Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Chichot losu

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 29-12-16, 23:10   #13
Spykers
Artistic soul
 
Spykers awatar
 
Zarejestrowany: lipiec 2014
Skąd: In the mind's eye
Posty: 2 548
Domyślnie

Wielu pisarzy zmienia style narracji odpowiednio do sytuacji i wcale to nie zaburza jednolitości tekstu, bo tak po prostu musi być - przykładem jest choćby Stephen King, czy nawet Bram Stoker. Wszystko kwestia przedstawienia. Ale jak wolisz. Jak ktoś przeczyta tylko sam ten fragment, to tego nie zauważy, ale jak czyta się całość, to widać, że coś jest nie tak (ale tylko wtedy, gdy znasz grę i wiesz, że Riordian żyje). Ktoś kto nie grał w grę może po prostu odczuć, że go już nie ma i nie będzie (a przecież żyje, tylko nie jest wspominany)
__________________
At the end of the river the sundown beams
All the relics of a life long lived
Here, weary traveler rest your wand
Sleep the journey from your eyes
RPG
Spykers jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 30-12-16, 00:07   #14
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 906
Domyślnie

Zgadzam się z poprzednikiem. Riordian JEST Magiem Wody MA ileś tam lat. Tak jak z poprzednim rozdziałem to jedyny poważniejszy błąd.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 30-12-16, 00:53   #15
 Freshyy
Golem
 
Zarejestrowany: luty 2015
Skąd: One Time "Captain Kutchie Pelaez" Was In The Hospital For Kidney Stones And Was Labeled A Combative
Posty: 965
Domyślnie

Ehh, za wiele to ja tu nie napiszę, bo Spykers napisał chyba wszystko, co napisać było trzeba. Niemniej jednak początki są naprawdę obiecujące; jeśli tylko zastosujesz się do rad Spykersa/Miki, to sądzę, że opowiadanie będzie naprawdę dobre (w sensie, już jest dobre, ale będzie lepsze ). Ogólnie mówiąc - oby tak dalej
__________________
01010100
RPG
Freshyy jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 30-12-16, 01:23   #16
eQues
 
 
eQues awatar
 
Zarejestrowany: lipiec 2012
Posty: 42
Domyślnie

Niestety, to już jest napisane, więc jedyne co mogę zrobić, to poprawiać to w miarę na bieżąco wedle waszych rad. Dziękuję wszystkim za miłe słowa A co do Riordiana to cóż, wygraliście!
RPG
eQues jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 01-01-17, 22:54   #17
eQues
 
 
eQues awatar
 
Zarejestrowany: lipiec 2012
Posty: 42
Domyślnie

Kolejny rozdział, w którym raczej mało się dzieje, ale i takie fragmenty są potrzebne... Zapraszam do lektury!


Rozdział II

- Opowieść o odbiciu Kotła zrobiła furorę - relacjonował Torlof, wrzucając kamyczki do wody. - W końcu, ileż razy można słuchać o przegranym marynarskim buncie i przeciętym pysku pewnego starca... Gdy wróciliście do obozu, Lee przygotował wam istnie huczne powitanie, ale jak widać, centralnym punktem przyjęcia była, czemu zresztą trudno się dziwić, nasza ukochana, stara, dobra karczma na jeziorze. Każdy chciał się napić z Gornem - człowiekiem, który skasował Szakala, uchodzącego za jednego z najlepszych szermierzy w Kolonii. Traktowano was jak bohaterów, Wilka dosłownie noszono na rękach...
- Po pierwsze, nie jestem żadnym cholernym bohaterem - poprawił skromnie czarnoskóry. - Po drugie, mówisz mi wszystko, o czym wiem, pamiętam to. Powiedz mi o tym, co było później!
- No cóż... - zamyślił się stary marynarz. - Zebrani otoczyli was szczelnie zwartym kordonem uważnych słuchaczy, w środku koła byliście tylko ty i Wilk. Poczęliście skrupulatnie relacjonować wydarzenia z Wolnej Kopalni. Opowiadałeś szczegółowo, ale tak, jakby te przeżycia nie robiły na tobie najmniejszego wrażenia...
- Bo nie robiły... - stwierdził Gorn. - Widziałem lepsze rozpierduchy...
- Jak mówiłem, zebranym wokoło szczeki opadały aż do posadzki, albo i niżej. Wilk hasał wesoło i dodawał swoje trzy grosze do tej historii, żywo przy tym gestykulując... Ile było w tym prawdy - nie wiem, jednak osiągnął tym zamierzony efekt. Silas, znany z tego, że nigdy nie postawił nikomu choćby pół kufla piwa, zaserwował wam dziesięć kolejek z rzędu i to na głowę! Przez tłum przedarli się też Cipher i Baal Isidro, dorzucając od siebie paczkę najlepszych skrętów z bagiennego ziela, jaką obecnie mieli na stanie...
- Innosie miłosierny... Przecież ja nie palę... - załamał się najemnik.
- Z tego co wiem, Wilk też nie, ale oboje byliście wtedy innego zdania... Wyjaraliście całą porcje zielska popijając piwem, dokończyliście opowieść, po czym stwierdziliście, że tej chwalebnej nocy nie możecie spędzić sami. Natychmiastowo znalazło się dwóch dobroczyńców, którzy wykupili wam godzinkę u Lily i Charlotte - kontynuował Torlof nie oszczędzając swojego rozmówcy.
- Świat się kończy... - jęknął Gorn. Popijawa to nic nowego, zielska sobie nie wybaczę, ale spędziłem godzinkę z Lily i czemu ja tego, kurwa, nie pamiętam?
- Co ona Ci tam zrobiła, tego do teraz pojąć nie mogę - podjął wilk morski.
- Pytasz się mnie jakbym wiedział... - odpowiedział wojownik, chowając twarz w dłoniach. - Być z Lily sam na sam i nie pamiętać z tego ani chwili... - rozpaczał.
- W każdym moim razie, wypadłeś stamtąd kompletnie odmieniony. Stwierdziłeś, cytując, że "jesteś królem tej zasranej Kolonii, a ta piękna dama, która kroczy obok Ciebie, jest twoją królową, dlatego należy się jej szacunek i ty właśnie zamierzasz dać przykład, jak należy go okazywać". Oznajmiłeś wszystkim, że, hołdując jej wdziękom, przepłyniesz całą długość jeziora w najszerszym punkcie w te i na zad...
- To dało się zrobić... - przerwał czarnoskóry.
- ... w pełnej zbroi... - dokończył Torlof.
Na twarzy Gorna pojawił się paskudny grymas.
- Natychmiastowo pożyczono ci pancerz, bo miałeś na sobie tylko kaftan. Ktoś inny ofiarował Ci swój ciężki, dwuręczny miecz i przystąpiłeś do działania...
- Na Święty Młot, dobrze, że nie utonąłem... - rzekł najemnik, chwytając się za serce.
- Do tego akurat było ci daleko, oczywiście nie spełniłeś swego ślubu, ale dzielnie próbowałeś przez prawie godzinę... Widząc swoją bezsilność, wpadłeś w głęboką rozpacz i zalałeś się w trupa - zakończył swoja relację stary marynarz.
Czarnoskóry wojownik przez chwilę patrzył na niego tępym wzrokiem, a potem rozchmurzył się i szczerze roześmiał.
- Wiedziałem, że to będzie gruba biba, ale to przeszło moje najśmielsze oczekiwania... Poza zielskiem, niczego nie żałuje, człowiek czasami musi rozerwać się w tej dziurze - mówił rozbawiony.
- Jako, że byłeś niedysponowany, wzięliśmy cię z Laresem za chabety i zaciągnęliśmy do domu - dodał Torlof.
- Dziękuję wam, jak zawsze jesteście niezawodni. Może nie powinienem się doprowadzić do takiego stanu, ale wiesz, okazja w końcu była nie byle jaka...
Uścisnęli sobie dłonie, stary marynarz uśmiechnął się lekko. Sam w czasach młodości wywijał podobne numery, dlatego bardzo dobrze rozumiał swojego towarzysza.
Gorn wstał, głowa dokuczała mu dalej, choć już w o wiele mniejszym stopniu. Rozglądnął się w poszukiwaniu najlepszego miejsca do wejścia do wody. Widząc małą plaże u podnóża skarpy, na której się znajdował, ruszył niepewnym krokiem w jej kierunku - skok z klifu tej wysokości do wody o niezbadanej uprzednio głębokości mógł skończyć się tragicznie. Po chwili, był już przy brzegu. Jego stopy przywitał szorstki dotyk ziarenek piasku. Za plecami Najemnika migotały wesoło światła ulicznych pochodni z wielkiej groty.
Nawet nie starał się rozebrać, wziął krótki rozpęd i w długim susie gruchnął do jeziora, którego tafla rozbryzgła się pod jego ciężarem na wszystkie strony świata. Przez chwilę dryfował w miejscu, walcząc z szokiem spowodowanym nagłym kontaktem z zimną wodą. Począł powoli pływać, zataczając małe koła. Orzeźwiająca kąpiel zrelaksowała go, zresztą nic dziwnego, była jedną z jego złotych recept na kaca.
Po upłynięciu niecałego kwadransa wyszedł na brzeg. Na tafli jeziora odbijały się księżyc i nadbrzeżne zarośla rosnące niedaleko wielkiej wieży strażniczej, która znajdowała się nieopodal bramy. Bariera dała o sobie znać przeciągłym, nieartykułowanym dźwiękiem, na tle nieba pojawiła się otaczająca ich niebieska kopuła. Było to całkowicie naturalne, więc nawet nie zwrócił na to uwagi. Chwiejnym krokiem skierował się ku własnej chacie.
Drewniane drzwiczki otworzyły się ze złowieszczym skrzypem, a Gorn ciężko runął na posłanie, przy okazji zahaczając stopą o jakiś element swojego wyposażenia. Usnął prawie natychmiast.

***

Obudził się późnym popołudniem i na siłę wcisnął w siebie resztę zdatnego do użycia jadła. Chwilę siedział na łóżku, po czym wstał i począł się ubierać. Czas odprawy zbliżał się nieuchronnie, on sam czuł się też o wiele lepiej. Niedbałym ruchem przerzucił przez pierś wielki pas, zapiął go i przytroczył do niego swój wielki, błyszczący topór. Ostrze, choć po incydencie w Wolnej Kopalni ociekało krwią, było teraz idealnie czyste - Gorn dbał o swoją broń.
Wolnym krokiem doszedł do drzwi, wyszedł z chaty i podreptał główną ulicą w kierunku groty Lee. Minął chatkę Wilka, prawie zderzając się z idącym w przeciwnym kierunku Kosą. Z tego miejsca, do mieszkania byłego generała było już niedaleko, wystarczyło obejść wielki kopiec magicznej rudy, którym swojego czasu, Magowie Wody chcieli wysadzić Barierę i skierować się na stromą ścieżkę wiodącą już ku samej górze.
Zadziwiające, pomyślał wojownik mijając wielką kupę niebieskiego kruszcu, gdzie jest Cronos?
Cronos jest jednym z Magów Wody, choć nazywa się go Strażnikiem Rudy. Jako jedyny z czarodziejów nie przebywa w specjalnie wydzielonej dla nich małej grocie, znajdującej się naprzeciwko mieszkania Lee, tylko nieustannie patroluje okolice kopca. W wolnych chwilach, służy radą i wiedzą magiczną mieszkańcom głównego obozu. On też decyduje, czy i kiedy zainteresowany może spotkać się z resztą kapłanów Adanosa, bowiem bez podania hasła wymyślonego przez Cronosa, straż ma rozkazy zawrócić każdego petenta, który próbowałby zakłócić spokój Magów Wody.
Strażnik Rudy nigdy nie opuszczał powierzonego mu skarbu, dlatego Gorn tak bardzo zdziwił się jego nieobecnością. Najemnik spojrzał na bryłki - były ciemnoniebieskie, matowe, jakby pozbawione blasku i właśnie w tym tkwiło rozwiązanie tej zagadki, o czym wojownik miał dowiedzieć się później.
Powoli zbliżał się do groty Lee. Wartownicy nie robili mu żadnych przeszkód, wparadował tam w pełnym ekwipunku z wielkim toporzyskiem przewieszonym przez plecy. Kiedyś nurtowała go kwestia tego niespotykanego braku ostrożności, zdarzyło mu się nawet zapytać o to strażnika, który odpowiedział mu: "Znajdujesz się w wielkiej grocie. To nie Stary Obóz, a Lee to nie Gomez. On nie musi się kryć za stadem uzbrojonych po zęby siepaczy...". To wyjaśnienie rozwiewało wszelkie wątpliwości.
Minąwszy stróżujących wartowników, powoli wtoczył się do pieczary, rozpychając przy tym kilku zebranych, którzy tarasowali mu drogę. Rozpoznał kilka znajomych twarzy, w tym Laresa, obok którego zdecydował się zająć miejsce.
Lares był dowódcą tak zwanych Szkodników - bandy złodziei, którzy okradali Magnatów na rzecz Nowego Obozu na różne, czasami wyjątkowo kreatywne i wyrafinowane sposoby. To on koordynował prace swoich ludzi - zarządzał fałszerstwa, drobne zabójstwa, porwania, różne dewastacje, akty sabotażu, czasami wybierał miejsce zasadzki na jakiś transport.
Był mężczyzną w sile wieku, niektórzy twierdzili, że wraz z Gornem byli rówieśnikami. Miał mądre, zielone oczy, którymi non stop wypatrywał możliwości zysku. Twarz nieco podłużna, usta ładne, proporcjonalne, nos dość mocno zakrzywiony, krzaczaste brwi wraz z ciemnobrązowymi, zaczesanymi w tył włosami dopełniały wizerunku cwaniaczka, rzezimieszka i krętacza. Lares był złodziejem, to fakt, ale wyjątkowo honorowym - nigdy nie okradał swoich.
Ubrany był w segmentowy, niekrępujący ruchów skórzany pancerz na wzór utwardzanej koszuli kolczej z fantazyjnymi, złotymi klamrami na korpusie. Na szerokim pasie, oprócz kilku wszytych torebeczek, w których niewątpliwie leżały podrobione klucze, wytrychy i reszta obowiązkowego niezbędnika włamywacza, znajdował się srebrny, obosieczny topór.
Broń ta była podobna do tej, której używał Gorn, jednak w o wiele pomniejszonej skali, tak, że można nią było władać jedną ręką. Dodatkowo, oręż Laresa miał przedłużaną nad ostrze rękojeść, zakończoną wielkim, trójgraniastym szpikulcem. Mógł nią więc nie tylko ciąć, ale również wyprowadzać zabójcze pchnięcia. Na plecach wisiał mu łuk i kołczan ze strzałami - dokładnie takie same, jakich używał Wilk.
Gorn zajął miejsce obok swojego towarzysza, który na jego widok uśmiechnął się drwiąco.
- Boli główka? - spytał.
Najemnik nie odpowiedział, pytający zresztą tej odpowiedzi nie potrzebował - oboje wiedzieli, jak było. Po krótkiej chwili, do komnaty wszedł Lee w asyście trzech ciężkozbrojnych wojowników.
- Cieszę się, widząc was tu wszystkich całych i zdrowych - rozpoczął generał i wymownie spojrzał na czarnoskórego wojownika. - Jak zapewne wiecie, Wolna Kopalnia znów jest wolna, a to wszystko za sprawą niewielkiej grupy śmiałków, którzy wczoraj dokonali niemal niemożliwego! Zebrani poczęli klaskać. Trwało to około minuty, jednak na znak dany im przez przywódcę ucichli wszyscy czekając na to, co miał im do powiedzenia.
- Długo myślałem nad tym, co powinniśmy teraz zrobić - kontynuował. - Według mnie, nie mamy innego wyjścia, niż tylko iść za ciosem! Jak mówi pewna szlachetna księga, którą czytywałem na dworze królewskim: "Oko za oko, ząb za ząb, śmierć za śmierć!". Panowie, mamy wojnę! Nie my ją rozpoczęliśmy, ale za to my ją zakończymy! Pojutrze rozpoczynamy oblężenie Starego Obozu. Pokażemy tej bandzie obwiesiów, że atak na Kocioł był najgłupszą rzeczą, którą zrobili w całym swoim zasranym życiu! Uderzymy na zamek, złamiemy opór wroga, a Gomezowi i tym jego zausznikom nakopiemy do tych ich tłustych, leniwych dup! Co wy na to?
Aplauz wstrząsnął grotą. Tłum wiwatował, lecz po krótkiej chwili, znowu ucichł na znak dany przez Lee.
- Tak, więc pierścień oblężenia zamkniemy pojutrze wieczorem, wcześniej, bo już jutro o poranku, wyruszy z naszego obozu kilka grup zwiadowczych, które będą miały za zadanie wykonanie pełnego rekonesansu. Plany szturmu podam wam w obozie polowym. Co do samych działań wojennych... W przypadku jakiejkolwiek formy oporu, należy go złamać! Nie mordujcie ich jednak bezcelowo, potrzebujemy także jeńców, jednak w niewole bierzcie ich tylko w sytuacjach ku temu sprzyjających! Teraz podam nazwiska oddziałów zwiadowców - tych z was poproszę jeszcze o pozostanie potem na chwilę, w celu skompletowania grup. Przez długi czas, musieliśmy znosić się nawzajem, lecz teraz Kolonia okazała się zbyt mała dla dwóch frakcji o tak sprzecznych interesach. Nie my wybraliśmy życie za Barierą, ale jeśli mamy tu sczeznąć, to tylko i wyłącznie na naszych warunkach!
No właśnie, nie ja wybrałem życie za Barierą, pomyślał Gorn, ale jak to było wcześniej?
Począł gorączkowo szukać już dawno wyrzuconych z pamięci wspomnień, zatartych nieubłaganym upływem czasu.
Wraz z rodziną był emigrantem z Wysp Południowych. Osiedli na farmie nieopodal Montery, trudniąc się rolnictwem i wypasem bydła. Rodzice Gorna zmarli krótko po jego osiemnastych urodzinach na dyzenterię, a on sam - osierocony, głodny i wynędzniały, został stałym bywalcem myrtańskich gościńców, jakich zresztą wielu było po pierwszej wojnie z orkami. Kiedyś, w jednym z miast na wybrzeżu, wdał się w karczemną bójkę z jakimś szemranym typem, wpadli królewscy żołnierze, aresztowali go i osadzili w lochu. Później wypadki potoczyły się lawinowo - trzy miesiące więzienia, którego nie przeżył jego niedoszły przeciwnik, długa, trwająca miesiąc, podróż statkiem na Khorinis, miasto, przełęcz, klif i ta cholerna regułka.
"W imieniu Jego Wysokości, króla Rhobara II, pana Myrtany, Nordmaru i Varrantu, suzerena Krain Centralnych i wyspy Khorinis, lorda protektora Wysp Południowych: Argaanii i Feshyr, skazuje tego więźnia na dożywotni pobyt za Barierą w Górniczej Dolinie Khorinis, w celu wydobywania przez niego magicznej rudy na pożytek myrtańskiej armii! Dobra, zrzucajcie go!".
Potem był lot z blisko dwudziestometrowej skarpy do położonej niżej sadzawki i tak zaczęło się jego życie w Koloni.
- Gorn! Ostatni oddział jest twój! - zakończył Lee. - Dziękuję wszystkim za przybycie, a wymienionych przed momentem proszę o pozostanie jeszcze na krótka chwilę.
Rozpoczął się przydział jednostkowy, podczas którego dowódcy poznawali imiona powierzonych im ludzi. Tak się złożyło, że czarnoskóry wojownik był na samym końcu. Gdy nadeszła jego kolej, przywódca przywołał go ręką.
- W skład twojej grupy będą wchodzić - podjął - Kosa, Torlof, Cord, Wilk, Buster, Jarvis, Cipher oraz myśliwi: Aidan, Ratford i Drax. Jakieś obiekcje?
- Żadnych - stwierdził z uśmiechem czarnoskóry.
- Bazą wypadową dla was będzie chata Aidana, tam też spotkasz Ratforda i Draxa, do których pchnąłem już gońców. Dowiedzcie się, ile można o ich liczebności, faktycznym stanie umocnień, czułych punktach et caetera...
- Wedle życzenia! - powiedział najemnik, kierując się ku wyjściu.
- Gorn, zaczekaj! - zatrzymał go Lee.
- Tak?
- Chodzi o Bezimiennego... Przyszedł tu dzisiaj rano z tym waszym przyjacielem, tym ocalałym Magiem Ognia... Cholera, jak mu było? Mortis? Marten? - zamyślił się były generał.
- Milten...- poprawił go wojownik.
- Tak, właśnie z nim. Poprosili o pozwolenie na wejście pod ziemię, do głównej komnaty z kopcem. Nie było żadnych przeciwwskazań, więc zgodziłem się i w tym cały problem... Podobno wydobyli całą magiczną energie z rudy, teraz jest bezużyteczna.. Wiesz, co to oznacza, prawda?
Gorn twierdząco kiwnął głową.
- Saturas jest wściekły, awanturował się u mnie przez jakąś godzinę, obwiniając mnie za to wszystko. Dla mnie to bez różnicy, pogadał sobie, pogadał no i poszedł, stary dziad... Teraz siedzi w tej swojej komnacie zły jak osa, inni niebiescy zresztą też. Gdybyś spotkał Bezimiennego i tego drugiego, dołącz ich do swego oddziału. Raz, że bardzo przydadzą się w nadchodzącej bitwie, dwa, że lepiej by było dla nich, gdyby teraz nie wpadli w łapy Magom Wody, bo nie chciałbym, aby przytrafiła się im jakaś przykrość. Mogę na ciebie liczyć?
- Jak zawsze... - odpowiedział podwładny.
- Taką i też miałem nadzieję. Bywaj, Gornie i nie daj się zabić! - zakończył rozmowę dowódca.
Gorn wyszedł z jego mieszkania i skierował się ku własnej chacie, aby dobrze wypocząć przez nadchodzącą noc przed jutrzejszym, jakże mecząco zapowiadającym się dniem. Po drodze spotkał Wilka, któremu rozkazał ogłosić miejsce zbiórki dla oddziału jutro o poranku przy karczmie na jeziorze. Słońce zachodziło powoli, Bariera ponownie się uaktywniła, na niebie zamigotała niebieska kopuła. Najemnik odłożył broń, rozebrał się i ciężko zwalił na łóżko.
Ale się porobiło, teraz to dopiero będzie ciekawie! - pomyślał i momentalnie zapadł w twardy sen.

Ostatnio edytowane przez eQues : 06-01-17 o 23:30.
RPG
eQues jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 05-01-17, 23:01   #18
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 906
Domyślnie

No, rozdział jak zwykle ciekawy! Trochę późno komentuję, ale sam też miałem tu swoje sprawy...
Ale cóż, to nie o tym...

Cytat:
Sam w swojej czasach młodości wywijał podobne numery, dlatego bardzo dobrze rozumiał swojego towarzysza.
Tu chyba warto zamienić kolejność wyrazów, np. "Sam w czasach swojej młodości [...]", "Sam w młodości [...]" lub "Sam w młodości swojej [...]"
Hmmm... choć to ostatnie nie jestem pewien czy poprawnie napisane, ale za to jest pierwsze, które raczej najpoprawniejsze.

Cytat:
Bariera ponownie się uaktywniła
Nie żebym się czepiał, ale Bariera mimo, iż nie zawsze jest widoczna ZAWSZE jest aktywna. Czy ją widać, czy nie i tak może pierdyknąć piorunem w chłopa roztropa, który postanowi sobie: "A se Bariere dziś rozpierdziele! Oj tak, oj tak!"

No trochę zbyt śmieszkowo wyszło, ale podsumowując:
Tylko te dwa błędy da się zaobserwować, reszta opisowo, gramatycznie, interpunkcyjnie i co najważniejsze fabularnie zadowalająca. Nie ma już tych momentami nudnawych opisów, ale została wymierzona idealna granica. Brawo!
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 05-01-17, 23:08   #19
eQues
 
 
eQues awatar
 
Zarejestrowany: lipiec 2012
Posty: 42
Domyślnie

No tak, ten fragment jest nie po polsku xd Nie zauważyłem tego...
Co do uaktywnienia się, tu chodziło o kwestie wizualne i w tym kontekście to sformułowanie jest wg mnie jak najbardziej poprawne. Dzięki za jakikolwiek odzew
RPG
eQues jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 06-01-17, 15:34   #20
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 906
Domyślnie

Nie ma za co!
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 06-01-17, 23:34   #21
eQues
 
 
eQues awatar
 
Zarejestrowany: lipiec 2012
Posty: 42
Domyślnie

Wrzucam kolejną część no i nie ukrywam, że liczę na jakiś odzew, bo chyba jest co krytykować. Miłej lektury!

Rozdział III

Do wielkiej jaskini wpadły właśnie pierwsze promienie dopiero co wschodzącego słońca, które nieśmiało przecięło linię widnokręgu. Subtelne granie świerszczy, kumkanie żab i pohukiwania sów przemieniały się w radosne świergotanie ptaków, będące stałym elementem koncertu, jaki każdego poranka witał budzących się mieszkańców Kolonii. Bariera uaktywniła się, na granatowym niebie zdecydowanie zamigotała niebieska kopuła, w powietrzu rozległ się dziwny, nieartykułowany dźwięk, podobny do huku. Noc powoli ustępowała miejsca dniu. Dniu, który miał wszystko odmienić.
Gorn otworzył oczy i przeleciał błędnym wzrokiem po suficie. Pomimo tego, że był przyzwyczajony do wariacji ich magicznego więzienia, został teraz przez nie zbudzony. Chwilę leżał na łóżku, przecierając twarz swoimi ogromnymi dłońmi, następnie wstał i począł się szybko ubierać.
Lee rozkazał mu rozpocząć zwiad o poranku, ale najemnik wychodził z założenia, że poranek to pojęcie względne, tak więc ma kilka faz - wyróżniamy: "środek nocy", "bardzo wczesny poranek", "wczesny poranek", "zaawansowany poranek", "późny poranek" i "cholera, już prawie południe!". Ze swoimi ludźmi był umówiony o świcie, jednak był to termin przede wszystkim dla nich, on nie zamierzał się śpieszyć, o czym zresztą bardzo dobrze wiedzieli jego podwładni - czarnoskóry wojownik nie należał do tych najpunktualniejszych.
Powoli przerzucił przez ramię pas, przytroczył do niego swój wielki, wypolerowany topór i wolnym krokiem wyszedł z chaty. Górnicza Dolina budziła się do życia. Gdzieniegdzie dało się już zauważyć niewielkie oddziały zwiadowców, oczekujące na swoich dowódców w napiętej atmosferze nerwowego podniecenia. Skierował się ku wyjściu, które było już całkowicie skąpane w promieniach słonecznych. W oddali, na środku sztucznego jeziora, stała karczma, do której prowadził wąski, kilkunastometrowy most. U jego początku, zgromadziła się grupa kilku wojowników, którzy porozsiadali się wokoło na ziemi i dyskutowali o czymś zaciekle w oczekiwaniu na herszta. Część z nich zauważyła już kroczącego ku nim Gorna, ale żaden nie kwapił się przerwać rozmowy i choćby wstać, o wyjściu naprzeciw już nie wspominając.
- Cześć i chwała, chłopcy! -ryknął do nich powitalnie.
- Cześć i chwała, Gornie! - odkrzyknęli mu podwładni.
Najemnik powiódł wzrokiem po swoim oddziałku - znajdowali się tam już wszyscy, którzy wchodzili w jego skład: wesołek Wilk ze swoja bujną, czarną czupryną, ogromny, brodaty Kosa uzbrojony w jeszcze ogromniejszy, dwuręczny miecz, stary fechmistrz Cord, rozprawiający o czymś zaciekle ze swoim rówieśnikiem, Torlofem, łucznik Buster - mistrz akrobatyki, Cipher - handlarz zielem o wiecznie rozanielonym spojrzeniu oraz Jarvis, złotowłosy strażnik bramy, znany z tego, że miał wyjątkowo paskudne hobby, polegające na konkretnym straszeniu nowoprzybyłych do obozu.
- No, lenie, wstawać! Idziemy do Aidana, tam się poopieprzacie i jak dobrze pójdzie, to niedługo skopiemy kilka magnackich dup! - ponaglił czarnoskóry wojownik.
Zebrani z ociąganiem wykonali jego polecenie, formując kolumnę marszową. On sam, jak na dowódcę przystało, zajął miejsce na czele pochodu, a jego parę uzupełniał Wilk. Gorn majestatycznie uniósł prawą rękę ku górze, dając tym samym znak do wymarszu.

***

Ruszyli. Przeszli po tamie Homera, kierując się ku bramie obozowej. Powitało ich tu dwoje wartowników stojących przy kołowrocie, do których chwilę później dołączył ich kolega z wieżyczki obserwacyjnej. Najemnicy szli dalej, minęli zakręt i znaleźli się na polach ryżu. Tutaj przywitał ich Ryżowy Książę wraz ze swoją świtą, składającą się z bandy kilku przydupasów i lizusów. Nie byli zbyt popularni ze względu na sposób, w jaki traktowali zbieraczy. Ci ostatni właśnie sposobili się do pracy, z ociąganiem rozkładając narzędzia rolnicze i nosząc wodę do podlewania ze znajdującej się niedaleko sadzawki. Oddział w milczeniu minął robotników i ich nadzorców i dalej dreptał ku zamkniętej bramie strzeżonej przez blisko tuzin Szkodników. Ci, gdy tylko ich ujrzeli , podbiegli do kołowrotu, otwierając tym samym przed nimi dalszą drogę. Zwiadowcy przeszli przez tą ostatnią linię umocnień, wychodząc na obszerną polanę, będącą domem zarówno dla ludzi, jak i wszelakich stworów.
W oddali majaczyła niewielka chatka rybacka, obecnie pustostan. Jej właściciela zżarły topielce, które uwiły sobie gniazdo w okolicy. Najwyraźniej zwierzętom nie pasowała perspektywa dzielenia rzeki z człowiekiem, więc postanowiły permanentnie rozwiązać ten problem. Rzeka, przy której stała chatka, rozdzielała orkowe ziemie od tych, znajdujących się we władaniu ludzi. Dzięki swej górskiej naturze, w tym miejscu, jak i zresztą w wielu innych, była nieprzekraczalna. Nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż zielonoskórzy, choć wrogo nastawieni do mieszkańców Koloni, nigdy nie podjęli próby poszerzenia swoich terytoriów, co nie zmieniało faktu, że potrafili bez litości zarąbać swoimi toporami każdego śmiałka, który spacerował po ich włościach.
Obok chatki, na polanie, rosły wszelakiej maści zioła, używane przez Riordiana do tworzenia jego wywarów. Korzystali też z nich bimbrownicy pod przywództwem Miguela, którzy mieli swoją siedzibę w jaskini nieopodal.
Najemnicy szli wzdłuż skalnej ściany, specjalnie wytyczoną ścieżką, jakich masę było w całej Kolonii. Do każdego, ważniejszego punktu wiodła tu jakaś droga. Po chwili byli już przy starej kładce, łączącej przeciwległe brzegi przeciętej głębokim wąwozem skarpy. Most, już dawno spróchniały, nie miał w ogóle poręczy, a z podłogi co chwilę zionęła ogromna dziura, w miejscu której były niegdyś twarde, dębowe deski.
- Uwaga! - krzyknął Gorn, oceniając stan przeprawy. - Nie wygląda za solidnie, ale nie mamy czasu aby ją obejść! Skupcie się teraz! Idziemy pojedynczo, gdy jeden przechodzi, reszta czeka cierpliwie, gdy ten znajdzie się po drugiej stronie, dopiero wtedy wchodzi kolejny, inaczej polecimy w przepaść!
Najemnicy potwierdzili zrozumienie komendy kiwnięciami głowy.
- To kto pierwszy? - spytał Cord.
Gorn wystąpił do przodu, lecz ubiegł go jeden z jego ludzi.
- Ja pójdę! - powiedział Buster. - Jestem z was najlżejszy, ponadto wiem co nieco o akrobatyce i amortyzowaniu upadków...
Wszyscy wiedzieli, że to ostatnie w tym przypadku na niewiele się zda. Czarnoskóry, choć niechętnie, ale wyraził zgodę na ten śmiały czyn. Łucznik spojrzał na nich wymownie, pochylił się, ugiął kolana i począł powoli posuwać się naprzód, przerzucając ciężar ciała na nogę, która w danym momencie nie wykonywała kroku. W rzeczywistości, w ten sposób, do zwierzyny podkradali się myśliwi, ale w tym przypadku, metoda ta znalazła inne zastosowanie.
Przejście przez most trwało tylko krótką chwilę, choć wydawała się im ona wiecznością. Przeprawa trzeszczała złowieszczo, uginała się, ale wytrzymała. Buster, z uczuciem wyraźnej ulgi, znalazł się po drugiej stronie. Za jego przykładem poszli kolejni, ale i tym razem kładka dała radę. Most, pomimo tego, że był dość wiekowy, został najwyraźniej wykonany wyjątkowo porządnie.
Po ochłonięciu z wrażeń, których dostarczyła im stara, drewniana konstrukcja, ruszyli dalej. Jak dotąd, podróż przebiegała spokojnie, nie wyniknęły żadne komplikacje. Zwierzęta wycofywały się w porę, ostrzegane hałasem wywołanym przez grupę ludzi. Nawet gobliny nie odważały się ich atakować, pomimo tego, że widzieli jednego z ich obserwatorów, który na widok Najemników wykonał taktyczny odwrót i zawracając na pięcie, pobiegł co sił w swoich małych, zielonych nóżkach do pobliskiej jaskini, popiskując przy tym żałośnie.
Słońce stało już w zenicie, gdy weszli na kolejną, wielką polanę, na której znajdowała się zupełnie zwyczajna, myśliwska chatka ze zgrabnym, płóciennym, osłaniającym drzwi daszkiem na dwóch palach. W obejściu, ktoś postawił dwie ławki, kilka tarcz strzelniczych oraz stojaki, na których rozciągnięto niewyprawione, zwierzęce skóry, dopiero co utracone przez ich właścicieli.
Obok niewielkiego płotu okalającego podwórko, wylegiwało się na słońcu trzech mężczyzn. Byli to: właściciel chaty, czarnowłosy Aidan i dwaj łowcy - bracia Ratford i Drax. Ci ostatni znani byli ze swoich wyrobów krawieckich. Ich klientela była bardzo różnorodna - zaopatrywali się u nich członkowie wszystkich trzech obozów. Jeśli ktoś miał dziurę w szacie, spodniach, czy nawet w skarpetce, czym prędzej gnał do dwójki myśliwych, aby profesjonalnie rozwiązać ten problem.
Teraz cała trójka leżała wygodnie, korzystając z ciepła dawanego im przez wiosenne słońce. Co prawda, zimy pod Barierą nie należały do najsurowszych, śnieg nie padał prawie nigdy, więc pojęcie mrozu było tutaj raczej obce, ale pomimo tego, każdy z utęsknieniem oczekiwał cieplejszych miesięcy.
Wilk nie mógł nie wykorzystać takiej okazji. Spojrzał pytająco na Gorna, ten pojął w mig, o co chodzi młodemu łucznikowi i dał znak swoim ludziom, aby się zatrzymali, umożliwiając mu tym samym rozpoczęcie przedstawienia. Wesołek począł podkradać się do śpiących w najlepsze myśliwych. Gdy był wystarczająco blisko, przybrał groźną minę, wyprężył się dumnie, nabrał powietrza w płuca i ryknął, naśladując głos Lee:
- Śpicie, łajdaki! Śpicie, skurwysyny! Lenie pieprzone! Na chwile zostawić ich samych, a już kombinują, gdzie tu się rozłożyć na trawce! Wstawać, gamonie!
Myśliwi, dotąd nie niepokojeni, korzystali ze sprzyjającej pogody, pogrążając się w błogim śnie. Teraz, słysząc dziwny, potężny, żołnierski baryton i nie mogąc zidentyfikować jego właściciela, zerwali się na równe nogi, próbując rozpoznać rugającego ich człowieka.
- Jesteście na służbie, do kurwy nędzy! - kontynuował. - Co wy sobie myślicie, że możecie się tak po prostu opieprzać?! Dzień dziecka był pół roku temu! - widząc tępe wyrazy twarzy rozbudzonych łowców, Wilk nie wytrzymał i wybuchnął już swoim łagodnym śmiechem.
Zwyzywane śpiochy dopiero teraz ogarnęły, że padły ofiarą żartu młodzieńca i są obiektem zabawy dla całego oddziału, który widząc ich niezdarność, rechotał nieprzerwanie od dłuższej chwili. Aidan, nie wiedząc co odpowiedzieć, podszedł do Gorna, podał mu dłoń w geście powitania i zaprosił zebranych w gościnę, wciąż jednak patrząc na żartownisi "spod byka". Najemnicy rozłożyli się w okolicy chatki i poczęli opowiadać Ratfordowi i Draxowi o wydarzeniach z Kotła, a dowódca, przywoławszy do siebie Corda, rzekł:
- Do rana rozkładamy się tu obozem, potem zaczynamy zwiad. Do tego czasu, macie wykonać nowy most dla ludzi Lee - nie możemy przecież pozwolić, by w tak głupi sposób stała się komuś krzywda i to tym bardziej, że dla dziesięciu ludzi to będzie godzina roboty. Ja tymczasem, muszę spotkać się z kimś w chatce niedaleko stąd, ponieważ ten ktoś może mieć dla nas użyteczne informacje. Pod moją nieobecność, ty przejmujesz dowodzenie. Zrozumiałeś?
- Jak najbardziej - odpowiedział stary fechmistrz i uścisnął rękę swojemu rozmówcy.

***

Gorn uśmiechnął się lekko i ruszył dalej ścieżką, która teraz biegła ostro w dół. Przez chwile słyszał jeszcze, jak Cord wydaje polecenia jego ludziom, lecz w miarę oddalania się od domu Aidana, nie był już w stanie rozróżnić pojedynczych słów. Po swojej lewej stronie miał jaskinie, do której uciekł gobliński obserwator. Przez chwilę nawet chciał do niej wejść dla czystej rozrywki, jednak nie wiedział, czy zielone stworki są jej jedynymi mieszkańcami, poza tym nie znał ich liczebności, a otrzymanie ciosu lagą, nawet zadanego przez jednego z tych małych łupieżców, potrafiło skutkować nawet pęknięciem czaszki, dlatego szybko porzucił ten pomysł.
Droga tutaj zakręcała gwałtownie w prawo, nieustannie przy tym opadając, za sprawą czego omijała znacznych rozmiarów skarpę, za którą znajdowała się wielka, wykarczowana połać terenu. W centrum stała kolejna zgrabna chatka, kryta czerwoną dachówką, ku której teraz najemnik skierował swoje kroki. Szedł raźno, wesoło przy tym pogwizdując i przyglądając się mknącym po błękitnym niebie chmurom.
Był już nie więcej niż sto metrów od chaty, gdy dostrzegł siedzącego przy rozpalonym ognisku człowieka. Płomienie tańczyły wesoło, radośnie wystrzeliwując ku górze. Mężczyzna najwyraźniej też go zauważył, gdyż zgrabnie zerwał się na równe nogi, a jego prawa dłoń powędrowała ku rękojeści długiego, bogato zdobionego, jednoręcznego miecza.
Znał go. Był to Skorpion, nauczyciel walki w zwarciu i posługiwaniu się kuszą w Starym Obozie. Wojownik skrócił pas z toporem o "dwie dziurki" tak, że trzonek swobodnie wystawał mu nad bark i w razie potrzeby mógł go szybko dobyć.
To się wpieprzyłem, pomyślał najemnik, to nie będzie łatwa przeprawa. Ale może nie od razu z ogniem i mieczem...
Gorn, choć nigdy nie stronił od walki, nie był bezwzględnym sadystą. Zabijanie ludzi nie sprawiało mu żadnej przyjemności. Nad bitewną wrzawę przekładał zwykłe mordobicie, po którym uczestnicy, choć nierzadko połamani i pokiereszowani, uchodzili z życiem. Jednak w przypadku prawdziwego pojedynku, nie wahał się zarąbać przeciwnika - wychodził z założenia, że tak trzeba i od tego zależy jego przeżycie.
Kolonia zmieniała skazańców, nie należała przecież do najbezpieczniejszych miejsc. Samotny więzień miał prawie zerowe szanse na przeżycie, śmierć była tutaj na porządku dziennym i to w takim stopniu, że nie wzbudzała sensacji, ludzie się do niej po prostu przyzwyczaili.
Stał w milczeniu, mierząc wzrokiem swojego adwersarza, który pomimo młodego wieku, zaszedł w obozowej hierarchii bardzo wysoko - był mistrzem miecza i zajmował się szkoleniem ludzi Gomeza. O randze Skorpiona świadczył jego pancerz - nosił srebrną, połyskującą w promieniach słonecznych przeszywanice, wzmacnianą płatami blachy na goleniach, korpusie i ramionach.
Jego twarz była dość charakterystyczna i nietypowa jak na realia Górniczej Doliny. Oczy małe, zimne, brązowe, przeszywały na wylot każdego rozmówcę, a w momentach rozgniewania, błyskały złowieszczo. Okolone były one czarnymi, dość mocno, ale nie przesadnie krzaczastymi brwiami. Miał szlachetne rysy twarzy, szczególnie linia szczęki prezentowała się nad wyraz korzystnie, dlatego trafnym było stwierdzenie, że można by było bić na monetach jego profil, aby dodać im nieco estetyki. Całości dopełniał średniej długości, prosty nos i małe, dość pospolite usta, kryjące szereg białych zębów. Tym, co czyniło go rozpoznawalnym, była jego fryzura - skronie i tył głowy, na której widniała mała, ukośna blizna - przykra pamiątka dziecięcych zabaw, miał wygolone, a czuprynę, nienaturalnie gęstą, kruczoczarną, rzuconą w nieładzie na bok.
Nie był przesadnie wysoki, za to, jak na swój wzrost, wyjątkowo dobrze zbudowany. Ciało, zachowane w dobrych proporcjach, młody wiek i ciekawa osobowość sprawiały, że cieszył się dość pokaźnym powodzeniem u płci przeciwnej. To, że w Kolonii były to przeważnie dziewczyny lekkich obyczajów, nie obchodziło nikogo - jak to mówią "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma". Powiadano, że jest pedantyczny aż do bólu, co zdradzał zresztą stan jego pancerza i poziom higieny, nie będące wcale pod Barierą standardem.
Słowem: opanowany i zbójecko przystojny. Taki właśnie był Skorpion.
Teraz stał przed nim, zimny, nieruchomy, świdrując go swoimi przenikliwymi oczami. Po chwili zrobił coś, czego czarnoskóry wojownik w życiu by się nie spodziewał. Nie usłyszał wcale syku oręża wyciąganego z pochwy, a dłoń strażnika, dotychczas nie odstępująca rękojeści miecza, powędrowała ku górze. Gorn zdębiał. Skorpion skrzyżował ręce na piersi, skłonił się lekko i patrzył nań z nieukrywaną wyższością.
- Nie będę z tobą wałczył, Najemniku - powiedział swoim nieprzyjemnym głosem.
- Taki jesteś tego pewien?
- Tak, taki jestem tego pewien. Opuściłem Stary Obóz, nie jestem już jednym z ludzi Gomeza. To całe szaleństwo z Wolną Kopalnią, rzeź na Magach Ognia... Tego było dla mnie za wiele... Tłumaczyłem tej bandzie idiotów, ale nie chcieli mnie słuchać... Obu tym akcjom miałem przewodzić, ale uciekłem... Zdezerterowałem jak ostatni tchórz, ale nie wstydzę się tego. Zabijałem wiele razy, ale w walce, twarzą w twarz, nigdy nie chciałem, by na dźwięk mojego imienia jedynym skojarzeniem, jakie przychodziło by ludziom na myśl, to "pies na posyłki".
- Skąd wiesz, że nie zarąbię cię jak takiego właśnie psa?
- Pewnie stąd, że wiem, kim jesteś. Nazywasz się Gorn, dużo o tobie słyszałem. Twoja sława cię wyprzedza, Najemniku...
- Poniechaj, Gornie! - do rozmowy włączył się ktoś trzeci.
Wojownik zastygł w bezruchu, po chwili spojrzał wymownie na tego trzeciego i skłonił się pojednawczo w kierunku Skorpiona, opuszczając ręce wzdłuż korpusu w geście zrezygnowania.
Mediator był Cieniem - staro-obozowym odpowiednikiem Szkodnika. Z wyglądu przypominał nieco Laresa, lecz w znacznie starszym wydaniu. Twarz szpiczasta, pokryta kilkudniowym zarostem, z długim, zakrzywionym nosem, dużymi, czarnymi oczyma i ciemnymi, jeszcze bardziej krzaczastymi niż te u Skorpiona brwiami, pozwalała rozpoznać w nim typa cwaniaka, który wszędzie wietrzył możliwość zysku. Na twarzy tańczył mu lekki, szelmowski uśmieszek. Włosy, podobnie jak Bezimienny, nosił zaplecione w mały kucyk. Ubrany był w czerwoną, wielokrotnie utwardzaną zbroję. Do pasa przytroczony miał dość pospolity, jednoręczny miecz, a na jego plecach widniał krótki, wiązowy łuk wraz z kołczanem pełnym strzał.
Nazywał się Diego. Z Gornem znali się od lat, wraz z Magiem Ognia Miltenem, nowicjuszem Lesterem i owym Bezimiennym, tworzyli nierozerwalną, międzyobozową grupę przyjaciół. Byli symbolem pokazującym, że można żyć ponad podziałami.
- Nie tym razem, Najemniku - powiedział z uśmiechem Skorpion, po czym powrócił do pieczenia mięsa nad ogniskiem.
Wojownik podszedł do Cienia, stojącego tuż przed wejściem do chaty.
- Jak ci się podoba życie wygnańca? - spytał Gorn.
- Nie narzekam, w Starym Obozie i tak już nie dało się wytrzymać. Poza tym, nie jestem sam, w międzyczasie mieszkam u Cavalorna, który udzielił mi swojej chaty. Później dołączył do nas Skorpion, z którym przed chwilą prawie skoczyliście sobie do gardeł. Czasami odwiedza mnie też Milten, który ostatnio pałęta się po Koloni bez celu. Chyba nie może sobie poradzić z traumą, którą przeszedł...
- Aż tak źle?
- Wiesz... On jest jeszcze bardzo młody, niedawno został awansowany i w krótki czas potem, stracił wszystkich. Jego najbliżsi przyjaciele zostają bestialsko wymordowani. Corristo, Torrez, Rodriguez i reszta, byli dla niego jak druga rodzina.
- Rozumiem, w czym rzecz... - stwierdził smutno wojownik. - Diego, musimy porozmawiać... Sprawy się z troszkę pokomplikowały...
- A więc rozmawiajmy, w czym problem?
- Nie tutaj i nie w tym towarzystwie - rzekł czarnoskóry, wymownie patrząc na strażnika, który udał, że nie zauważył aluzji.
- Wedle życzenia. Za domem Cavalorna znajduje się mały magazyn, w którym ten trzyma towary handlowe oferowane podróżnym. Chodźmy tam - zaproponował Diego.
Jak powiedział, tak też zrobił. Skierowali się ku mosiężnym drzwiom, przytwierdzonym do drewnianej ściany zamykającej wejście do jaskini, używanej jako skład zapasów.
- Ufasz temu Skorpionowi? - zapytał najemnik w oczekiwaniu, aż cień w końcu upora się z zamkiem.
- Ja rzadko komu ufam, a już na pewno nie ludziom, których znam bliżej od kilku dni. W nim jest jednak coś, co pozwala sadzić, że mówi prawdę, zresztą wszystkie fakty potwierdzają jego wersję. Czy normalny człowiek, śpiący w zamkowej komnacie z trzema dziewczynami na raz, żyjący w luksusie, zamieniłby to na marną, myśliwska chatkę? Nie sądzę... Dlatego też mu wierzę.
- Dobrze więc, ale nie on jest przedmiotem naszej rozmowy. Diego, szykuje się coś wielkiego...
- A więc dobrze, że przyszedłeś z tym do mnie... - odpowiedział mu z uśmiechem, przełamując w końcu oporne zabezpieczenie.
Weszli do środka i rozłożyli się wygodnie na stosach skór.
- Opowiadaj więc... Zamieniam się w słuch! - ponaglił cień.
- Słuchaj, odbiliśmy Kocioł, ale Lee chce iść za ciosem, jutro wieczorem rozpoczynamy oblężenie zamku.
- To było takie ważne? Przecież mnie już to nie dotyczy, jestem neutralny...
- Chciałem cię poprosić, abyś miał baczenie na Cavalorna i Skorpiona, gdy wszystko się zacznie. Dopilnuj, aby oni też pozostali bezstronni, trupów będzie tam dość, ich śmierć niczego nie zmieni.
Diego twierdząco kiwnął głową.
- Mam jeszcze jedną prośbę: poopowiadałbyś mi troszkę o stanie fortyfikacji?
- Spełnię oba twoje życzenia. Ta dwójka należy do ostatnich, którzy rwali by się do walki za Gomeza, więc moja "opieka" będzie raczej zbędna, ale dopilnuję wszystkiego, abyś miał pewność, że nie zrobią niczego głupiego. Jeszcze dziś nakreślę im obraz sytuacji.
- A umocnienia?
- Cóż, będziecie mieli ciężką przeprawę. Zewnętrzny pierścień to tak naprawdę osiedle mieszkalne, otoczone ostrokołem o nieregularnym kształcie. Palisada jest drewniana, posiada dwie bramy, które choć pozwolą odeprzeć pierwsze natarcie, nie oprą się długotrwałym atakom. Mur nie posiada wzmocnień, nie budowano na nim też hurdycji, co jakiś czas rozstawione są tylko platformy strzelnicze. Najsłabszym ogniwem będą zdecydowanie furty, rozrąbcie je toporami, ponadto korzystajcie z wiedzy o materiale, z jakiego są wykonane. Podpalajcie, gdzie tylko się da, załoga wkrótce nie nadąży z gaszeniem pożarów.
- A potem?
- Potem, to zacznie się prawdziwe oblężenie. Zamek, choć stary, wykonano bardzo przemyślanie, ma własne źródło wody i niezliczone zapasy żywności. Brama jest tylko jedna, ale kilkukrotnie wzmacniana rzędami metalowych krat - bez tarana się nie obejdzie.
- Dziękuję ci za te informacje, przyjacielu. Bardzo mi pomogłeś - powiedział z wdzięcznością Gorn.
- Nie jestem z tego powodu jakoś szczególnie dumny - odpowiedział mu smutno cień, a z piersi wyrwało mu się dojmujące westchnienie.
- Jest jeszcze coś... - dodał najemnik.
- Słucham więc...
- Dziś rano, do Nowego Obozu wpadli Bezimienny i Milten, podobno odebrali kopcowi rudy całą jego energie magiczną.
- Skąd o tym wiesz?
- Lee mi powiedział...
- To by się zgadzało, nasz czerwony przyjaciel wrócił tu strasznie blady, krew ciekła mu z uszu i z nosa, a tak się dzieje, gdy mag inkantuje zaklęcia ponad swoje siły. Ale Bezimiennego tu nie było...
- Przecież wiesz, że on i tak chodzi własnymi drogami. Milten tu jest?
- Jest. Powiedział, że musi się uspokoić i poszedł na polowanie z Cavalornem. Ale heca z tym kopcem... Saturas musi być wściekły... - śmiał się Diego.
- Żebyś wiedział jak...
Rozmowę przerwało wejście do składziku dwóch mężczyzn. Jeden z nich, czarnoskóry Cień , dźwigał na plecach wielkie, niezidentyfikowane "coś". Drugi, przeraźliwie blady, szedł chwiejnie, non stop potykając się o krańce długiej, powłóczystej szaty z inskrypcjami Zakonu Kapłanów Innosa. Byli to dwaj łowcy - Cavalorn, który zajmował się tym od lat i Milten - jedyny Mag Ognia, który ocalał z pogromu i teraz wykonał małe przekwalifikowanie.
Cień cisnął na ziemię swoją zdobycz i począł przygotowywać się do jej patroszenia. Światło pochodni oświęciło nieszczęsne zwierzę. Był to ścierwojad, wielki ptak- nielot, zamieszkujący lasy Królestwa Myrtany. Czarodziej, słaniając się na nogach, osunął się na wyprawione skóry nieopodal rozmawiającej dwójki.
- Ładnie to tak buszować w zapasach swojego dobroczyńcy? - spytał czarnoskóry myśliwy.
- Daj spokój Cavalorn... Przecież wiesz, że oni nie wyrządzą żadnej szkody... To przyjaciele... - odpowiedział Milten, stając w obronie dwojga gości.
Mówił z wyraźnym trudem, wolno wymawiając kolejne słowa, robiąc przy tym nienaturalne pauzy poświecone głębokiemu oddychaniu.
- Tylko żartowałem, mój dom jest waszym domem, a ty, świętoszku, weźże się przymknij, bo jeszcze nam tu zejdziesz na zawał...
- Co mu jest? - zapytał Gorn.
- A bo ja wiem? Co ja, specjalista od uroków czy innego cholerstwa? Wyglądam ci na czarodzieja? Odkąd przyszedł do nas rano, ciągle się tak zachowuje. Chciał iść ze mną na polowanie, upierając się przy tym, że to mu pomoże, bo potrzebuje świeżego powietrza, to go wziąłem...
- Jak widać, wyszło raczej średnio...
- I tak jest już lepiej niż było. Jak wracaliśmy, to obawiałem się, że będę miał dzisiaj dwie zdobycze do niesienia - na jednym barku to paskudztwo, a na drugim naszego Maga Ognia. Tylko ten jakoś żylasty się wydaje, a to nietypowe, bo jego pobratymcy mają bojlery większe niż głowa trolla - wyjaśniał myśliwy.
- Ahhhhh... Ja po prostu potrzebuję teraz trochę czasu... Jutro już będzie dobrze... - jęknął Milten.
- Chodź, świętoszku, prześpisz się i od razu będzie ci lepiej. - zaproponował Cavalorn, biorąc go pod ramię. - Opuszczamy wasze towarzystwo. Panowie, świętoszek wychodzi!
Gorn i Diego odprowadzili ich wzrokiem.
- Ale go sponiewierało... Nigdy nie widziałem go w takim stanie - stwierdził Diego.
- Ja też... Zapewne jest do tego przyzwyczajony, musi po prostu zregenerować swoją energię magiczną...
Nastało milczenie. Gorn, zabijając nudę, cmokał radośnie, czym okrutnie denerwował Diega, który zdawał się liczyć wzrokiem strzały w leżącej obok skrzyni.
- Rano wracam do swoich...
- A wiec mamy jeszcze trochę czasu - skwitował z uśmiechem cień.
Dalsze chwile upłynęły im na rozmowie na wszystkie możliwe tematy. Widywali się dość rzadko, wiec mieli sobie dużo do powiedzenia. Wątków nigdy nie brakowało.
Kilka godzin później, poczęło zmierzchać. Milten czuł się o wiele lepiej, siedział teraz przy ognisku wraz z Cavalornem i Skorpionem, którzy pieczołowicie piekli na rożnie upolowanego ścierwojada. W międzyczasie, cała trójka grała w kości. Mag, pomimo tego, że dotychczas był przeciwny jakiejkolwiek formie hazardu, wciągnął się bez reszty. Pozostała dwójka uczyła go nawet przeklinać, jak na rasowego szulera przystało.
Gorn i Diego usiedli na ziemi przed wejściem do składu, opierając się plecami o dębową ścianę, która strzegła zawartości magazynu. Słońce powoli kryło się za horyzontem, a tymczasem z południa sunęły ku nim ciemne, kłębiaste chmury. Błyskawice raz po raz przecinały purpurowość nieba.
- Będzie burza, psiakrew - stwierdził najemnik, a jego towarzysz potwierdził skinieniem głowy.
Po upływie kwadransa, chmury były już niebezpiecznie blisko. Wszyscy poczęli szukać schronienia przed nadchodzącą nawałnicą. Właśnie wtedy się zaczęło...
Ziemia zatrzęsła się kilkukrotnie i to z taka siłą, że część stropu jaskini, w której poprzednio siedzieli, zawaliła się. Ucierpiała także chatka, a dokładniej kryty czerwoną dachówką dach. Ognisko, dotąd buchające wysokim płomieniem, teraz kompletnie zagasło. Ludzie padli na ziemię, odruchowo zasłaniając rękami głowę, choć dobrze wiedzieli, że w razie czego, taka ochrona na niewiele im się zda. Chmury, dotąd ciemne i skłębione, stopniowo przyjmowały barwę jasnego błękitu.
- Co się dzieje!? - wrzasnął Skorpion.
- Gorn, Bariera, patrz! - ryknął Diego, wskazując palcem w kierunku nieba.
W istocie, magiczna kopuła poczęła się rozpadać. Bariera uaktywniła się, dała o sobie znać swoim przeciągłym, jedynym w swoim rodzaju hukiem. Nagle wystrzeliło ku niej pięć świetlistych smug, które uderzyły w nią z impetem, tworząc ogromne wyrwy. Miejsca, z których wyleciały wiązki światła nie były przypadkowe, właśnie w nich ustawiono kiedyś kamienie ogniskujące, które posłużyły do stworzenia tego nietypowego więzienia. Teraz, to właśnie z nich, pomknęło ku niebu wyzwolenie w postaci pięciu niebieskich promieni. Kopuła poczęła rozpryskiwać się stopniowo, przypominało to miejscami rozbryzgiwanie się wody na szkle. Piękny to był widok, ale wcale nie oznaczał końca tego procesu.
Ziemia zatrzęsła się ponownie. Z magicznie naelektryzowanej chmury pomknęła ku ziemi niezliczona ilość piorunów, które poczęły bić gdzie popadnie.
- Patrzcie! Oberwała wieża! - krzyczał Cavalorn.
Wielka wieża zamkowa, należąca niegdyś do wygnanego, trzynastego maga Xardasa, stała teraz w ogniu. Dodatkowo, część blanek odłamała się i runęła w dół z ogromna prędkością.
Błyskawice uderzały w różne miejsca , nierzadko podpalając domostwa i okoliczne drzewa, gdy wtem w powietrzu rozległ się dziwny, nieludzki wrzask. Natężenie dźwięku było tak silne, że ludzie, którzy dopiero co zdążyli wstać, ponownie padli na ziemie, zakrywając uszy dłońmi i wijąc się z bólu.
To było ostatnie z pamiętnych wydarzeń, zapamiętanych przez Gorna owej straszliwej nocy, która zmieniła tak wiele w historii Królestwa Myrtany. Jeszcze przez chwilę, próbował walczyć z własnym organizmem, ale jego wysiłki były daremne, hałas nie ustawał, przeciwnie, przybierał na sile. Krew buchnęła z ucha najemnika, a przed oczami zamigotały mu fantazyjne kształty. Zemdlał.
RPG
eQues jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-01-17, 16:17   #22
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 906
Domyślnie

Trzeba się zabrać za ocenę...

No paczaj, normalnie wyłapałem dwa błędy, ale zapomniałem, gdzie były, więc ich tu nie przytoczę. Ale pamiętam, że jeden z nich to była jakaś literówka...

No, no, Rozdział III i już Upadek Bariery... Normalnie genialne! Masz talent! Fabularnie i humorystycznie oraz opisowo itd. zadowalająco, zwłaszcza jak Wilk opierdzielał Aidana, Ratforda i Draxa; albo:

Cytat:
- To by się zgadzało, nasz czerwony przyjaciel wrócił tu strasznie blady, krew ciekła mu z uszu i z nosa, a tak się dzieje, gdy mag inkantuje zaklęcia ponad swoje siły.
No nieźle wymyśliłeś.

A, więc 9/10, dlatego, ponieważ były te błędy, których niestety nie mogłem przytoczyć...
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 12-01-17, 23:47   #23
eQues
 
 
eQues awatar
 
Zarejestrowany: lipiec 2012
Posty: 42
Domyślnie

Rozdział IV

Nie wiadomo, jak długo był nieprzytomny. Świadomość wracała stopniowo, przypominając o sobie nieznośnym bólem głowy. Obok niego czołgał się Diego, wymiotując przy tym obficie. W dali dało się słyszeć przekleństwa Skorpiona.
Spróbował wstać. Szło mu to dość niemrawo. Najpierw niezdarnie ukląkł na oba kolana, potem, opierając ręce na owej dębowej ścianie, przyjął pozycje wyprostowaną. Za jego przykładem poszli inni.
- Innosie miłosierny, co to było? - jęknął Diego.
- Nie wiem, kurwa, ale w życiu czegoś takiego nie widziałem... - odpowiedział mu Skorpion.
- Sądzę, że mamy tu do czynienia z wyjątkowo silnym wyładowaniem natury magicznej. Moc ,zaczerpnięta z upadającej Bariery, została zaaplikowana nadchodzącym chmurom burzowym, które też, nie mogąc utrzymać w sobie tak wielkich pokładów energii, postanowiły wydalić ją w najbardziej odpowiedni dla nich sposób. Biorąc pod uwagę siłę wyładowań... - rozwodził się Milten.
- Możesz nam oszczędzić tego naukowego bełkotu? - spytał Gorn, szczerząc białe zęby.
Mag umilkł natychmiast.
- Dziękuję... A teraz panowie, skoro wiemy już wszystko o "wyjątkowo silnym wyładowaniu natury magicznej", o którym wyłożył nam nasz ukochany naukowiec, możemy wstępnie stwierdzić, że jesteśmy wolni, do cholery! Jeśli Bariera padła, wiecie, co to oznacza? Możemy w końcu stąd spieprzyć! To, co przez kilkanaście lat nie udało się nikomu, nawet Magom Wody, teraz stało się faktem! - wybuchnął najemnik.
- Sądzę, że masz całkowitą rację. Tylko teraz rodzi się pytanie: Co robimy? - spytał Diego.
- Proponuję, abyście przygotowali się do drogi i zabrali co potrzebniejsze rzeczy. Ja tymczasem, udam się do swoich ludzi i skontaktuję się z Lee. Im będzie nas więcej, tym większą mamy szansę na sukces. Nie możemy jednak zbyt długo zwlekać, w mieście niedługo już będą wiedzieć o tym, co się tutaj stało i na pewno będą chcieli zapobiec ucieczkom...
- Zgadzam się w stu procentach - powiedział cicho Skorpion. - Jeśli za długo tu zostaniemy, może się okazać, że nie wyjdziemy stąd nigdy, albo co najwyżej kajdanach.
- A wiec, postanowione! - skwitował Milten.
Gorn skinął głową i ruszył co prędzej w kierunku chatki Aidana. Pomimo tego, że droga była kręta i wiodła mocno pod górę, najemnik zdawał się tym w ogóle nie przejmować i niemalże biegł.
Niebo wciąż było zasnute chmurami, z których właśnie w tej chwili leniwie spadły pierwsze krople deszczu. Jednak na burzę, która mogła okazać się zgubna w skutkach, raczej się już nie zanosiło. Nadchodziła noc.
Wojownik przyspieszył kroku na tyle, na ile pozwalała mu ciężka, nieporęczna zbroja. Zziajany wpadł na polanę i stanął jak wryty.
Ujrzał obraz nędzy i rozpaczy. Chata Aidana płonęła, ogień oświetlał całą okolice. Jego ludzie uwijali się jak mrówki, próbując ugasić pożar, jednak do najbliższego źródła wody było blisko dwa kilometry, dlatego z kretesem przegrywali walkę z żywiołem. Teraz, całą nadzieje pokrywali w deszczu, którego oczekiwali jak zbawienia. Natura ich nie zawiodła, lekka mżawka stopniowo przeobrażała się w istną ulewę.
- Jak stan osobowy, wszyscy cali? - ryknął Gorn, próbując przekrzyczeć potępieńcze wycie wichru.
Usłyszał go tylko Wilk, który podbiegł do niego natychmiastowo.
- Święty Innosie, dobrze, że jesteś, że... żyjesz... Przed chwila rozpętało się tu prawdziwe piekło, czułem się, jakbym trafił na łono samego Beliara... Wygląda na to, że Bariera padła! Ten wrzask... Gorn, co to mogło być?
- Nie mam zielonego pojęcia, przyjacielu - wojownik starał się swym łagodnym tonem uspokoić kolegę. - Ważne jest to, że mamy szanse stąd uciec i musimy ją wykorzystać. Wszyscy cali?
Młodzieniec popatrzył na niego smutno. Gestem ręki pokazał mu, aby za nim poszedł. Gorn zastosował się do polecenia.
Pod skalną ścianą, w pozycji półsiedzącej, leżał trup przykryty płachtą koloru ciemnej zieleni. Najemnik schylił się i pociągnął za krawędź tkaniny. Powitał go wyjątkowo makabryczny widok, wywołujący odruchowy grymas wstrętu na twarzy obu przyglądającym się mu ludzi.
Głowa, a raczej to, co z niej zostało, była straszliwie zmasakrowana. Z uszu, nosa i ust, płynęły ku szyi wąskie strużki zakrzepłej, niebieskiej krwi. W miejscu oczu, znajdowały się teraz puste, zionące czerwienią oczodoły. Brodę, niegdyś prawdopodobnie dość bujną, tworzyły obecnie pojedyncze, nadpalone kępki osmolonego zarostu. Kończyny były miejscami zwęglone. Przez całe ciało biegła charakterystyczna "jodełka" - jedyna w swoim rodzaju, niemożliwa do pomylenia z jakąkolwiek inną rana, powstała w skutek uderzenia pioruna. Od czasu do czasu, od stóp, do głowy, przebiegał wyraźny, błękitny impuls elektryczny. Rana była magiczna, nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Zza pleców trupa, wystawała rękojeść ogromnego, dwuręcznego miecza.
Gorn zaklął paskudnie. Leżał przed nim Kosa, którego nawet by nie rozpoznał, gdyby nie jego broń. Powoli zasunął płachtę.
- To przykre, ale życie toczy się dalej - powiedział tak, aby wszyscy go usłyszeli. - Teraz, naszym priorytetem jest ucieczka. Kosy tu nie zostawimy, zrobimy nosze i pochowamy go w godnych warunkach. Przede wszystkim, musimy skontaktować się z Lee.
Jak na zawołanie, zza zakrętu wyłoniła się zdyszana postać jednego ze Szkodników. Był brudny, widać było, że biegł ile sił w nogach i to z niemałym poświęceniem, prawdopodobnie upadł kilka razy, o czym świadczyły zabrudzenia na kolanach i łokciach. Teraz stanął w rozkroku, chcąc w ten sposób złapać oddech i wyrecytował:
- "Lee do Gorna, odbiór potwierdzić. Gornie, sytuacja się zmieniła, porzucamy plany ataku na zamek, bierzemy nogi za pas i opuszczamy to przeklęte miejsce. Wraz ze swoim oddziałem wyruszaj niezwłocznie, kieruj się na południowy wschód, obejdź Stary Obóz i jutro, o świcie, spotkaj się ze mną przy moście, na drodze ze Starej Kopalni do Placu Wymian. W Nowym Obozie chaos, postaram się zebrać tylu ludzi, ilu tylko się da i ruszam ścieżką przez Stary Las. Ty też staraj się wyłapywać pojedynczych uciekinierów, ale tylko tych, co do których wierności jesteś pewny. Zapytanie na najbliższy czas, do odwołania: Pijmy zdrowie pięknych pań, odzew: Bo jak panie będą zdrowe, to my nic od nich nie załapiemy! Do zobaczenia wkrótce, przyjacielu i nie dajcie się zabić!
- Potwierdzam - rzekł poważnie czarnoskóry.
Zziajany szkodnik skinął głową i ruszył czym prędzej w drogę powrotną.
- Słyszeliście, panowie? Brać dupy w troki, nic nas już tu nie trzyma, robimy nosze i spieprzamy z tej zasranej Koloni! - komenderował.
Rozkazy zostały posłusznie wykonane i pól godziny później najemnicy formowali kolumnę marszową. Gorn nakazał wymarsz.

***
Szli w kierunku chaty Cavalorna. W międzyczasie przestało padać, tarcza księżyca leniwie wysunęła się zza chmur. Na niebie zamigotały pierwsze gwiazdy. Dzięki temu, było w miarę widno, przynajmniej na tyle, że można się było bezpiecznie przemieszczać. Po chwili, byli już przy domku myśliwego. Tam czekała na nich czwórka gotowych do drogi ludzi.
- Plany pozostały niezmienione? - zagadnął czarnoskóry.
- No właśnie, niezupełnie - odpowiedział Diego. - Dobrze wiesz, Gornie, jaki ze mnie obrotny człowiek, więc raz na jakiś czas odkładałem jakąś wcale nieskromną sumę złotych monet, no wiesz, na wypadek, gdybyśmy się stąd wydostali. Nic na tym nie traciłem, pieniądze i tak nie miały tu kompletnie żadnej wartości, za wszystko płaciliśmy bryłkami rudy. Swoją bezwartościową fortunę podzieliłem na kilka części i ukryłem w skrytkach i właśnie teraz planuję je odszukać. Skorpion idzie ze mną, to już postanowione.
- Nie będę was zatrzymywać - uśmiechnął się najemnik. - Bywajcie zdrowi!
- O to się akurat nie bój, nas ciężko zabić. Głowa do góry, jeszcze się spotkamy!
Podali sobie ręce w geście pożegnania, Gorn przez chwilę nawet złapał się na tym, że zaczął żywić cieplejsze uczucia do odchodzącego wraz z Diegiem strażnika. Wspomniana dwójka odwróciła się na pięcie i raźno ruszyła w świat, wesoło przy tym pogwizdując. Zebrani odprowadzili ją wzrokiem.
- A wy? - zapytał wojownik, patrząc na pozostałych.
- Idziemy z tobą, oczywiście - rzekł z uśmiechem Milten. - Gdzie ty, tam i my... Mamy zbieżne interesy, wiec nie mamy powodu, aby się rozdzielać. To by była głupota i to tym bardziej w obecnej sytuacji. Muszę się dostać do klasztoru Magów Ognia i zdać tamtejszej Wielkiej Radzie relacje z tego, co tutaj miało miejsce.
- A więc, dołączcie do nas! - podsumował Gorn. Nie mamy po co tu zostawać, rano musimy być już za mostem. W drogę, chłopcy!
Ruszyli w tym samym kierunku, który wcześniej obrali Diego ze Skorpionem. Ścieżka, wyjątkowo kręta, pięła się tu znacząco w górę i wychodziła na płaskowyż, na którym znajdował się zamek.
Niebo rozchmurzyło się całkowicie, księżyc ukazywał swoją tarczę w pełnej krasie. Powietrze było niecodziennie świeże, jak to zresztą bywa po burzy. W oddali rozlegało się radosne rechotanie żab, ciche granie świerszczy i tajemnicze pohukiwania sów, jednym słowem, grała nocna muzyka.
- Teraz cichutko, nie zdradzać swojej obecności!
Zamek, choć wydawał się opustoszały, wciąż krył w sobie niemałe zagrożenie. W przypadku wykrycia ich oddziału przez ludzi Gomeza, mogło dojść do walki, a z walką z kolei mogły wiązać się niepotrzebne straty.
Szli cichutko, ostrożnie stawiając stopy. Teren był tutaj płaski, wiec sprzyjał szybkiemu, w miarę bezpiecznemu marszowi. Po lewej, mieli teraz ogromny masyw skalny, po prawej zaś Stary Obóz - cel ich niedoszłego oblężenia.
Zbliżali się do rzeki, o czym świadczyły przeróżne odgłosy, jakże charakterystyczne dla środowiska wodnego - pobzykiwania krwiopijców, jazgot topielców i wiele, wiele innych.
- Przed nami most! - syknął Gorn.
- Strzeżony? - spytał któryś z jego ludzi.
- Z tej odległości nie da się tego stwierdzić. Przeważnie stało tu dwóch wartowników, teraz nie wiadomo. Pochylcie się i na paluszkach, broń trzymać w pogotowiu!
Ruszyli ku rzece, która w tym miejscu miała dobre pół kilometra szerokości. Przy brzegu rosły różne odmiany trzcin, na powierzchni unosiły się lilie. Prąd nie był wartki, woda sunęła leniwie swoją czarną tonią, czasami zakłócaną przez odbicie księżyca czy jakiegoś innego obiektu, który znajdował się w pobliżu. Nurt od czasu do czasu przyspieszał, rozbijając się o kamienie i progi tylko po to, by zaraz spokornieć i płynąć dalej już o wiele spokojniej. Przed nimi zamajaczyły kontury ogromnego, drewnianego mostu.
- Trzymać głowy nisko, nie wychylać się ponad poręcze!
Szli przyczajeni, lekko bębniąc buciorami po balach dębowej przeprawy. W połowie przystanęli, wytężając wzrok.
- Nie ma tu żywej duszy, Gornie - stwierdził milczący dotąd Jarvis.
- Dobra, przyspieszamy kroku i po przejściu mostu, kierujemy się na północny zachód, ku Staremu Lasowi. Tam czekamy na Lee. Zakaz rozpalania ognisk, darcia mord i wszystkiego, co mogłoby nas zdradzić! - komenderował dowódca.
Ruszyli, ostatecznie pokonując przeprawę i udali się wcześniej wyznaczoną trasą. Dotarli na sam skraj Starego Lasu. Rosły tu karłowate brzozy, jeżyny i jałowce oraz, jak na każdy szanujący się las przystało, mnóstwo ostów i pokrzyw.
- Dalej nie wchodzimy, wędrowanie ciemnym borem w środku nocy nie należy do najbardziej rozsądnych pomysłów. Rozkładamy się tu obozem i czekamy na Lee, który przybędzie tu o świcie wraz z posiłkami. Dwóch na warte, reszta spać, jutro ciężki dzień - rozkazywał Gorn. - Kto na ochotnika?
Odpowiedziała mu niczym niezakłócona cisza.
- Jak zwykle, las rąk. Jarvis masz doświadczenie, idziesz pierwszy, bierz ze sobą Ciphera. Tylko pilnuj, żeby nie wyjarał za dużo, jeszcze się chłop przekręci. Po godzinie, zmiana!
Jarvis ruszył do przodu, posłusznie wykonując polecenie, za nim podążył Cipher, w międzyczasie rozpakowując owiniętą fragmentem wilczej skóry paczuszkę pełną zielonych skrętów.
- Chcesz bucha? - zapytał swoim charakterystycznym, ostrym głosem.
Jego towarzysz niedoli zmierzył go wzrokiem, który był niemą i dość wymowną odpowiedzią na postawione pytanie. Reszta najemników porozkładała się na trawie, kładąc obok siebie swoją broń, aby w razie czego, mieć ją pod ręką. Gorn położył się obok Corda, trzymając na brzuchu rękojeść swojego topora. Kosa spoczął obok nich.
Dziwnie tak, spać obok trupa, pomyślał Gorn.
Był zmęczony, miniony dzień dostarczył mu ogromnej dawki wrażeń. Usnął prawie natychmiast.

***

Rano zbudził go krzyk Wilka, na którego teraz przypadła kolej na warcie.
- Duża grupa ludzi na północy! - darł się łucznik.
Najemnik wstał leniwie, przeciągnął się i dołączył do wartownika.
- No i gdzie oni niby są? - zapytał, ziewając przy tym donośnie.
- Widziałem ich tam, na drodze, która przez moment biegnie skrajem boru - pokazał ręką.
- Ilu?
- Ponad pięćdziesięciu.
- To może być Lee, ale wszyscy na nogi i trzymać broń gotową do walki. Strzeżonego Innos strzeże.
Najemnicy posłusznie wykonali polecenie, ustawili się w szeregu, dobywając oręża. Tylko Kosa, z wiadomych względów, jak leżał wcześniej, tak leżał i teraz.
Krzaki zaszeleściły złowieszczo, stopniowo wzrastał hałas, spowodowany tupotem kilkudziesięciu utwardzanych buciorów, a ich właściciele wcale nie kryli się ze swoją obecnością , rozmawiając w najlepsze.
Gorn wyszedł im naprzeciw, nabrał powietrza w swe ogromne płuca i ryknął donośnie:
- Pijmy zdrowie pięknych pań!
- Bo jak panie będą zdrowe, to my nic od nich nie załapiemy! - odpowiedział mu chór mnóstwa męskich gardzieli.
- Całe szczęście... - mruknął czarnoskóry.
Zwiadowcy schowali broń, a z kniei poczęły stopniowo wyłaniać się sylwetki wojowników. Wilk pomylił się nieco w rachubie, było ich blisko osiemdziesięciu. Na ich czele kroczył mężczyzna w ciężkiej, płytowej zbroi. Był to Lee, były generał królewskiej armii, we własnej osobie.
- Cieszę się, że was widzę, chłopcy - przywitał ich przywódca. - Nie czas teraz na wzruszające powitania, uciekamy z tego przeklętego miejsca. No panowie, kierunek Plac Wymian!
Ludzie Gorna dołączyli do kilkudziesięcioosobowego oddziału Lee, on sam zajął miejsce obok Laresa, zwierzchnika Szkodników.
- Jakieś straty? - spytał były generał, dołączając do owej dwójki.
- Kosa... Zginął w skutek uderzenia pioruna, gdy upadała Bariera.
- Innosie litościwy, świeć nad jego duszą. To był dobry człowiek, niech teraz odpocznie w twoim majestacie - wyrecytował smutno. -Musimy go pochować, ale zrobimy to dopiero wtedy, gdy przekroczymy przełęcz.
Czarnoskóry najemnik kiwnął głową.
Szli wąską, górską ścieżką, biegnącą na skraju przepaści. Na jej dnie płynęła rzeka, którą w nocy przekroczyli. Od upadku chronił ich tylko stary, drewniany, prowizorycznie sklecony płotek. Po lewej mieli polanę, wchodzącą w skład byłych terenów łowieckich Ratforda i Draxa, na której teraz z radością buszowały wilki i ścierwojady, korzystając z nieobecności swych dawnych prześladowców. Po chwili i ona znikła im z oczu, ustępując miejsca skalnej ścianie.
- Idziemy pojedynczo i niech nikomu nie przyjdzie do głowy opierać się o płot! Cholera wie, ile on ma lat! - wrzeszczał Lee.
Nim minęła godzina, byli już na wyrębie, na której znajdowała się najstarsza kopalnia w regionie, obecnie przypominająca rumowisko, dlatego nazywano ją " Zawaloną Kopalnią". Głównym czynnikiem, który przyczynił się do jej zniszczenia, tak samo zresztą jak w przypadku tej należącej do Starego Obozu, było podziemne źródło, do którego przebili się pewnego dnia górnicy, drążąc nowy tunel. Przeżyli tylko nieliczni, w tym legendarny kopacz Grimes, która pracował także w tym drugim, unicestwionym przez wodę miejscu wydobycia. Obecnie, jego losy pozostawały nieznane. Prawdopodobnie zginął, pod zawałem krokwi, głazów i rudy.
Stąd , do Placu Wymian, był już tylko kwadrans drogi. Najemnicy ruszyli, mijając prowizorycznie zrobione ucho igielne, przez które Strażnicy kontrolowali miejsce transakcji.
Weszli do wielkiej kotliny, której centralny punkt stanowiło dość duże, górskie jezioro, do którego zrzucano skazańców.
Gorn spojrzał na skarpę i oczami wyobraźni zobaczył na niej siebie - biednego, skatowanego więźnia, którego ciągnięto tu za ręce, gdyż skrepowane dotąd nogi odmawiały mu posłuszeństwa i trochę to trwało, zanim krążenie zostało przywrócone. Potem, była już tylko denerwująca formułka wypowiadana przez sędziego w wyjątkowo niemodnym, żółtym kapeluszu, kilka szybkich ciosów, które miały ostudzić zapał przestępcy do ewentualnej ucieczki, jakby bezwładne nogi nie były dostatecznym wyrazem jego uległości, rozwiązanie więzów i zrzucenie z urwiska. Później, to już tylko szaleńczy lot, na łeb, na szyję, podczas którego całe życie przelatywało przed oczami i w końcu bolesne zderzenie z taflą wody. Tak zaczynało się życie w Kolonii.
Najemnik wrócił do rzeczywistości i rozejrzał się po Placu Wymian. Po prawej, znajdował się taśmociąg, którym przewożono rudę dla króla i towary dla magnatów. Jego załoga liczyła przeważnie kilkunastu ludzi, teraz stało ich tam znacznie więcej. Nieznajomi z pewnością ich zauważyli i rozpoznali, bowiem zerwali się na równe nogi, formując szyk bojowy.
- Ilu? - spytał Gorn.
- Jeśli mnie oczy nie mylą, to trochę ponad stu. W większości to Strażnicy, choć jest tam też dość dużo Cieni i kilkunastu Kopaczy- wyliczał Lares.
- No to mamy problem... Co robimy?
- Formujcie szereg, ale nie prowokujcie ich do walki. Wyjdziemy ku nim w trójkę i spróbujemy porozmawiać. Pomimo ich przewagi liczebnej, jestem pewien, że spralibyśmy ich jak smarkaczy, ale stracilibyśmy przy tym wielu dobrych ludzi, a na to, nie możemy sobie pozwolić. Musimy odłożyć dawne waśnie na bok, przede wszystkim jesteśmy więźniami i naszym priorytetem jest ucieczka - wyjaśnił Lee.
Po chwili, wydał stosowne rozkazy, a on sam, wraz ze wspomnianą dwójką, ruszył ku najeżonym pikami i wszelakiej maści bronią szeregom przeciwnika. Dowodził nimi wielki, czarnoskóry mężczyzna w srebrnej, płytowej zbroi, nieco przypominający sposobem bycia i budową ciała Gorna.
Na ich widok, strzelcy unieśli kusze gotowe do strzału, ale olbrzym powstrzymał ich gestem ręki. Najemnicy doszli do niego bez żadnych większych problemów.
- Witaj, Thorusie - przywitał się były generał.
- Witaj, Lee - mężczyzna nazwany Thorusem odpowiedział na pozdrowienie.
- Wiem, że jesteś rozsądnym człowiekiem, dlatego przyszliśmy z tobą porozmawiać.
- Dziękuję za wyróżnienie... - jego rozmówca patrzył na niego spod byka. - Ale jaką masz pewność, że ja także chce tej rozmowy?
- Ano taką, że miałeś nas jak na tacy, jeden twój gest ręką i zostalibyśmy podziurawieni przez twoich ludzi jak myrtański ser, a jednak nie zrobiłeś tego...
Thorus kiwnął głową.
- Dobrze, rozmawiajmy więc! - zgodził się. - Słucham, co masz mi do powiedzenia?
- Nie za dużo, poza tym, że chce uniknąć rozlewu krwi. Bariera upadła, nie ma już Starego i Nowego Obozu, dawne niesnaski musimy odłożyć na bok, teraz priorytetem powinno być spieprzenie z tego przeklętego miejsca. Dzieliło nas wiele, ale na tą krótką chwile musimy się zjednoczyć. Przepuść nas, Thorusie, pójdziemy w swoją stronę i już nas nigdy więcej nie zobaczysz...
- Jaką mam pewność, że to nie jest jakiś fortel? - spytał podejrzliwie.
- Poza moim słowem, żadnej pewności nie masz...
Czarnoskóry zamyślił się głęboko, marszcząc swoje szerokie czoło. Powiódł wzrokiem po zaciętych twarzach swoich ludzi, spojrzał na gotowych do walki Najemników.
- Dobrze więc, idźcie w pokoju, ale ostrzegam : Trzymajcie miecze spokojnie w pochwach, a rączki jeszcze spokojniej daleko od nich. Jeden fałszywy ruch i rozpęta się tu piekło. Rozumiesz to, najemniku?
- Rozumiem to doskonale. Dziękuję ci za okazany rozsądek.
Obrócili się na piecie i ruszyli ku szeregowi oczekujących w nerwowym podnieceniu najemników, gdy nagle rozległ się donośny krzyk:
- Ej, ty, ja cię znam! Zatrzymaj się, czarny skurwysynu!
Gorn przystanął i wolno obrócił się w kierunku, z którego dobiegał głos. Łamiąc szyk, wystąpił ku niemu wielki, potężnie zbudowany mężczyzna w zbroi podobnej do tej, którą nosił Thorus. Przez plecy przewieszony miał czarny pas z przytwierdzoną do niego pochwą, w której spoczywał ogromny, dwuręczny miecz. Najemnik przyjrzał się mu i był prawie pewny, że gdzieś widział już tego człowieka.
Obelga nie zrobiła na czarnoskórym wojowniku żadnego wrażenia. W swoim życiu słyszał już lepsze, kreatywniej sformułowane bluzgi, a ze sprawą rasizmu, na której opierał się wulgaryzm, wcale nie miał problemu. Nie zwykł jednak dać się bezkarnie obrażać, dlatego uznał, że stosownie będzie jakoś odpowiedzieć swojemu oponentowi.
- Skurwysyna to sobie w rodzinie poszukaj, najlepiej zaczynając od strony matki. Wyjaśnisz w ten sposób swoje wątpliwej jakości pochodzenie, jak i również pokażesz tym, że teoria dziedziczności faktycznie jest prawdziwa, gdyż pewne cechy są przejmowane przez dziecko od rodziców.
Najemnicy ryknęli śmiechem, dając pokaz swej radości z udanej riposty, nawet kilku strażników uśmiechnęło się mimowolnie. Prowokator spurpurowiał wyraźnie, dygocząc ze złości, najwyraźniej Gorn trafił w samo sedno.
- Wiesz, kim jestem, śmieciu? - warknął.
Czarnoskóry wojownik przecząco pokręcił głową, szczerząc przy tym białe zęby w szyderczym uśmiechu.
- Wołają mnie "Grzmot" i jestem bratem Szakala, którego bestialsko zamordowałeś w Kotle!
- Po pierwsze, twój braciszek zginął w uczciwej walce, ponieważ stał po przeciwnej stronie barykady. Tak to działa, jeden umiera, aby drugi mógł żyć. Po drugie, no i co z tego? Mam ci złożyć kondolencje?
- Posłuchaj, czarna kreaturo. Szakal był jednym z najlepszych szermierzy w Kolonii i nie wierzę, żeby poległ w uczciwej walce z takim zerem, jak ty. Po drugie, bogowie nie bez powodu zesłali cię tu i teraz. Pomszczę swojego brata!
- Ty masz jakiś problem z moim kolorem skóry? To, że jesteś biały, naprawdę nie czyni cię gorszym, toleruję twoją inność - warknął Gorn, błyskając przy tym złowieszczo oczyma. - A co do twojej zemsty, to są to wielkie słowa, w ustach tak małego, nic nie znaczącego człowieczka.
Najemnicy ponownie ryknęli śmiechem. Grzmot dyszał i purpurowiał coraz bardziej. Po chwili postąpił kilka kroków do przodu, ściągnął obie skórzane rękawice i rzucił je pod nogi Gorna.
- Odkąd cię ujrzałem, nie uważałem cię za tuzę intelektu, więc spodziewałem się, że będziesz robił różne, głupie rzeczy, ale zaskoczyłeś mnie nawet w tym wymiarze. No, no ,no... Zrobienie z siebie kompletnego kretyna na oczach setki swoich ludzi, tego nie spodziewałem się nawet po tobie... Daję ci ostatnią szansę, zabieraj to co zgubiłeś i spieprzaj mi z oczu, może nie będę cię gonił!
Zamiast ujrzenia taktycznego odwrotu prowokatora, usłyszał syk oręża wyciąganego z pochwy. Groźba najwyraźniej nie podziałała. Jego przeciwnik wywinął kilka efektownych młyńców, tnąc powietrze, po czym przyjął postawę bojową.
- A więc wybrałeś... - podsumował wojownik, dobywając swego topora.
- Gorn, nie musisz... - powiedział Lee, kładąc mu rękę na ramieniu.
- Ale chcę! - przerwał mu, pełen złości.
Lee i Lares pomaszerowali szybko ku swoim, a czarnoskóry najemnik pozostał sam na sam z wściekłym strażnikiem. Znajdowali się centralnie na środku, pomiędzy dwoma grupami zbrojnego ludu. Warunki do pojedynku były więc sprzyjające. Thorus wydawał rozkazy, aby w razie zwycięstwa, nie czyniono Gornowi żadnych wstrętów. Lee czynił to samo w przypadku ewentualnej wiktorii Grzmota. Obaj mężczyźni byli dobrze widoczni dla obu oddziałów, toteż nie było potrzeby przysuwania się któregokolwiek z nich.
Strażnik obrzucił najemnika nienawistnym spojrzeniem, wywijając kilka młyńców swoim olbrzymim mieczem. Czarnoskóry wojownik stał spokojnie, ustawiony nieco bokiem do swojego oponenta. Silniejszą nogę wysunął do przodu, równoważąc w ten sposób ciężar dzierżonego przez siebie topora. Trwając w tej pozycji, mógł zadawać o wiele silniejsze ciosy, czerpiąc siłę do zamachu nie tylko z ramion, ale także z bioder.
Po chwili ruszyli ku sobie, zwierając się w morderczym szale. Gorn wyprowadził płaskie cięcie, skierowane w brzuch, lecz strażnik błyskawicznie odskoczył, zawirował w półobrocie, znajdując się natychmiastowo za plecami najemnika i ciął go potężnie w kark. Najwyraźniej myślał, że wyjątkowo szybko zakończy ten pojedynek. Był pewien zwycięstwa, już czuł radość, która poprzedzała chwilę, gdy ostrze werżnie się w ciało, rozrywając kręgi.
Pospieszył się jednak, gdyż Gorn wyrzucił obie ręce trzymające topór w górę tak, że znajdował się on teraz poziomo, zasłaniając tym samym grzbiet efektowną paradą. Równocześnie ugiął nogi, amortyzując spadające nań potężne uderzenie. Gdy klinga z głuchym szczęknięciem wyrżnęła w rękojeść, wykonał szybkie przejście do piruetu, jednocześnie odbijając ku ziemi godzący w niego dwuręczniak. Był to ruch całkowicie wyuczony, który wykonywał we właśnie takich sytuacjach. Pomimo amortyzacji, tępy ból odezwał się w łokciach i stawach barkowych obu rąk czarnoskórego wojownika. Spychana w dół głownia zafurgotała, a najemnik miał możliwość przejęcia inicjatywy. Wykonał kilka szybkich ciosów, które Grzmot parował na boki.
Nie mogę popełniać tego błędu, co on, pomyślał. Oberwałem raz, a ramiona już to odczuły - co by było, gdybym zastawiał się przed serią cięć? Ręce pewnie by mi omdlały, wniosek jest prosty: Więcej uników, mniej bloku i zmęczyć gnoja, tak jak jego braciszka.
Po tych atakach, wzrósł dystans dzielący dwóch walczących, lecz Gorn ani myślał dawać choć chwili wytchnienia swojemu przeciwnikowi. Przypadł do niego w dwóch, olbrzymich susach i wyprowadził potężny cios znad głowy, który jak przewidywał, strażnik odbił mieczem. Teraz czarnoskóry wojownik przeszedł do defensywy, wywijał się spod potężnych cięć dwuręczniaka zręcznymi piruetami i obrotami, ani na chwilę nie pozostawał w miejscu, non stop zmieniał swoje położenie, jednocześnie skracając dystans do wroga, co tylko prowokowało go do wyprowadzania kolejnych, potężnych ataków.
Strażnik wściekle wywijał mieczem, z coraz większą złością, ale też i zmęczeniem, obserwując, jak klinga raz po raz tnie powietrze. Gorn rzadko przejmował inicjatywę, a jeśli już mu się to udało, wyprowadzał maksymalnie dwa ciosy i znowu przechodził do obrony. W ten sposób męczył swojego przeciwnika.
Grzmot zaatakował ponownie, tym razem wyprowadzając zdradzieckie pchnięcie tuż pod gardę najemnika, lecz ten po raz kolejny wywinął się spod niego zwinnym, szybkim półobrotem i wyprowadził fałszywy cios, tak naprawdę skracając dystans i dążąc do zwarcia. Ostrze skrzyżowało się z trzonkiem, a oni stali teraz, przepychając się, ciało w ciało.
Gorn tylko na to czekał. Uśmiechnął się szyderczo, zęby błysnęły mu złowieszczo, po czym uderzył czołem swojego przeciwnika w nos. Każdego normalnego człowieka, taki cios obaliłby na glebę, ale nie Grzmota. Był to istny pojedynek tytanów.
Strażnik cofnął się zamroczony kilka kroków wstecz, krew ze złamanego nosa obficie popłynęła mu na usta. Najemnik wykorzystał okazję. Przypadł do niego w długim skoku, uderzył go trzonkiem topora w brzuch, potem w klatkę piersiową, a na koniec ukośnie gruchnął go w policzek, jednak i tym razem nie zwaliło to jego oponenta z nóg. Czarnoskóry wojownik najwyraźniej się tym nie przejął, wróg był z całą pewnością otumaniony, a on wzniósł topór do ostatniego, kończącego sprawę uderzenia znad głowy.
Cios był tak potężny, że dosłownie wgniótł Grzmota w ziemię. Ostrze przeszło gładko, wdzierając się w ciało nieopodal szyi, miażdżąc kości, przecinając serce, płuca i zatrzymując się na ostatnim żebrze. Strażnik padł na kolana, z ust buchnęła mu krew. Gorn wyszarpnął topór i silnym kopniakiem wymierzonym w głowę, definitywnie zrównał przeciwnika z podłożem.
Grzmot przez chwile rył nogami ziemię, jego prawa ręka kurczowo zaciskała się i rozwierała, a ciało targane było agonalnymi spazmami. Oczy miał zeszklone, rybie, nieruchome, jak gdyby nieludzkie. Na twarzy zastygł mu grymas bólu i przerażenia. Nie była to lekka śmierć.
- Albo ty, albo ja... - mruknął czarnoskóry wojownik, stojąc nad stygnącym ciałem swojego przeciwnika.
Najemnicy podnieśli ogromny raban, dając upust swojej dzikiej radości. Z szeregu wystrzelił Milten, rzucając się Gornowi na szyje, który, gdy adrenalina poczęła opadać, dopiero teraz począł odczuwać trudy pojedynku.
- Wiedziałem, że sobie poradzisz, przyjacielu - szepnął mag, przytulając go.
- Dobrze, że chociaż ty... - odpowiedział mu najemnik.
Tymczasem po przeciwnej stronie frontu, nastąpiło wielkie poruszenie. Wrzało jak w ulu. Na czoło wystąpił strażnik, ubrany w czerwono-niebieską brygantynę. Źle mu z oczu patrzyło.
- Na co czekacie? Czemu stoicie jak te łajzy? - wrzasnął swoim zjadliwym głosem. - Nie widzicie? Zajebał Grzmota! Dodatkowo, jest z nimi ten czerwony zdrajca! Ludzie, do broni! Gotu...
Nie skończył. Uderzenie pancernej rękawicy obaliło go na ziemię, kość jarzmowa pękła z wyraźnie słyszalnym chrupnięciem pod naporem stalowego przedmiotu, z rozciętego policzka wartko popłynęła krew. Spoliczkował go Thorus.
- Ani mi się ważcie! Każdego, kto ośmieli się złamać szereg, osobiście zasiekę jak psa! A ty, Bloodwyn - rzekł w kierunku wijącego się na ziemi strażnika. - Chyba zapomniałeś, do cholery, kto tu dowodzi , więc pozwolę ci sobie przypomnieć : Otóż jestem to JA i tylko JA. Ty zaś, wykazałeś idiotyczny wręcz przejaw niesubordynacji, za który zostałeś skarcony. Mam słuszność?
Bloodwyn potwierdził, wciąż plując krwią i drąc się w niebogłosy.
- No, ja mam nadzieję. Zabierzcie Grzmota, a raczej to, co z niego zostało! - rozkazał dwóm ze swoich podwładnych.
W międzyczasie, nadszedł Lee wraz z resztą najemników, którzy wciąż nieufnie patrzyli na ludzi Gomeza.
- Dziękuję ci, Thorusie, za dotrzymanie złożonej mi obietnicy - powiedział przywódca Nowego Obozu.
- Kiedyś walczył bym z wami bez najmniejszego wahania. Teraz, sytuacja się zmieniła.
- Jakże to?
- Wczoraj, jakoś przed południem, w zamku pojawił się ten młodzieniec z bródką. Zwyczajnie się teleportował. Wpadł na dziedziniec, położył blisko dwudziestu moich ludzi, kierując się ku kasztelowi. Tam zrobił krwawy dywan ze wszystkich, którzy się tam znajdowali, na czele z Bartholo, Arto i Blizną, a na samym końcu zasiekł Gomeza, poniewierając go przy tym okrutnie. Pokiereszował też Kruka, ale ten zdołał przeżyć. Mamy go tu ze sobą, nie pozwoliłem, aby pozostawiono nikogo - rzekł przywódca Strażników, wskazując na jedną z dwojga noszy.
Zebranym szczęki opadły do ziemi. Miny mieli iście kretyńskie.
- On sam!? - wymamrotał Lares.
- On sam... Miał przy sobie jakąś dziwną broń, wykonaną z jakiegoś nieznanego mi stopu żelaza. Dodatkowo, zadawała także obrażenia od magii.
- Więc jakim cudem przeżyłeś? - zapytał Lee.
- Żadnym cudem, byłem po prostu za wolny. Jak widzicie, ten pancerz trochę waży, nie da się w nim za szybko poruszać i to mnie uratowało. Obcy mi jest lęk przed śmiercią, ale wiem, że musiałbym tam uznać wyższość tego człowieka. Zanim dotarłem do kasztelu, było już po wszystkim, Bezimienny porwał kowala Stone'a i teleportował się Innos jeden wie gdzie.
- Wszystko zaczyna się układać... Bezimienny potrzebował kopca rudy do naładowania miecza! Dlatego poprosił Miltena, aby przekierował magiczną energie bryłek na broń! Ale, po co to wszystko? - zastanowił się Gorn.
- Tego nie wiemy - stwierdził Lares i po chwili dodał: - Mówiłeś już o jednym rannym, lecz widzę jeszcze jedne nosze. Kim jest drugi poszkodowany?
- To kowal Huno, nasz człowiek, oberwał piorunem, gdy Bariera upadała i jakimś cudem to przeżył. Znaleźliśmy go ledwie dychającego, opatrzyliśmy i zabraliśmy ze sobą.
- Solidarność godna pochwały, Thorusie... Zaopiekowałeś się wszystkimi! - powiedział z uznaniem Lee.
- Od tego zależy teraz nasze przetrwanie. Im jest nas więcej, tym lepiej - odpowiedział mu skromnie.
- Dobrze, koniec pogawędek, musimy już iść, jeśli chcemy jutro rano dostać się do Khorinis - uciął przywódca Nowego Obozu. -Żegnaj Thorusie, honorowy Strażniku Bramy!
Uścisnęli sobie dłonie, gestem wyrachowanym, oszczędnym, ale serdecznym. Piękny to był widok, pojednanie przywódców dwóch, zwaśnionych od lat frakcji.
- Do zobaczenia, najemniku... Na swojej drodze trafisz na wiele bram i łuków, a pod jednym z nich, być może spotkasz mnie! - pożegnał ich czarnoskóry wartownik. - Bywajcie w zdrowiu!
Najemnicy ruszyli drogą biegnącą pod górę, wzdłuż taśmociągu. Byli już ludzie Gomeza nie czynili im żadnych wstrętów. Po krótkiej chwili marszu, gdy byli już prawie na szczycie, wszyscy zatrzymali się jakby na zawołanie. Dawniej, właśnie w tym miejscu kończyła się Bariera, a każdy, kto postąpił choćby kilka kroków do przodu, przechodził na drugą stronę jako spopielony trup.
- Który pierwszy? - spytał Lares, ani myślący posunąć się naprzód choćby o centymetr. - Mamy jakiegoś ochotnika?
Odpowiedziała mu niczym niezakłócona cisza.
- Ja pójdę! - wystąpił Cipher.
- Chyba ci ziele do końca mózg przejarało! - stwierdził, idący z nim w parze, Jarvis.
- Puśćcie go, ktoś musi, a skoro sam się zgłasza... - rozkazał Lee.
Najemnik rozejrzał się po zebranych wokoło, wziął głęboki oddech, zamknął oczy i ruszył na spotkanie ze śmiercią. Na początku szedł wolno, ale po chwili począł stopniowo przyspieszać. Linia zero była już niebezpiecznie blisko, Cipher ukrył twarz w dłoniach i jednym, wielkim susem przeciął ją, znajdując się tym samym na samej górze, niedaleko Miejsca Strąceń. Chwile stał bez ruchu, upewniając się, czy na pewno żyje, a gdy miał już pewność, że jednak tak, wybuchnął gromkim śmiechem.
Reszta, zachęcona śmiałym czynem młodego Najemnika, szybko poszła za jego przykładem.
- Ale z ciebie kretyn, Cipher - uścisnął go Jarvis.
Kilku innych poklepało go po plecach, niektórzy zapewniali, że od początku wiedzieli, że mu się uda. Wszak nie zaświecił się na niebiesko, gdy zbliżał się do granicy, co było ostatnim ostrzeżeniem dla każdego szaleńca, który znalazł się za blisko Bariery. Jak widać, filozofów było wielu, ale prawdziwie odważnych znacznie mniej, właściwie tylko jeden.
Na rozkaz Lee, najemnicy ponownie sformowali kolumnę marszową i ruszyli przed siebie, chrzęszcząc bronią i pancerzami. Minęli Miejsce Strąceń, górną część taśmociągu i skręcili ku przełęczy. Odtąd teren ciągle wyglądał tak samo - dwie skalne ściany, a pośrodku nich ścieżka, która wiodła ich ku wolności. Wąwóz czasami był szerszy, czasami węższy, ale nigdy nie zmieniał swej formy - kończył się dopiero we właściwej części wyspy Khorinis, oddzielając w ten sposób od niej Górniczą Dolinę. Żeby nie było zbyt monotonnie, niebo raz po raz było przecinane kamiennymi łukami.
Przełęcz pokonali w kilka godzin. Powoli poczynało już zmierzchać, gdy doszli do wielkiego, naturalnego, skalnego mostu, wypełnionego przez ogromną, drewnianą ścianę. Na środku niej znajdowały się więzienne wrota, obecnie wyłamane. Obok nich, leżały potwornie zmasakrowane ciała dwóch, jak ocenił Milten, licząc poszczególne organy i kończyny, wartowników.
Najemnicy przeszli przez odrzwia, a ich oczom ukazał się ogromny, zielony płaskowyż wypełniony łąkami, strumykami, i małymi zagajnikami.
- Chłopcy! - powiedział cicho Lee. - Oddychajcie i to oddychajcie głęboko. Czujecie to? Tak właśnie pachnie wolność...
RPG
eQues jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 19-01-17, 20:54   #24
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 906
Domyślnie

No, brawo! 10/10! To je na prawdę świetne. Udało ci się odwzorować klimat ucieczki z więzienia, która wcale miała nie nastąpić. Ciekaw tylko jestem jak to się stanie, że Bloodwyn, a nie Thorus stał się prawą ręką Kruka.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.