Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Gothic Przeznaczenie

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 17-12-16, 16:43   #1
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie Gothic Przeznaczenie

Witam! To jest moje pierwsze opowiadanie, więc proszę o wyrozumiałość. Część treści Przeznaczenia będzie oczywiście wymyślona przeze mnie, część będzie oparta na lore całej serii oraz różnych modyfikacji. Zachęcam do czytania!

Uwaga! Opowiadanie zawieszone. Wszelkie nieścisłości mogą wynikać z wcześniejszej przerwanej próby edytowania historii.

Prolog

Królestwo Myrtany zjednoczone pod Berłem Króla Rhobara II... Podczas długich lat swego panowania Rhobar zdołał pokonać wszystkich wrogów Królestwa... Oprócz jednego... Orkowie, którzy najechali Myrtanę z Północy stanowili dla monarchy nie lada problem. Pamiętał on dobrze wcześniejsze problemy z zielonoskórymi oraz to jak udało się ich wtedy wygnać z granic kraju. Magiczna ruda... Surowiec pozyskiwany w większości z kopalń śnieżnego Nordmaru oraz z Górniczej Doliny na wyspie Khorinis. Oręż z niego wykuty był niemal niezniszczalny, a zbroje i tarcze niezwykle wytrzymałe. To była jedyna nadzieja ludzi na przetrwanie...
Król postanowił oprzeć swoją linię obrony na północnym Nordmarze, by utrzymać Orków jak najdłużej w niekorzystnym, zimnym klimacie. Te plany miały jednak swoją wadę: walki toczyłby się blisko kopalń magicznej rudy, więc gdyby wrogowi udało się przełamać front, ten odciąłby Królestwo od źródła zbawiennego surowca. Rhobar zasięgnął rady u swych doradców. Jeden z nich, potężny Arcymistrz Kręgu Ognia Xardas, podsunął monarsze pomysł wykorzystania pokładów rudy w Górniczej Dolinie. Dodał też, że, aby zwiększyć wydobycie, należy zrzucać tam każdego przestępcę. Każdego - niezależnie od stopnia jego winy. Namówił władcę do stworzenia tam Magicznej Bariery, która uniemożliwiłaby więźniom ucieczkę. Król tak właśnie uczynił. Rozkazał dwunastu najpotężniejszym magom Królestwa rozpoczęcie rytuału.
Czarodzieje przystąpili do inkantacji zaklęcia. Coś jednak zakłóciło jego delikatną strukturę i Bariera rozrosła się do niewyobrażalnych rozmiarów pozbawiając tym samym wolności nie tylko więźniów, ale i Magów. Od tej pory do Górniczej Doliny można było wejść, ale opuszczenie jej żywcem stało się niemożliwe. Tymczasem w zamku, gdzie stacjonowali żołnierze mający pilnować więźniów oraz bezpieczeństwa w kopalniach, panował bunt prowadzony przez jednego ze skazańców, Gomeza. Po wielu ciężkich potyczkach więźniowie zwyciężyli zdobywając zamek i ustalając własne zasady w Górniczej Dolinie. Zaczęły się pertraktacje z Królem. Rhobar nie miał wyboru. Zobowiązał się dostarczać Gomezowi i jego poplecznikom wszystkiego co potrzebne do życia w zamian za magiczną rudę...
Ten układ, jak i całą wojna, trwał już dziesięć lat. I tak oto na zesłanie miało trafić kolejnych czterech skazańców. Ostatni w kolejce był długowłosy blondyn z kucykiem z tyłu o piwnych oczach. Czekał cierpliwie, w asyście dwóch Strażników Królewskich, w pewnym oddaleniu od Sędziego, który nudził swoją przemową pierwszego skazańca. Mężczyźnie minuty oczekiwania dłużyły się niemiłosiernie. Usłyszał czyiś krzyk - i tak oto pierwszy nieszczęśnik został zrzucony tego dnia za Barierę. Kolejny zaczął być prowadzony w stronę urwiska.
Bohater z nudów zaczął się rozglądać wokół. Spostrzegł zjeżdżającą w dół platformę, a na niej oprócz wielu drewnianych skrzyń znajdowała się związana czarnowłosa kobieta. Spojrzenia brunetki i blondyna skrzyżowały się na chwilę, po czym zniknęła ona z pola widzenia mężczyzny. Ten zwrócił swój wzrok ku skazańcowi stojącemu przed nim. Co jakiś czas rzucał on pełne nostalgii spojrzenia w stronę, z której przyszli. Piwnooki już chciał się zapytać go dlaczego to robi, gdy usłyszeli dźwięk spadania czegoś do wody. A więc jego niedoszły rozmówca także rozpoczął swą wędrówkę ku Sędziemu, oczywiście w asyście gwardzistów.
Kolejne minuty mijały, a bohaterowi coraz bardziej się nudziło. Próbował nawet wysłuchać o czym urzędnik mówi, ale było za daleko, by cokolwiek wyłapać. Po chwili skazaniec rzucił ostatnie spojrzenie ku Przełęczy i został zrzucony do Kolonii. Przyszła więc kolej na blondyna. Strażnicy Królewscy zaczęli prowadzić go w mało delikatny sposób w stronę urwiska. Gdy tam dotarli, Sędzia zaczął mówić:
- W imieniu Jego Wysokości Króla Rhobara II, Pana Varantu...
- Stać! - usłyszeli głos nadbiegającego starca. Miał on na sobie zdobioną szatę Maga Ognia. Zatrzymał się on przed bohaterem ignorując tym samym Sędziego. - Skazańcze! Mam dla ciebie propozycję: - pokazał piwnookiemu jakiś papier - ten list musi trafić do Arcymistrza Kręgu Magów Ognia.
- Marnujesz czas - odezwał się skazaniec, podnosząc wzrok z ziemi na swego rozmówcę.
- Sam będziesz mógł sobie wybrać nagrodę - odparł Mag, machając ręką. - Magowie dadzą ci wszystko, czego zażądasz.
- Dobrze, zaniosę wasz cenny list - odparł bohater po krótkim namyśle. Wtem ucięto mu więzy na rękach, a także jeden ze Strażników przystawił mu klingę miecza do szyi. - Pod jednym warunkiem: - dodał odsuwając ostrze, zaś oburzony Mag już miał coś powiedzieć, ale gdy usłyszał postulat skazańca, uspokoił się - oszczędźcie mi reszty tej paplaniny!
- Jak śmiesz... - zagrzmiał się Sędzia.
- Milcz! Dobra, zrzucajcie go! - uciszył urzędnika, chowając pod szarą bluzką blondyna zapieczętowany list.
Strażnicy Królewscy zrzucili w końcu mężczyznę za Barierę.



Tak wygląda Prolog, mam nadzieję, że się podobało i zapraszam do lektury następnych części, w których będzie przedstawiony nowy wygląd Kolonii Karnej.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 24-03-19 o 14:30.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-12-16, 17:03   #2
 Ancoron
Ma admina
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Posty: 7 432
Domyślnie

Szczerze? Powtórzenia: zamek, król, orkowie... Aż boli, gdy się czyta. W sumie nie dałeś tu nic ciekawego, a nawet zapewniłeś paradoks związany z wyborem najbardziej pyskatego, gdy do wyboru byli grzeczni. Nic ciekawego, ani odkrywczego, a jeśli w ten sposób zamierzasz całe opowiadanie tworzyć, to nie obraź się, ale mało kto to przeczyta. Rozwiń to, bo dopisanie kilku zdań do intra zwyczajnie nie powala. Tam przynajnniej się widziało otoczenie, a u ciebie absolutnie nie da się wyobrazić sytuacji

Ostatnio edytowane przez Ancoron : 17-12-16 o 17:09.
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-12-16, 18:14   #3
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie

Rozdział I Witamy w Kolonii!

Bohater spadł do małego jeziorka. Szybko wypłynął na piaszczysty brzeg byleby tylko nie dotknąć ponownie Bariery. Wejście pod nią było bezbolesne, jednakże piwnooki domyślał się, że zetknięcie się z jej ścianą od wewnątrz nie będzie przyjemne. Krztusząc i plując wodą, podniósł się. Słyszał, że ktoś nadchodzi. Byli to trzej mężczyźni w porządnych czerwonych zbrojach. Ten po środku złapał żółtodzioba za kołnierz i uśmiechnął się szyderczo.
- Witamy w Kolonii! - powiedział, uderzając go mocno pięścią w twarz, po czym puścił go, by ten upadł na mokry brzeg.
Blondyn znów wpadł do wody. Podniósł się na łokciach i spojrzał na swego oprawcę. Ten przygotowywał się do zadania mu kopniaka.
- Dość tego! Zostawcie go! - zagrzmiał ktoś.
Piwnooki poczuł ból w stopie. To tam został kopnięty, jednakże zadziwiająco słabo. Spodziewał się mocniejszego ciosu.
- A teraz precz!
Trzej mężczyźni niechętnie odeszli.
- No już, wstawaj - wybawca nowego skazańca podał mu rękę i pomógł wstać. - Hej! Wy dwaj, chodźcie no tutaj! - zwrócił się do siedzących na pobliskim kamieniu poprzedników blondyna. Widać było, że ich również nie ominęło "powitanie". - No! - zawołał, gdy wszyscy ustawili się w szeregu przed wąsaczem. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej. - Nazywam się Diego.
- Jestem... - odezwał się lekko jeszcze oszołomiony posiadacz listu.
- Nie interesuje mnie imię żadnego z was. Jesteście tu Nowi, a do mnie należy dbanie o Nowych. Jeżeli chcecie jeszcze trochę pożyć, słuchajcie się mnie. Ale oczywiście nie będę wam przeszkadzał w ewentualnej próbie samobójstwa, tak jak temu czwartemu. To jak będzie?
- A co z tym czwartym?
- Postanowił udać się do Starego Obozu na własną rękę. Mówił coś o Carlosie, który jest u nas Strażnikiem. Głupiec, nie dał sobie wyjaśnić, że jego kumpel pilnuje zamku i jego, jako żółtodzioba, tam nie wpuszczą.
- Czemu? - spytał Kai, drugi ze skazańców.
- Ponieważ rezyduje tam Gomez, Magowie Ognia oraz inni ważniejsi ludzie w Obozie - odparł Cień.
- Kim jest Gomez? - spytał trzeci skazaniec, imieniem Berg.
- Gomez jest przywódcą wcześniej wspomnianego Starego Obozu i głównym Magnatem handlującym rudą z Królem. Ma najwięcej do powiedzenia w całej Kolonii. To niebezpieczny i nerwowy człowiek. Tylko jego ludzie mają dostęp do Zamku.
- Mam list do Arcymistrza Magów Ognia - przyznał się bohater, pokazując list.
Diego spojrzał na dwóch towarzyszy skazańca.
- Lepiej nie mów o tym nikomu, póki nie spotkasz któregoś z Magów, chociaż wątpię, aby ci się udało...
- ALARM! - usłyszeli czyiś krzyk, a potem dźwięk wyjmowania miecza. - Bandyci Quentina atakują!
- To Orry! - zawołał Diego, wyciągając swoją broń. - Schowajcie się dopóki nie opanujemy sytuacji.
Długowłosy schował pośpiesznie list do kieszeni i wraz ze swymi towarzyszami wspiął się na wzgórze przy bramie do Placu Wymian. Ujrzeli z niego ludzi w brązowych zbrojach, który strzelali z łuków i kusz do Strażników przy bramie. Jeden z tych pierwszych ujrzał skazańców i zaczął celować w ich stronę. Napiął cięciwę łuku, jednak nie trafił, ponieważ sam został trafiony strzałą. Berg spojrzał w stronę, z której poleciała i ujrzał Diego. Jednak sytuacja skazańców wciąż była beznadziejna - nie mieli jak uciec ani gdzie się skryć. W dodatku Kai poślizgnął się i spadając złapał się nogi piwnookiego. Razem upadli na jednego z martwych Strażników, leżącego na uboczu pola bitwy.
Ten pierwszy podniósł jego miecz i ruszył do walki. W końcu "czerwoni" wyparli wrogów z terenu Placu Wymian. Bohater z powrotem wyciągnął list, chcąc sprawdzić czy nie został przypadkiem wcześniej uszkodzony przez wodę. Wtem jednak jeden z uciekających Bandytów, być może odruchowo, być może przypadkiem, zabrał piwnookiemu dokument.
- O cholera, wracaj! - zawołał okradziony i ruszył za złodziejem w pościg.
Tymczasem do Berg zeskoczył do Kai'a.
- No nieźle sobie poradziłeś - przyznał.
- Trenowałem od małego - powiedział prostolinijnie zielonooki z wyraźną satysfakcją.
- A gdzie ten trzeci? - usłyszeli za sobą głos Diego.
- Pobiegł za jednym z najeźdźców - odparł Berg.
- Co?! - zapytał zdenerwowany Cień.
- Wydaje mi się, że ten typ mu coś zabrał.
- No cóż, to ma większy sens - wąsacz uspokoił się. - Już myślałem, że chciał się wykazać odwagą. Miejmy nadzieję, że przeżyje. Ale my musimy natychmiast dotrzeć do Starego Obozu donieść o tym wszystkim Thorusowi.
Tymczasem Bezimienny wciąż gonił Bandytę. Zbiegali obaj z góry stromą ścieżką. W biegu Bezimienny chwycił stary miecz wbity w ziemię pod drzewem. Zamachnął się, chcąc ogłuszyć złodzieja, jednak wtedy na drogę wbiegł mu młody ścierwojad. Bohater nie zdążył wyhamować i wyłożył się jak długi, przewracając także zwierzę. Uderzył je szybko ostrzem miecza w łeb i wstał pośpiesznie, chcąc jak najszybciej dorwać złodzieja. Biegł wciąż ścieżką, po jednej stronie mając wysoką górę, po drugiej zaś głęboką przepaść, od której dzielił go podniszczony płotek, mający zapewne pełnić funkcję barierki. Po drodze zerwał jedną sztukę Orkowego Ziela - zresztą jedyną jaka tam rosła - i schował w luźnej kieszeni swoich spodni.
- Może się przydać... - pomyślał na głos.
Zbiegł na sam dół. Rozejrzał się jednak zobaczył tylko trzech ludzi w niebieskich strojach. Podszedł do nich chcąc się zapytać czy nie widzieli gdzie pobiegł złodziej listu.
- Witajcie! Widzieliście gdzie...
- No proszę, proszę. Kogo my tu mamy? - przerwał jeden z nich.
- Żółtodziób, co? - spytał drugi.
- Jestem... tak, dopiero co tu trafiłem...
- Cóż, musisz więc nawiązać tutaj pewne kontakty - rzekł ten pierwszy. - Najlepiej przez pracę. Nieroby tylko na bagnach siedzą... pójdziesz ze mną.
- My się mamy wtrącić, czy coś? - szepnął drugi do trzeciego.
Ten kiwnął przecząco głową.
- Nie nasza sprawa - powiedział.
- Ale ja... - zaczął bohater.
- Pójdziesz ze mną! - zawołał mężczyzna wyciągając broń.
Uderzył skazańca mocno w głowę głowicą rękojeści pozbawiając przytomności.
- No to Ryżowy Książę będzie miał nowego Zbieracza - stwierdził drugi. - Bywaj, Lewusie.
- Bywajcie - odparł Lewus. - Tylko następną dostawę mięsa macie dostarczyć sami, żebym nie musiał tutaj łazić, zrozumiano?
- Jasne, ale przyznasz, że ta wyprawa ci się przydała. Zdobyłeś w końcu kolejnego Zbieracza.
- Racja, Ratford, racja, ale mimo wszystko nie chce mi się tu chodzić osobiście. Następnym razem kogoś wyślę.
- Ciekawe czy ten ktoś złapie następnego żółtodzioba - zaśmiał się Ratford. Dostał kuksańca od towarzysza. - Co jest, Drax?
- Lewus, lepiej już sobie idź. My mamy masę roboty, a jeszcze twój nowy niewolnik ci zwieje - powiedział chłodno mężczyzna.
Lewus kiwnął głową i odszedł targając za sobą Bezimiennego, zaś Drax i Ratford poszli, jak zwykle, zapolować na ścierwojady.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 20-08-18 o 18:40.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-12-16, 18:17   #4
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie

W następnych rozdziałach jakoś to wszystko poprawię, bo jak wiadomo z biegiem gry robi się ciekawiej, tak będzie i tu.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-12-16, 20:48   #5
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie

Rozdział II Nowy Obóz

Bohater obudził się wieczorem na kupce słomy w niewielkiej drewnianej chatce, w której pełno było takich kupek, służących zapewne jako łóżka. Czuł uporczywy ból głowy. Rozmasował bolące miejsce i postarał się przypomnieć sobie co się stało.
- Ach, tak, Kolonia Karna... - wyszeptał smutno.
Wtem podszedł do niego jakiś mężczyzna. Miał na sobie brązowe ubranie, dziurawe w wielu miejscach, a przy pasie niewielką kosę. Jego długie, rude włosy związane były w kucyk. Podrapał się po bujnym zaroście, po czym uśmiechnął się i rzekł:
- Miło zobaczyć nową twarz.
Piwnooki podniósł się lekko i usiadł na swoim legowisku. Po chwili namysłu odparł:
- Pewnie jesteś tu od dawna, prawda?
- Święta racja, chłopcze. Byłem jednym z pierwszych, którzy tu trafili - odpowiedział Zbieracz, siadając naprzeciwko blondyna.
- W takim razie na pewno dużo wiesz o tym miejscu.
- Co nieco. Większość czasu spędzam tu, na polu. Pewnie dlatego udało mi się tak długo przeżyć... Dostajemy sporo ryżu i trochę gorzałki. Wiele może to nie jest, ale mi wystarcza.
- Za co tu trafiłeś?
Uśmiech starca stał się smutniejszy.
- Podatki, chłopcze, podatki... Moja chata była równie pusta co mój żołądek. Wcześniej przez całe życie płaciłem, ale dla tego wieprza w koronie to żaden argument! - prawie krzyknął. Po chwili znów jego ton był spokojny. - Prawdę mówiąc, przyznam, że tu jest mi nawet nieco lepiej. Przynajmniej nie głoduję.
- Czyli... dobrze się tu żyje? - spytał żółtodziób.
- To zależy wyłącznie od ciebie. Czy będziesz posłuszny Ryżowemu Księciu, czy też nie - mówiąc to, starzec spojrzał prosto w oczy młodzieńca.
- Kim jest Ryżowy Książę?
- To nasz pracodawca. Pracujemy na jego polu w zamian otrzymując jedzenie, picie i dach nad głową. Nie każdemu się to jednak podoba. Spodziewali się widać czegoś więcej po Kolonii - prychnął. - Ach! Zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Pock, a ty, młodzieńcze?
- Jestem...
- Nowy? - bohater usłyszał nad sobą głos. Gdy spojrzał w górę ujrzał mężczyznę na oko kilka lat starszego od siebie. Także był zarośnięty, lecz nie aż tak jak Pock. Szatyn miał na sobie czarne, ubrudzone odzienie. - Chodź ze mną na chwilę.
Blondyn był zdumiony zaistniałą sytuacją, ale głos mężczyzny był na tyle przekonujący, że wstał i udał się za nim, rzucając jedynie na odchodne do Pocka:
- Miło się rozmawiało.
Wyszli poza chatę. Obserwował ich jakiś Szkodnik z paskudną gębą. Piwnooki rozejrzał się dookoła. Stali nad brzegiem jeziora, na którym znajdowała wyspa, a na niej zaś jakiś jednopiętrowy budynek. Nieopodal płonęło kilka ognisk, przy których siedzieli inni Zbieracze pilnowani przez dwóch Szkodników wyposażonych w długie łuki i pałki z kolcami. Nad nimi znajdował się posterunek Najemników pilnujących bramy do wnętrza Obozu. Szatyn poprowadził żółtodzioba trochę dalej od reszty, czym jeszcze bardziej zwrócił uwagę jednego z pilnujących ich Szkodników. W końcu stanął pod drzewem, kładąc dłoń na rękojeści swojej broni, podobnej do małej kosy Pocka.
- Tutaj możemy spokojnie porozmawiać - rzekł. - Jestem Rufus. Wydaje mi się, że muszę cię wprowadzić w szczegóły, ponieważ sam wybrałeś dość słabe źródło informacji.
- A to czemu? Pock wydawał się całkiem miły. I niegroźny - dodał, łypiąc na broń Rufusa.
- Tak, miły to on był i będzie. Rzecz jasna dopóki będziesz posłuszny Ryżowemu Księciu i Lewusowi, bo jeśli zaczniesz robić coś wbrew ich interesom, Pock gotów cię im wydać za rudę.
- Ty jesteś inny?
- Cóż, nie przepadam za Księciem ani tym bardziej za Lewusem i jego oprychami. Ty też nie powinieneś. Widziałem jak ten sukinsyn cię tu ciągnął. Tu nie ma lekkiego życia. Już wolałbym być Kretem lub Kopaczem w Starym Obozie!
- Więc dlaczego tu pracujesz?
Westchnął. Jego spojrzenie pełne było wtedy złości i smutku.
- To się zdarzyło pierwszego dnia po moim przybyciu. Lewus podszedł do mnie i zapytał czy nie pomógłbym im w pracy. Oczywiście się zgodziłem, bo byłem nowy i chciałem dobrze wypaść, rozumiesz. Następnego dnia, gdy ucinałem sobie drzemkę, obudził mnie Lewus, mówiąc: "Ej, chyba nie chcesz, żeby twoi kumple odwalali robotę za ciebie?". Powiedziałem, że jestem wyczerpany po wczorajszym i potrzebuję wypoczynku. A on wtedy złapał mnie za fraki i dosłownie zaciągnął mnie na pole. Od tamtego czasu czekał na mnie przed moją chatą codziennie, póki sam nie nauczyłem się przychodzić. To pierdoleni sadyści! Sandowi za niesubordynację wybili wszystkie zęby, a Ronda ogolili na łyso i jakoś sprawili, że mu już włosy nie odrastają. Rzecz jasna gdy już mocno im podpadniesz, zabiją cię. I to najpewniej w cierpieniach.
Bohater nie przerywał Rufusowi opowieści. Słuchał z uwagą i przerażeniem. Jednocześnie poczuł nić sympatii do rozmówcy, który wzbudził w nim większe zaufanie niż Pock, był po prostu bardziej wiarygodny. Szatyn wpatrywał się w blondyna swymi brązowymi oczami. Chciał coś powiedzieć, ale po chwili wyminął żółtodzioba i ruszył w stronę chaty. Zdziwiło to piwnookiego, ale gdy się obrócił wszystko zrozumiał - podchodził do nich powoli te Szkodnik, który ich z daleka obserwował.
- No co jest, robolu? Co się tak oddalasz od kumpli? - zagadnął Rufusa oprych, lecz ten rzucił tylko wymijając go:
- Musiałem coś WYJAŚNIĆ Nowemu.
- Te, Nowy? Co on ci tam gadał? - spytał Szkodnik, zwracając się do blondyna.
- Żebym nie wtrącał się do jego spraw i nie zagadywał go przy pracy - skłamał Zbieracz, po czym także odszedł w kierunku chaty.
Po drodze nie był przez nikogo niepokojony, wewnątrz także. Położył się na jednej z kupek siana i postarał się zasnąć. Jutro czekał go ciężki dzień. Chciał się też wypytać innych Zbieraczy o sytuację w Kolonii, ponieważ Diego nie zdążył mu o wszystkim powiedzieć. Ale to następnego dnia, w tamtym momencie nie miał już ochoty na rozmowę z kimkolwiek. Ignorował także burczenie w brzuchu, ponieważ nie wiedział skąd wytrzasnąć jedzenie. Chciało mu się też pić, ale wolał nie ruszać wody z jeziora.
- Hej, ty! - usłyszał czyiś sepleniący głosy. - Wynocha z mojego łóżka!
Bohater spojrzał na stojącego nad nim faceta. Był to blondyn o krótkich włosach i tępym spojrzeniu brązowych oczu. Nie miał zębów. W dłoni trzymał butelkę, z której od czasu do czasu pociągał kilka łyków.
- Nie słyszałeś? Won!
- Już idę, tylko... - rzekł piwnooki podnosząc się. Spojrzał na butelczynę. - Dasz się napić?
- Napić? A proszę bardzo - podał rozmówcy naczynie, po czym splunął. Ku uldze blondyna nie trafił do środka. Ten pociągnął kilka solidnych łyków. - Ej, ej! Wystarczy! - powiedział brązowooki, wyrywając mu butelkę.
- Dzięki, stary - rzekł, po czym poszedł sobie poszukać wolnego posłania.
- Stary? Czy ja ci wyglądam na twojego kumpla?
Bohater jednak tego nie usłyszał. Szybko odnalazł nie należącą do nikogo kupkę siana, położył się i po jakimś czasie zasnął.

Ciemno wszędzie, tej nocy księżyc niezbyt oświetlał Kolonię Karną. Samotny czarnoskóry mężczyzna w czerwonej zbroi siedział zaspany pod drzewem. Tak bardzo chciał zasnąć, ale nie mógł, ponieważ musiał trwać na warcie. Nigdy nie wiadomo kiedy Orkowie będą chcieli zaatakować siedliska ludzi. Jednak czy minutka snu może zaszkodzić? Przecież taki Ork na pewno narobi hałasu, więc obudzi Strażnika. Wartownik na chwilę przymknął oczy, ale natychmiast je otworzył, ponieważ usłyszał kroki.
- Witaj, Pacho! - powiedziała nadchodząca postać.
- Witaj, Thorusie! Ja wcale nie przysypiałem...
- Nie, w porządku. Chciałem ci przekazać, że nie musisz już sam pilnować tego przejścia. Zamierzam przydzielić ci grupę Strażników do pomocy oraz wręczyć to... - podał mu worek, który za sobą ciągnął. - To Zbroja Strażnika.
- A skąd ta hojność? - spytał z podejrzeniem Pacho.
- Jak zwykle bystry! Sprawa wygląda tak: Gomez już zupełnie nie przejmuje się naszym sąsiedztwem z Orkami, zasłania się Łowcami Orków, że to ich problem. Cóż... trochę mu wygarnąłem za co mnie zrugał. Postanowiłem sam zorganizować obronę i wybrałem kilku Strażników, którym będziesz przewodniczył. Poprosiłem też Diego o wsparcie Cieni. To ty się już przebierz, a ja podeślę ludzi.
- Dzięki, Thorusie!
- Wypełniam tylko obowiązek wobec swoich ludzi - powiedział Dowódca Straży i odszedł.
Pacho już zaczął się przebierać, aż koło jego ucha przeleciał bełt.
- Co to było? - spytał jakby sam siebie.
Kolejny bełt przeleciał nad jego głową.
- Co to ma być? - zawołał wyciągając miecz.
Wtedy osoba stojąca przed nim użyła zaklęcia Światła i Pacho ujrzał jej oblicze.
- Nie... ty... nie żyjesz... nie... - wyszeptał tylko.
- Witaj, przyjacielu - powiedział mężczyzna w czarnej, na oko solidnej zbroi.
- Nie Innos ma nas w swojej opiece...

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 09-07-18 o 10:35.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-12-16, 21:27   #6
 Ancoron
Ma admina
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Posty: 7 432
Domyślnie

Przede wszystkim scena z kradzieżą listu. Wtchodzi z niej, że to złodziej rzucił się w pościg... A za kim? Tego nie wiadomo
Za bardzo pędzisz z akcją, zwolnij trochę i skup się na opisach otoczenia i na postaciach. My ich nie widzimy i dlatego powinni zostać opisani i to dobrze.
Ale i tak jedni najbardziej zabolało... Bezimienny. Aż oczy puchną. Używaj różnych zwrotów, ale, na litość boską, nie bezimienny.
Twórz zdania złożone, rozpisuj się, bi pogubić się można, na serii. Poopisywanie postaci na też inne zalety. Chodzi oczywiście o synonimy. No i dziecinnie to wygląda, niestety. Piszesz prostym językiem, ale w tym też trzeba mieć umiar.

Ostatnio edytowane przez Ancoron : 17-12-16 o 21:29.
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-12-16, 21:40   #7
 Fexo
POP/STAR
 
Fexo awatar
 
Zarejestrowany: maj 2016
Skąd: Blackout
Posty: 1 006
Domyślnie

Na pierwszy rzut oka zauważyłem kilka podobieństwa do Edycji Rozszerzonej. Claw będący jak zrozumiałem myśliwym Starego Obozu w ER także jest myśliwym. Łowcy Orków którzy również występują w tym modzie, wyczuwam inspirację.

Co mogę powiedzieć? Na pewno to, że akcja toczy się zbyt szybko! Przez to strasznie ciężko jest wczuć się w całokształt zdarzenia czy bliżej poznać postacie. Jak pisał mój poprzednik w opowiadaniach my jako czytelnicy nie widzimy postaci i temu służą właśnie opisy - Na ich podstawie możemy wyobrazić sobie bohatera danej akcji. Twórz więcej opisów miejsc, niech będą bardziej rozbudowane i staraj unikać się powtórzeń.

Poczekam i zobaczę co wyjdzie dalej. Mam nadzieję, że historia się rozwinie, a same rozdziały będą nieco dłuższe.
__________________
Spryciarze wśród dzisiejszych muzyków umieszczają nowe kompozycje w sieci, jak pasztet do ostygnięcia na parapecie, i czekają, aż jacyś anonimowi muzycy dokonają przeróbek. (…) Proces twórczy nie dokonuje się już w głowie jednostki, jeśli kiedykolwiek tak było. Dzisiaj wszystko jest do pewnego stopnia odbiciem czegoś innego.


Ostatnio edytowane przez Fexo : 17-12-16 o 21:44.
RPG
Fexo jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-12-16, 13:55   #8
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie

Przeczytałem komentarze pod poprzednim rozdziałem i postaram się naprawić swoje błędy bardziej opisując otoczenie i postacie. Zapraszam do przeczytania!

Rozdział III Kłopoty

Przerażony Strażnik wciąż patrzył z trwogą na blondyna w czarnej zbroi, nad którego głową wciąż widniała świecąca kulka, będąca efektem niedawnego użycia zaklęcia Światła. Wojownik zaś patrzył na niego z wielką pewnością siebie i w końcu przerwał przerażającą ciszę:
- Po co od razu wzywać Innosa? Czyżbyś się mnie bał?
- Nie, nie, nie... to nie ty. Przecież nie żyjesz... sam widziałem... spadłeś... nie mogłeś tego przeżyć... - jąkał się Pacho.
- Tak, spadłem wtedy z wieży Starej Cytadeli, a ty nawet nie zadałeś sobie trudu, żeby mnie odnaleźć! Czy na prawdę zwiesz się moim przyjacielem?! - zdenerwował się facet. Po chwili opanował się. - Ale wracając: tam pod Cytadelą jest jaskinia, do której prowadzą kamienne półki skalne. Właśnie tam się obudziłem...
- A po co ty mi to wszystko mówisz? Nie przedłużaj już i zabij mnie, bo wiem, że na pewno chcesz to zrobić.
- Zabić cię? Nie, skądże znowu. Przyszedłem tu, żeby cię ostrzec.
- Przed czym? - zdziwił się Strażnik.
- Powiem ci tylko tyle, że nadchodzą nowe porządki i musisz przejrzeć na oczy. Mam nadzieję, że staniesz po WŁAŚCIWEJ stronie - rzekł, po czym wyjął zza pazuchy runę teleportacyjną i zaczął inkantację zaklęcia.
- Zaczekaj! O co tu chodzi? Stój!
I wojownik zniknął zostawiając Strażnika z jego pytaniami samego. Ten skończył przerwane mu wcześniej zakładanie nowej zbroi. Kilka minut później przybyli Strażnicy wysłani przez Thorusa pod przywództwem wysokiego bruneta z blizną na czole.
- Witaj, Pacho! - przywitał się.
- Witaj, Dones. Muszę się przespać, więc mi nie przeszkadzaj.
- No dobra, my w tym czasie rozłożymy obozowisko.
Czarnoskóry Strażnik położył się pod swoim ulubionym drzewem i zasnął.

W chacie Zbieraczy panował zgiełk. Bandziory Lewusa zaczęli budzić mieszkańców. Gdy wszyscy się obudzili wyszli na zewnątrz i zaczęli przemywać się w pobliskim jeziorze. Jeden z nich nawet spróbował ucieczki: wskoczył do jeziora i zaczął płynąć w kierunku karczmy na pobliskiej wysepce. Jeden ze sługusów Ryżowego Księcia wyciągnął łuk i szybko, bez mrugnięcia okiem zastrzelił uciekiniera.
- Co za głupiec - powiedział Pock kręcąc głową z politowaniem.
- No, ruszać się! - krzyknął do robotników ten sam Szkodnik, który wcześniej zabił płynącego Zbieracza.
Nieszczęśnicy ruszyli, odprowadzani przez dwóch uzbrojonych bandziorów. Przeszli przez bramę pilnowaną przez Najemników. Bohater poczuł tam na sobie wzrok jednego z nich. Gdy odwrócił się, zauważył, że z zaciekawieniem przygląda mu się pewien facet, na oko, przed czterdziestką. Miał na sobie nieco zaniedbany skórzany pancerz, przykryty prawie w całości metalowymi elementami. Wielkością wyróżniał się prawy naramiennik. Przez plecy miał na ukos przewieszony długi łuk, a przy pasie wisiał metalowy buzdygan z kilkoma kolcami na czubku. Jasne blond włosy mężczyzny z przodu były przystrzyżone, z tyłu zaś na tyle długie, by mógł je wiązać w kucyk. Piwnooki nie mógł się jednak zatrzymać, więc odwrócił z powrotem głowę i szedł dalej ze Zbieraczami. Szybko trafili na plantację ryżu. Składała się on z trzech poziomów. Znajdował się tu drewniany budynek, który służył jako magazyn i był bezpośrednio połączony z domem Ryżowego Księcia. Na tyłach pól zaczęli się ustawiać eskortujący niewolników Szkodnicy, mający pilnować, by żaden z nich nie wskoczył do pobliskiego jeziora, z którego poza Obóz wypływała rzeka. Zbieracze maszerowali na swoje stanowiska i rozpoczęli pracę.

W tym samym czasie...
- Nazwę to: potrawka z chrząszcza a la Snaf z ryżem i grzybami - mówił entuzjastycznie kucharz z Zewnętrznego Pierścienia.
- No dobra. Pójdę po te grzyby dla ciebie - powiedział łysy mężczyzna w czerwonej zbroi.
- Tylko pamiętaj: 5 Piekielników. I nie pomyl ich z Gorzkim Chlebem!
- Dobra, będę pamiętał.
Strażnik wyszedł z obozu Południową bramą i poszedł w stronę jaskini. Zastał tam kretoszczury, które jako, że był dobrze wyszkolony w walce bronią, szybko pokonał.
- Hmmm... tu nie ma żadnych grzybów... - pomyślał głośno.
- Haha, Nek, jakiś ty naiwny - usłyszał za sobą jakiś głos.
- Co? Kto? - zdziwił się, odwracając do wejścia do jaskini.
- Ech... jaka ta ludzka pamięć krótka - westchnęła postać wchodząca do jaskini.
- Nie! Ty jesteś martwy! Nie żyjesz! - krzyknął Nek, cofając się.
- Spokojnie, uspokój się. Mam do ciebie pytanie, Nek. Mam nadzieję, że mi na nie odpowiesz.
- No... dobra - powiedział przerażony Strażnik. - Nie widzę przeszkód.
- A więc: ostatnio robiłeś za Kuriera Magów, prawda?
- Tak, i co z tego? - zapytał łysy, drapiąc się drżącą ręką po ramieniu.
- Czy czytałeś listy od Magów?
- Nie. Gdybym to robił, to Magowie skróciliby mnie o głowę!
- A zatem mi się nie przydasz - rzekł, uśmiechając się.
- No, czyli mogę już sobie iść...
- Zaczekaj, teraz po prostu muszę się ciebie pozbyć, żebyś nie zaczął gadać, że żyję - przerwał mu blondyn. - Spokojnie, nie będzie bolało - uspokoił Neka, biorąc w ręce swój miecz dwuręczny.
Nek również wyjął miecz z pochwy.
- Głupcze, opór jest bezcelowy!
Wojownik podbiegł do Strażnika, a ten odskoczył. Wtem koło wojownika przeleciał bełt. Ten odwrócił się w stronę, z której przyleciał i rozpoznawszy strzelca, powiedział:
- Pacho! Widzę, że nie dokonałeś dobrego wyboru.
- Kalwin, zdrajco! Powoli zaczynam rozumieć... Nie wiem jak wtedy przeżyłeś, ale teraz już się nie wywiniesz!
Były Kurier Magów wykorzystał ten moment i wbił miecz w plecy mężczyzny w czarnej zbroi. Trafiony zawył z bólu. Nek wyciągnął klingę z ciała swej ofiary i znowu przyjął postawę bojową. Wściekły blondyn wykonał piruet, raniąc ciężko łysego Strażnika. Po chwili już nie żył. Pacho podkradł się do Kalwina i przebił mu mieczem plecy. Kalwin upadł i wypowiedział swoje ostatnie słowa:
- Mylisz się... Nic... nie... nic nie rozumiesz... Wszyscy...
Kalwin wyzionął ducha.
- A, idź do Beliara, gdzie twoje miejsce! - rzucił Pacho w stronę jeszcze niedawno żywego dawnego przyjaciela.

Około południa do pracującego bohatera podszedł Pock mający przy sobie bukłak z wodą oraz drewnianą miskę. Klepnął blondyna po ramieniu, a ten wyprostował się i przerwał pracę. Nie robił tego wcześniej, nie chcąc się narażać w pierwszym dniu pracy. Skorzystał z okazji i rozejrzał się chwilę. Dojrzał w okolicy jeszcze jedną osobę, której nie było, gdy zaczynał pracę. Był to człowiek niewiele starszy od niego samego w pancerzu wykonanym ze skór, z metalowymi akcesoriami - charakterystyczne były kolce na naramienniku. Ubranie miało jeden, za to szczególnie wzmocniony stalowymi płytkami, rękaw. Mężczyzna był ostrzyżony prawie na łyso - miał pozostawione jedynie krótkie, blond włosy oraz małą bródkę. Przy jego pasie dyndał długi rapier. Stał na ścieżce prowadzącej w głąb Nowego Obozu i popijając ryżówkę, obserwował pracę Zbieraczy.
Pock podał bohaterowi bukłak, mówiąc:
- Przysyła mnie Lewus. Przyniosłem ci wodę.
Piwnooki napił się łapczywie. Stary Zbieracz uśmiechnął się uprzejmie.
- A nie mówiłem? Tu nie jest źle - powiedział. - Proszę, miska ryżu dla ciebie.
Blondyn spojrzał na pracującego w pobliżu Rufusa. Wymienił z nim szybko porozumiewawcze spojrzenie, po czym odparł:
- Dzięki - przymocował sobie do paska na wpół opróżniony bukłak i wziął od rudego miskę. - Mógłbyś mi może wytłumaczyć jak stoi sytuacja w Kolonii? Wiesz, mało o tym wiem.
- Jasne. To jest Nowy Obóz. Składa się on z pól ryżowych, na których pracujemy, jaskini mieszkalnej, karczmy na jeziorze oraz Wolnej Kopalni. Nasi magowie chcą wysadzić Magiczną Barierę w powietrze za pomocą rudy z tej właśnie Kopalni. Magów chronią Najemnicy pod przywództwem jakiejś szychy z dworu królewskiego, ale nie wiem jak się nazywa, ani kim był. Nigdy się tym nie interesowałem.
Młodzieniec jadł ryż i słuchał starca.
- Niżej stoją Szkodnicy, których szefem jest Lares, podobno jakiś znany złodziej - wtem w oczach staruszka pojawił się błysk. - Potem jesteśmy my. Zbierany przez nas ryż składowany jest w tym magazynie - pokazał ręką na drewniany budynek, przy którym stał Lewus, dwóch jego kumpli i sam Ryżowy Książę. - Z niego wytwarzana jest ryżówka i jedzenie... Dzięki naszej pracy mieszkańcy Obozu mają co jeść i w pewnym stopniu jesteśmy mniej zależni od Starego Obozu. Najgorzej zaś mają Krety. Mówię ci, praca w Wolnej Kopalni to nie jest szczyt marzeń. Ale to dzięki nim niebawem będziemy wolni. Ach! Zapomniałbym o tamie! Tworzy ona sztuczne jezioro na górze i pozwala nam spokojnie pracować na polach ryżowych. Zaprojektował ją Homer, ale o ile dobrze pamiętam ma z nią teraz jakieś problemy... - Pock spojrzał na pustą miskę bohatera. - Daj mi ją. Później wyrzucę.
Blondyn dał staremu Zbieraczowi naczynie.
- A Stary Obóz? - zapytał.
- Stary Obóz... - rudy zamyślił się. - To Zamek ustawiony w centralnej części Górniczej Doliny oraz palisada wokół niego. Na pewno widziałeś to miejsce. Mieszkają tam same pupilki Króla, które handlują z nim rudą w zamian za towary z Zewnętrznego Świata. Dzielą się oni na Kopaczy, Cieni, Strażników i Magnatów. Rezydują tam też Magowie Ognia - mężczyzna dokończywszy zdanie spojrzał w stronę Lewusa. - Jest jeszcze Obóz Sekty na wschodzie. Ale mało o nim wiem. Najlepiej jak zapytasz któregoś z ich wysłanników. Jeden z nich odwiedza nas często.
- Jak się zwie?
- Jakiś Baal... Kagan - Pock spojrzał jeszcze raz w kierunku magazynu. - Wracajmy do pracy. Do wieczora! - odwrócił się i zaczął powoli iść.
- Do wieczora... - powtórzył niepewnie bohater, po czym wrócił do pracy.
Tymczasem podszedł do niego Rufus, który podobnie jak Pock poklepał blondyna po ramieniu. Gdy piwnooki na niego spojrzał, mężczyzna z poważnym wyrazem twarzy powiedział:
- Lepiej nie wierz we wszystko co od niego usłyszałeś. A, i nie przyzwyczajaj się do tej porcji ryżu. Zwykle jadamy tylko czerstwy chleb. Ale gdy pojawia się tamten Szkodnik - wskazał ręką na blondyna popijającego ryżówkę - jesteśmy trochę lepiej traktowani. Dla zachowania pozorów. Chłop pojawia się od niedawna, ale swoją obecnością już uratował wielu od śmierci z wycieńczenia i głodu.
- A woda? - spytał żółtodziób.
- Zwykle pół bukłaka dziennie.
- Ja dostałem cały.
Rufus spojrzał na Lewusa. Ten patrzył się w ich kierunku.
- To się ciesz i podskakuj - rzekł, odchodząc i wracając do pracy.
Piwnooki poszedł w jego ślady i także kontynuował pracę.

Nastawał powoli wieczór. Szkodnik obserwujący pola ryżowe już się oddalił. Bohater w tym czasie porcjami wypił większość wody z bukłaka otrzymanego od Pocka. Postanowił, że resztę wypije przed snem. Plecy bolały go od ciągłego schylania się, a ręce z nieprzyzwyczajenia do tak absorbującej pracy. W końcu jednak usłyszał za plecami głos Rufusa, pełen ulgi i z nutką radości:
- Hej, Nowy. Koniec roboty na dzisiaj.
Piwnooki wyprostował się i rozejrzał. Rzeczywiście Zbieracze zaczęli powoli opuszczać pola ryżowe. Blondyn podążył więc z nimi. Na chwilę spojrzał na Lewusa. Był to mężczyzna w średnim wieku, u którego zaczęły się już pojawiać siwe kosmyki przeplatające się z tłustymi czarnymi włosami. Jego twarz przysłaniała wielka niebieska chusta. Przez plecy miał przewieszony sfatygowany, długi, jesionowy łuk, a koło biodra dyndała metalowa pałka z kolcami. Szkodnik patrzył na przemieszczające się masy z nieukrywaną pogardą.
Bohater znowu musiał przejść przez bramę pilnowaną przez Najemników. Obejrzał się za siebie. Nie widząc żadnego poganiacza, który kazałby mu iść dalej, postanowił zatrzymać się przy mężczyźnie, który poprzednio tak bacznie mu się przyglądał. Obok tego faceta stał inny, bardzo podobnie ubrany, zaś nad nimi przy kołowrocie stali następni dwaj. Piwnooki stanął w bezpiecznej odległości od wojownika.
- Czemu tak się na mnie ciągle patrzysz? - zapytał prosto.
- Bo widziałem jak cię tu wczoraj ciągnięto - odparł tamten. - Jesteś dowodem na to, że już dawno powinniśmy zareagować na działania Lewusa i jego bandziorów.
Zbieracz z zaciekawieniem spojrzał na Najemnika skrzyżowawszy ręce na klatce piersiowej.
- To czemu dotąd tego nie zrobiliście?
- To nie takie proste - wtrącił ten drugi strażnik bramy. Bohater spojrzał na niego. Uzbrojeniem nie różnił się prawie wcale od swojego kompana. Był to mężczyzna z krótkimi czarnymi włosami, idealnie ogolony. - To są Szkodnicy, mogą robić co chcą. Lee woli nie robić zamachu na tę ich "złotą wolność", bo jeszcze by się zbuntowali, a to mogłoby osłabić Obóz. Tutaj nie ma dyktatury, jak w Starym Obozie.
- Tu nie ma Cieni, ani Świątynnych Strażników, którzy wyciągną cię z kłopotów - dodał pierwszy Najemnik. - W Nowym Obozie każdy radzi sobie sam. Tylko my, - spojrzał na swego kompana - Najemnicy, trzymamy się razem.
- Święta racja, Jarvis - powiedział brunet.
- Czym zajmują się Najemnicy? - spytał zainteresowany bohater.
- Jesteśmy żołnierzami w służbie Magów Wody! Chronimy ich oraz kopiec rudy. Naszym głównym celem jest wyrwanie się z tej przeklętej Kolonii. I wszyscy jesteśmy posłuszni Lee. To wspaniały człowiek! Dzięki niemu ten Obóz się jeszcze nie rozpadł, a my wszyscy będziemy wolni! - odpowiedział bardzo entuzjastycznym głosem Jarvis.
- Co robią Magowie Wody?
- Badają właściwości wydobywanej przez Krety rudy. Za jej pomocą chcą wysadzić Barierę w powietrze - wyjaśnił towarzysz Jarvisa.
- Zapomniałeś o najważniejszej rzeczy, Aki - powiedział jasnowłosy Najemnik. - Krety pracują z własnej woli. Nie idziemy na łatwiznę, jak Magnaci ze Starego Obozu, którzy żerują na niewolniczej pracy Kopaczy.
- Widzę, że nie przepadacie za Starym Obozem - zauważył piwnooki.
- Zgadza się - potwierdził Aki. - Większość ludzi w Obozie nie chciała, albo nie mogła żyć w Starym Obozie. Dodatkowo Szkodnicy napadają na konwoje do Starej Kopalni...
- A na miejsce wymian z Królem? - wszedł mu w słowo bohater.
Brunet lekko zmarszczył brwi niezbyt zadowolony z przerwania mu wypowiedzi.
- To ludzie Quentina. Mieszkają w Kanionie Trolli. Lee zawarł z nimi sojusz na wypadek wojny ze Starym Obozem - odpowiedział.
- Hmmm... A ten plan Magów... wysadzenie Bariery... Czy to nie jest niebezpieczne?
- Magowie twierdzą, że nie mamy się czego obawiać - odpowiedział szybko Jarvis.
Zapadła cisza. Zbieracz myślał o co jeszcze zapytać, bojąc się, że taka okazja już się nie powtórzy. Chciał też poruszyć kwestię ewentualnego dołączenia do Nowego Obozu. Mimo pierwszego wrażenia wiążącego się z pracą na polach ryżowych, Nowy Obóz mu się spodobał. Choć chciał poznać jeszcze od wewnątrz pozostałe osiedla przed dołączeniem do któregokolwiek z nich. Nagle poczuł na ramieniu nieprzyjemny uścisk. Odwracając się za siebie zobaczył, że jeden z bandziorów Lewusa go szarpie.
- Hej, co ty tu robisz? Ruszaj dupę do pozostałych, bo ci pomogę! - powiedział nieprzyjemnym głosem, po czym popchnął blondyna.
Bohater zauważył, że Najemnicy krzywo patrzą na zaistniałą sytuację, ale nie zareagowali. Ruszył więc ścieżką, idąc tam gdzie kazał mu iść Szkodnik. Szybko znalazł się w obozowisku Zbieraczy. Bandzior, który go tu zaprowadził stanął się obok swojego koleżki, z którym mieli pilnować odpoczywających pracowników. Blondyn oparł się o skalną ścianę i zaczął obserwować swoich towarzyszy niedoli. Jedli, pili, rozmawiali, siedzieli przy ognisku, bądź udawali się na spoczynek do chaty. Do piwnookiego podszedł jakiś facet. Był bardzo umięśniony, co wydać było spod brązowej bluzki, choć nie przesadnie. Przy pasie miał podobną broń co Pock i Rufus.
- Co tu robisz? Szukasz kłopotów? - pytał patrząc na żółtodzioba nieufnie.
- Spokojnie, jestem tu Nowy - odparł szybko piwnooki.
- Hmmm... - mięśniak przyjrzał mu się chwilę. - Wyglądasz w porządku, ale zawsze może znaleźć się jakiś Nowy, który wyobraża sobie nie wiadomo co!
- Dzięki - wybąkał tylko bohater.
Zbieracz kiwnął głową i zostawił blondyna samego. Ten wodził chwilę wzrokiem za odchodzącym mężczyzną, póki nie zobaczył nadchodzącego Rufusa, na którego później skierował swe spojrzenie.
- Widzę, że poznałeś już Horacego - rzekł szatyn. - Musimy porozmawiać na osobności o północy, pod tamtym drzewem co wczoraj - dodał, po czym odszedł.
Żółtodziób ciekawy co Zbieracz chce mu powiedzieć postanowił poczekać. Usiadł przy ognisku.

Nadchodziła północ. Bohater ziewnął przeciągle, chciało mu się spać, ale wiedział, że musi wytrzymać. Wcześniej rozmawiał trochę z innymi Zbieraczami, ale większość nie była zbyt rozmowna. Dostał od kogoś kawałek chleba, który później popił ostatkami wody z bukłaka. Na dworze pozostało już tylko kilku niewolników Ryżowego Księcia. Wtem nadszedł jakiś zaspany, krępej postury facet. Ubrany podobnie co spora część Zbieraczy. Był niski, zarośnięty, a długie ciemnoblond włosy związane były w kucyk. W ręku miał butelkę wina. Niebieskie oczy szukały kogoś wśród pozostałych na zewnątrz pracowników plantacji ryżu. W końcu zatrzymały się na łysym mężczyźnie z krótkim ciemnobrunatnym zarostem.
- Grant, jakiś Najemnik wywlekł mnie z łóżka i kazał ci to przekazać, więc masz i... - powiedział podchodząc do Zbieracza.
- Poczekaj - wysyczał jeden z bandziorów Lewusa, zagradzając przybyszowi drogę maczugą. - Dawaj to! - wyrwał mu butelkę z dłoni. - I spadaj, Homer!
Mężczyzna szybko, bez słowa protestu wykonał to polecenie. Szkodnicy ze śmiechem otworzyli butelkę wina.
- Twoje zdrowie, Grant - rzucił drugi z nich, po czym pociągnął spory łyk.
- I niech ci włoski odrosną! - dodał złośliwie jego kompan, samemu także zbliżając usta do szyjki butelki.
Wyśmiewany Zbieracz o dziwo dopiero przy drugiej uwadze zmarszczył brwi i już chciał się odgryźć, ale szybko się powstrzymał. Wstał i poszedł do chaty. Stanął przy progu i po krótkim namyśle zawołał:
- Dobranoc!
Tamci tylko wybuchli śmiechem. Bohater przyglądał się temu z zaciekawieniem. Gdy Grant odszedł piwnooki zerknął na chwilę na śmiejących się Szkodników, po czym zaczął obserwować niebo.
- Niedługo powinna wybić północ - pomyślał, spoglądając na umówione drzewo.
Na dworze Zbieraczy zostało tylko czterech, w tym żółtodziób. W pewnym momencie ludzie Lewusa zaczęli się zataczać. Blondyn nie uznał tego za nic dziwnego, w końcu pili alkohol. Aż w końcu upadli na ziemię. Trzej mężczyźni podbiegli do nich.
- Śpią jak maleństwa - stwierdził jeden z nich.
Piwnooki przyglądał się temu bez słowa, co chwilę tylko patrząc na miejsce spotkania. W końcu zauważył podchodzącego tam Rufusa, więc ruszył w stronę wspomnianego drzewa. Szatyn stanął przy brzegu jeziora i skrzyżował ręce na piersiach. Widząc podchodzącego piwnookiego, zwrócił się ku niemu:
- Jesteś. To dobrze. Teraz możemy spokojnie porozmawiać.
- O czym chciałeś pomówić o północy na osobności? - spytał podejrzliwie żółtodziób.
- Jest pewna sprawa. Jak wiesz nie każdy z nas pracuje tu z własnej woli. Niestety póki żyje Lewus i jego oprychy nie jest możliwe...
- Do czego zmierzasz? - wszedł mu w słowo.
- Spokojnie, żółtodziobie - piwnooki podskoczył słysząc za sobą jakiś obcy głos. Odwrócił się i ujrzał barczystego, wąsatego czarnoskórego Najemnika. - Nie bój się, jestem tu po to by wam pomóc. Ja i kilku innych.
- Ale... jak to? Co...
- Powiem wprost: - odezwał się Rufus, a bohater obrócił się ku niemu - planujemy bunt. Kilku Najemników nam pomaga i w razie czego wstawią się za nami u Lee. Rozumiesz, on nie chce mieć tutaj większych rozrób.
- Rozumiem... Ilu was jest?
- W sumie większość Zbieraczy. Ja, Horacy, Sand, Rond, Śliski... Część z nas już znasz - odpowiedział szatyn. - Pytanie tylko czy jesteś z nami.
- Pracowałem tutaj jeden dzień. Jeśli jest tu tak strasznie, to nie chcę się o tym przekonać. Pomogę wam. Tyle, że... kiepsko walczę.
- To da się załatwić. Mogę pomóc - zaoferował się Gorn. - Możemy zacząć od zaraz.
- A ludzie Lewusa?
- Ci dwaj tutaj będą jeszcze długo smacznie spać - rzekł wojownik.
- To był nasz plan - dodał Rufus. - Gdy wy będziecie sobie trenować, my omówimy szczegóły zrywu.
- Ale najpierw będzie trzeba ci dać jakiś porządny miecz. Chodź za mną - Najemnik machnął umięśnioną ręką.
Bohater podążył za czarnoskórym. Po drodze ten pierwszy rozglądał się po mijanych miejscach Obozu. Nad chatą Zbieraczy znajdowała się drewniana wieża obserwacyjna, z której Najemnicy obserwowali okolicę. Okazało się także, że praca na polach ryżowych jest możliwa dzięki tamie regulującej spływ wody ze znajdującego się nad nimi jeziora. Karczma na wysepce, na którą prowadził most była pilnowana przez dwóch Szkodników. Piwnooki domyślił się, że pewnie stoją tam, by nie wpuszczać byle kogo.
Mężczyźni byli już blisko jaskini mieszkalnej. Po prawo od wejścia do niej znajdowała się ścieżka prowadząca gdzieś w góry. W oddali widać też było wodospad. Grota rozciągająca się przed żółtodziobem oraz Najemnikiem była rzeczywiście dość spora, na tyle, by pomieścić mieszkańców Nowego Obozu. Na jej środku znajdowała się niewielka dziura, z której biło lekkie, błękitne światło. Chaty zrobione z kamienia ustawione były w rzędach. Wzdłuż alejek, w pewnym odstępie od siebie, stały były pochodnie. Na najwyższym piętrze jamy znajdowała się siedziba Magów Wody pilnowana przez jakichś dwóch zaspanych ludzi Lee. Gorn prowadził blondyna na sam koniec jaskini. W końcu stanęli przed jedną z wielu niczym nie różniących się chat. Czarnoskóry zapukał trzykrotnie do drzwi z charakterystyczną dla siebie siłą. Po chwili otworzyły się one i stanął w nich młody Najemnik. Był niewiele starszy od bohatera, miał krótkie brązowe włosy, które trochę opadały na czoło. Niebieskie oczy były wesołe i nie potrafiły na długo spocząć w jednym punkcie. Nosił pancerz podobny co Jarvis tylko, że bardziej zadbany. Na widok ciemnoskórego wąsacza na jego okrągłej, pucołowatej buzi zagościł szeroki uśmiech.
- O, Gorn! - powiedział wesoło. - Czego ci potrzeba o tak późnej porze? Miałem się już przebierać i kłaść spać.
- Mój stary druhu! Mamy nowego kompana w naszej sprawie. Potrzebny mu miecz - odparł mężczyzna szczerząc się, odsłaniając tym samym szereg białych zębów.
- Hehe, Gorn, nie taki stary, jestem młodszy od ciebie. No dobra, wchodźcie do środka.
Wewnątrz znajdował się stół stworzony z drewnianego pieńka, a przy nim dwa prowizoryczne krzesła. Koło łóżka położonego pod ścianą stała solidna, duża skrzynia. Stało tam też kilka mniejszych oraz parę stojaków na miecze. Na ścianach zaś wisiało wiele zwierzęcych skór oraz łuków.
- Faktycznie, broń żółtodzioba raczej nie nadaje się do poważnej walki - dodał niebieskooki, łypiąc na zardzewiałe ostrze przy pasku. - Ale lepiej na razie je sobie zachowaj, by nie wzbudzać podejrzeń. Co tak się nie odzywasz? - zapytał nagle.
- Chyba jest onieśmielony - rzekł Gorn krzyżując ręce na klatce piersiowej, stojąc gdzieś w kącie.
- Kim jesteś? - spytał nieśmiało Zbieracz.
- Jestem płatnerzem. Mówią na mnie Wilk - powiedział mężczyzna. - Pancerze Szkodników i Najemników zostały stworzone przeze mnie. Znam się też co nieco na kowalstwie ale potrafię robić jedynie proste bronie - niebieskooki chwycił jeden z mieczy ze stojaka. - Sprawdź ten.
Bohater wziął do ręki ostrze od Najemnika. Pomachał nim chwilę i przekonał się, że to nie jest dla niego poręczny oręż.
- Hmmm... Widzę, że krzepy też ci nieco brakuje... - szatyn patrzył na swoje miecze.
- Horacy może się tym zająć - wtrącił Gorn, zwracając się do piwnookiego.
- Zobacz czy ten ci odpowiada - Wilk wręczył mu kolejną broń.
Żółtodziób pomachał chwilę bronią. Wykonał kilka prostych kombinacji.
- Ten jest dobry - odparł Zbieracz. - Trochę za ciężki, ale to może i lepiej.
- No dobra, skoro młodemu pasuje, to podaj swoją cenę, druhu - czarnoskóry zwrócił się do płatnerza.
- Nie będę zdzierał z was skóry. Ledwie 70 bryłek - powiedział z uśmiechem sprzedawca.
- Łap - Gorn rzucił sakiewkę z rudą. Wilk w porę ją złapał. - Reszty nie trzeba.
- Dzięki. Hej, młody, jak do nas dołączysz to dobierzemy ci pancerz!
- Bywaj, stary - czarnoskóry ruszył ku wyjściu. - Chodź, żółtodziobie.
- Dzięki. Do zobaczenia - pożegnał się bohater.
Gdy mężczyźni znaleźli się znów na zewnątrz piwnooki zagadał do Najemnika:
- Zapłaciłeś za mnie. Dzięki.
- Przecież sam nie byłbyś w stanie za to zapłacić. Kiedyś mi oddasz. Dobra, ja muszę na chwilę zajrzeć do swojej chaty, poczekaj na mnie koło tamy.
- Jasne.
Zbieracz skierował swe kroki tam, skąd przyszedł. Chciało mu się spać lecz postanowił się przemóc i potrenować, zwłaszcza, że nie wypadało odtrącać pomocy Najemnika. W trakcie drogi piwnooki rozważał możliwość ucieczki, ale mimo wszystko postanowił zostać. W końcu ludzie Lewusa mogą go dorwać, a poza tym tutaj może się czegoś nauczyć. Mijał wieżę strażniczą. Postanowił usiąść przy zgaszonym ognisku. Niespodziewanie ktoś złapał go za włosy, odginając mu głowę do tyłu. Poczuł zimny dotyk stali na szyi.
- Byłeś sobie na spacerku, co? - usłyszał złowieszczy szept jakiegoś Szkodnika. - Szefie, mamy naszego spiskowca!
Przed bohaterem pojawił się Lewus. Złapał go mocno za krótkie włosy na podbródku. Lekko za nie pociągnął.
- No proszę, wiesz, mam takie wrażenie, że masz talent do pakowania się w kłopoty - wysyczał. - Pierwszy dzień w pracy i już nieciekawe rozmowy, knowania... - szarpnął mocno ręką, wyrywając kilka włosków. - Coś ty myślał, że się nie dowiem?! Oskórowałbym cię i wystawił na Słońce, ale...
- Ale co? - usłyszeli głos. Z ciemności wyłonił się Szkodnik obserwujący od czasu do czasu pola ryżowe. - No dobra, kończcie już tę zabawę i won!
- Ty! - zagrzmiał Lewus. - Co ty sobie myślisz? Jestem prawą ręką Ryżowego Księcia, współzałożyciela tego Obozu, a ty nie masz tu większej roli! Możesz spokojnie zdechnąć. Także nie mieszaj się w nieswoje sprawy.
- Dobra, nie unoś się - powiedział z ironią Szkodnik. - Spadajcie stąd, albo wam pomogę - dodał ostrzejszym tonem, kładąc dłoń na rękojeści broni.
Lewus warknął.
- Dobra, zbieramy się - zawołał. - A ty, żółtodziobie, miej się jutro na baczności. Powiedzmy, że tym razem ci odpuściłem, ale jeśli zobaczę jeszcze jedno małe uchybienie, to tak przerobię ci facjatę, że rodzona matka cię nie pozna!
Bandziory ze zdenerwowanym Lewusem na czele zaczęły wracać do magazynu. Pozostali tylko ci dwaj uśpieni. Tymczasem Szkodnik podszedł do śpiących.
- Żyją, choć nie udało się ich ocucić. Nieźle to Rufus wymyślił - przemówił. - Jestem Buster, jeden z ludzi Laresa.
- Słyszałem, że to dzięki twojej obecności na polach Lewus traktuje Zbieraczy lepiej - odezwał się żółtodziób.
- Dla zachowania pozorów. Ale teraz zrzucili maski. Jutro czeka was ciężki dzień. - stwierdził. - Ale już niedługo... No cóż, na mnie pora. Do zobaczenia.
Odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę jaskini mieszkalnej. Minął się z nadchodzącym Gornem i po pozdrowieniu go, kontynuował swoją drogę. Najemnik podszedł do bohatera.
- Już czas, żółtodziobie. Wiem, że pewnie chce ci się spać, ale niestety nie teraz. Chodź ze mną, czas cię podszkolić.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 21-08-18 o 19:07.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-12-16, 15:08   #9
 Ancoron
Ma admina
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Posty: 7 432
Domyślnie

Zmobilizowałem się trochę i na poważnie podchodzę do komentowania :P
Cytat:
Przerażony Strażnik wciąż patrzył z trwogą w blondyna
Na blondyna, na blondyna
Cytat:
Zabić cię? Nie skądże znowu.
Zjadłeś przecinek po 'nie'
Cytat:
Witaj Pacho!/Witaj Dones
Po 'Witaj' przecinki.
Cytat:
Czarnoskóry Strażnik
Strażnik to nie imię. Z małej litery . Właściwie w wielu miejscach ten błąd popełniasz. Zarówno z innymi zawodami jak i w takim przypadku

Cytat:
żaden z niewolników
Tu mnie zabolało. To nie są niewolnicy. Robotnicy, zbieracze ryżu itp. Nawet w dialogach większość z nich ma, że pracuje z własnej woli. A ci, którzy są zmuszani, dalej nie pasują do określenia 'niewolnik'
Cytat:
Wszędzie wokół stali ludzie Lewusa z długimi łukami i różnego rodzaju orężem pilnujący, żeby
Przecinek o jedno słowo za późno :P
Cytat:
A zatem mi się nie przydasz - rzekł uśmiechając się.
Po 'rzekł' przecinek

Cytat:
Co prawda Pacho, z którym wczoraj rozmawiałem również może coś mówić, ale on jest zbyt przerażony. Spokojnie, nie będzie bolało - uspokoił Neka, biorąc w ręce swój zdobiony miecz dwuręczny.
Nek również wyjął miecz z pochwy.
- Głupcze! Opór jest bezcelowy!
Wojownik podbiegł do Strażnika, a ten odskoczył. Wtem w wojownika ktoś strzelił z kuszy. Odwrócił się do strzelca i powiedział:
- Pacho! Widzę, że nie dokonałeś dobrego wyboru.
Liczne powtórzenia.
Cytat:
Około południa, gdy Zbieracze wciąż ciężko pracowali Lewus krzyknął
Brak przecinka przed Lewus.
Cytat:
Czego chcesz robaku?
Brak przecinka.
Cytat:
Były Kurier Magów wykorzystał ten moment i wbił Kalwinowi miecz w plecy. Ten krzyknął z bólu i osłabiony odwrócił się do Strażnika wbijając mu miecz w klatkę piersiową, a wtedy Pacho przebił kark blondynowi na wylot.
Konia z wozem temu, kto wyobrazi sobie tę sytuację. Wbija mu miecz w plecy, ten zaś, po tym, z z tymże orężem wbitym w ciało (Dalej trzymanym przez strażnika?) odwraca się, jakby nigdy nic i wbija mu swoją klingę. A sam kończy z przebitym karkiem? Hę? Zdecydowanie do poprawy pod względem logicznym.

Dobra, koniec poważnej oceny, nie chciało mi się więcej wypisywać.
Na razie jest średnio i dalej nie opisujesz miejsc, a tylko dajesz: 'tam jest dom, tam coś jeszcze innego' itp. Ale nie jest przynajmniej źle .
Obecna ocena? 6/10 Jak poprawisz błędy, to będzie 7
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-12-16, 20:10   #10
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie

Rozdział IV Szkolenie

- Hej, Gorn, słyszysz to gulgotanie? - spytał bohater. Już zbyt długo to słyszał, by dalej siedzieć cicho.
- To najpewniej topielec. I to nie byle jaki. Chodź - odparł Najemnik, wyciągając topór.
Trening trwał już jakiś czas. Mężczyźni w tym czasie sporo rozmawiali, nie tylko o walce. Świeżak dowiedział się między innymi, że Szkodnicy co jakiś czas organizują napady na konwoje do Starej Kopalni, czym bardzo denerwują Gomeza i dlatego stosunki pomiędzy Starym, a Nowym Obozem są napięte.
Skazańcy doszli do kamiennej skarpy, na której znajdował się rosły topielec. Gorn wskazał na niego ręką i podbiegł do bestii. Uderzył ją kilka razy toporem przez łeb, zanim zdążyła zareagować. Następnie mężczyzna wykonał obrót i z całą siłą walnął gada w pysk, co było śmiertelnym ciosem. Czarnoskóry usunął pazury zwierzęcia.
- Weź - powiedział. - Dasz to Homerowi i powiesz, że problem topielca został rozwiązany.
- Jasne. Rzeczywiście świetnie walczysz - rzekł Zbieracz z uznaniem.
- Nie zaprzeczam - kiwnął wesoło głową Najemnik. - Specjalizuję się w dwuręcznych toporach, ale o broniach jednoręcznych też mogę cię wiele nauczyć.
- Pomogłeś mi pozbyć się tego nawyku trzymania broni oburącz - przypomniał blondyn.
- Tak, to fatalny nawyk i pewnie u ciebie wynikał z niewielkiej siły. Hmmm... Jednak kilka sztuczek od Horacego by ci się przydało. Weź idź go obudź.
- Ale...
- No idź go obudź, na pewno ci pomoże.
Piwnooki zrobił jak mu kazano.

Pięciu Łowców Orków wracało do swojego Obozu po polowaniu. Znajdował się on przy małej kotlince w pobliżu bramy na Ziemie Orków strzeżonej przez dwóch Strażników ze Starego Obozu.
- Ci Orkowie robią się coraz śmielsi - rzekł Jud, mężczyzna o rudych włosach, dumnie wycierając z krwi swój elegancki miecz, ukradziony niegdyś Magnatowi Arto. - Niedługo Szamani zaczną wychodzić z Miasta!
- Tak, ale szef nie chce przypuścić ataku. Mielibyśmy zielonoskórych z głowy i wreszcie święty spokój - dodał Ard, lekko mizernej postury właściciel jednoręcznego buzdygana.
- Bez odpowiedniego rozeznania taki atak może być samobójstwem - powiedział Prin, dawny mieszkaniec Varantu, na co wskazywała jego karnacja. - A takiego rozeznania nie możemy przeprowadzić, no bo jak? Nie wiemy ilu tam ich jest, nie wiemy czy nie mają jakichś specjalnych machin bojowych, nic nie wiemy. No, może poza tym, że większość z nich śmierdzi jak stary but - próbował zażartować mężczyzna.
- Tak jest, zostawmy ich. Zwyczajnie się to nie opłaca. Pomyślcie, ilu z nas przeżyłoby ten atak?
- Właśnie - skwitował zadowolony Prin.
- A ty, Kark, czemu się tak nie odzywasz? - zapytał Ard.
- Ty się jeszcze pytasz? Wisisz mi dwie stówy od trzech miesięcy! - zagrzmiał łysy facet z licznymi bliznami na karku.
- A... Tak? Nie kojarzę.
- Wiem, że tyle masz. Oddawaj, już! - krzyknął mężczyzna.
- To prawda, stary, pożyczałeś - poświadczył Jud.
- No cóż, nawet jeśli, to nie bardzo chce mi się płacić...
- Taki to jesteś honorowy?! To wyzywam cię na pojedynek, do jasnej cholery! - Kark wyciągnął swój dwuręczny miecz.
- Spokojnie, panowie - Prin próbował załagodzić spór.
- Dobra, zgadzam się - mówiąc to Ard broń.
- Nie trzeba od razu walczyć... - powiedział Asasyn. - Można... porozmawiać?
Większość Łowców z okolicy zbiegło się wokół dwóch zwaśnionych wojowników i wtedy z kotlinki wyszedł dobrze zbudowany, łysy facet. Zaniepokoiły go krzyki Łowców Orków, w końcu byli to jego ludzie. Wszedł w okrąg otaczający mężczyzn i spytał spokojnie:
- Co się tutaj dzieje? Te krzyki to pewnie Gomez w swojej sypialni słyszy!
- Roderyku, Ard i Kark mają pewien konflikt... finansowy - wytłumaczył Prin.
- Nie... Wy naprawdę chcecie bić się o rudę? Rozejść się - rzekł zrezygnowany.
- Ale ten bałwan jest mi winien 200 bryłek! Nie odpuszczę!
- Wpierw się uspokój. W takim stanie byłbyś gotów jeszcze poważnie go zranić, a tego lepiej uniknąć. Obaj jesteście jednymi z lepszych Łowców i wolałbym żadnego z was nie tracić.
- Więc niech odda mi rudę po dobroci. Inaczej... odejdę z Obozu.
- Daj im walczyć, bo ostatnio wieje nudą! - zawołał ktoś z tłumu.
- Który to?! - krzyknął łysol patrząc w stronę gapiów. - Zresztą, nieważne. Bójek nie będzie, tu nie jest Nowy Obóz. Nie będziecie lać się po pyskach, czy leczyć kaca po nocnej libacji. Wy w ogóle zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji?! Ten Obóz istnieje nie od dziś i powinniście się już nauczyć, że tutaj trzeba być czujnym jak cieniostwór na łowach! Przeczuwam, że... niebawem zielonoskórzy atakują... a wy kłócicie się o rudę?! Czym jest choćby 5000 bryłek w porównaniu do życia?! Macie się natychmiast przygotować do walki! No, już! Wyciągać bronie i ćwiczcie! Ale nie między sobą, do cholery! - zawołał patrząc znacząco na skłóconych Łowców. - Rozejść się.
- Chociaż po tobie Roderyku spodziewałem się nieco honoru! Ale skoro tak, to odchodzę z Obozu! - oznajmił Kark.
- Zastanów się. Dokąd pójdziesz? Do tych nawiedzonych świrów z bagien? A może będziesz się lać po mordach ze Szkodnikami w Nowym Obozie? Czy udasz się do Starego Obozu...
- A gówno cię to obchodzi! - mężczyzna odwrócił się w stronę bramy. Odwrócił się jeszcze raz w stronę Arda. Chciał się powstrzymać, jednak złość wzięła górę nad rozsądkiem. W jego oku pojawił się złowrogi błysk. - Ale... długi się oddaje! - wyciągnął miecz i skoczył z nim na dłużnika. Przepołowił go jednym ciosem. Następnie wybiegł prędko z Obozu.
- Jud! - zawołał przywódca Obozu. - Biegnij za nim i doprowadź go tutaj! Jeśli ci się nie uda, to najlepiej wyślij tego sukinsyna do Beliara, za Arda!
- Tak jest!
Jud pobiegł za zdrajcą, który kierował się w stronę Miasta Orków. Zatrzymał się przy moście prowadzącym do orkowej osady i zwrócił się w stronę goniącego go wojownika. Wyjął miecz z pochwy noszonej na plecach i czekał na przybycie wroga.
- Kark! - krzyknął Jud podbiegając do niego. - Co ty robisz? Chcesz nas zdradzić?
- Tak! Teraz już widzę, że marnowałem czas przy was!
- Dlaczego? Bo Roderyk nie chce bójek? On faktycznie ma racje. Jego słowa otworzyły mi oczy... Walki między sobą naprawdę nam nie pomogą. Jednak zabójstwo Arda było przesadą...
- Milcz! On ukradł moją rudę, ale to już nie o to chodzi! Roderyk i inni... oni są słabi, a ty... ty jesteś zaślepiony.
- O czym ty mówisz? Co planujesz?
- Wiesz, nawet cię lubiłem... Prina, Roderyka, Fentora i paru innych też darzyłem szacunkiem. Ale to co zdarzyło się teraz, otworzyło mi oczy. Wolę współpracować z Orkami niż ze słabeuszami!
- Nie daruję ci tego! Innos ci tego nie daruje!
- Mam już dość tego gadania! Stań i walcz!
- Odeślę cię do Beliara, gdzie twoje miejsce.
Jud zaszarżował na zdrajcę, ten jednak zablokował cios i zrewanżował się serią ciosów na boki.
Mężczyzna odskoczył chcąc uniknąć ciosów, jednak jeden z nich dosięgnął go rozciął mu pancerz na lewej stronie brzucha wraz ze skórą. Gdy Kark rzucił się na niego, ten trafił go w nogę, ale łysol zamachnął się i mocnym ciosem miecza uciął mu rękę, w której Jud trzymał oręż. Bezbronny Łowca Orków stał w bezruchu wiedząc, że nie ma już szans na pokonanie przeciwnika, więc ukląkł tylko czekając aż się wykrwawi i modląc do Innosa z prośbą o przyjęcie go do Niebios. Tymczasem po moście do Miasta Orków kroczył człowiek w czarnej zbroi z ciężkim dwuręczniakiem na plecach. Za jego plecami stało dwóch Orków.
- Co się dzieje? - spytał. - Swój czy wróg?!
- Witaj, oczywiście, że swój. Chcę dołączyć do Najemników Orków - powiedział uśmiechając się złowieszczo.

Następny dzień w Kolonii Karnej był bardzo deszczowy, więc Zbieraczy nie zbyt zachwycała ciężka praca na polach ryżowych w dodatku podczas ulewy. Ale musieli. Przemyli się tylko trochę i poszli. Bohater był najmniej zadowolony z pracy, ponieważ nie dość, że padał deszcz, to jeszcze miał za sobą długi nocny trening z Gornem i Horacym. Odezwały się zakwasy, co było dodatkowym dyskomfortem podczas pracy. W trakcie drogi na pola ryżowe dostrzegł stojącego na tamie mężczyznę. Piwnooki rozpoznał w nim faceta, który poprzedniego wieczoru dostarczył niejakiemu Rondowi butelkę wina, która, jak się okazało, była specjalnie podrzucona, żeby uśpić pilnujących Zbieraczy ludzi Lewusa. Nad ranem udało się ich jednak wybudzić i eskortowali oni niewolników Ryżowego Księcia na pola.
- Hej, ty jesteś Homer? - spytał żółtodziób, przerywając marsz.
- Tak, to ja - odparł mężczyzna zwracając się ku rozmówcy. - Skąd wiesz i czemu pytasz?
Bohater pokazał mu szpony zabitego topielca spod tamy.
- Czy to...
- Tak. Pazury topielca spod tamy. Dowód na rozwiązanie twoich problemów.
- Dziękuję! Zaczekaj, jakoś ci się odwdzięczę - zawołał, grzebiąc sobie po kieszeniach. - Myślę, że 100...
- Te, robolu! Co się ociągasz? - jeden z bandziorów Lewusa szarpnął Zbieracza za ramię. - Dołącz do reszty! - nieszczęśnik zrobił to z niechęcią. Wtedy Szkodnik dodał: - Wezmę tą rudę.
Zbieracze ustawili się na swoich pozycjach i zaczęli robotę. Deszcz szybko zmoczył ich do suchej nitki. Ryżowy Książę, Lewus i część jego ludzi zaszyła się w magazynie. Dwóch z nich musiało jednak pilnować, by pracownicy nie uciekli, więc schowali się oni pod drzewami.
Praca była długa i ciężka, ale w końcu się skończyła. Zmęczeni Zbieracze zaczęli wracać do swojego obozowiska. Dotarłszy na miejsce część usiadła przy ognisku, część przemyła się ponownie w jeziorze, a reszta poszła do chaty. Horacy i Rufus usiedli koło bohatera.
- Jak po treningu? - zapytał ten pierwszy.
- Wszystko mnie boli - odparł żółtodziób. - A do tego robota mnie cholernie wykończyła. Padam z nóg! - to powiedziawszy opadł plecami na ziemię.
- Spokojnie, niedługo sobie odpoczniesz - wtrącił Rufus.
- Co masz na myśli? - spytał blondyn, patrząc na niego podejrzliwie.
- To już dzisiaj! - oznajmił dumnie mężczyzna. - Dziś się zbuntujemy - powiedział ciszej.
- To prawda. W końcu będziemy wolni - dodał Horacy.
- Ale... Ja nie wiem, czy jestem gotowy.
- Dziś Gorn da ci kolejną lekcję. Myślę, że sobie poradzisz. Tylko nie wychodź przed szereg.
- Wielu z nas straci dziś pracę. Niektórzy może nawet odejdą z Obozu. Ja jednak zostanę i dołączę do Najemników Lee - rzekł Rufus. - Może i ty, Horacy, dasz się namówić? Lee kiedyś już ci to proponował.
- Ech, sam nie wiem... Raz zabiłem człowieka i to o jeden raz za dużo. W końcu za to tu trafiłem.
- Jak to się stało? - zapytał piwnooki.
- Zwykła bójka w karczmie. Nie chciałem zabić faceta, po prostu za mocno go walnąłem. Byłem wtedy kowalem. Najwyraźniej nie doceniłem swojej siły. Odrzuciłem propozycję Lee, bo przysiągłem sobie, że już nigdy nikogo nie zabiję.
- A tak w ogóle to... co jeśli się nie uda? - spytał przerażonym głosem bohater.
- Może zginiemy, ale za to wolni i z honorem. Warto się bić o to, aby poczuć się wolnym... - odpowiedział Rufus.
- Coś w tym jest...
- Witajcie, Zbieracze - usłyszeli wesoły głos Gorna.
- Witaj - odparli niemal równocześnie Rufus i Horacy.
- Cześć - przywitał się żółtodziób.
- No, młody, trza znaleźć miejsce na twoje szkolenie.
- Tak, żeby Szkodnicy się nie zorientowali - dodał Rufus.
- A niech się orientują! - machnął ręką Gorn. - Tu już ostatnie podrygi potwornej ostrygi - uśmiechnął się odsłaniając szereg białych zębów. - Chodźmy do chaty.
- Ech, cholerne zakwasy - jęknął bohater podnosząc się.
Mężczyźni poszli w stronę ich wczorajszego pola treningowego. Na ich drodze stanął jeden z dwóch, pilnujących Zbieraczy, ludzi Lewusa.
- A dokąd to się wybieracie? - zapytał. - Twoi kumple są tam - zwrócił się do żółtodzioba, po czym odepchnął go nieco.
- Nie twój interes, pachołku - odparł czarnoskóry Najemnik, chwytając Szkodnika za koszulę i wpychając do znajdującego się obok jeziora.
- E, co do... - jęknął zaskoczony mężczyzna wpadając do wody.
Po chwili żółtodziób usłyszał za swoimi plecami krzyk. Odwrócił się i ujrzał leżącego na ziemi bandziora. Z jego rany na plecach obficie leciała krew, brudząc wbitą tam strzałę. Kilka metrów dalej stał Buster. Słysząc krzyk, dwaj Najemnicy znajdujący się na skale nad bramą, odwrócili się w stronę obozowiska Zbieraczy. Jednak po wymianie spojrzeń między sobą, a także z Gornem, wrócili do poprzedniego zajęcia, czyli gry w kości, jak gdyby nigdy nic. Widząc co się dzieje, Szkodnik leżący w wodzie natychmiast się podniósł i rzucił do ucieczki. Czarnoskóry wąsacz nie dał mu na to szansy - wyciągnął swój topór i zamachnął potężnie. Cios dosięgnął niedoszłego uciekiniera, łamiąc jego przewieszony przez plecy łuk oraz niemal przepoławiając ciało. Buster podbiegł do Najemnika.
- Buster, chłopie! Co tak wcześnie? - zapytał Gorn.
- Myślałem, że to już! Widziałem jak zaatakowałeś tego Szkodnika i... - uderzył się otwartą ręką w czoło. - Ech... Zbyt impulsywnie zareagowałem?
- Może i lepiej się stało - powiedział żółtodziób. - Jeszcze by na nas doniósł do Lewusa. Albo ten jego kumpel.
- No dobrze, zaczniemy wcześniej... - westchnął Gorn.
Zrobił kilka kroków do przodu i zawołał:
- Hej, Zbieracze!
Wołanie skupiło na Najemnika uwagę niewolników Ryżowego Księcia. Ci na zewnątrz skierowali na niego swoje spojrzenia, a większość tych wewnątrz chatki wyszła. Wśród nich świeżak dostrzegł Pocka. Ale szybko stracił nim zainteresowanie, zwracając spojrzenie na czarnoskórego, który rozpoczął odezwę:
- Wasze życie w Kolonii nie jest do pozazdroszczenia. Jesteście męczeni, zastraszani, wyzyskiwani... Możecie to jednak zmienić! Macie przewagę liczebną nad waszymi ciemiężycielami! Nie bójcie się! Nie potrzebujecie przeszkolenia bojowego, wystarczy odwaga! Weźcie los we własne ręce i stawcie opór ludziom Ryżowego Księcia!
Bohater spojrzał na tłumy. Większość wiwatowała, część była przestraszona, a marginalna reszta była wściekła, co widać było po ich minach. Mężczyzna spostrzegł także, że Pock gdzieś zniknął. Domyślał się gdzie poszedł.
- Do boju! - krzyknął Gorn, wyciągając topór.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 15-08-18 o 10:39.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-12-16, 20:25   #11
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie

Część z tych błędów poprawiłem, np. sytuację ze śmiercią Neka, ale chciałem sprostować sprawę ze Zbieraczami. Po części są oni niewolnikami, ponieważ jedyna rzecz, którą dostają za pracę to jedzenie, picie i miejsce do spania. Są oni dodatkowo przymuszani do pracy o czym w grze opowiadał Rufus.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 19-12-16, 18:09   #12
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 988
Domyślnie

Rozdział V Bunt Zbieraczy

Na hasło Gorna, większość Zbieraczy, nawet ci przestraszeni, poczęła dobywać swoich broni. Część z nich miała proste, długie miecze. Reszta miała zwykłe pałki, bądź nabijane gwoźdźmi lub małe kosy pomagające w pracy. Najemnik ruszył na przedzie pochodu rebeliantów. Wtem na jednego z nich rzucił się z bronią jakiś Zbieracz. Kilku buntowników obezwładniło go i wrzuciło do pobliskiego jeziora.
- A niech się topi, pupilek Lewusa! - rzucił jakiś rojalista.
- Takich lojalistów może być więcej - dodał drugi.
- Na razie się tym nie przejmujmy. Naprzód! - zawołał Gorn.
Maszerujący mężczyźni zaczęli zbliżać się powoli w stronę bramy. Czarnoskóry wąsacz zatrzymał gestem pochód i spojrzał znacząco na wojowników strzegących przejścia. Jarvis kiwnął głową i poszedł w stronę jaskini mieszkalnej. Zbieracze mogli spokojnie przejść. W żółtodziobie wzbierała coraz większa ekscytacja, ale też strach. Z każdym krokiem te uczucia potęgowały się. W międzyczasie zorientował się też, że Buster gdzieś zniknął. Buntownicy szli w, w miarę, zwartym szeregu, dzierżąc broń i rozglądając się rozbieganym wzrokiem. Jakież było ich zaskoczenie oraz przerażenie, gdy za zakrętem przy wejściu do magazynu z ryżem stało dwóch siepaczy Ryżowego Księcia z łukami w dłoniach. Na widok nadciągających rebeliantów, napięli cięciwy i wypuścili pierwsze strzały. Sięgnęły one kilku Zbieraczy na przedzie pochodu. Padli na ziemię i po krótkim czasie się wykrwawili. Nikt im nie pomógł - zemsta była ważniejsza. Tymczasem marsz rojalistów przemienił się w szarżę. Mężczyźni parli naprzód, z Gornem na czele. Szkodnicy jednak nie przestraszyli się. Ruszyli naprzeciw buntownikom. Doszedł do nich jakiś facet rzadko bywający na polach ryżowych. Nosił solidny pancerz Szkodnika z charakterystycznym rękawem oraz kolcami na ramieniu. Szatyn miał bliznę pod okiem. Dzierżąc topór jednosieczny stanął przed czarnoskórym Najemnikiem, podczas gdy jego towarzysze przystąpili do walki ze Zbieraczami.
- Popełniłeś błąd, czarnuchu - wysyczał Szkodnik.
- Chyba chcesz mieć więcej blizn na mordzie! - odwzajemnił mu się Gorn.
Topornicy rozpoczęli pojedynek. Tymczasem zdążył paść już jeden nieostrożny siepacz Ryżowego Księcia, który nadział się na miecz Sanda.
- Za moje zęby! - zawołał Zbieracz.
Jednak do walki doszło jeszcze dwóch wojaków. Ku zdziwieniu bohatera jeden z nich nosił brązowy pancerz znany mu z Placu Wymian. Poplecznicy Lewusa widząc co się dzieje przestali lekceważyć przeciwnika i zaczęli rozganiać buntowników orężem. Wymachując energicznie swoimi broniami, jak na przykład ćwiekowanymi pałkami, zranili sporą część rebeliantów. Wielu Zbieraczy będących z tyłu, w tym żółtodziób, zaczęło się wycofywać. Jęki i agonalne krzyki stawały się coraz częstsze - Szkodnicy szybko się ogarnęli, choć zostało ich tylko trzech. Horacemu udało się powalić jednego z nich, a Rufus dobił pobitego bandziora. Bohater wyciągnął miecz widząc, że rusza ku niemu jakiś siepacz. Kątem oka dostrzegł, że Gorn pokonał swojego adwersarza, co dodało mu odwagi. Sprawnie blokował ataki przeciwnika, a nawet wyprowadzał własne cięcia. Wtem zbir padł. Od tyłu zaatakował go Rufus, który kiwnął porozumiewawczo głową do piwnookiego. Ten rozejrzał się. W zasięgu jego wzroku nie znajdował się już żaden żywy Szkodnik. Dostrzegł konającego starca. Podszedł do niego. Stary Zbieracz miał posklejane krwią siwe włosy oraz wiele otwartych ran na ciele. Ściskał mocno postawioną na sztorc małą kosę, aż mu palce bielały.
- Ceną jest śmierć... za wolności smak - wyszeptał, podnosząc głowę.
Spojrzał w oczy bohaterowi. Po chwili jego głowa opadła. Wyzionął ducha. Młodzieniec spojrzał w stronę magazynu ryżu. Trwała tam bratobójcza walka pomiędzy Zbieraczami. Walczyli ze sobą rojaliści i lojaliści. Wśród tych drugich był też Pock. Blondyn postanowił nie angażować się w tą walkę, tylko iść zemścić się na Lewusie. Był pełen adrenaliny i nie zważał na niebezpieczeństwo. Chciał od razu wejść do domu Ryżowego Księcia, ale zmienił zdanie. Przemknął się pomiędzy walczącymi i otworzył drzwi do magazynu. Trochę musiał się z tym namęczyć, bo były one zablokowane przez kilka worków z ryżem. Następnie wparował do sypialni właściciela plantacji ryżu. Stał tam też Lewus, który na widok bohatera wyciągnął swoją gęsto ćwiekowaną pałkę.
- A więc takiego wysłali tu zabójcę? Żałosne robaki prowadzone przez tępego czarnucha - splunął pod nogi żółtodzioba. - Szybko się tobą zajmę, niestety nie mam czasu - dodał zbliżając się do Zbieracza. Wtedy ktoś wyważył zamknięte drzwi do domu Księcia. Do środka wszedł Rufus dzierżący w rękach łuk. Lewus odwrócił się do przybysza i w tym momencie otrzymał strzałą w głowę. Został już tylko spasiony zarządca pól ryżowych. Do izby wszedł Rond, który najwyraźniej chciał się rozprawić z Księciem. Bohater jednak też chciał mieć swój czynny udział w buncie, więc zaatakował grubasa. Jego cięcie nie dosięgnęło jednak celu, a Ryżowy Książę został zabity przez Ronda. Mężczyzna był tak sparaliżowany strachem, że nawet się nie bronił. A może to przez wracające wyrzuty sumienia?
- Już po wszystkim - powiedział Rufus z entuzjazmem. Schował broń. - Jesteśmy wolni.
- Jak na Kolonię Karną, rzecz jasna - wtrącił Rond.
Dawni Zbieracze wyszli na zewnątrz. Tam już walki były skończone.
- To już koniec tyranii Ryżowego Księcia i Lewusa - rzekł do wszystkich Gorn. - Musicie teraz zdecydować co będziecie dalej robić.
Bohater stał na uboczu całego zbiorowiska. Dostrzegł wśród poległych truchło Pocka. Mimo wszystko było mu go trochę żal.
- A ty, żółtodziobie? Co będziesz teraz robić? - zapytał Najemnik podchodząc do piwnookiego.
- Chyba pójdę do Starego Obozu - odpowiedział blondyn. - Miałem tam się z kimś spotkać - dodał szybko. - Z jakimś... D... - nie mógł sobie przypomnieć imienia.
- Diego?
- Tak.
- Może jednak prześpisz się w chacie Zbieraczy i wyruszysz rano. Nocą w Kolonii bywa niebezpiecznie.
- No... no, nie wiem. Nie mam stamtąd dobrych wspomnień.
- Spokojnie, to już koniec - uśmiechnął się Gorn. - Postaram się, by rano nikt cię nie zatrzymywał. Będziesz mógł spokojnie opuścić Obóz, jeśli chcesz. I jak już będziesz w Starym Obozie, pozdrów ode mnie Diego.
- Zgoda - żółtodziób kiwnął głową.
- Tak na przyszłość, mam dla ciebie wskazówkę: jeśli chcesz dostać się tam szybko, daj nura do jeziora - uśmiechnął się czarnoskóry. - Prąd rzeki, która z niego wypływa, cię poprowadzi. Starego Obozu trudno nie zauważyć, więc raczej tam dotrzesz.
- Dzięki, Gorn - świeżak poszedł ponownie w głąb Nowego Obozu wraz ze swoimi dawnymi towarzyszami niedoli.
- Hej, Horacy, Rufus! Chodźcie, trza się wytłumaczyć Lee! - zawołał Najemnik.
Dawny Zbieracz przeszedł przez bramę. Idąc dalej spostrzegł w ciemności kontury kilku dobrze uzbrojonych postaci wychodzących z jaskini mieszkalnej. Bohater domyślił się, że Jarvis lub Buster powiadomił już o wszystkim obozowe szychy. Niestety nie mógł dostrzec ich dokładniej. Szybko wszedł do chatki i położył się na łóżku. Zasnął.
Obudził się rano. Poza nim w chacie było jeszcze kilku innych Zbieraczy. Dwóch z nich rozmawiało blisko bohatera.
- W końcu się skończyło. Dopiero teraz to do mnie dotarło gdy siepacze Lewusa nie przyszli nas budzić do pracy - powiedział radośnie pierwszy.
- Tak, to prawda - odrzekł drugi, po czym wziął kilka łyków z trzymanej w ręku butelki z ryżówką. - Ale niewielu miało szanse tego dożyć. Słyszałeś już, że Sand zginął od ran tej nocy? Podobno sami Magowie Wody mieli mu pomóc, ale nie zdążyli.
- Tak, słyszałem. W sumie szkoda człowieka. Zwłaszcza, że został ciężko zraniony przez lojalistów.
- Przez kogo?
- W trakcie walki widziałem jak ten szczur, Bobby, wbił mu kosę w brzuch. Wyszarpnął mu chyba pół jelita na zewnątrz.
Żółtodziób słuchał tej rozmowy aż nie usłyszał kroków zbliżającej się postaci. Podniósł się na łokciach i spojrzał w stronę źródła dźwięku. Zauważył Rufusa w dosyć skromnym pancerzu składającym się jedynie ze spodni pokrytych futrem oraz stalowego naramiennika połączonego z resztą pancerza skórzanym paskiem. Tors miał zakryty swoją dawną czarną koszulą. Mężczyzna niósł jakiś pakunek.
- Cześć, Rufus - przywitał się piwnooki. - Co to za zbroja? Czyżbyś już został Najemnikiem?
- Cześć. Ano, zostałem. Przyznam, że zbroja jest bardzo wygodna, ale do walki to się raczej nadawać nie będzie. Przynajmniej nie z moimi dotychczasowymi zdolnościami. Ale ja nie w tej sprawie. Proszę - położył przy blondynie pakunek. - Prezent od Gorna. Trochę żywności i brzytwa. Ogól się trochę, boś zarośnięty.
- Dzięki.
- Bądź wdzięczny Gornowi. To on za to wszystko zapłacił. Ja to tylko zaniosłem.
- To przekaż mu podziękowania.
- Jasne. Bywaj.
- Bywaj.
Świeżo upieczony Najemnik upuścił chatę. Tymczasem bohater rozwinął pakunek. Poza wspomnianą brzytwą były tam trzy butelki ryżówki, butelka piwa, gomółka sera, bochenek chleba i dwa pęta kiełbasy. Na widok oraz zapach jedzenia ku żółtodziobowi zaczął zmierzać młody Zbieracz, na oko młodszy od bohatera. Był bardzo wychudzony - widać było, że od dawna się nie najadł.
- Podzielisz się ze mną? - zapytał. - Nie potrzebuję wiele, byleby tylko co do ust włożyć.
Piwnooki miał dylemat. Bał się dzielić z innym więźniem myśląc, że weźmie sobie za dużo. Z drugiej strony poruszył go widok zmizerniałego Zbieracza, który jeszcze wczoraj musiał niewolniczo pracować pod batem Lewusa i jego siepaczy.
- Proszę - powiedział blondyn.
- Innos zapłać!
Mężczyzna ucieszył się i zaczął łapczywie jeść. Widać było, że dawno tego nie robił. Bohater jadł razem z nim. Gdy jedzenie się skończyło, młodzieniec rzekł:
- Dziękuję. Będą ci towarzyszyć moje modlitwy.
- Nie ma za co. To tylko trochę prowiantu.
- Dla mnie to coś znacznie więcej. Jakiś czas temu skazano mnie na głodówkę za nieposłuszeństwo. Na szczęście trochę oddawali mi inni Zbieracze, ale to było o wiele mniej niż dzienna racja. Nie najadałem się. Lepiej natomiast było z piciem. Chłeptałem od czasu do czasu wodę z jeziora. Tak więc na prawdę wiele dla mnie zrobiłeś. Niech ci się tu dobrze żyje.
- Dziękuję - piwnooki wstał. Wziął do ręki brzytwę.
- Bywaj.
- Bywaj - pożegnał się żółtodziób.
Wyszedł z chaty Zbieraczy i podszedł do jeziora. Uklęknął przy brzegu. Woda była czysta, mógł przejrzeć się w jej tafli. Obmył sobie twarz. Poczekał aż woda ponownie się uspokoi. Przystawił sobie brzytwę do policzka. Pociągnął ostrze w dół.
Po kilkudziesięciu minutach ponownie przemył sobie twarz oraz ręce. Przejrzał się. Ogolił całe policzki. Zostawił sobie wąsy i małą bródkę. Wstał. Schował brzytwę do kieszeni i ruszył w stronę bramy. Zauważył kilka metrów przed sobą idącego w tą samą stronę mężczyznę w skórzanym pancerzu z porządnym jednoręcznym mieczem przy pasie i krótkim łukiem przewieszonym przez plecy. Tym mężczyzną był Rond. Przeszedł przez bramę, a zaraz po nim świeżak. Najemnicy go nie zatrzymywali. Żółtodziób chciał się z nimi pożegnać, choćby ze względu na to, iż zdążyli kiedyś zamienić kilka słów, ale zaniechał tego. Potem doszedł do wniosku, iż nie było to potrzebne - w końcu ledwo się znali. Bohater stanął na krawędzi jeziora.
- Żeby tylko mi ten miecz nie zardzewiał - powiedział sam do siebie, po czym skoczył do wody.
Przepłynął przez jeziorko i szybko poczuł prąd rzeki. Pomógł mu on szybko płynąć bez zbytniego przemęczania się. Dawny Zbieracz z przerażeniem i niezłym opóźnieniem dostrzegł, że ma przed sobą wodospad. Przetrwał jakoś upadek i zorientował się, że nurt jest jakiś silniejszy. Mimo to machał rękami i nogami, byleby tylko dostać się szybko na miejsce i utrzymać się na powierzchni. Po jakimś czasie w końcu dostrzegł wielką drewnianą palisadę, którą wcześniej widział z góry podczas pościgu za złodziejem listu. Wokół niej rozciągał się głęboki dół. Mężczyzna stanął nareszcie na suchym lądzie. Otrzepał się z wody i spojrzał na dużą bramę. Pilnowana była przez dwóch Strażników w czerwonych pancerzach.
- Stary Obóz - wyszeptał żółtodziób kierując się ku bramie.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 22-08-18 o 17:56.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Pomysly do moda "Kosa po chwale i przeznaczenie" misje,obozy, i inne noga123 Dyskusja 1 16-04-11 22:03


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.