciężkich, wysokich butów, skórzanych spodni, ćwiekowanych karwasz z utwardzone skóry, biało-czerwonej tuniki z godłem Karynis oraz pasa, który ją obwiązywał. Wzmacniana była metalowymi elementami. Mężczyzna miał przy pasie długi jednoręczny miecz, a na plecach spoczywała kusza. Do pasa było przypiętych jeszcze kilka fiolek z miksturami leczniczymi i pudełko na bełty. Milczał.
- W końcu jesteś, Honir - powiedział w końcu Veronim Sadea.
- Tak - odparł mężczyzna. - Masz dwie nowe wiadomości. Obie złe - dodał poważnym tonem.
Mina Króla Półświatka natychmiast zrzedła.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 23-01-19 o 18:51.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-01-19, 15:23   #6
Majonez_Majesa
Chrząszcz
 
Zarejestrowany: czerwiec 2017
Skąd: Warszawa
Posty: 11
Domyślnie

Nowe opowiadanie... A co z Przeznaczeniem? No w sumie mogłeś się zmęczyć tak dużym projektem, ale wróć kiedyś do tego, bo było tam poruszonych parę ciekawych wątków. Tutaj też widać potencjał, ale niewiele jest wyjaśnione. Ale to może ja czegoś nie doczytałem. Tak czy inaczej czekam na ciąg dalszy i życzę weny.
RPG
Majonez_Majesa jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-01-19, 20:12   #7
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 883
Domyślnie

Przeznaczenie zostało zawieszone, co znaczy, że do niego wrócę. Ale na razie chcę się skupić na krótszych opowiadaniach, by jeszcze się trochę wyrobić w warsztacie pisarskim. Zaczynając Przeznaczenie rzuciłem się na zbyt głęboką wodę.
Dzięki za komentarz .
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 31-01-19, 20:28   #8
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 883
Domyślnie

Rozdział III Spotkanie

Mężczyźni przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Zielone oczy stróża prawa przeciw również zielonym tęczówkom przestępcy. Płomienie pochodni, które dzierżyli oświetlały ich twarze i odbijały się w spojrzeniach. Veronim opuścił jednak w końcu wzrok by sięgnąć po sakiewkę że złotem. Rzucił ją w kierunku Honira, po czym nalał sobie do kubka resztę ginu z butelki. Upił łyk.
- Więc tak... - odezwał się Strażnik Miejski po przeliczeniu pieniędzy. Zaczął krążyć po jaskini. - Widziałeś już dzieło naszego rysownika? - zapytał wyjmując z kieszeni pogiętą kartkę papieru. Stanął przed rozmówcą i podał mu ją.
- List gończy... - wyszeptał Sadea, czując, że robi mu się gorąco. - Dokładny i konkretny.
- Oj tak - przyznał Honir, kontynuując przechadzkę. - Nagroda jest bardzo konkretna. Kusi... bardzo kusi - dodał odniosłem tonem. - Uważaj przy swych wypadach na miasto... lecz u siebie także nie czuj się bezpieczny. Dokładność tego listu gończego zawdzięczamy tylko i wyłącznie jednemu z twoich ludzi...
- Zdrada? - zapytał szlachcic z niedowierzaniem. Nie spodziewał się, że ktoś odważy się donieść na niego Straży. Przecież w takim wypadku konfident pogrążyłby także siebie. Sadea był ostrożny. - Kto?!
- Cóż, masz wokół siebie wielu zdrajców... - Honir zatrzymał się przy korytarzu prowadzącym wgłąb jaskini. Veronim odwrócił się w jego stronę, przypominając sobie nagle, że Chudy powinien już dawno tu przyjść. - Ale jeszcze o tym nie wiesz...
- Co masz na myśli?
- Nie trzeba daleko szukać - rzekł spokojnie, acz wciąż doniośle, składając ręce za plecami. Uśmiechnął się szyderczo. - Wystarczy, że się obejrzysz - wyjaśnił wskazując prawą ręką na wyjście z jaskini.
Obróciwszy się zaskoczony Veronim spostrzegł stojących przy progu jamy trzech mężczyzn. Stali dumnie wyprostowani w zbrojach elitarnych Strażników Miejskich, lecz osoba w środku różniła się od dwóch stojących po bokach funkcjonariuszy. Był dużo starszy od nich, jego nieliczne włosy były już całkowicie siwe. Nie nosił zarostu dzięki czemu widać było wszystkie zmarszczki na jego twarzy. Jego jedyną bronią był sztylet noszony przy pasie. Tunika z godłem Karynis była przetykana złotymi nićmi, zaś na palcu sędziwego Strażnika był charakterystyczny pierścień. Sadea wiedział kim on jest. Stał przed nim Komendant Straży Miejskiej Karynis Sawer Mulgo.
- Jesteś aresztowany - młodzieniec usłyszał za sobą głos Honira.
- To była pułapka... - szlachcic nie wiedział co powiedzieć.
- No proszę, jakiś ty spostrzegawczy - starzec roześmiał się szyderczo. - Ścigałem w swoim życiu wielu przestępców. Mniej lub bardziej groźnych, ale każdy z nich w końcu popełniał błąd. Ty go właśnie popełniłeś. Ciesz się ostatnimi chwilami życia. To koniec waszego parszywego rodu - dał zielonookiemu znak ręką, by ten związał Veronima. - Wybacz, że sznur, a nie kajdany - dodał od niechcenia.
- Zaraz! - krzyknął Sadea, wyrywając się gwałtownie Honirowi. Był wściekły. Nawet nie zwrócił uwagi, że jego kubek wyleciał mu z rąk, upadając na ziemię z brzękiem i potoczył się do korytarza prowadzącego wgłąb jaskini. - Mam prawo do ostatniego życzenia!
- Masz - potwierdził Sawer kiwając nieznacznie głową. - Ale spełnimy je dopiero w celi, kiedy odpowiesz już grzecznie na wszystkie pytania. Oczywiście, w granicach rozsądku. Dobrze, starczy tego. Prędzej, zwiąż go - machnął ręką na podwładnego.
Dawny informator przystąpił do ponownego związywania Veronima. Ten jednak gwałtownie wyrwał się, obrócił i skierował zaciśniętą pięść ku twarzy strażnika. Mężczyźnie udało się zablokować cios, chwytając pięść przeciwnika w locie. W tym czasie dwaj ochroniarze komendanta sięgnęli po miecze i spokojnym, powolnym, zgodnym krokiem podeszli w stronę Sadei. Herszt bandy wyszarpnął dłoń ze słabego uścisku Honira i obiema rękami odepchnął go w porę od siebie, zanim ten uderzył go w przeponę. Następnie uniósł nogę na wysokość klatek piersiowych nadchodzących stróżów prawa i wykonał nią zamach z półobrotu. Oni wzdrygnęli się, ale potem kontynuowali marsz. Szlachcic rzucił się do ucieczki w głąb jaskini, a trzej funkcjonariusze za nim. Młodzieniec wiedział, że niewiele z tego wyjdzie, ale postanowił się nie poddawać. Podniósł swój kubek, po czym wyciągnął broń i wykonał nią poziome cięcie zza pleców na oślep. Usłyszał dźwięk uderzania stali o stal, a chwilę później brzęk upadającego miecza na ziemię. Trafił do drugiej komory jaskini.
Wtem zdumiał się i pewnie by się z tego powodu zatrzymał, gdyby nie ścigający go pościg. Jego zdziwienie wywołała okrągła platforma znajdująca się na końcu pomieszczenia. Była wykonana z kamienia i pokryta dziwnymi wzorami, zaś pośrodku została wyrzeźbiona czaszka. Z obwodu koła wystawały cztery dość wielkie, zagięte ostre wypustki. Na powierzchni konstrukcji unosiła się jasnobłękitna kula, niewątpliwie złożona z energii magicznej. Trzej strażnicy także byli zdumieni tym widokiem i kiedy zobaczyli, że Veronim wbiega na platformę, a następnie znika, wahali się chwilę, ale ostatecznie pobiegli za nim.

Sadea pojawił się na skraju lasu przy ścianie skalnej. Przez niego, od stóp do głowy, przeleciała niebieska obręcz, po czym zniknęła. Dostrzegł siedzącego na nisko leżącej półce skalnej mężczyznę patrzącego na coś zza drzewa. Obróciwszy się zobaczył też dwóch jego towarzyszy opartych o drewnianą ścianę wbudowaną w wejście do niewielkiej jaskini, wewnątrz której były mocne, dębowe drzwi. Stali oni po ich obu stronach. Wszyscy trzej nosili charakterystyczne pancerze, składające się ze stalowych naramienników, karwasz, nagolennic oraz niecałej części zakrywającej korpus; skórzanych butów i przepaski pokrytej dziwnymi znakami. Na klatce piersiowej nosili symbol równowagi - wagę szalkową, zaś na klamrze pasa była wyrzeźbiona wąska, brzydka twarz. Mężczyźni byli przedstawicielami Kasty Wojowników Jarkendaru.
Minęła ledwie chwila, gdy po Veronimie na miejscu zjawili się także trzej Strażnicy Miejscy z wyciągniętymi mieczami. Szlachcic upadł na ziemię.
- Mi, Adanos? (Co, na Adanosa?) - jeden z wojowników stanął na równe nogi.
- A fegyverhez! (Do broni!) - krzyknął drugi sięgając po oręż.
Jarkendarczycy rzucili się na ludzi Honira zanim ci zdążyli znaleźć wzrokiem Sadeę. Rozpoczęła się walka, która zagłuszyła szum po teleportacji dobiegający z jaskini. Veronim ze wstydem ukrył się w krzakach. Chciał walczyć, ale zdawał sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, która strona by wygrała, miałby kłopoty. Postanowił więc oddalić się pospiesznie. Zanim jednak zdążył się odwrócić zauważył, że nad wszystkimi walczącymi pojawiła się alabastrowa mgiełka, po czym zapadli oni w sen. Szlachcic wiedział, że to była sprawka jakiegoś maga. Rozejrzał się pospiesznie. Nie musiał długo szukać. Kilka metrów przed sobą zauważył siwobrodego starca chowającego kamień runiczny do kieszeni długiego, szarego płaszcza. Na głowie miał szpiczasty kapelusz z szerokim rondem. Mimo wieku nie widać było na jego twarzy żadnych bruzd czy plam wątrobowych. Nad nim tliła się niewielka kula światła. Uśmiechnął się zwracając uwagę na młodzieńca.
- Witam, panie Sadea - powiedział. - Nie sądziłem, że się spotkamy. Zwłaszcza w takich okolicznościach...
- Skąd mnie znasz? Nie przypominam sobie byśmy się kiedykolwiek widzieli! I kim ty w ogóle jesteś?! - odparł zdumiony szlachcic nie wiedząc czy lepiej uciec, czy jednak zostać.
- Ach, tak, racja - mężczyzna zaczął grzebać w niewielkiej torbie przy pasie, której herszt wcześniej nie zauważył. - Uthar Lichtbringer. Wędrowny czarodziej, znawca tytoniu, dawny sługa Jego Książęcej Mości Hieronima II z Geldern oraz czarna owca Kręgu Ognia - dodał wciąż grzebiąc w bagażu. W końcu wyciągnął kartkę papieru, na której widniał wizerunek młodego mężczyzny wraz z wszystkimi potrzebnymi informacjami. - Natknąłem się ostatnio na takie coś - przyjrzał się listowi gończemu. - Tak... Spokojnie, nie bój się - rzekł łagodnie widząc zachowanie młodzieńca. - Nie zamierzam cię wydać zwłaszcza, że obaj jesteśmy poszukiwani.
- Jak to? - zapytał Veronim nie wiedząc czym jest bardziej zdziwiony.
- Ano - potwierdził czarodziej. - Chodź, młodzieńcze. Nie rozmawiajmy tak w lesie - kiwnął nieznacznie głową na znak by poszedł za nim.
Niepewny szlachcic poszedł powoli za starcem.
- No chodź, chodź - ponaglił spokojnie. Spojrzał na wciąż śpiących Strażników Miejskich i członków Kasty Wojowników. - Powinieneś bardziej uważać. O mało co nie wywołałbyś wojny. Chociaż... ona i tak jest nieunikniona. Prędzej czy później Jarkendarczycy i Karyninczycy rzucą się sobie do gardeł.
Przeszli przez próg jaskini znajdującej się na prawo od tamtej zablokowanej drewnem. Starzec stanął na środku wnętrza jamy, po czym pomachał rękami inkantując jakieś zaklęcie. Liche światło nad jego głową nagle ponownie rozbłysło. Zaskoczony Sadea zatrzymał się kilka kroków za nim wpatrując się w znajdujące się wokół nagrobki. Zatrzymał się dłużej na jednym z nich, stojącym blisko wyjścia z groty. Podszedł bliżej do niego.
- To Dietmar Ukara... Nie rozumiem. Władze nie rozkazały postawić tu jakiejś straży honorowej? Przecież tu leży założyciel rodu...
- Tak... - Uthar powiał się koło niego. - Mistrz miecza Dietmar Ukara oraz jego syn, Asub leżą tu wraz z innymi uczestnikami tamtych wydarzeń - spojrzenie starca zaszło mgłą zaś on sam zdawał się patrzeć gdzieś w dal mimo, że kilka metrów przed nim była skalna ściana. - Tak... Ale nie czas na rozmowy o tym Może kiedyś. Chodźmy dalej - dał gest ręką.
Korytarzem po prawo znaleźli się w drugiej, nieco mniejszej komorze jaskini. Stały tam trzy kamienne podpory złożone z dwóch pionowych głazów i jednego poziomego na nich, pod którymi znajdowały się ciężkie trumny. Na środku był swego rodzaju ołtarz, niski i pusty. Lichtbringer wyciągnął ze swojej niewielkiej torby imbryk z parującym napojem i dwa drewniane kubki. Po chwili namysłu jeden schował z powrotem.
- Tak... - Uthar powiał się koło niego. - Mistrz miecza Dietmar Ukara oraz jego syn, Asub leżą tu wraz z innymi uczestnikami tamtych wydarzeń - spojrzenie starca zaszło mgłą zaś on sam zdawał się patrzeć gdzieś w dal mimo, że kilka metrów przed nim była skalna ściana. - Tak... Ale nie czas na rozmowy o tym Może kiedyś. Chodźmy dalej - dał gest ręką.
Korytarzem po prawo znaleźli się w drugiej, nieco mniejszej komorze jaskini. Stały tam trzy kamienne podpory złożone z dwóch pionowych głazów i jednego poziomego na nich, pod którymi znajdowały się ciężkie trumny. Na środku był swego rodzaju ołtarz, niski i pusty. Lichtbringer wyciągnął ze swojej niewielkiej torby imbryk z parującym napojem i dwa drewniane kubki. Po chwili namysłu jeden schował z powrotem.
- Ty w końcu pijesz tylko ze swojego blaszaka, zbójeckiego artefaktu - uśmiechnął się starzec.
Veronim przyglądał mu się z rozdziawionymi ustami.
- Jak ty to tam zmieściłeś?! - zapytał w końcu, pokazując na czajniczek.
- Ach, tak... - zaśmiał się czarodziej. - Mam jeszcze więcej rzeczy w tej torbie, a to dlatego, że ją sobie zakląłem.
- Zakląłeś? - młodzieniec uniósł brwi.
- Ano. Istnieje jedno takie zaklęcie, mało znane, już zapomniane, które udało mi się gdzieś odkopać. Poszerza ono kieszenie, torby i tak dalej, do praktycznie nieskończonej pojemności. Lecz nie należy go nadużywać. Pamiętam przypadek mojego kompana z Laran... chciał, żebym mu zaklął całe ubranie. A jako, że już parę rzeczy wcześniej mu zakląłem to... no, po prostu umarł, wolę nie mówić o szczegółach. Co za dużo/ to nie zdrowo...
Szlachcic wolał sobie nie wyobrażać, jak to się mogło stać.
- Przykro mi - powiedział lakonicznie, ale szczerze. Nastąpiło kilka chwil niezręcznej ciszy. - Mówiłeś, że obaj jesteśmy poszukiwani.
- Owszem - przytaknął nalewając sobie herbaty. - Daj ten swój blaszak. Hmm... Nie widzę w nim nic magicznego, ale cóż... - podał rozmówcy naczynie z parującym płynem. - Otóż Magom Ognia z tutejszego klasztoru nie spodobała moja obecność na wyspie. Wystawili za mną list gończy oskarżając o zbrodnie przeciwko Kręgowi Ognia. Nie jest to prawda. Odszedłem z Zakonu z honorem już dawno temu i oddałem się własnym badaniom, a ci ograniczeni głupcy po prostu zazdroszczą mi efektów. Przyznam, że nawet mi to sprawia trochę satysfakcji, acz jeśli ktoś połasi się na tę nagrodę, będzie nieciekawie. Nie chciałbym zabijać pachołków Magów, bo wiem jak to działa. Wielu jest zaślepionych słowami hierarchów i nie potrafi myśleć samodzielnie. Wbrew pozorom świątobliwi braciszkowie są mistrzami manipulacji.
Veronim słuchał słów czarodzieja popijając herbatę. Uśmiechnął się. Zapałał sympatią do mężczyzny. Zmarszczył jednak brwi na wzmiankę o Kręgu Ognia. Nigdy nie ufał kapłanom Innosa, ale nie podejrzewał ich o intrygi, ani inne nieczyste zagrywki. W sumie to nie wyznawał żadnego z bogów, po prostu ufał swemu szczęściu i powodzeniu zapewnionym przez własnoręcznie zrobiony blaszany kubek. Konflikt między bogami był mu po prostu obojętny.
- I właśnie dlatego tu jestem - ciągnął Uthar. Dopił herbatę, odłożył kubek i wstał. - Chcę się ulotnić.
- Prędzej czy później cię tu znajdą - powiedział Sadea. Zdawał sobie sprawę z tego, że czarodziej ma sensowniejszy plan, ale chciał go swymi słowami sprowokować do jego wyjawienia.
- Tak, z pewnością będą przeszukiwać całą wyspę, nawet do Jarkendaru dotrą - starzec pogładził się po długiej, siwej brodzie. - Dlatego chcę się przenieść tam, gdzie nikt nie będzie mnie szukał. Waham się nad miejscem, ale wiem, że pomoże mi to - mówiąc zbliżył się do jednej z trumien na podwyższeniu i uchylił ostrożnie jej wieko.
- Zaczekaj, przecież to grabież! - krzyknął szlachcic podnosząc się gwałtownie.
- Jemu to już się nie przyda - odparł Lichtbringer wyciągając z trumny amulet oblany białą poświatą.
Veronim Sadea otworzył usta ze zdumienia, a oczy mu zabłysły. Był jednocześnie oburzony z faktu ograbiania grobowca oraz zachwycony pięknem artefaktu. Wisiorek był wykonany ze srebra, ale piękniejszy od najczystszego złota. Emanująca od niego energia dodawała dodatkowego światła w komorze jaskini.
- Moc tego amuletu jest tak wielka, że będę w stanie teleportować się aż na najdalsze wyspy Wschodniego Archipelagu! Wielki Kapłan Jarkendaru Imrus dostał w nim błogosławieństwo samego Adanosa.
- Ale... nie chronią tego żadne pułapki? - zaniepokoił się herszt.
- Chroniły. Ale wszystkie pozdejmowałem kilka dni temu. Musiałem robić to powoli, częściowo, by mnie nie wytropiono. Nigdzie nie zagrzewałem zbyt długo miejsca, ale teraz... Miło było cię poznać, Veronimie. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy - rzekł, po czym światło bijące od artefaktu zwiększyło się pod wpływem jego mocy.
- Zaczekaj! Mógłbyś mi pomóc? Ja też chciałbym się teleportować, by pościg mnie nie dopadł!
Starzec pokiwał wolno drogą, wciąż łącząc swą moc z energią amuletu. Po chwili machnął na młodzieńca ręką. Ten zniknął. Minął moment, a światło amuletu wstało się wręcz oślepiające, a potem zniknęło wraz z właścicielem wisiorka. W grobowcu ponownie nastała ciemność.

Łysy łucznik wszedł do jaskini pewnym krokiem, choć ze spuszczoną głową. Większość bandziorów już spała, w końcu każdy potrzebuje odpoczynku. Niektórzy jednak wciąż trzymali się na nogach. A to pili, a to jedli, a to rozmawiali, a to właśnie szykowali się do snu. Jeden niezłomnie stał oparty o skalną ścianę ze wzrokiem wbitym w przybysza. Wcześniej samotnie obserwował wejście. Podszedł do Chudego. Spojrzał mu głęboko w oczy. Przenikliwe, dojrzałe spojrzenie brązowych tęczówek Asasyna przeciwko wciąż młodym niebieskim ślepiom łysego mężczyzny.
- Gdzie jest Veronim? - zapytał hardo Antonio.
- Chodź - rzekł łucznik. Unikał wzroku rozmówcy. Wyminął go i poszedł w głąb jaskini. - Blady śpi? - spytał.
- Śpi - potwierdził śniadoskóry twardym tonem. - Tylko Sztyletnik nie śpi.
- Ktoś o mnie mówił? - wtrącił się czarnoskóry wyłaniając się zza winkla. Jedną ręką podrzucał sztylet, drugą sięgnął do kieszeni po jabłko.
Chudy zatrzymał się. Stali w komorze jaskini, w której poza nimi nikogo nie było. Znajdowało się w niej wejście do "pokoju" Króla Półświatka. Łucznik oparł się o skalną ścianę.
- Veronim został aresztowany - powiedział spuszczając głowę. Uśmiechnął się półgębkiem, jednak szybko usunął grymas z twarzy. - Jutro najpewniej zostanie stracony. Chociaż... może już dynda na stryczku.
- Nie sądzę - zaoponował Sztyletnik ucinając swym ostrzem płat jabłka, który potem włożył do ust. - Najpierw dokładnie go przesłuchają. Następnie publicznie powieszą. Później zrobią na nas obławę. A na końcu Feliks Ukara będzie świętował w swoim pałacu.
- Trafna dedukcja - zauważył niebieskooki.
- Musimy go odbić! - odezwał się Antonio.
- Zwariował... zbytnio się przywiązał i zwariował - Chudy pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Antonio, nie - starzec położył Asasynowi dłoń na ramieniu. Zignorował młodszego łucznika. - Musimy się stąd wynosić, ot co! Atak na koszary w takiej chwili będzie zbyt przewidywalny, a dodatku bez szans na zwycięstwo. Nie wspominając już o tym, że mając nas w takim wypadku jak na talerzu, ani chybi zabiją Sadeę. Stracą go pośpiesznie na szubienicy.
- Nie - śniadoskóry potrząsnął głową. - Muszę się przejść... przewietrzyć - dodał, po czym pośpiesznie udał się w stronę wyjścia z jaskini.
- Zwariował... - powtórzył Chudy kręcąc głową z udawanym politowaniem.
Sztyletnik zignorował uwagę łysego i poszedł za Asasynem. Nie spieszył się, toteż spotkał go dopiero na drodze przy drogowskazie. Starzec bez trudu pokonał schody prowadzące na dół, do doliny, i znalazł się obok mężczyzny. Ten wpatrywał się w miejsce pod drewnianym słupem wskazującym drogę do miasta i na farmę. To tutaj uratował młodego chłopaka, którego zaraz potem ograbił z biżuterii dla ukochanej w ramach swego rodzaju wpisowego do bandy Króla Półświatka. Wprowadził go w świat przestępczy, w którym ten musiał teraz żyć. Poczuł się w pewnym sensie jak ojciec dla tego chłopaka, co przypomniało mu jak przed dwudziestu laty przygarnął młodego chłopca pozbawionego rodziców. Brudnego, w ubogich ubraniach, próbującego ukraść mu sakiewkę. Aż trudno było uwierzyć, że był ostatnim ze sławnego i wpływowego niegdyś rodu Sadeów...
Po policzki Asasyna popłynęła samotna łza. Na więcej nie mógł sobie pozwolić. Nie chciał. Ale było mu żal, że młodzieniec, którego tak długo wychowywał, który tak wiele razy ratował się z opresji ma umrzeć, a on jest bezradny. Tak dawno nie płakał, musiał być silny. Niespodziewanie dostał w twarz.
- Nie rozklejaj się! - zrugał go Sztyletnik. - Nie uratujesz swego wychowanka, to fakt. Ale możesz go pomścić! Zabić jego katów.
- Nie, Almachu Sharge ibn Adrionie... - rzekł spokojnie Antonio używając prawdziwego imienia rozmówcy. - Ja nie mam na to siły... - splótł ręce za plecami i zaczął iść powoli po drodze w kierunku miasta.
- Nie musisz tego robić natychmiast - powiedział lakonicznie starzec, ukrywając zaskoczenie z tego, że rozmówca zwrócił się do niego po imieniu. Po chwili zszedł po schodach i poszedł do obozu zostawiając Asasyna samego.

Veronim wstał z ziemi. Najwyraźniej Uthar machnął ręką nieco za mocno, obalając go podczas teleportacji. Młodzieniec był pod wrażeniem mocy czarodzieja i pomyślał nawet, że w jego bandzie przydałby się ktoś taki, bo w końcu magia bywa pomocna. Ale zapewne starzec nie chciałby brać udziału w przestępczym procederze.
Sadea zorientował się, że stoi w jaskini z kamieniem teleportacyjnym. Udał się więc szybkim krokiem w stronę wyjścia. Wolał nie ryzykować, że ktoś skorzysta z platformy, a było to możliwe biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Młodzieniec znajdował się już u progu jamy, kiedy usłyszał szum zwiastujący przejście kogoś przez kamień teleportacyjny. Przyspieszył kroku i za sobą usłyszał kolejny, cichszy. Chciał skryć się w krzakach, by zobaczyć kim są ci ludzie. Było jeszcze ciemno, więc nikt by go nie zobaczył. Nie byłby sobą gdyby tego nie zrobił, jednak przypomniał sobie wtedy, że w tych krzakach był Chudy. Chudy, który miał się tylko odlać, a potem dołączyć do herszta. Młodzieniec zacisnął pięści i zęby ze złości. Gwałtownym krokiem przedarł się przez krzaki w stronę ścieżki. Skręcił w lewo i usłyszał głosy. Zakradł się bliżej korzystając z pobliskich drzew iglastych. Barwa głosów była znajoma, majaczące się w oddali sylwetki także. Po chwili jedna z postaci odeszła w stronę obozu bandytów, więc Veronim nie zdążył usłyszeć o czym rozmawiali.
Antonio został sam. Zatrzymał się na drodze i spuścił głowę. Sadea postanowił wyjść z ukrycia. Asasyn usłyszał kroki i spojrzał w stronę źródła dźwięku. Zaparło mu dech w piersiach gdy zobaczył swego wychowanka.
- Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha - szlachcic uśmiechnął się półgębkiem. Nieco się uspokoił, lecz wciąż pałał żądzą nawrzucania Chudemu za tchórzostwo.
- Veronim... - wyszeptał cicho śniadoskóry. - Uciekłeś z więzienia?
- Nie udało im się mnie aresztować, ale... skąd o tym wiesz?
- Chudy nam powiedział. Mówił, że cię aresztowali.
Herszt zmarszczył brwi na wzmiankę o łuczniku.
- Okłamał nas? - zapytał Antonio.
- Mało tego! - młodzieniec zacisnął pięści. - Zostawił mnie samego! Poszedł się odlać, a pewnie gdy zobaczył strażników skrył się w krzakach!
- Syn Krzywoprzysięstwa... - syknął brązowooki. - Ale z drugiej strony co mógł zrobić? Sam miał iść na strażników? To głupota.
- Bronisz go? - zdumiał się Sadea.
- A co ty byś zrobił na jego miejscu?
Król Półświatka spuścił głowę. Asasyn miał rację. Niewielu spośród przestępców byłoby w stanie się poświęcić dla kogokolwiek. Byli wśród nich ludzie, którzy dla pieniędzy zrobiliby pewnie wszystko. Strach jednak pozwalał nieco ograniczyć pokusę na złoto.
- Pewnie bym się na coś takiego nie zdobył... ale i tak coś mu się za to jego zachowanie należy - zamyślił się. - Nie będzie miał zysków z włamu do rezydencji Gildhela Mulgo. Nie pójdzie z nami. Napady na kupieckie wozy też niech ograniczy.
- W sprawie tego włamu... może lepiej odpuścić? - podsunął Antonio. - W obecnej sytuacji to zbyt niebezpieczne. Dopiero co uciekłeś strażnikom, po co się jeszcze narażać?
- O nie - pokiwał przecząco głową Veronim. - To sprawa honoru.
- Ale...
- A gdzie ty tak w ogóle byłeś, że z nami nie poszedłeś? - zapytał szybko młodzieniec przerywając rozmówcy. Dopiero teraz sobie przypomniał, że Antonio także miał z nim być, ale postanowili z Chudym nie niego nie czekać gdy ten się spóźniał. - Co cię zatrzymało?
- Ja pomagałem nowemu - odparł mężczyzna.
- Będzie coś z niego? - dopytał herszt spokojnym tonem, w którym pobrzmiewała ciekawość. Gestem pokazał, by towarzysz poszedł za nim i skierował swe kroki w stronę kryjówki.
- Będzie, Królu, będzie. Ma potencjał, lecz trochę naiwny.
- Pamiętam, żeś mówił, iż on włamywacz, alchemika okradł.
- Jubilera - poprawił go Asasyn. - Nie ma też żadnych powiązań z konkurencją, więc dobra nasza!
- Dobrze... Pójdzie z nami na włam do Gildhela. To będzie taki test...
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. To żółtodziób...
- Spokojnie, nic mu nie będzie. Co może się stać...
- Jesteś zbyt lekkomyślny, Veronimie. To cię kiedyś zgubi...
Sadea przystanął. Zwrócił się ku rozmówcy i spojrzał mu w oczy.
- Antonio, wiem, że się o mnie martwisz, ale nie jestem już dzieckiem. Doceniam twój wkład w... moje... moje życie, że mnie przygarnąłeś i wychowałeś... Wiesz jak uciekłem strażnikom? Pomógł mi mój kubek - przez chwilę patrzył na swoją torbę. - On mi przynosi szczęście. Opowiem ci o tym później.
- Ech, Veronimie... Jeśli cię nie powieszą, zostaniesz królem. Prawdziwym - uśmiechnął się.
- A ty moim doradcą - młodzieniec odwzajemnił uśmiech. - Ale nawet wtedy nie będę pił ze złotego kielicha, lecz z mojego skromnego, blaszanego kubka.
Nastała chwila ciszy.
- Chodźmy już do obozu i odkręćmy tą historię z moim aresztowaniem. I ochrzańmy Chudego! - oznajmił dobitnie i ruszył w stronę jaskini dostojnym krokiem.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 23-02-19 o 17:18.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Ilja chce artefakt waza Piksel112 Pomoc 1 12-01-17 22:03
Problem z zadaniem starożytny artefakt. Melothar1 The Returning 0 30-10-16 14:32
Sarkeras - Artefakt Przodków Scholar Publikacje modderów 0 12-08-14 14:50
Jak zdobyć ten artefakt Mario618 Pomoc 15 06-08-11 16:15


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.