Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Gothic - Zbójecki artefakt

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 27-12-18, 15:38   #1
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 868
Domyślnie Gothic - Zbójecki artefakt

Powracam do pisania z nowym opowiadaniem, choć... wydaje mi się, że jest z nim coś nie tak. Patrząc na nie okiem autora myślę, że jest jakoś dziwnie napisane, inaczej niż moje poprzednie... I nie mogę odnaleźć błędu. Może to przez to, że dawno nie pisałem i przez to jestem jakiś przewrażliwiony... Dlatego prosiłbym o wytknięcie mi wszystkiego co zrobiłem źle i o konstruktywną krytykę.
A co do historii... Jest bezpośrednio związana z jednym z opisów, z których jest nawet trochę dumny . Bohaterem jest 27-letni Veronim Sadea, którego nagrobek możemy odnaleźć na cmentarzu za farmą Sekoba. Jest kryminalistą nazywanym Królem miejscowego półświatka. Jednak dni jego powodzenia dobiegają końca...
Uwaga! Ze względu na to, iż akcja dzieje się w roku 417 zamiast Khorinis pojawia się nazwa Karynis, czyli dawna nazwa miasta i wyspy.
Życzę miłej lektury .

Prolog

Spośród dość gęsto rosnących drzew wybiegali Strażnicy Miejscy z herbem Karynis na tunikach. Na ich czele stał Dietmar Ukara Młodszy, najstarszy syn panującego wówczas Feliksa Ukary, który otrzymał imię po swym sławnym przodku, mistrzu miecza. Na przeciw stróżom prawa stanęli bandyci. Szyli z łuków, strzelali z kusz, bądź też walczyli wręcz. Starali się szczelnie zakryć wejście do jaskini za ich plecami. Tam zaś trwały wśród reszty rzezimieszków przygotowania do walki. Zwierali szyki zupełnie jakby byli regularnym wojskiem, a nie wyrzutkami społecznymi. W głębi jamy zaś pewien młodzieniec pakował najpotrzebniejsze rzeczy do torby przewieszonej przez ramię. Pomagał mu w tym lekko otyły Asasyn będący już w okolicach pięćdziesiątki.
- Prędzej, Veronimie, prędzej! Zaraz rozpęta się tu prawdziwe piekło! - powiedział biegnąc w stronę drzwi. Była to jedna z niewielu chwil gdy nie mówił do niego żartobliwie per "królu", mimo iż miał on tylko pochodzenie szlacheckie.
- Jeszcze kubek! - odparł pośpiesznie biorąc ze stołu blaszane naczynie i chowając do torby.
- Ech, ty i te twoje sentymenty - westchnął śniadoskóry przepuszczając młodzika, po czym sam przeszedł przez drzwi.
- On przynosi mi szczęście - odparł jakby od niechcenia Veronim rozglądając się.
Obaj znaleźli się w kolejnej komorze jaskini, w której płonęło ognisko. Wokół niego siedziało trzech mężczyzn oczekujących na coś spokojnie. Pierwszy był szczupłym łysym łucznikiem mającym przy pasku długi kujący miecz. Drugi wstał ukazując swą potężną posturę. Był blady, co było dowodem na to, że pochodził z Nordmaru. Nosił ciężki skórzany pancerz z wieloma metalowymi elementami. Na plecach w świetle ognia połyskiwał dokładnie wypolerowany topór. Trzeci zaś wpatrywał się z sentymentem w tańczące płomienie. Pogładził swą bujną, czarną brodę i spojrzał na Veronima Sadeę. Wstał i wziął w swą pomarszczoną ze starości, ciemnoskórą dłoń jeden ze swych licznych sztyletów pochowanych po kieszeniach starego, brudnego płaszcza.
- Już? - zapytał.
Młodzieniec kiwnął głową. Na ten znak starzec rzucił trzymanym sztyletem w stronę innej komory jaskini. Zgodnie z zamierzeniem ostrze trafiło w rozpalone tam ognisko. Stojący w pobliżu paleniska bandyta chwycił pochodnię i zanurzył ją w płomieniach. Gdy ta zaczęła się palić pobiegł w stronę wyjścia z jamy i zręcznie omijając walczących ze sobą strażników i rzezimieszków znalazł się przy sporym kopcu chrustu oraz innych łatwopalnych materiałów. Cisnął weń łuczywo, wyciągnął pałasz i po chwili namysłu rzucił się do ucieczki. Tymczasem stos zajął się ogniem. Na ten znak na tyły Strażników Miejskich ruszyli ciężko uzbrojeni bandyci dotąd kryjący się w gęstym lesie, wywołując zamęt w szeregach funkcjonariuszy. Była to doskonała okazja by Veronim ze świtą zbiegli z zagrożonego terenu...

Dziesięć dni wcześniej.
Noc była piękna, gwiaździsta, Księżyc w pełni. Veronim w długim, skórzanym płaszczu z głębokim kapturem na głowie przekraczał właśnie bramę miasta Karynis. Sto sztuk złota z jego sakiewki zmieniło właściciela, a raczej właścicieli, ponieważ wejścia pilnowało dwóch strażników. Po krótkim spacerze dotarł do kolejnej bramy, tym razem wyjściowej. Trafił do portu. Jego celem była karczma umiejscowiona w pobliżu morza. Wszedł do budynku i usiadł przy ladzie. Przez chwilę był obserwowany przez większość nielicznych o tej porze gości, ale szybko przestali się nim interesować, choć paru spoglądało później na niego z zaciekawieniem.
- Piwa - powiedział rzucając na szynkwas złote monety. Oberżysta schował pieniądze do swojej sakwy i zabrał się za robotę. - Moment! - zatrzymał go Sadea. - Tu mi proszę nalać - rzekł wyciągając blaszany kubek z torby i podał go mężczyźnie.
Ten wzruszył ramionami i wykonał prośbę klienta po czym podał mu naczynie wypełnione po brzegi złocistym napojem. Szatyn popijał go spokojnie. Następnie dał karczmarzowi kolejne monety i prosił by mu nalać dokładkę. Pił dalej, powoli się niecierpliwiąc. W końcu koło niego usiadł oczekiwany młodzieniec na oko o dziesięć lat młodszy od Veronima.
- Witam pana - powiedział.
- Darujmy sobie te uprzejmości - odparł biorąc solidny łyk piwa. Wstał. Gestem pokazał towarzyszowi by za nim poszedł. Usiedli przy jednym z odosobnionych stolików. - Mów co wiesz.
- Ostatnio przypadkowo usłyszałem, że banda Mirusa przygotowuje się do odbicia swoich ludzi z więzienia w koszarach...
- Ten Mirus to ma refleks - przerwał rozmówcy Sadea i pociągnął kolejny łyk. - Ci jego ludzie to dawno pewnie zostali złamani na spytkach i go wsypali. Dni tego kretyna i jego bandy są policzone. To nie jest zbyt wartościowa informacja. No, ale mów dalej - rzekł po czym popił.
- Teraz coś co pana z pewnością zainteresuje: pan Henryk Sorn najął mnie i mego brata do targania mebli do jego domu zamówionych zza morza. Ładne były, pięknie zdobione, pozłacane... E... Przepraszam. No więc podczas tej roboty, za którą zabraliśmy się dość późno, natknęliśmy się na... - młodzieniec szukał w myślach słowa - pewnych ludzi. Nigdy nie zapomnę twarzy tego kroczącego w środku. Blada twarz, blizna idąca od czoła po dolną wargę, stalowy wzrok...
- ... bezwzględnego mordercy - przerwał mu po raz kolejny Veronim. - Verden! - warknął. Szybko się jednak opanował, z konieczności. - Co on robił u Sorna?
- Cała sytuacja mnie zainteresowała, więc począłem ich dyskretnie śledzić...
- Starszy brat nie miał nic przeciwko? - Sadea uniósł brew.
- Nie, powiedziałem, że muszę iść się odlać. Byłem pewien, że pana to zainteresuje, więc byłem gotów zaryzykować. Niestety, nie dowiedziałem się zbyt wiele, ale z pewnością była to dość przyjacielska rozmowa, jeśli można użyć takiego słowa...
- Cholerny dwulicowiec z tego Sorna! - mężczyzna zacisnął pięść. - Nie wiesz o czym rozmawiali? - rozprostował palce.
- Niestety... zdaje mi się, że jeden z nich mnie przyuważył, więc szybko czmychnąłem.
Veronim dopił piwo i podniósł swój kubek do góry. Po chwili podszedł do nich karczmarz z butelką, z której nalał do blaszanego naczynia złocistą ciecz. Herszt bandy dał mu więcej monet niż wcześniej.
- Podziękował - powiedział oberżysta i już chciał odejść, ale szlachcic złapał go za rękę.
- Chwila, to nie napiwek. Dałem ci więcej złota, bo chciałbym prosić byś rozpuścił informację, że Henryk Sorn potrzebuje solidnych chłopaków do pewnej roboty. Wiesz co mam na myśli.
Mężczyzna kiwnął głową i odszedł.
- Masz coś jeszcze? - Sadea zwrócił się do młodzieńca.
- Tak, całe miasto huczy aż, że do Karynis ma przybyć jakaś szycha z Kontynentu. Może nawet sam Książę Księstwa Cape Dun!
- Co? - zdziwił się Veronim.
- Ano. Ja tam się na polityce nie wyznaję, ale prawdopodobnie Gubernator Feliks Ukara szykuje się do wojenki. A z kim, tego nie wiem.
- Dobra... - bandyta sięgnął do swojej torby i wyciągnął z niej dwa mieszki ze złotem. - Masz, na prawdę ci się należy. Miej oczy szeroko otwarte. Do następnego.
Mężczyzna wstał i wyszedł z przybytku zostawiając młodzieńca samego. Skierował się z powrotem do swojej kryjówki. Podczas drogi wyciągał wnioski z zaistniałej sytuacji. Musiał się naradzić ze swymi najbardziej zaufanymi ludźmi. O ile w półświatku można ich tak nazwać...

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 27-12-18 o 15:40.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 18:45   #2
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 748
Domyślnie

Być może chodzi o to, że opowiadanie nie jest jest osadzone w żadnym wyobrażalnym miejscu. Bez nawet skromnego opisu otoczenia czytelnik nie potrafi sobie dobrze wyobrazić rozmowy dwóch facetów w karczmie. Poza tym jest bardzo krótkie, poczekam na resztę.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 19:21   #3
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 868
Domyślnie

W mojej głowie obóz bandytów jest osadzony w tej dolinie pod miastem, gdzie wejścia do rozległego kompleksu jaskiń strzegł cieniostwór. Mam nadzieję, że dobrze to opisałem . Tylko właśnie nie wiem jak to opisać w opowiadaniu, bo nie wiem za bardzo jak to ubrać w słowa...
A karczma osadzona jest w porcie, który w moim zamyśle jest osadzony poza murami miasta (w końcu w grze możemy się natknąć na zniszczony mur tam gdzie jest wejście do portu). Sam budynek jest tak mniej więcej tam gdzie karczma Kardifa albo może gdzieś wgłąb lądu. Tego jeszcze nie ustaliłem .
Dzięki za komentarz .

Edit: A propo ciągu dalszego to mam właśnie napisane jeszcze dwa rozdziały, w których już się więcej dzieje.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 19:56   #4
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 868
Domyślnie

Postarałem się nieco dopisać o tym obozie na początku rozdziału, mam nadzieję, że wyszło lepiej... Zapraszam do lektury .

Rozdział I Nowy w bandzie

Bandycki obóz teoretycznie znajdował się w dość rozległej i gęsto zarośniętej dolinie pod miastem Karynis. Im dalej się szło tym niższy stawał się teren aż w końcu natrafiało się na wysoką kamienną ścianę. W niej jednak była wydrążona jaskinia, a wręcz kompleks jaskiń, w którym to przebywała większość ludzi z bandy Veronima Sadei. Ze względu na konieczność utrzymywania kamuflażu nie gospodarowano terenem dolinki poza miejscem przy wejściu do jamy. W praktyce to wewnątrz znajdował się obóz.
Lekko otyły Asasyn przyglądał się bogato zdobionemu pierścionkowi, podkręcając czarnego wąsa. Przed nim stał młody chłopak - ciemny blondyn o rozmarzonym spojrzeniu brązowych oczu. Ubrany był niezbyt bogato co kontrastowało z posiadanymi przez niego kosztownościami. W lewej dłoni trzymał damskie kolczyki, którym przyglądał się z sentymentem.
- Ech, pięknie by w nich wyglądała... - westchnął.
Tymczasem wąsacz schował pierścionek do kieszeni i wziął od młodzieńca resztę biżuterii.
- Tak... Młody wiesz, że ta twoja historia jest tak klasyczna jak zadania, które cię tu czekają. Biedny chłopak spotyka nagle dziewczynę na targowisku, lecz jest ona z dobrego domu a tym samym poza jego zasięgiem. Oni jednak na przekór wszystkiemu się kochają i planują wspólną ucieczkę. Ale by nie było zbyt kolorowo ty chciałeś dać jej jakiś skromny upominek, a jako że nie było cię na nic stać, ukradłeś. Tym samym już zupełnie przekreśliłeś swoje szanse i możesz przez jakiś czas nie pokazywać się w mieście. Przez długi czas.
- Wiem, że głupio zrobiłem, ale teraz nie ma już odwrotu.
- Właśnie, więc witamy w skromnych progach nieformalnego Króla Karynis! - rzekł serdecznie chowając kolczyki do kieszeni. Progi były rzeczywiście skromne, bowiem stali przy wejściu do jaskini. - Te kosztowności to wiesz, taka opłata za wstęp.
- A... co to za zadania? - zapytał niepewnie chłopak.
- Klasyczne jak już wspomniałem. Wiesz, przynieś, podaj, pozamiataj, jak to mawiają, Synu Niepewności. Przecież za darmo cię tutaj nie trzymamy, musi być z ciebie jakiś pożytek.
- No... rozumiem.
- Świetnie, Synu Błyskotliwości. To jest także w twoim interesie. Musisz zapoznać się ze swoimi nowymi kompanami, zawrzeć przyjaźnie, aby przypadkiem ktoś cię w nocy nie zaszlachtował myśląc, żeś obcy.
Młodzieniec przełknął głośno ślinę lekko przestraszony ostatnią częścią zdania Asasyna.
- Dla pocieszenia powiem, że mnie już zaimponowałeś - dodał dawny mieszkaniec Varantu. - Okraść jubilera i uciec z najeżonego Strażnikami miasta, potem obezwładnić jednego z nich podczas pościgu i kilku załatwić, no no...
- Chciałem jeszcze raz panu podziękować za uratowanie mnie wtedy. Było ich dla mnie za dużo i gdyby nie pan to by mnie pewno pokonali.
- Powiedzmy, że kiedyś postawisz mi piwo. No dobrze, a teraz wprowadzę cię w szczegóły, Nowy. O! Tak cię będziemy nazywali, póki sam sobie na jakiś pseudonim nie zasłużysz. Twoje imię mnie nie interesuje, zostaw za sobą swoje stare życie. Teraz jesteś przestępcą i tak masz się zachowywać.
- O co chodzi z tymi pseudonimami?
- A widzisz tę czarnowłosą piękność przy ognisku? - wskazał dyskretnie ręką na samotnie siedzącą kobietę ubraną w robiony na miarę skórzany pancerz odsłaniający prawe ramię, na którym wytatuowany był dziwny okrągły symbol. - To Czarna Wdowa. Nikt nie zna jej przyrodzonego imienia, nawet ja, a znam ją jeszcze z dawnych czasów, gdy była niewolnicą na pustyni. Była tam kurtyzaną, mówiąc kulturalnie. Ech, kurwą - westchnął widząc konsternację swego rozmówcy. - Robiła to za darmo i nie bardzo jej to odpowiadało. Pewnego dnia na jej miasto napadli Koczownicy, a ona korzystając z okazji, uciekła. Dotarła na Karynis byle dalej od przeszłości, ale życie okazało się być dla niej niezbyt łaskawe. Szybko przekonała się, że by przeżyć musi robić to samo co na pustyni. Lecz tutaj przynajmniej dostawała za to pieniądze i miała lepsze warunki niż u nas, na pustyni - podkręcił wąsa. - Tak czy inaczej pewnego dnia jakiś dość nieprzyjemny klient jej nie zapłacił. Ona bardzo liczyła na te pieniądze, więc wpadła we wściekłość i zabiła go w dość... brutalny sposób. Zrabowała jego dom jak tylko mogła tamtej nocy, ale szybko jej alfons ją poinformował, żeby się wynosiła, bo Straż węszy koło jej osoby, a on nie chce kłopotów. Sprawnie czmychnęła z miasta biorąc sporą część swojego łupu i przyszła z tym do nas. Jej historia przekonała Veronima Sadeę, a i przy okazji ja się za nią wstawiłem. Wiesz, było tu też paru chojraków co się do niej przystawiało, a teraz wąchają kwiatki od spodu. A, i koleś co jej spartolił ten tatuaż na ramieniu też marnie skończył. Więc zapracowała sobie w pełni na to jak ją nazywamy.
- Mam nadzieję, że jak ją poproszę o poparcie to mnie nie zabije - próbował zażartować nerwowo chłopak.
- Bez obrazy, Ojcze Nieśmiałości, ale do takich fajtłap jak ty to ona akurat ma pobłażliwy, a wręcz pozytywny stosunek, więc nie masz się czego obawiać. O, właśnie! - zawołał wskazując głową na wchodzącego do jaskini łysego łucznika. - To jest Chudy, kolejna dość wpływowa tu persona. Jego pseudonimu chyba nie muszę wyjaśniać?
- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedział młodzieniec łypiąc na cherlawe ręce przechodzącego łysola.
- Ale niech cię to nie zmyli! Ten człowiek to prawdziwy wirtuoz łuku. Wielokroć widziałem go w akcji. Dobrze, chłopcze, przejdźmy się, pokażę ci resztę osób, z którymi warto tu dobrze żyć.
Wtem do jaskini z impetem wpadł Veronim Sadea. Szedł tak szybko, że aż trzymał prawą dłonią swoją torbę przewieszoną przez ramię, bo denerwowało go jak odbijała mu się o biodro. Po drodze zaczepił Asasyna:
- Antonio, zwołaj resztę, musimy coś omówić - wycedził i poszedł dalej ku swej siedzibie.
- Antonio? - zdziwił się Nowy. - Nie ma pan pseudonimu?
- Cóż, żaden się nie przyjął - rzekł dawny mieszkaniec Varantu robiąc kilka kroków do przodu. Obrócił się w stronę rozmówcy. - A to był właśnie nasz szef, nieformalny Król Karynis. Cóż, ja muszę iść, a ty na razie pogadaj z pomniejszymi rzezimieszkami i nawiąż jakieś znajomości. Później wrócimy do naszej rozmowy.
To powiedziawszy przystąpił do wykonania polecenia herszta bandy zostawiając chłopaka samego z jego pytaniami i zdziwieniem, że najgroźniejszą bandą na Karynis rządzi ktoś tak młody. Co prawda słyszał kiedyś nieco o Veronimie Sadei, ale sądził, że większość opowieści o nim jest przesadzona jak choćby plotka o jego magicznym kubku, który ochraniał właściciela przed aresztowaniem przez Straż Miejską. Nowy członek jego bandy postanowił przysiąść na chwilę przy ognisku i pomyśleć z utęsknieniem o swej ukochanej, którą prawdopodobnie utracił na zawsze.

Tymczasem Veronim siedział już na fotelu i nalewał do swojego blaszanego kubka nieco wina ze znajdującego się w pobliżu barku. Upił kilka łyków, wstał i ponownie usiadł tyle, że na taborecie przy stole. Po chwili do pomieszczenia weszło czterech różnych od siebie mężczyzn. Śniadoskóry Asasyn, łysy, chudy łucznik; barczysty Nordmarczyk z wielkim toporem na plecach i ciemnoskóry czarno brody facet w lekko podeszłym wieku ściskający w dłoni jeden ze swych sztyletów pochowanych w starym, brązowym płaszczu. Wszyscy zajęli swoje miejsca przy stole.
- Dobrze, że was widzę - zaczął Sadea. - Musimy ustalić co mamy zrobić w obliczu nadchodzącego zagrożenia. Verden depcze nam po piętach i skumał się z Sornem! Na pewno coś na nas razem szykują.
- Co zamierzasz z tym zrobić? - zapytał Antonio.
- Już poczyniłem pewne kroki - rzekł wstając i zaczął chodzić naokoło komory jaskini. - Kazałem rozpuścić informację, że Henryk Sorn poszukuje rzezimieszków do jakiejś roboty. Wpakujemy tę dwulicową świnię do pierdla! Ale to nie wszystko. Ma tutaj przybyć jeszcze jakaś szycha z Kontynentu. Podobno w celu omówienia jakiegoś wojskowego sojuszu. Jak myślicie, przeciwko komu?
- Przeciw nam - wypalił Nordmarczyk chcąc popisać się błyskotliwością.
- Otóż nie - odparł poirytowany szlachcic. - Czemu myrtańskie książęta miałyby się nami interesować? Albo Verdenem? Albo Mirusem, czy innymi pomniejszymi bandytami? Dopóki im nie zagrażamy, nie ma na to szans, a raczej przenosić działalności nie zamierzamy. Myślę, że oni chcą wojny z Jarkendarem - napił się trochę wina ze swojego blaszaka. - Spójrzcie: Jarkendarczycy są wojowniczym ludem. Mają posiadłości nawet na Kontynencie. To wielu wkurwia, ale oczywiście myrtańscy książęta przeciw zagrożeniu zjednoczyć się nie mogą. Każdy więc stara się na własną rękę i szukają sojuszy gdzie indziej. Feliks Ukara też ma w tym swoje interesy, więc stara się na tym konflikcie obłowić. I tutaj istotnie jest zagrożenie dla nas, ale tylko ze strony Gubernatora. Powiedzcie czy zaryzykowalibyście sojusz przeciw Jarkendarowi z kimś kto nie potrafi sobie poradzić z bandytami? Ukara z pewnością będzie chciał się z nami szybko rozprawić. W pierwszej kolejności z nami.
- To by się zgadzało... - odezwał się Chudy. - Podczas ostatnich dni konwoje kupieckie mają wielokroć zwiększoną ochronę. Wielu naszych boi się ryzykować napaść. Całe miasto też jest pilnie patrolowane.
- To dziwne co mówisz - rzekł Sadea. - Jeszcze niedawno byłem w mieście i dostałem się tam tak jak zwykle, a i żadnych patroli nie widziałem.
- To pewne informacje. Od naszego szpicla w Straży.
- Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę. Panowie, co robimy w zaistniałej sytuacji? Zdradliwy kupiec z jednej, zdesperowany Ukara z drugiej.
- Na Sornie z pewnością trzeba się zemścić! - zawołał Nordmarczyk.
- No tak. Wiem już nawet co zrobić.
- Co ci chodzi po głowie? - zapytał ostrożnie Antonio.
- Skok! Musimy kogoś obrobić i wrobić w to tych "chłopaków" od Sorna. A pewnie łachudry z portu już zwęszyły zysk i wieść się rozniosła. A nuż ktoś doniesie o tym Straży. Z pewnością nie uwierzą w to od razu, ale skok na jakiegoś bogacza już ich bardziej przekona. Najlepiej jakby był to jakiś przeciwnik handlowy Sorna... a może i sam ratusz?
- Świetny plan, ale cholernie niebezpieczny, wręcz samobójczy - powiedział Chudy.
- Ja byłbym w stanie go poprzeć, ale tylko pod warunkiem, że nie napadniemy ratusza - odezwał się w końcu czarny starzec. - To musi być Gildhel Mulgo.
- Fakt. To bezpieczniejsza opcja - potwierdził Antonio.
Nordmarczyk pokiwał głową.
- No dobrze. Może i masz rację, Sztyletniku - rzekł Veronim. - Gildhel Mulgo...
- Nadal uważam, że to zbyt niebezpieczne - podtrzymywał swoje stanowisko łucznik. - Pamiętajcie kim jest Mulgo senior...
- Kto ryzykuje, ten nie ma - stwierdził herszt popijając wino z blaszaka i w końcu siadając przy stole. - Opracujmy zatem wstępny plan tego skoku i pierwszy problem będzie częściowo z głowy.
Mężczyźni rozmawiali przez całą noc, aż do świtu. Ze względu na senność niewiele ustalili. O poranku wszystkich, a zwłaszcza podpitego Sadeę, zmorzył sen.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 05-01-19, 17:56   #5
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 868
Domyślnie

Kolejny rozdział, w którym trochę jest historii postaci. Mam nadzieję, że wszystko jest dobrze opisane i już lepiej można to sobie wyobrazić. Życzę miłej lektury .

Rozdział II Codzienność bandyty

Nowy czekając na Antonio starał się nie marnować czasu. Zaczął rozmawiać ze spotkanymi po drodze pomniejszymi rzezimieszkami. Udało mu się już nawiązać pewne znajomości. Do rozmowy z Czarną Wdową postanowił się dobrze przygotować. W szczególności psychicznie, bowiem jej historia wywołała w nim lęk w stosunku do kobiety.
- Będą z ciebie ludzie! - jego rozmyślania przerwał wesoły krzyk podchmielonego kompana. Młodzieniec siedział przy ognisku z grupką bandytów chcąc trochę odpocząć po ucieczce z miasta. Opowiedział towarzyszom tą historię oraz poprzedzający to wydarzenie włam. Wyglądało na to, że rozbójnicy zapałali do niego szacunkiem z tego powodu. Podpity mężczyzna podał chłopakowi butelkę piwa. - Masz, pij na zdrowie.
Nowy wziął od nowego znajomego zamkniętą butelczynę. Przyjrzał jej się. Rzadko pił alkohol. Tylko od czasu do czasu, gdy była okazja lub jeśli udało się mu z kolegami uzbierać na flaszkę. Był jednak taki przypadek, który wyłamał się z tych reguł i mocno zapadł chłopakowi w pamięć. Ukradł karczmarzowi gąsiorek z winem, którego nigdy nie pił, bo nigdy nie było go na niego stać. Ale wcale to nie ze względu na ten pierwszy raz utkwiło mu to we wspomnieniach. Postanowił zachować sobie tą butelkę na szczególną okazję, jaką było spotkanie ukochanej. Pierwszy raz ujrzał ją na targowisku gdy robiła z matką zakupy i od razu się zakochał. Przypominało mu to jedną z tych wielu historii, które słyszał w dzieciństwie. Od tamtego dnia starał się zwrócić na siebie jej uwagę. Udało mu się, więc postanowił tę uwagę utrzymać. Spotykali się potajemnie i z każdą taką schadzką rosło uczucie, zarówno w nim, jak i w niej. Była ona panienką z Górnego Miasta, przez co rzadko się mogli widywać, więc młodzieniec wyczekiwał tego z wyjątkową tęsknotą. Właśnie dla niej na jedną z takich randek zdobył to wino. I po spotkaniu uznał, że warto było ukraść tę butelczynę karczmarzowi, co nie było wcale takie łatwe. Tamtego dnia młodzi kochankowie po raz pierwszy się pocałowali. Niestety ta historia miała swoje konsekwencje. Wina było dużo, a podzielili się nim na pół, więc rodzice dziewczyny łatwo odkryli, że ich córka jest pijana, przez co dostała zakaz wychodzenia z domu do odwołania. Cudem udało jej się przekazać to ukochanemu, któremu ze względu na status społeczny nie wolno było wejść do dzielnicy arystokracji. Ten postanowił, że uciekną razem i zaczął zbierać na miejsce na statku. Najmował się gdzie tylko można było, bo postanowił zdobyć pieniądze legalnie. Ale wtedy przyszedł mu do głowy ten przeklęty pomysł o jakimś upominku dla ukochanej. A to już musiał ukraść. Został nakryty, lecz zdołał uciec i tak trafił do gangu Veronima Sadei. Chłopak zastanawiał się czy nie mógł postąpić inaczej.
- Świeżak, pij, a nie się zastanawiasz! - zawołał ten, który podarował młodzieńcowi trunek, wyrywając go z zamyślenia.
- Właśnie, bo ci jeszcze zabierzemy! - dodał jego kompan.
- Tak... Eee... Racja - Nowy otworzył butelkę i pociągnął kilka łyków.
Smak piwa przypomniał mu o ojcu, który niedawno zginął tajemniczą śmiercią w porcie. To wydarzenie przyspieszyło decyzję chłopaka o wyjeździe - wiedział, że w Karynis jest zbyt niebezpiecznie, a wojownikiem był słabym. Tamtych strażników pokonał cudem, za który dziękował Innosowi w duchu. Był wdzięczny także za to, że spotkał Antonio, który uratował go od aresztowania. Teraz jednak pozostało mu tylko życie w podziemiu, a przynajmniej sytuacja tak wyglądała. W głębi duszy liczył, że dostanie szansę na zmianę, odkupienie win i szczęście z ukochaną u boku... Przystawił butelkę do ust i resztę jej zawartości opróżnił jednym haustem.
Godzinę później rozbójnicy rozeszli się, śmieci wrzucając go ogniska, które zgasił ostatni bandyta. Nowy wyszedł z jaskini chcąc odetchnąć świeżym powietrzem. Oparł się o pobliskie drzewo, po czym osunął na ziemię. Szybko zasnął.

Obudził się po południu ze wzrokiem utkwionym w niebo. Słońce go nie raziło, bowiem gęste korony drzew prawie nie przepuszczały promieni. Wstał i otrzepał się z ziemi. Cieszył się, że przeżył, bo dość przejął się słowami Antonio iż ktoś kto go nie zna, może uznać za przybłędę i zabić. Po chwili ujrzał owego Asasyna opartego o drzewo z rękami skrzyżowanymi na piersiach, przyglądającemu się młodzieńcowi. Ten podszedł do Nowego.
- No, świeżak, jak tam? - zapytał. - Wykorzystałeś wolny czas?
- Tak, zapoznałem się z częścią bandy - oparł chłopak. - Czarną Wdowę... postanowiłem zostawić na później.
- Boisz się jej? - wąsacz gestem głowy pokazał, żeby poszli do jaskini. - Spokojnie, jak już ci mówiłem ona, hmmm... lubi takich nieporadnych chłopaków jak ty, Synu Bojaźliwości. Ale nie obiecuj sobie także zbyt wiele. Wiesz, z umiarem, młodzieńcze, z umiarem.
- Rozumiem, ale... czy nie mógłbyś mi towarzyszyć? - zapytał niepewnie, gdy wkraczali do jaskini.
Asasyn zamyślił się.
- Niech będzie, ale pod jednym warunkiem: zrobisz to tu i teraz.
- C-co? - spytał przestraszony żółtodziób zatrzymując się.
- To, co słyszałeś - odparł śniadoskóry odwracając się do rozmówcy. - Idziemy prosto do Czarnej Wdowy. Udowodnij przed bandą, żeś mężczyzna! Zwykły rabunek na jubilerze i spektakularna ucieczka z miasta nie na długo tutaj starczą. Musisz systematycznie podnosić sobie poprzeczkę, by uzyskać trwały posłuch wśród tutejszej zgrai. Inaczej... ciężko ci tu będzie. To jak? Idziesz, czy krewisz?
- Idę - młodzieniec szybko podjął decyzję będąc wciąż bardzo przestraszonym. Nie był pewny decyzji, ale liczył, że w razie czego starszy towarzysz go obroni.
Antonio kiwnął głową. Poszli dalej, w głąb jaskini. W Nowym z każdym krokiem podnosił się poziom przerażenia, a obecność kompana, wbrew oczekiwaniom, wcale nie poprawiała jego samopoczucia. Asasyn zaś rozglądał się dokładnie po jaskini w poszukiwaniu starej znajomej. Był pewien, że siedzi gdzieś samotnie przy ognisku kontemplując swą przeszłość, jak i myśląc o przyszłości. Zawsze gdy z nim rozmawiała niemal namacalnie wyrażała nadzieję, że uda jej się pozbyć piętna przeszłości, stać się inną osobą i żyć godnie. Gdziekolwiek, byleby była darzona szacunkiem przez mężczyznę, który dostrzeże w niej wewnętrzne piękno. Mężczyzna przysłuchując się tym marzeniom sądził, że nie są one raczej możliwe do spełnienia, przynajmniej nie wszystkie, ale nie miał serca jej tego powiedzieć.
Krążyli po kompleksie jaskini już kilka minut. W Nowym strach i niemal paraliżujący stres powoli osiągały szczytowy poziom, jednak po kobiecie nie było ani śladu. Asasyn w końcu stanął, marszcząc czoło. Spojrzał na siedzącego nieopodal przy ognisku czarnoskórego starca, który także mu się przyglądał. Jemu i towarzyszącemu mu młodzieńcowi. Wstał i podszedł do nich.
- A co ty się, Antonio, tak kręcisz po tej pieczarze jak gówno w przeręblu? - zapytał prześmiewczo.
- Sztyletnik, nie widziałeś przypadkiem Czarnej Wdowy? - śniadoskóry zignorował zaczepkę brodacza.
- Ach, więc szukasz tej swojej dziwki... - stwierdził mężczyzna bezceremonialnie, gładząc swój bujny zarost. Jego rozmówca zaś starał się nie dać sprowokować. - Z tego co wiem dała się namówić na spacerek traktem handlowym. Mówiąc prościej: - dodał patrząc na Nowego - razem z Chudym, Bladym, Ignisem i innymi poszła napaść na karawanę kupiecką zmierzającą na wielką farmę. Powinni wrócić gdzieś tak wieczorem. Chociaż wiesz, że bywa różnie...
- Nowy, upiekło ci się - powiedział zwracając się do chłopaka. - Przy okazji poznaj: to Sztyletnik, Ojciec Okrutnej Ironii i jeden z ważniejszych tutaj bandytów...
- Tak, tak, dziękuję ci, Antonio, za te komplementy - przerwał mu sam zainteresowany bawiąc się wyciągniętym z płaszcza sztyletem, jakby na potwierdzenie swego pseudonimu. - Ale przykro mi, nie będzie spotkania z ciekawym człowiekiem - to rzekłszy oddalił się jak gdyby nigdy nic w stronę wyjścia z groty.
- Tak, on już taki jest... - rzekł Asasyn wpatrując się swymi brązowymi oczami w odchodzącego mężczyznę. - Ma cięty język, a przy okazji jeszcze lepiej posługuje się swymi ostrzami. Zresztą, to on nauczył Czarną Wdowę jak się walczy sztyletami. No cóż, usiądźmy przy tym ogniu - wskazał głową na palenisko, przy którym wcześniej odpoczywał starzec. - Ciężko ci będzie zyskać jego szacunek, ale z pewnością będzie to warte zachodu.
- A kim są ci, których ten... Sztyletnik wymienił przed chwilą. Ten Blady i... Ignis? - spytał młodzieniec siadając.
- Cóż, Blady to jeden z najbardziej zaufanych ludzi Veronima Sadei. Nie błyszczy może inteligencją, ale to właśnie sprawia, że będzie on raczej lojalny wobec naszego Króla Półświatka. No i jest silnym, postawnym Nordmarczykiem, więc ma posłuch.
- Nordmarczyk? - zdziwił się Nowy. - To chyba daleko stąd i...
- Tak, masz rację, Synu Błyskotliwości. Nordmar jest położony na górzystej, północnej części Kontynentu, a w dodatku jego mieszkańcy cechują się wyjątkowym honorem, więc jakim cudem ktokolwiek z nich miałby się stać przestępcą? Cóż, mam nadzieję, że masz czas, bo to dość długa historia. Blady urodził się w domu biednego myśliwego. Pewnego dnia jednak ojciec nie wrócił z polowania. Matka zostawiła kilkuletniego synka u starego alchemika mieszkającego w pobliżu i sama wyruszyła na poszukiwania męża. Znaleziono ją po kilku dniach. Martwą, poszarpaną, bez prawej ręki. Upierała się ona na samotną podróż, mimo iż alchemik radził jej poprosić kogoś o pomoc. Przed Bladym ukrywano śmierć matki, wciskając mu bajkę, że ostatnio widziano ją w Faring, gdzie prowadziły ślady jego ojca. Dzieciak żył jeszcze wiele lat w nieświadomości. Pomagał swemu opiekunowi zbierając dla niego rośliny. Gdy miał już dwanaście lat, alchemik zgodził się by ten wyruszył na swoje pierwsze polowanie. Na dziki. Staruszek długo nie chciał tego zrobić, ponieważ przyzwyczaił się już do młodzika i ukochał go jak własnego syna, którego nigdy nie posiadał. Wyposażył wychowanka w silne mikstury lecznicze i puścił go samego. Wtedy Blady natknął się na coś co zmieniło jego życie. Znalazł szkielet w solidnej, nordmarskiej zbroi, którą pamiętał z dzieciństwa, z rozbitą czaszką, w którą wbita była strzała. Poza pancerzem znajomy był także pierścień na kościstym palcu trupa. Zaręczynowy. Matka miała taki sam. Blady domyślił się kogo miał przed oczami. Wrócił do domu alchemika z płaczem. Ten chciał pocieszyć dzieciaka, który po tym wydarzeniu przeszedł przemianę. Utracił część dziecięcej radości, ale miał jeszcze złudną nadzieję na zobaczenie matki. W końcu namówił alchemika, by poszli jej rzekomym śladem, do Faring. Ten przystał na to, lecz obawiał się, że kłamstwo wyjdzie na jaw. W mieście nikt o kobiecie nie słyszał. To jednak nie zraziło dzieciaka, który ubłagał chcącego wracać starca do pójścia dalej. Dotarli do biednej wioski o nazwie Gotha. Mimo zwierzchnictwa Księcia Junkersa z Montery w wiosce panowało bezprawie. Zionąca zewsząd patologia od początku była złowroga wobec przybyszy z Północy. W końcu dwóch rzezimieszków ich zaczepiło chcąc od nich złota. Dzieciak wyciągnął nóż i stanął w obronie swego opiekuna. Oni zlekceważyli jego wojownicze wymachiwanie bronią i jeden podszedł by szarpnąć staruszka. Wtedy pod wpływem emocji, Blady wsadził mu ostrze w brzuch. Nie spodziewali się tego. Złość wynikająca z wcześniejszego odnalezienia zwłok ojca w końcu miała szansę znaleźć ujście... dzieciak zmasakrował mu bebechy. Drugi otrząsnął się z szoku i odkopnął młodzika. W zemście zranił staruszka śmiertelnie. Blady szybko wstał i przebił agresorowi plecy, zahaczając o serce. Tak... - powiedział patrząc młodzieńcowi prosto w oczy. - Blady ich zabił. Z nerwów, prawdopodobnie niechcący, ale zabił. Jako trzynastolatek. Jeszcze dziecko... Potem chciał uratować staruszka. Starał się, ale alchemik wiedział, że to koniec, stracił zbyt wiele krwi, w dodatku bandzior przebił mu płuco. Zdradził mu więc tajemnicę losu jego matki i wyzionął ducha. Wtem z opiekuna cieszącego się miłością dziecka stał się okrutnym kłamcą w oczach młodego Nordmarczyka. Znienawidził go! Chciał szybko uciec gdzieś gdzie mógłby ochłonąć. W końcu okazało się, że jego matka także nie żyje już od wielu lat. Ale nie udało mu się. Odnaleźli go bandyci, którzy dowiedzieli się o całym zajściu. Tam wieści bardzo szybko się rozchodziły. Dostrzegli w nim potencjał i go przygarnęli.
- Ale to nie tłumaczy skąd się tu wziął - powiedział po chwili milczenia Nowy. Poruszyła go ta historia.
- Spokojnie, młodzieńcze, trochę cierpliwości. Blady dorastał wśród bandytów ucząc się od nich różnych sztuczek. Wielka polityka omijała tę wioskę przez kilkanaście lat. Aż dziwne, ale to prawda. W końcu jednak nastał ten dzień kiedy wybuchła wojna między sprzymierzonymi książętami Faring, Geldern i Vengardu oraz Księciem Montery i hrabią Waldfried. Walczyli oni po stronie dwóch różnych dostojników z Varantu, którzy spierali się kto ma zasiąść na tronie Państwa Asasynów. Ja też walczyłem w tej wojnie... Ostatecznie zwyciężył Machmud, który panował krótko, lecz mądrze. Obalili go Koczownicy, którzy niespodziewanie zaatakowali nasze ziemie... Przepraszam, rozgadałem się. Dla myrtańskich książąt wojna domowa na pustyni była oczywiście tylko pretekstem aby rozwiązać własne problemy. Trzej zwycięscy władycy uwięzili Księcia Montery i podzielili między siebie jego liczne farmy. Także Gotha została zajęta. Książę Faring, Karol II szybko zajął to miasto i wprowadził żelazne zasady. Trzymał mieszkańców solidnie za twarz i walczył z przestępczością już w trakcie działań wojennych. Blady i kilku jego towarzyszy zbiegło ze strachu przed aresztowaniem. A wtedy możliwość była jedna: wcielenie do wojska. Dzięki wojennemu zamieszaniu udało im się bez problemów odpłynąć. Ukryli się w beczkach i sporą część rejsu spędzili w ładowni. Do czasu. Na statek napadli piraci. Jeden z bandytów wymyślił plan ucieczki. Czterej mężczyźni wybiegli z ładowni i pobiegli w stronę szalupy. Dwóch z nich próbowali szybko ją spuścić, a dwaj pozostali ich osłaniali. Pech chciał, że towarzysz Bladego został zabity przez jednego z piratów z łuku. Zauważył to drugi bandyta i pobiegł w stronę łucznika, by go wyeliminować. Osamotnionemu rzezimieszkowi udało się spuścić szalupę do wody. On i Blady wskoczyli, a zaraz po nich ich towarzysz do nich wpadł. Dosłownie. Prawdopodobnie podczas powrotu jakiś typ go wypchnął nie wiedząc, że na dole jest łódka. Mężczyzna był ciężko ranny i towarzysz Nordmarczyka uznał, że w takim stanie do niczego się nie nadaje i wyrzucił go za burtę. Blady chciał zaprotestować, ale się powstrzymał. Zwłaszcza, że potrzebny był mu kompan do wiosłowania, by jak najszybciej oddalić się od miejsca morskiej bitwy, bo ruszył za nimi pościg. Płynęli za nimi dwiema łódkami i strzelali. Szybko jednak okazało się, że nie chodzi o nich, ale o kupców, którzy uciekli ze statku jeszcze przed abordażem. Na ich nieszczęście byli jeszcze widoczni na horyzoncie. Jeden wzięty z nimi ochroniarz także strzelał z kuszy. Bandyci postanowili odpłynąć w bok, by przypadkiem zabłąkany pocisk nie trafił żadnego z nich. Udało im się też zbliżyć do uciekających bogaczy, wśród których jak się okazało była także kobieta. Spowalniała ich ze względu na swoją wagę. Chyba żona lub córka jednego z handlarzy. Ochroniarz zaczął strzelać także do nich myśląc, że są piratami, którzy również się zbliżali. Towarzysz Bladego został trafiony w dłoń przez co nie mógł wiosłować obiema rękami. Nordmarczyk postanowił zaryzykować i rzucił w wojownika swym toporem. Ten zauważył to zbyt późno i próbując zrobić unik, wypadł za burtę, a topór wbił mu się w ramię. Chłop utonął. Jeden z kupców rozpaczliwie odrzucił wiosła i sam próbował strzelać z kuszy, która pozostała na pokładzie. Jedna piracka szalupa dotarła do kupców. Druga dryfowała z tyłu pusta. Blady postanowił się oddalić, ale wilki morskie postanowiły zapolować także na nich. Więc Nordmarczyk wyciągnął z pochwy kompana miecz i gdy łodzie dzieliła już niewielka odległość, skoczył w ich stronę i stoczył pojedynek z jednym piratem. Drugi i trzeci skoczyli na łódź kupców. Ostatecznie Blady pokonał ich wszystkich, a kupcom powiedział, by się nie obawiali. Wprawił tym samym w osłupienie zarówno kupców, jak i swego towarzysza, Syn Szlachetności. Ten ostatni szybko się jednak ogarnął i wyrwał Nordmarczykowi swój miecz. Zabił kupców, a kobietę z trudem wypchnął jednym kopnięciem. Następnie zaczął przeszukiwać ich majątek. Przez resztę drogi nie odzywali się do siebie. W końcu dotarli do Karynis i postanowili się rozdzielić. Towarzysz dał Blademu część kupieckiego złota. Mężczyzna żyje pewnie gdzieś na wyspie, Blady nigdy nie próbował go szukać. No i szybko trafił do nas. Gdy złoto się skończyło, Nordmarczyk postanowił poszukać jakiejś uczciwej pracy. Jednak jego pracodawca nieustannie go oszukiwał aż Blady w końcu się wkurwił i go zabił.
Nowy spojrzał na opowiadającego z niedowierzaniem. Kolejne "spontaniczne" morderstwo.
- Nie patrz tak na mnie, tak było na prawdę. Skutecznie zniechęciło to Bladego do szukania uczciwego zarobku. Uciekając przed Strażą natknął się na Veronima, który także miał problemy ze Strażnikami. Nordmarczyk mu pomógł, imponując swoją siłą i umiejętnościami walki. Szybko się zaprzyjaźnili. To było tak dawno temu... Veronim zbierał wokół siebie jeszcze więcej tego typu ludzi, aż w końcu stał się szefem tej zgrai, najniebezpieczniejszej na wyspie.
- Rzeczywiście długa historia - przyznał młodzieniec.
- Tak, trochę mnie zmęczyło jej opowiadanie... - Antonio wyciągnął butelkę wina. Rozmasował też zastygłe mięśnie. Podczas opowiadania prawie się nie ruszał. - Coś na przepłukanie gardła. Klasztorne wino. Magowie Ognia poza swoimi smętnymi naukami o Innosie robią też coś pożytecznego - powiedział, po czym otworzył butelkę i wypił kilka łyków. - Masz, napij się.
- Dzięki - rzekł Nowy z wdzięcznością i po dyskretnym wytarciu gwinta także się napił. Oddał Asasynowi naczynie. Smak alkoholu znowu przypomniał mu o ukochanej. - A ten drugi, którego wspomniałeś... ten Ignis. Kim on jest? Tylko... nie rozgaduj się jak poprzednio, jeśli możesz - dodał nieśmiało.
- Dobrze, spróbuję. Historię Bladego ciężko było streścić w kilku słowach, tutaj się postaram. O Ignisie przez pewien czas niewiele było wiadomo, sam nie lubił o sobie mówić. Ale pewnego dnia jeden ze wścibskich złodziejaszków ukradł mu jego dziennik. Opowiedział jego historię przy ognisku, czego potem gorzko pożałował...
- Ignis go zabił? - chciał się upewnić młodzieniec.
- Tak. W bardzo okrutny sposób. Po pewnym czasie znaleziono go powieszonego na jednym z drzew przy drodze. Miał rozcięty brzuch i... inne paskudne rany. Podobno jeszcze zipał... Nikt jednak Ignisowi nie zrobił z tego powodu wyrzutu. Ale wracając. Ignis służył w armii księcia vengardzkiego, Zygmunta I. Też walczył we wspomnianej wcześniej przeze mnie wojnie i dosłużył się stopnia pułkownika. Stał się jednym z najbardziej wpływowych wojskowych, dostatnio mieszkał w stolicy z rodziną. Jednak pewnego dnia jego żona uparła się, by przenieśli się do spokojniejszego miejsca, na prowincję. On uległ jej marzeniu i wkrótce przenieśli się do niewielkiej wioski rybackiej. Nie było to zbytnio po myśli kobiety, ponieważ chciała się przenieść gdzieś dalej, na jakąś farmę. Ten jednak chciał być blisko Księcia, by być w razie czego na jego rozkazy. Ach, te kobiety... Później wybuchła wojna między Vengardem, a Faring i Cape Dun. Niedawni sojusznicy się poróżnili... Ignis poszedł na wojnę, a Książę poszukiwał sojuszników. I wtedy to się stało. Ignis otrzymał wiadomość, że jego rodzina została wymordowana przez żołnierzy z Księstwa Faring. Była to swego rodzaju zemsta jednego z wojskowych, który w trakcie poprzedniej wojny został upokorzony przez Ignisa. Upokorzony do tego stopnia, że ten prawie stracił swe wysokie stanowisko. Nie wiem co się stało, ale to była ponoć wielka ujma dla honoru tamtego wojownika. Więc Ignis łamiąc wszelkie rozkazy, zebrał grupę lojalnych żołnierzy i wyruszył na poszukiwania mordercy swojej rodziny. W końcu się znaleźli. Ich wojska stoczyły ze sobą bitwę, podczas gdy oni pojedynkowali się. Ignis zabił przeciwnika, a jego ludzie zwyciężyli. Powrócił więc na swoją poprzednią pozycję. Jego przełożony, ze względu na wcześniejszą nienaganną służbę, nie ukarał go. Ale w Ignisie nastąpiła przemiana. Stał się okrutnikiem wyżywającym się na ludności cywilnej. Jego przełożonym to nie przeszkadzało. Do czasu, gdy zaczęli przegrywać na froncie. Wtedy rozkazano mu ograniczać się. Gdy nastał czas na rozmowy pokojowe, jednym warunków przerwania działań wojennych było postawienie Ignisa przed sądem wojskowym za jego zbrodnie. Ktoś życzliwy ostrzegł go przed tym. Mężczyzna się nie wahał. Zbiegł na południowy-zachód Kontynentu. Czuł w sobie niesamowitą pustkę po utracie rodziny. Niby nie powinno mu już zależeć na życiu, a jednak uciekł przed śmiercią. Udało mu się dostać na pustynię. Tam podobno zarządca Bragi ugościł go z honorami dowiadując się kim Ignis jest. Były wojskowy został tam jakiś czas korzystając z gościnności Asasyna. Aż w końcu na miasto napadli, a jakże! Koczownicy! Ignis pomógł moim rodakom w walce z nimi i, mimo wdzięczności mieszkańców, odszedł. Nie mógł już żyć w społeczności. Postanowił uciec gdzieś, gdzie nikt go nie zna. Padło na Karynis. Jakiś czas uczestniczył w nielegalnych walkach organizowanych w porcie, aż w końcu zainteresował się nim Verden - mimowolnie Asasyn spochmurniał wypowiadając to imię. - Nasz główny konkurent. Ignis sądził, że i tak jest już wyrzutkiem, więc przystał na jego propozycję. Jednak sam herszt go mocno irytował, nie dawał mu działać po swojemu, indywidualnie. Zostawił więc bandę Verdena, przez co się teraz trochę nie lubią, hehe... - Antonio rozweselił się nieco. - W końcu wpadł na nas i już z nami został. Veronim szanuje go za jego umiejętności bojowe. To chyba najlepszy szermierz miecza dwuręcznego jakiego widziałem! Musiał się jednak przy nas ponownie przyzwyczaić do pracy w grupie. Nie krył zdenerwowania, ale teraz czuje się już znośnie... Nikt nie wymyślił dla niego pseudonimu, zresztą boją się go, nie chcąc skończyć jak tamten złodziej. No, chyba teraz udało mi się cię nie zanudzić - uśmiechnął się brązowooki.
- To nie było nudne - zaoponował Nowy. - Tylko przydługie.
- No, skoro tak myślisz... to wydaje mi się, że zasłużyłem na solidny łyk! - to powiedziawszy uniósł gwałtownie butelkę, o mało się nie zalewając winem, i przyssał się do gwintu wypijając większość szkarłatnej cieczy. - Resztę zostawiam tobie - podał kompanowi naczynie. - I będę się zbierał - dodał wstając. - Miałem się spotkać z Veronimem, a tymczasem myśmy zbyt wiele czasu przegadali. Może jeszcze zdążę... Trzymaj się, młody!
Nowy odprowadzał chwilę Antonio wzrokiem, po czym spojrzał na butelkę z winem. Wytarł jej szyjkę o dół koszulki.
- To za udany pierwszy dzień! - rzekł sam do siebie wznosząc toast. -
Niedługo to będzie moja codzienność - wypił kilka łyków zostawiając trochę alkoholu na dnie. - Codzienność bandyty - dodał smutniej.
- Ty to chyba jeszcze niewiele wiesz o naszej codzienności, chłystku.
Chłopak podniósł głowę zaskoczony. Usłyszał kobiecy głos. Zdumiony przyglądał się podchodzącej do niego kobiecie. Skórzane czarne spodnie i wysokie buty na obcasie tego samego koloru były do niej dopasowane tak, że mogła się w nich swobodnie i zwinnie poruszać. Koszulka nie miała rękawów i była ciemnoszara. Na odsłoniętym ramieniu było widać charakterystyczny tatuaż. Dosyć ładna twarz była częściowo zakryta przez proste pukle czarnych włosów.
Młodzieniec bardzo dobrze wiedział kim ona jest. Tak bardzo obawiał się tego spotkania. Nie przyszła góra do Innosa to przyszedł Innos do góry, jak to zwykli mawiać ludzie. Ciało Nowego zaczęło lekko drżeć. Jego ciśnienie podniosło się, a krew płynęła w nim szybciej wprawiając organizm w stan najwyższej gotowości. Starał się jednak utrzymać w tajemnicy swoje pobudzenie zachowując kamienną twarz, ale było to trudne, bo w końcu zaczepiła go osoba, która przerażała go odkąd o niej tylko usłyszał - Czarna Wdowa. Mało tego, że zaczepiła! Powoli usiadła na wprost niego, po drugiej stronie ogniska. Krew zawrzała w młodzieńcu że stresu. Zrobił się czerwony na twarzy.
- Przysiądę się po robocie, jeśli pozwolisz - powiedziała obnażając białe lecz krzywe zęby w szyderczym uśmiechu.

Asasyn pchnął drewniane drzwi i poszedł wgłąb jamy, którą zamieszkiwał Veronim Sadea. Jednak nikogo tam nie było. Mężczyzna rozejrzał się. Wyglądało na to, że szlachcic wyszedł dopiero niedawno. Brązowooki spóźnił się. Wzruszył więc ramionami i odszedł.

Tymczasem Król Półświatka szedł w milczeniu wraz z Chudym przez zalesioną drogę. Zmierzali do jednej z podmiejskich jaskiń. Łucznik wrócił niedawno z udanego napadu, ale mimo to nie mógł odpocząć, bo musiał towarzyszyć hersztowi bandy. Obaj byli podenerwowani, lecz każdy z różnych powodów.
- Oby tylko czekały nas dobre wieści - łysy przerwał niezręczną ciszę.
- Tak - potwierdził zniecierpliwiony Veronim.
- Nie mogliśmy czekać na Antonio - powiedział Chudy, odgadując co gryzie herszta. - Honir też ma ograniczony czas.
- Tak, prawda - szatyn kiwnął niecierpliwie głową.
Szli dalej aż, po przedarciu się przez krzaki, dotarli pod wejście do dwukomorowej jaskini. Chudy spojrzał na kompana.
- Wybacz, ale muszę się odlać - poinformował, po czym odszedł na bok.
- Dobra, poczekam w środku. W razie czego ubezpieczaj tyły.
To powiedziawszy Sadea wkroczył do środka. Rozejrzał się. Było cholernie ciemno, więc szybko sięgnął do torby i wyciągnął z niej pochodnię. Po jej rozpaleniu zrobiło się znacznie jaśniej. Następnie wbił ją pionowo w ziemię i zaczął dalej grzebać w torbie. Wyciągnął z niej butelkę ginu, a potem swój blaszany kubek, o którym krążyły już legendy. Nawet sam właściciel uwierzył jakoby przynosił mu on szczęście i powodzenie na włamach. Nalał do naczynia alkohol, który zresztą po chwili wypił. Usłyszał szelest poruszanych krzaków. Odłożył butelkę, chwycił pochodnię i odwrócił się w stronę wyjścia z jaskini. Spodziewał się, że będzie miał przed sobą Chudego. Pomylił się. Stanął przed nim mężczyzna w średnim wieku z pochodnią w ręku, która oświetlała jego twarz. Miał krótkie, podgolone z tyłu oraz z boków ciemne włosy i okazały wąs. Patrzył na Veronima swymi bystrymi, zielonymi oczami. Był dobrze zbudowany, więc ciężka zbroja Straży Miejskiej dobrze na nim leżała. Składała się ona z ciężkich, wysokich butów, skórzanych spodni, ćwiekowanych karwasz z utwardzone skóry, biało-czerwonej tuniki z godłem Karynis oraz pasa, który ją obwiązywał. Wzmacniana była metalowymi elementami. Mężczyzna miał przy pasie długi jednoręczny miecz, a na plecach spoczywała kusza. Do pasa było przypiętych jeszcze kilka fiolek z miksturami leczniczymi i pudełko na bełty. Milczał.
- W końcu jesteś, Honir - powiedział w końcu Veronim Sadea.
- Tak - odparł mężczyzna. - Masz dwie nowe wiadomości. Obie złe - dodał poważnym tonem.
Mina Króla Półświatka natychmiast zrzedła.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 23-01-19 o 18:51.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-01-19, 15:23   #6
Majonez_Majesa
Chrząszcz
 
Zarejestrowany: czerwiec 2017
Skąd: Warszawa
Posty: 11
Domyślnie

Nowe opowiadanie... A co z Przeznaczeniem? No w sumie mogłeś się zmęczyć tak dużym projektem, ale wróć kiedyś do tego, bo było tam poruszonych parę ciekawych wątków. Tutaj też widać potencjał, ale niewiele jest wyjaśnione. Ale to może ja czegoś nie doczytałem. Tak czy inaczej czekam na ciąg dalszy i życzę weny.
RPG
Majonez_Majesa jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-01-19, 20:12   #7
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 868
Domyślnie

Przeznaczenie zostało zawieszone, co znaczy, że do niego wrócę. Ale na razie chcę się skupić na krótszych opowiadaniach, by jeszcze się trochę wyrobić w warsztacie pisarskim. Zaczynając Przeznaczenie rzuciłem się na zbyt głęboką wodę.
Dzięki za komentarz .
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 31-01-19, 20:28   #8
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 1 868
Domyślnie

Post do edycji
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Ilja chce artefakt waza Piksel112 Pomoc 1 12-01-17 22:03
Problem z zadaniem starożytny artefakt. Melothar1 The Returning 0 30-10-16 14:32
Sarkeras - Artefakt Przodków Scholar Publikacje modderów 0 12-08-14 14:50
Jak zdobyć ten artefakt Mario618 Pomoc 15 06-08-11 16:15


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.