Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Gothic - Płomień Innosa

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 25-09-19, 18:02   #1
 Mika 123
Obywatel milicjant
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Ludowa Republika Khorinis
Posty: 2 234
Domyślnie Gothic - Płomień Innosa

Wiem, że forum już niezbyt żyje, ale co tam

Prolog

Ogień zajął już całe wrzucone do kominka drewno, gdy na fotelu usiadł gospodarz, zbliżający się wiekiem do starości. Słudzy w pośpiechu rozpalili kominek na wieść o powrocie swego pana. Mężczyzna odetchnął. Nareszcie w domu. Ktoś podał mu złoty puchar z winem. Pan podziękował i upił łyk. Nie mógł jednak zbyt długo cieszyć się domowym spokojem. Spojrzał na trzymaną w drugiej dłoni kopertę z królewską pieczęcią. Westchnął niezadowolony i odłożył kielich, po czym złamał zabezpieczenie koperty, wyjmując z niej list.
Lordzie Dominique!
Podejrzewałem, że gdy powrócisz do stolicy, ja nie zakończę jeszcze mojej wizyty w Królestwie Laran, dlatego kazałem zostawić Ci ten list. Masz ważną misję i liczę, że zaczniesz od razu. Nie mam czasu na szczegóły. Królestwo Argaanii pozwala sobie na zbyt wiele. Po ostatnim ataku na jeden z naszych okrętów transportujących rudę z Górniczej Doliny Khorinis skończyła się moja cierpliwość! Zbierz tylu żołnierzy, ilu będzie Ci potrzebnych i zaatakuj Wyspy Południowe. W kopercie znajdziesz także nakaz wydania Ci Świętego Młota z Klasztoru na wyspie Khorinis, którym posługiwał się mój ojciec, w czasie ostatniej kampanii na Argaanii. Wszelkie pytania kieruj do Arcymaga Oprina.
Niech Płomień Innosa rozświetli Twą drogę i strawi naszych wrogów,
Król Rhobar II.

Lord wstał i wpatrując się w kartkę szedł powoli w stronę stołu, na którym stała świeca. Mężczyzna przyłożył list do płonącego knota. Zgodnie z oczekiwaniami na pergaminie pojawiły się dodatkowe słowa. Myrtańczyk uniósł brwi.
- O Innosie... Miej nas w swojej opiece - wyszeptał, po czym zwinął list w rulonik i wyszedł pośpiesznie z domu kierując się w stronę królewskiego pałacu.

Do portu w Vengardzie zawinął kolejny statek. Młody mężczyzna, ciemnowłosy, niebieskooki podróżnik wrócił do domu najmując się jako marynarz na statku kupieckim. Poprawił torbę podróżną schodząc po trapie na stały ląd. Nie był zbyt postawny, ale nie był także cherlawy. Stanął przed miejską bramą i spojrzał na jednego z pilnujących jej strażników. Barczysty, wąsaty, w mundurze, z dwuręcznym mieczem na plecach. Młodzieniec chwilę mu pozazdrościł, jednak szybko stwierdził, że podoba mu się jego życie. Że muskuły to jednak nie wszystko, że wąsy zawsze można sobie zapuścić, że lubi swoje chaotyczne życie wędrowca i nie spieszno mu do monotonnej posady stróża prawa, że taki miecz mu niepotrzebny, bo lepiej się posługuje jednoręcznym. Jakby na potwierdzenie tego uśmiechnął się do siebie i przeszedł przez bramę. W mieście jak zwykle panował duży ruch. Skierował swoje kroki do dobrze znanego sobie sklepu alchemika. Otworzył drzwi i przy dźwięku stojącego nad nimi dzwonka wkroczył do środka. Podszedł do lady i zastukał palcami o blat. Po kilku chwilach z zaplecza wyszła nieznana mu dziewczyna.
- Dzień dobry - powitała go z nieśmiałym uśmiechem.
- Dzień dobry - odpowiedział. - Poproszę flakonik perfum z alkojagód.
Sprzedawczyni pokiwała głową i schyliła się. Znalazła buteleczkę i postawiła ją na ladzie.
- 200 sztuk złota.
- Proszę bardzo - powiedział mężczyzna jedną ręką rzucając mieszek ze złotem, a drugą zabierając perfumy. Już miał wychodzić, gdy nagle stwierdził, że musi zaspokoić ciekawość. - Co się stało ze starym... to znaczy z panem Mingiem?
Dziewczyna wydawała się zaskoczona tym pytaniem.
- Świekier zmarł już przeszło rok temu. Teraz mój mąż odziedziczył po nim ten sklep - odpowiedziała.
- Ach, tak... Pan Chang odziedziczył po ojcu zdolności alchemiczne. No nic, dziękuję. Do zobaczenia - uśmiechnął się szybko do sprzedawczyni i wyszedł.
Będąc na zewnątrz postanowił iść już prosto do domu. Zaskoczyła go śmierć Minga, który mimo wieku był przecież okazem zdrowia. Obawiał się, że pod jego nieobecność wiele mogło się zmienić. Ale nie było go ledwie dwa i pół roku. Miał nadzieję, że w domu wszyscy zdrowi. Przyspieszył kroku. Coś mu mówiło, że jednak nie jest tak, jak było gdy wyjeżdżał. Niemiłe zaskoczenia po powrocie były z pewnością najgorszą częścią dalekich podróży. A to była dopiero jego pierwsza wielka wyprawa! W końcu stanął przed chatką, w której się wychowywał. Wygląd nic się nie zmienił.
- Znowu w domu - powiedział do siebie, otwierając frontowe drzwi.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 01-11-19, 17:33   #2
 Mika 123
Obywatel milicjant
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Ludowa Republika Khorinis
Posty: 2 234
Domyślnie

Rozdział I Powrót

Młodzieniec pchnął drzwi i znalazł się w niewielkim przedpokoju, gdzie stała jakaś sfatygowana szafka z szufladami. Wrócił do domu po dwóch i pół roku podróży. Chłopak wszedł dalej i dotarł do jadalni, w której zamiatała jakaś kobieta, u której widać już było kilka siwych od stresu kosmyków. Gdy go dostrzegła, odłożyła szybko miotłę, podchodząc do niego i przytuliła go.
- Synku, wróciłeś - spojrzała na niego i pogładziła go dłonią po policzku.
- Tak, wróciłem - odparł niebieskooki. - I mam coś dla ciebie - sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej flakonik z perfumami. - A gdzie ojciec i Kornen? Dla nich też coś kupiłem.
- Przecież wiesz, że nie musiałeś - rzekła kobieta po przyjrzeniu się fiolce. - Ale dziękuję. Ojciec śpi... pijany. A Kornen jeszcze pracuje. Chodź, usiądź. Napijemy się herbaty, opowiesz mi o wszystkim.
- Nie, dziękuję, mamo - powiedział chłopak odkładając swoją torbę. - Jestem zmęczony, pójdę się położyć.
- Oczywiście. Twoje łóżko jest tam gdzie zawsze. Śpij dobrze.
Młodzieniec poszedł do pokoju, w którym spał wraz z bratem. Położył się na swoim łóżku, znajdującym się pod jedną ścianą. Pod drugą stało łóżko Kornena. Zamknął oczy i szybko zasnął.

Obudził się i przez okno zauważył, że jest już wieczór. Wstał i poszedł jeszcze nieco sennym krokiem do jadalni. Tam zastał przy stole matkę, ojca i brata. Ojciec dostrzegając chłopaka, wstał i, kulejąc, podszedł do niego z otwartymi ramionami. Był to szczupły, lecz dobrze zbudowany, wąsaty szatyn. Zwykle miał w ustach fajkę, bądź w dłoni butelkę jakiegoś alkoholu, bowiem jak zawsze mówił "Prawdziwego mężczyznę można poznać po wąsie, fajce i gorzałce". Ojciec był niegdyś żołnierzem, jednak pewien wypadek sprawił, że zaczął kuleć, przez co wyrzucono go z wojska.
- Proszę, proszę. Innosie, mój młodszy syn w końcu wrócił do domu - mężczyzna objął młodzieńca i poklepał po plecach. Niebieskooki poczuł od niego smród gorzały oraz tytoniu. Ojciec stanął przed synem i sięgnął do kieszeni mieszczańskiej sukmany po fajkę. - Długo cię nie było, Morenie.
- Mam coś dla ciebie, tato - powiedział chłopak i sięgnął do swojej torby podróżnej, leżącej na ziemi. Wyciągnął stamtąd drewniane pudełeczko. - Tytoń z Wysp Południowych. Kupiłem na rynku w Archolos, tam był jeden Argaańczyk i sprzedawał specjały stamtąd.
- Dzięki, synu - odparł ojciec z fajką między zębami. - Od razu wypróbuję.
Moren znowu sięgnął do torby. Wyciągnął stamtąd dwie butelki wina.
- Ta jest dla ciebie - powiedział stawiając jedną przy miejscu ojca. - A ta dla ciebie, bracie - dodał podchodząc do Kornena.
- Bracie... No tak, mój brat, powsinoga i bumelant wrócił do domu. I co przynosi? Wino! A gdzie są pieniądze? Przecież wiesz, że ledwie wiążemy koniec z końcem!
- Kornen! Nie mów tak o bracie! - wzięła syna w obronę matka.
- Ale taka jest prawda, mamo. Mój braciszek zamiast wziąć się do roboty i zarobić na dom, włóczy się po świecie i wydaje pieniądze!
Moren spuścił głowę. W słowach Kornena coś było. Coś, co go zabolało. A to przecież nie była jego wina, że nie potrafi być taki jak brat! Zmarszczył brwi.
- Staram się, jak mogę - powiedział, podchodząc do torby. Wyjął z niej mieszek ze złotem. - To jest to, co mi zostało. 200 sztuk złota.
- 200 sztuk? Nie bądź śmieszny! - zakpił Kornen. - To za mało. Ojciec kuleje, pracuje tylko dorywczo, a niewielu chce go zatrudnić. A ja... ja mam swoje zobowiązania. Niedługo się żenię i co wtedy? Mam utrzymywać was wszystkich?! - uniósł się młodzieniec.
- Cisza! - krzyknął ojciec. - Cisza. Kornenie, nie wypominaj mi! A ty, Morenie, posłuchaj. Twój brat ma rację. Powinieneś się usamodzielnić. Z pewnością w podróży zetknąłeś się z pracą, dlatego nie powinieneś mieć problemów ze znalezieniem zajęcia. Ale to jutro. Teraz jemy w spokoju - zakomenderował.

Następnego dnia Moren wstał wcześnie rano. Okazało się jednak, że jego brat już dawno poszedł do pracy. Chłopak pomyślał sobie, że może faktycznie jego brat nie ma lekko. Młodzieniec poszedł do jadalni i zastał tam matkę ścierającą kurze przy eleganckiej zastawie na dębowej szafce. Nad nią wisiał obraz przedstawiający zielone równiny na chwilę przed bitwą. Po jednej stronie stała myrtańska konnica, po drugiej zaś orkowi wojownicy gotowi do ataku. Ojciec był wielkim pasjonatem wojska, co podobno odziedziczył po dziadku Morena, dlatego wyrzucenie z armii bardzo go dotknęło. Pił więcej niż zwykle, ale szybko wziął się w garść i zaczął szukać pracy. Nikt nie chciał jednak zatrudnić kulawego na stałe, więc ojciec pracował na zlecenie, dorywczo, choć rzadko go przyjmowano.
Matka spojrzała na syna. Widząc, że Moren wpatruje się w obraz nad nią, także skierowała na niego wzrok.
- Jest tata? - zapytał niespodziewanie chłopak.
- Nie, wyszedł razem z Kornenem. Chyba chce znaleźć jakąś pracę - matka zwróciła spojrzenie z powrotem na syna.
Młodzieniec spuścił głowę. Może to faktycznie czas, by się zmienić i odciążyć nieco rodzinę. Nie chciał być trutniem ciążącym na kulejącym ojcu i pragnącym założyć własną rodzinę bracie.
- Oni mają rację. Powinienem być dojrzalszy - powiedział Moren.
- Nie będę zaprzeczać - odparł matka po chwili ciszy. - Ale pamiętaj, że to nie jest tak, że jesteś bezużyteczny, a twoje podróże bez sensu. W końcu... dzięki tobie możemy odpocząć nieco od przykrej rzeczywistości i posłuchać o twoich wędrówkach, choćby i tych niedalekich. Ojciec bardzo to lubi, bo przypomina mu to o jego młodości w wojsku. Także Kornen nie uważa cię za obciążenie. Po prostu jest zdenerwowany, wiesz w jakiej jest sytuacji.
- Dziękuję - odparł Moren uśmiechając się ciepło do matki. - Ale muszę już iść. Zobaczę co się zmieniło w mieście i rozejrzę się za pracą.
- Dobrze, powodzenia - odpowiedziała kobieta.
Młodzieniec wyszedł z domu i ruszył ulicą. Skierował się w stronę karczmy, licząc że tamtejszy oberżysta będzie coś wiedział o pracy. Zanim jednak dotarł do celu, usłyszał wołanie gdzieś z ulicy:
- Moren!
Obrócił się w stronę źródła dźwięku i dostrzegł swojego starego przyjaciela z lat dzieciństwa. Dość niski, zielonooki, ciemny blondyn zmierzał truchtem w jego stronę. Gdy byli już blisko, uścisnęli sobie dłonie.
- Hunt, jak się cieszę, że cię widzę! - ucieszył się niebieskooki. - Muszę z kimś pogadać. Przy piwie u starego Lorina, ja stawiam!
- Wiesz, że nie odmówię. Zwłaszcza, że chciałbym trochę posłuchać o tych twoich dalekich wojażach.
Obaj młodzieńcy szybko dotarli do karczmy. O tej porze nie było zbyt wielu klientów, toteż właściciel wraz z pracownikami zajęli się porządkami. Moren zajął stolik, a Hunt zamówił dwa piwa. Brodaty oberżysta bez słowa podał im po kuflu.
- Pewnie jest wyczerpany po wczoraj - stwierdził blondyn.
- A co się działo wczoraj? - zapytał zaciekawiony Moren.
- Ach, szkoda gadać. Jakiś bogaty panicz rozkręcił ponoć sporą balangę i... no, kolega mi mówił, że było grubo. No nic, nieważne. Opowiadaj lepiej co tam w wielkim świecie.
- No cóż... - zamyślił się niebieskooki. - Byłem na krótki czas w Khorinis, ale szybko opuściłem wyspę. Nie lubią tam chyba obcych, bo wszystkiego ściśle pilnują. Potem dotarłem na wyspę Topas, bo tam był nasz przystanek w drodze na Wschodni Archipelag. Niestety... trochę się tam zapomniałem i statek odpłynął beze mnie.
- Heh, miałeś pecha - zaśmiał się Hunt, biorąc łyk piwa.
- Tak, ale też nie do końca. Tamtejsi mieszkańcy mówili mi, że jestem tam uziemiony, bowiem na Topas rzadko przypływają statki. Nie było tam nic szczególnego, a na dodatek wyspa była praktycznie zdominowana przez znajdujący się tam fort Paladynów, toteż sam straciłem nadzieję na rychłe opuszczenie wyspy. Ale na szczęście z powodu sztormu na wyspie musiał zatrzymać się jakiś statek kupiecki. Jego właściciel nie chciał mnie jednak przyjąć na pokład. Ale w czasie burzy okręt został częściowo uszkodzony, więc musieli zabawić na wyspie jakiś czas. Mogłem więc pokazać właścicielowi, że mogę być użyteczny. Pomogłem w naprawie statku i w końcu się zgodził.
- A więc jednak miałeś sporo szczęścia. Więcej niż rozumu.
- Puszczę to mimo uszu - odparł Moren, po czym napił się piwa. - Nie udało nam się jednak całkowicie bez przeszkód dotrzeć do Archolos. Podczas rejsu zaatakowali nas piraci. Byli zbyt wolni, żeby nas dogonić, ale strzelali do nas z armat. Gdzieś przed nami majaczył się ląd i szybko się okazało, że to kryjówka piratów, którzy zaatakowali nas także ze strony lądu. Jednak Innos wysłuchał chyba naszych modłów i ze wschodu przybyły dwie fregaty królewskie. Dzięki doświadczeniu i sprytowi naszego kapitana udało nam się wymigać od tej morskiej bitwy, ale nie wyszliśmy z tego całkowicie bez szwanku. Znowu byliśmy zmuszeni się zatrzymać, tym razem w Laran. Na granicy blokada morska nie robiła nam żadnych problemów i udało nam się dotrzeć do portu. Ja jednak zwolniłem się ze służby u kupca, chcąc nieco pozwiedzać nieznany mi kraj.
- I jak tam jest? - spytał zaciekawiony Hunt.
- Ich społeczeństwo nie różni się zbytnio od myrtańskiego. Architektura też jest podobna. Odniosłem wrażenie, że w Laran bardzo cenią naukę, zwłaszcza badania nad magią.
- Postawisz kolejną kolejkę? - zapytał blondyn patrząc w dno swojego pustego kufla.
Ciemnowłosy dopił własne piwo.
- No dobra - powiedział, wyciągając z sakiewki kilkanaście monet. - Zamów kolejne dwa.
Chwilę potem Hunt wrócił dwoma kuflami piwa. Obaj mężczyźni wypili po łyku.
- I co było dalej?
- Nie przebywałem w Laran zbyt długo. Nie opuściłem nawet obszarów tego miasta portowego, w którym się znalazłem.
- A jak się nazywało?
- Stare Korto. Nowe Korto ponoć znajduje się gdzieś na wschodzie Królestwa Laran i też jest miastem portowym. Tak czy inaczej nie było tak, jak sobie wyobrażałem. Zamiast zwiedzać, pracowałem. Żeby jakoś się utrzymać zamiatałem ulice. Ale mimo wszystko wyjechałem stamtąd bogatszy. Pewien uczony dał mi jakąś książkę o astronomii.
- Tak za nic? - zdziwił się Hunt. - Przecież książki to nie są tanie rzeczy.
- Nie, wcześniej wyświadczyłem mu sporą przysługę. Byłem świadkiem kradzieży, o którą został posądzony. Facet był niewinny i nie omieszkałem tego powiedzieć. Lokalny sędzia mi uwierzył i ten cały Barthos został uniewinniony. Przekazał mi tą książkę, mówiąc że to najcenniejsza rzeczy jaką posiada. Był mi bardzo wdzięczny, bo w Laran podobno złodziei każe się obcięciem ręki, a przy recydywie lub wysokiej wartości przedmiotu nawet dwie.
- U nas też tak chyba kiedyś było... - zamyślił się blondyn.
- Tak, ale Król chyba postanowił się zabezpieczyć w przypadku niesłusznych oskarżeń.
- A masz tę książkę? Wiesz, może sporo kosztować, a u was w domu naprawdę się nie przelewa.
- O tym właśnie chciałem z tobą później porozmawiać - powiedział Moren kiwając głową. - Ale nie, nie mam tej książki. Po dwóch miesiącach załapałem się na pokład kolejnego kupieckiego statku i na nim dostałem się do Archolos. I tamten kupiec, niejaki Jared, zatrudnił mnie u siebie. Wykonywałem dla niego drobne zlecenia, byłem chłopcem na posyłki. Płacił dość dobrze, więc nie mogłem narzekać. Pewnego dnia wybrałem się z dość sporą gotówką na rynek. Zacząłem już planować powrót, toteż postanowiłem poszukać jakichś podarunków dla rodziny. Kupiłem dwie butelki archoliańskiego wina. Nawet nie wiesz jakie to było drogie... Spotkałem też pewnego kupca z Wysp Południowych. Nazywał się Jasir. Przyznam, że nawet się polubiliśmy. Kupiłem od niego nieco tytoniu dla ojca. Ale ile on miał innych egzotycznych przedmiotów... - rozmarzył się Moren. Szybko jednak wrócił do meritum. - Tak czy inaczej sporo rozmawialiśmy. Kiedy dowiedział się, że mam przy sobie księgę naukową, natychmiast chciał ją ode mnie odkupić. No i sprzedałem ją za 500 sztuk złota.
- Ale nie masz tych pieniędzy - odgadł Hunt.
- Tak... - przyznał zawstydzony. - Gdy wracałem miałem zgromadzone 600 monet. Jednak podczas podróży na pokładzie wybuchł bunt marynarzy. Staliśmy na środku morza i wtedy marynarze zażądali naszych pieniędzy pod groźbą wyrzucenia za burtę. Wzięli do niewoli kapitana oraz kilku bogatszych pasażerów. Dzięki mojemu nieco zabrudzonemu strojowi podróżnemu wzięli mnie za zwykłego mieszczanina. Tacy jak ja mieli zapłacić połowę swoich pieniędzy. Ruszyliśmy dalej i szybko wpłynęliśmy do portu. Tam wypuścili nas na brzeg, poza bogaczami i kapitanem, których wcześniej schowali pod pokładem. Zorientowałem się, że wróciłem na wyspę Khorinis. Zostało mi 300 sztuk złota, a ja nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Poszedłem więc do jednej z karczm, chcąc zapytać o nocleg. Zauważyłem mężczyzn grających w kości. Pomyślałem, że spróbuję szczęścia. Ostatecznie wzbogaciłem się o 150 monet i jakiś pierścień. Przespałem się w tej karczmie, ale nie chciałem zostawać w Khorinis na dłużej. Chciałem już wrócić do Vengardu. Dlatego szybko znalazłem sobie jakąś kupiecką łajbę, na której potrzebowali pomocy. Wtedy też pewnego wieczoru przegrałem tamten pierścień z Khorinis, ale przynajmniej wróciłem z 400 monetami. Za 200 kupiłem perfumy dla mamy w sklepie starego Minga, a pozostałem 200 dałem rodzinie.
- Rozumiem. Więc pewnie Kornen nie jest zachwycony.
- No jakbyś zgadł. Muszę teraz znaleźć pilnie jakąś pracę i tak pomyślałem... może coś wiesz?
- Niezbyt. Sam z ledwością znalazłem zajęcie jako czeladnik myśliwego - odparł Hunt dopijając piwo. - A i tak dostałem tę robotę tylko dlatego, że mój poprzednik poległ na wojnie.
- Tej między nami a Asasynami? - zapytał Moren.
- Tak. Rozpętała się jakiś czas po twoim wyjeździe, a zakończyła dość niedawno. Nasze wojsko dało ponoć solidny łomot Asasynom.
- Słyszałem o niej, ale za wiele nie wiem. A szkoda. Opowiesz mi o tym trochę?
- A postawisz kolejną kolejkę?
- Ech, no dobra... - niebieskooki niechętnie sięgnął po sakiewkę.
- Spokojnie, tylko żartowałem. Skoro za bardzo się nie obłowiłeś na tej wyprawie, to nie będę na tobie żerował.
- Daj spokój, jeszcze stać mnie na wydanie kilkunastu monet. A gardło też przepłukać trzeba.
- Skoro tak mówisz... - powiedział Hunt, przyjmując od kompana pieniądze. - Zaraz wracam.
Już po chwili chłopak wrócił z dwoma kuflami piwa. Moren tymczasem rozejrzał się po karczmie. W trakcie ich rozmowy przybytek nieco opustoszał - służba skończyła chyba sprzątanie i udała się na zaplecze. Tylko właściciel stał niezłomnie za barem.
- No to opowiadaj - powiedział niebieskooki przyjmując piwo od towarzysza i upijając spory łyk.
- Wiesz, że nie jestem dobry w opowiadaniu, ale proszę, nie przerywaj. Nie znam zbytnio przyczyn tej wojny, ale prawdopodobnie Asasyni chcieli rozszerzyć swoje terytorium o południowe rubieże naszego kraju. Ogłoszono częściową mobilizację. Mnie pobór do wojska nie objął, tego czeladnika najwyraźniej tak... Tak czy inaczej Asasyni ruszyli w kierunku Trelis. Nasi zwiadowcy szybko o tym donieśli, więc gdy Asasyni dotarli na miejsce, nasi żołnierze byli już jako tako okopani. Rozpoczęło się oblężenie. I tutaj ofensywa się załamała. Nasi przez długie miesiące utrzymywali się w twierdzy, nie przepuszczając Asasynów dalej. W końcu przybyli Paladyni i wtedy ponoć zabawa się skończyła. Wojownicy Innosa ruszyli na oblegających i wdali się z nimi w walkę. Następnie oblegani wyszli i wsparli rycerzy w walce, choć nie byli już zbytnio potrzebni. Po kilkunastu godzinach Asasyni uciekli w popłochu, w pogoń za nimi ruszyła nasza kawaleria. Większości udało się jednak dostać do varanckich fortyfikacji na przełęczy. I tu znowu do akcji wkroczyli Paladyni, którzy ramię w ramię ze zwykłymi żołnierzami zdołali przebić się dalej i zajęli Bragę. Wówczas Asasyni przysłali ponoć posła z propozycją pokoju, który miał przywrócić stan sprzed wojny. Król jednak się na to nie zgodził, więc Asasyni zaatakowali Bragę. Mieli przewagę liczebną, a w dodatku napierali z dwóch stron, ale nasi wytrzymywali. Przeciwko Paladynom stanęli elitarni wojownicy wspierani przez Czarnych Magów. To była podobno niesamowita walka. Jakiś poeta napisał o niej wiersz, który przeczytał tutaj ku uciesze gawiedzi. Wtem do Bragi przybył Król wraz z dodatkowymi oddziałami. Po jednej potyczce, Asasyni skapitulowali i podpisano pokój. Na jego mocy zdobyliśmy kontrolę nad przełęczą, jednak nad Bragą już nie, ale zawsze coś. Zwłaszcza, że Varantczycy mają nam wypłacić wysoką kontrybucję.
- Ciekawa historia - przyznał po chwili milczenia Moren. - Szkoda, że mnie tam nie było.
- Tak czy inaczej, było, minęło. Tak jak nasze piwo - odparł Hunt patrząc na kufle stojące na stole.
- Żałuję, że nie kupiłem trochę od Jasira. Miał sporo butelek, ponoć według specjalnej domowej receptury. Niestety, cena też była specjalna.
- No widzisz, a u nas piwo tańsze - wtrącił blondyn.
- Owszem - potwierdził kiwnięciem głowy Moren. - Ale... wiesz, przy kramie Jasira było tyle egzotycznych rzeczy... Tak bardzo chciałbym kiedyś znaleźć się na Wyspach Południowych...
- No, ale będziesz musiał nieco z tym zaczekać.
- Tak, wiem, praca, odpowiedzialność, i tak dalej.
- Nie tylko - odparł Hunt drapiąc się po ramieniu. - Z tego co słyszałem szykuje się kolejna wojna. Z Królestwem Argaanii właśnie.
- Nie gadaj - nie dowierzał Moren.
- Tak, niedawno słyszałem obwieszczenie herolda. Podobno zaczął się dobrowolny nabór do armii.
Nastała krótka cisza. Moren zamyślił się nad tym, co usłyszał. Zaczął na szybko analizować.
- A co gdybym się zaciągnął? - odezwał się niebieskooki.
- Nie żartuj - odparł Hunt. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale kompan przerwał mu samemu zabierając głos:
- Nie sądzisz, że to upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu? Zwiedzenie Wysp Południowych oraz sprostanie oczekiwaniom rodziny.
- Wiesz, wojna to nie jest zabawa...
- Ojciec na pewno byłby dumny - kontynuował niezrażony Moren.
- Przemyśl to jeszcze... Albo inaczej. Nie mów o tym nikomu. Daj sobie czas na znalezienie normalnej pracy.
- A jak się nie uda, to się zaciągnę. Niech będzie - postanowił. - Dzięki za rozmowę, muszę już iść - dodał wstając.
- Wzajemnie. I nie rób nic pochopnie.
- Postaram się.

Moren wrócił do domu zmęczony. Nie znalazł pracy - wszędzie mu odmawiano. Główną przyczyną był zwyczajnie brak potrzeby zatrudniania kolejnego pracownika, a przynajmniej tak mówili ludzie, za to kowal powiedział otwarcie, że nie potrzebny mu czeladnik o tak wątłych ramionach. W jadalni zastał ojca stojącego przed obrazem przedstawiającym myrtańskie równiny przed bitwą z Orkami. Niebieskooki oparł się o ścianę i obserwował go, rozmyślając przy tym nad swoim pomysłem zaciągnięcia się do armii. W pewnym momencie ojciec wyciągnął z kieszeni spodni kluczyk, klęknął i otworzył nim dolną szufladę szafy przed którą się znajdował. Wyciągnął z niej skórzaną pochwę, zaś z niej wyjął miecz. Zadbany, błyszczący w świetle świec, o lekko zakrzywionym do tyłu ostrzu. Skórzana rękojeść była zamknięta chroniąc nieco palce metalowym prętem łączącym się z prostym jelcem.
Ojciec przyglądał się klindze obracając ją w różne strony. Obejrzał się za siebie i dał synowi znak ręką, by ten do niego podszedł.
- Dostałem ten miecz od swojego ojca - powiedział mężczyzna. - Dobrze mi służył, gdy byłem żołnierzem. Teraz już tylko się kurzy.
Moren kiwnął głową. Pamiętał jak ojciec wielokrotnie już o tym opowiadał. Nagle samoistnie wyciągnął dłoń ku broni. Mężczyzna dał mu miecz. Niebieskooki chwycił pewnie za rękojeść i obrócił się nieco, po czym wyprowadził cios w powietrze. Powtórzył to jeszcze parę razy. Broń była niesamowicie lekka, dzierżenie jej nie sprawiało młodzieńcowi problemów.
Niespodziewanie mężczyźni usłyszeli otwierające się drzwi. Ojciec pokazał synowi gestem, by ten oddał mu miecz, po czym włożył ostrze z powrotem do pochwy, którą schował w dolnej szufladzie szafki. Zamknął skrytkę na klucz i wtedy w jadalni pojawił się jego starszy syn, Kornen. Widząc brata, obdarzył go jedynie chłodnym spojrzeniem i zniknął w ich pokoju, uprzednio zostawiając na stole niewielki mieszek ze złotem. Moren spojrzał na sakiewkę.
- Ja nie znalazłem jeszcze pracy - powiedział, gdy znów zostali z ojcem w pomieszczeniu sami.
- Na pewno coś się znajdzie - odparł nieco obojętnie mężczyzna. - Na razie nie potrzebujemy pieniędzy na gwałt.
- Ale Kornen mówił, że...
- Mówił, bo jest sfrustrowany. I ja go rozumiem. Ty też powinieneś. Ale nic się nie stanie, jeśli nie znajdziesz pracy od razu - powiedział ojciec, po czym minął syna i poszedł w stronę swojej sypialni.
- Jutro pójdę do Magów Ognia. Może potrzebują kuriera albo kogoś w tym stylu - powiedział Moren odwracając się do ojca, który stał już przy drzwiach. Ten jedynie obrócił się przez ramię i kiwnął głową.

Minął już tydzień od powrotu Morena do Vengardu. Tak jak ustalił z Huntem przez ten czas młodzieniec szukał pracy, ale niczego konkretnego nie udało mu się znaleźć. Postanowił więc podczas kolacji oznajmić rodzinie, że zamierza zaciągnąć się do armii. Zebrał już najważniejsze informacje i czuł się gotowy. Czuł również narastającą presję, zwłaszcza ze strony brata, którego dniówka ostentacyjnie stawiana na stole kuła go w oczy. Wzrok Kornena wbity w niebieskookiego podczas wspólnych posiłków sprawiał, iż temu ciężko było przełykać jedzenie. Wiedział, że to już czas.
Jak co dzień zebrali się wieczorem przy stole. Każdy nabierał sobie zupy ze stojącej na środku okrągłego stołu drewnianej wazy do swojego półmiska, Moren wziął jako ostatni. Zjadł kilka łyżek, po czym odstawił sztućce i wyprostował się. Kornen spojrzał na niego pytająco, następnie matka.
- Idę do wojska - oznajmił.
Ojciec odwrócił wzrok od swojego półmiska i spojrzał na młodszego syna.
- Co? - zapytał zdziwiony Kornen.
- To jedyne rozsądne wyjście, jakie widzę - powiedział Moren, nie dając dojść do głosu innym domownikom. - Nie mogę znaleźć żadnej pracy. Czuję się jak pasożyt. Mieszkam tutaj, jem, piję, i nic nie daję od siebie. A tak, przestanę ciążyć, zrobię coś dla ojczyzny...
Niebieskooki ostrożnie ważył słowa. Już od dawna układał to, co ma powiedzieć. Brat i matka patrzyli na niego z niedowierzaniem. Ojciec także, jednak poza zaskoczeniem w jego oczach widać było jeszcze coś, coś w rodzaju nadziei. Mężczyzna wstał i spojrzał w kierunku szafki, gdzie trzymał swój żołnierski miecz, a nad którą wisiał obraz o tematyce wojennej. Stał tak kilka chwil z rękoma splecionymi za plecami. Po chwili obrócił się przez ramię.
- Jesteś tego pewien? - zapytał.
Moren spuścił nieznacznie głowę. Po chwili podniósł wzrok.
- Tak. Nie widzę innego wyjścia - odparł niebieskooki. Wiedział, ze nie ma już szansy na honorowy odwrót.
- Niech będzie - ojciec kiwnął głową. Sięgnął do kieszeni po kluczyk i klęknął przy dolnej szufladzie szafki z elegancką zastawą na wierzchu.
Moren podejrzewał, co się zaraz wydarzy i rosła w nim ekscytacja. Spojrzał na siedzących przy stole brata i matkę. Kornen wciąż wyglądał na zaskoczonego, zaś matka chyba już się otrząsnęła z pierwszego szoku. Jej oczy były zaszklone ale nic nie powiedziała. Tymczasem ojciec wydobył ze skrytki swój cenny, pamiątkowy miecz w pięknej skórzanej pochwie.
- Chciałbym ci to dać... synu - powiedział mężczyzna nie kryjąc wzruszenia. - Jestem z ciebie dumny.
Moren chwycił broń, uśmiechając się nieznacznie. Udało mu się. Ojciec zaakceptował jego decyzję, był z niego dumny. Teraz już klamka zapadła. Przymocował sobie pochwę z mieczem do paska spodni. Usłyszał jak matka łka.
- Spokojnie, mamo - powiedział, starając się brzmieć kojąco, przekonująco. - Dam sobie radę. W czasie podróży musiałem mierzyć się z niejednym.
Jednak kobieta zaniosła się szlochem i wybiegła z jadalni do sypialni. Ojciec patrzył na to obojętnie, zaś Kornen po chwili zastanowienia ruszył za matką. Stanął na moment przy drzwiach.
- Dumny jesteś z siebie? - zwrócił się do Morena.
Niebieskooki spuścił głowę. A jednak nie poszło tak, jak chciał. Liczył, że reszta domowników pogodzi się z jego decyzją, bo nie zamierzał jej zmieniać.
- Nie bój się - powiedział krzepiąco ojciec, kładąc synowi dłoń na ramieniu. - U mnie w domu zareagowano podobnie.
Chłopak spojrzał na ojca i uśmiechnął się niepewnie. Ten jednak przyglądał się obrazowi nad szafką z zastawą. Po chwili znów spojrzał na syna, poklepał go kilka razy po ramieniu, po czym odwrócił się i poszedł w stronę sypialni, by porozmawiać ze swoją żoną.
Moren został sam. Spojrzał na miecz u swego boku. Chwycił pewny siebie za rękojeść. Nie chciał zawracać z drogi, którą zaczął iść.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 12-05-20, 15:24   #3
 Mika 123
Obywatel milicjant
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Ludowa Republika Khorinis
Posty: 2 234
Domyślnie

Rozdział II Szkolenie

Moren z samego rana następnego dnia ruszył do koszar, gdzie kazano zgłosić się wszystkim ochotnikom. Za nim było ciężkie pożegnanie z rodziną. O ile ojciec z dumą ściskał go na pożegnanie, o tyle matka była o wiele smutniejsza, a jej spojrzenie mogłoby wskazywać na to, że nie spodziewa się go już więcej ujrzeć. Wyglądała, jakby się miała zaraz rozpłakać, ale nie doszło do tego. Kornen natomiast był już w pracy, jednak dla Morena tak było lepiej, bowiem nie musiał zmagać się z jego potencjalnym wściekłym spojrzeniem. W końcu znowu został sam z utrzymaniem rodziny, a planował przecież założyć własną. Młodzieniec wiedział jednak, że postępuje słusznie. A przynajmniej chciał w to wierzyć...
Stało się. Przyjęto go i wkrótce później wraz z pozostałymi ochotnikami zostali przewiezieni na pokładzie statku na niewielką wyspę na północny-wschód od Vengardu. Mieli tam zostać przeszkoleni, a następnie wysłani na front. Na miejscu znajdowała się dość sporej wielkości osada, nad którą górowała umiejscowiona na wzniesieniu twierdza knechtów. Wyspę zamieszkiwali również Paladyni w liczbie kilku rycerzy. Ich siedziba znajdowała się w pobliżu miejskiej kaplicy Innosa, którą opiekowało się trzech Magów Ognia.
Na tej wyspie, zwaną Magnorią, Moren wraz z pozostałymi rekrutami miał spędzić miesiąc na nieustannych treningach walki mieczem, wzmacniania swojej siły i zręczności, przetrwania w warunkach wojennych oraz posługiwania się bronią dystansową.
W twierdzy nakazano im ustawić się w kolejce do zbrojowni, gdzie mieli otrzymać swój rynsztunek. Wszystko nadzorował podporucznik Kerrand. Obserwował on uważnie Morena zaraz od wejścia swymi stalowoniebieskimi oczami.
- A cóż to za miecz? - zapytał w końcu. - Bardzo... ładny - dodał, a oczy aż mu błysnęły.
- Rodzinna pamiątka - odparł chłopak dumnie poprawiając miecz przy pasie.
- Zatem bardzo mi przykro - mężczyzna szybko chwycił za rękojeść i wyciągnął miecz Morena. - Tutaj każdy nowy dostaje broń przydziałową. Żadnych wyjątków.
- Ale...
- Nie martw się. Dobrze się zajmę tym mieczem - powiedział Kerrand wyjmując swój stary miecz z pochwy i wkładając tam nowy. - Daj mu broń dla rekruta - kiwnął głową na kwatermistrza.
Moren zmarszczył brwi i przyjął ekwipunek. Był wściekły, że ktoś zabrał mu jego prezent od ojca. Spojrzał pełnym nienawiści wzrokiem na Kerranda. Poprzysiągł, że odbierze mu SWOJĄ własność. Wiedział jednak, że to nie ten czas. Jeszcze.

Długi kamienny most był jedyną drogą prowadzącą do Klasztoru Magów Ognia na Khorinis. Idący nim Lord Dominique rozmyślał nad aspektem strategicznym tej konstrukcji - w końcu musiał się przestawić na myślenie wojenne. Po jego bokach szli Lord Owen, główny doradca i bliski przyjaciel, oraz Arcymag Ognia Bergolio, przełożony Magów Ognia przydzielonych do tej wyprawy.
Przybysze już na początku swojej drogi przez most zauważyli na jego końcu komitet powitalny kapłanów Innosa. Przed szereg wystąpił stary mag, którego cała twarz pokryta była już zmarszczkami i bruzdami. Spojrzenie jego szarych oczu wyjątkowo zwinnie prześlizgiwało się po przybyszach.
- Niech Innosa będzie z wami, zacni panowie! - odezwał się w końcu ochrypłym głosem. Odchrząknął, co trochę oczyściło jego ton. - Nazywam się Mistrz Ignatius i mam się wami opiekować w czasie waszego pobytu w klasztorze.
- Nie zabawimy tu długo - rzekł Dominique.
- Jego Eminencja zadbał o godne przyjęcie gości z Kontynentu. Rozkazał wyprawić uroczystą ucztę - powiadomił Ignatius. Jednak widząc lekkie zniecierpliwienie Lorda, dodał: - Otrzymaliśmy wasz list. Artefakt przekażemy wam po uczcie.
Dominique kiwnął głową. Ignatius zaprosił gości do klasztoru i pokazał im ich pokoje. Powiedział, że mają godzinę na odpoczęcie po podróży.
Lord w trakcie krzątaniny po swojej celi dostrzegł kątek oka swoje odbicie w lustrze. Przystanął na chwilę. Był już stary, starszy od Ignatiusa, lecz wyglądał nieco młodziej, a i sił mu nie brakowało. Nie był jak prawie niedołężny, zbyt dumny by chodzić o lasce Mag Ognia. Nie, Dominique wciąż był wojownikiem. Wyciągnął swą tarczę i miecz, stanął w pozycji bojowej i spojrzał na samego siebie. Nadal będzie budził postrach we wrogach, nikt go nie weźmie za dziadka, któremu zostało już tylko bujanie się w fotelu przy kominku do usranej śmierci. Tak długo już nie walczył, a jednak wciąż w to wierzył. Musiał. Bowiem przywódca winien dawać przykład.
Czas tego próżnego gapienia się w lustro musiał jednak szybko minąć. Dominique przebrał się w rubinowy kaftan i dumnym krokiem poszedł do refektarza, gdzie wszystko było już przygotowane do uczty. Lord i jego towarzysze zasiedli po prawej stronie przeora klasztoru, Arcymistrza Oktymona. Po lewej zaś dostojnicy klasztorni. Jego uwagę przykuł, poza znajomym już Ignatiusem, również inny kapłan, który w oczekiwaniu na przemowę przeora czytał jakąś książkę. W końcu Arcymistrz Oktymon wstał i uderzył kilkukrotnie łyżeczką w złoty kielich, by zwrócić na siebie uwagę wszystkich zebranych przy stole. Mówił krótko i zwięźle o tym, że mają zaszczyt gościć Lorda Dominique z Kontynentu i jego towarzyszy, wspomniał również kilkoma słowami o zbliżającej się wojnie i zarządził modlitwę dziękczynną za dary znajdujące się na stole, a gdy usiadł na miejscu, wszyscy rozpoczęli jedzenie.
Pierwsze kilkadziesiąt minut konsumpcji odbywało się w ciszy, nikt nie śmiał się odezwać.
- Jak minęła podróż? - zapytał w końcu Oktymon. To pytanie pozostali uznali za pozwolenie na rozpoczęcie rozmów między sobą.
- Dziękuję, dobrze - odparł zdawkowo Dominique.
- Cieszy mnie to.
Tymczasem obsługujący biesiadników Nowicjusze co i raz spoglądali w stronę gości, co nie umknęło ich uwadze oraz uwadze przeora.
- Wie pan, że pański przyjazd to dla nich wielkie wydarzenie? - odezwał się Oktymon. - Jest pan żywą legendą, a przy okazji królewskim Marszałkiem. To dla wielu z tych prostych ludzi pierwszy kontakt z kimś z królewskiego dworu.
Dominique zamyślił się na chwilę.
- Czy zatem mógłbym z nimi porozmawiać?
Zaskoczony przeor uniósł brwi.
- Chyba źle mnie pan zrozumiał. Spotkanie pana to zaszczyt dla WSZYSTKICH naszych Nowicjuszy. Rozmowa z każdym z nich zajmie panu mnóstwo czasu. Którego podobno panu brakuje - dodał nieco zgryźliwie Oktymon. - Nie mogę się również zgodzić na rozmowę z tą garstką, która nas obsługuje - Mag nie dał rozmówcy dojść do głosu. - Nie chcemy zasiewać ziarna zazdrości w naszych Nowicjuszach.
- No tak, w końcu ich życie musi być skromne i nijakie - rzekł cicho Lord Owen nachylając się ku uchu przyjaciela, po czym upił łyk wina z kielicha.
- Chciałby waszmość coś dodać do naszej rozmowy? Dobrze usłyszałem? - zapytał Oktymon.
- Nie, tak tylko głośno myślę.
- To dobrze - rzekł z fałszywym spokojem przeor. Wyglądał, jakby wahał się coś dodać, ale w końcu powiedział: - Bowiem, doprawdy, ktoś z pańską przeszłością nie powinien się udzielać w towarzystwie. Szlachectwo z nadania jest mniej warte od szlachectwa przyrodzonego.
Lord Owen aż się cały zagotował. Wyglądał, jakby miał zaraz wstać i rzucić na kapłana. Wytykanie mu jego mieszczańskiego pochodzenia działało na niego jak płachta na byka. Lord Dominique i Arcymag Bergolio spojrzeli na siebie porozumiewawczo i kiwnęli głowami. Przewidując zbliżający się wybuch Marszałek wstał i patrząc z góry na przeora, rzekł:
- Wielce dziękujemy za ucztę, jednak byłbym wdzięczny za wydanie mi niezwłocznie artefaktu.
- Och, ależ zostańcie jeszcze. Mieszczańskie nieokrzesanie twego towarzysza wcale nas nie mierzi.
Dominique pozostawał jednak nieustępliwy. Wyciągnął zza pazuchy kawałek papieru i gwałtownie położył go na stole.
- Nakaz wydania mi Świętego Młota od Króla - powiedział stanowczo patrząc przeorowi prosto w oczy.
- Jak sobie życzysz - odparł Oktymon z udawanym spokojem. - Bracie Ignatiusie, proszę zaprowadzić naszych gości do klasztornych podziemi.
Wspomniany Mag Ognia wstał i skinął głową na Lorda i jego towarzyszy. Cała czwórka opuściła refektarz i udała się do piwnic. Pozostali biesiadnicy uspokojeni przez przeora kontynuowali jedzenie. Tymczasem Ignatius nadzwyczaj prędko zaprowadził gości do pomieszczenia, gdzie przechowywany był Święty Młot.
- Pamiętaj, Lordzie, że jest to broń o potężnej mocy, która jednak szybko może zostać wyczerpana. Dlatego używaj jej z rozwagą! - ostrzegł Ignatius.
- Taki miałem zamiar - odparł zdawkowo Dominique.
- Nakazałem sporządzić notatkę, zawierającą wszystkie uwagi o tej broni. Proszę - rzekł Mag, wyciągając z rękawa kawałek pergaminu, po czym wręczył go Marszałkowi. - Proszę również nie gniewać się na Jego Eminencję, ma on różne humory, ale w gruncie rzeczy to dobry, żarliwy wyznawca Innosa.
Dominique przyjął kartkę, po czym spojrzał na Ignatiusa uważnie.
- Po prostu nie chcę zostać w tym klasztorze już ani chwili dłużej.
Ignatius kiwnął głową i zaprowadził gości z powrotem na powierzchnię. Lorda irytowało to, że starzec znów poruszał się powoli, bowiem zamierzał prędko opuścić klasztor, odbić od brzegu i wreszcie zająć się kampanią wojenną. Nie przepadał za Khorinis i dlatego rzadko tu bywał. O arogancji przeora tutejszego klasztoru słyszał już od Arcymistrza Oprina, nadwornego Maga Króla Rhobara, jednak nie wiedział, czy to w rzeczywistości prawda. Mało tego, że teraz się o tym przekonał, uważał ponadto, że pozostali kapłani z Khorinis są równie zarozumiali i zadufani w sobie, jak ich przeor. Czas było więc jak najprędzej zakończyć tę wizytę.
Lorda czekała jednak przykra niespodzianka, bowiem przy wyjściu z klasztoru stał Oktymon w towarzystwie innego Maga. Dominique dostrzegł w nim tamtego kapłana poświęconego czytaniu książki przy stole. Zmarszczył brwi i podszedł do przeora.
- Zanim odejdziecie, chciałbym wyrazić jak wielkim zaszczytem było gościć was w naszych skromnych progach - obłuda była niemal niewyczuwalna, choć oczywiste było, że Oktymon nie mówił szczerze. - Na znak tego, jak bardzo chcemy się przyczynić do powodzenia waszej misji, ofiarujemy tobie jednego z naszych Magów do pomocy - skinął głową na towarzyszącego mu kapłana. - To brat Xardas, na pewno będzie wam pomocny.
- Dziękuję, nie będzie mi potrzebny - odparł Dominique, ledwie się powstrzymując, by zacisnąć zęby.
- Niech pan to potraktuje jako zadośćuczynienie za scysję. Cokolwiek pana do nas zraziło, niech brat Xardas wam to wynagrodzi. Jest to wybitny i wszechstronny Mag, posłuży wam radą, pomocą i umiejętnościami.
Lord spojrzał na Bergolio. Nie był w stanie nic odczytać z jego twarzy, tyle tam było sprzeczności. Skierował wzrok na Owena. Ten był równie zmieszany. Musiał zatem sam podjąć decyzję.
- Dobrze - zwrócił się do Oktymona. - Mistrzu Xardasie, na czas kampanii wojennej podlegasz Arcymagowi Bergolio i do niego kieruj wszystkie pytania. Ja już stąd idę. Niech Innos będzie z wami - skinął niechętnie w stronę przeora. Postanowił jednak na odchodne obdarzyć Magów Ognia z klasztoru na Khorinis tym błogosławieństwem.

Po miesiącu treningów, wojownicy wykształceni na Magnorii, byli już gotowi, by ruszyć na front. Moren w tym czasie podszkolił się w walce bronią jednoręczną i poznał kilku ludzi, którym zaufał. Najbardziej zaprzyjaźnił się ze Zhongiem, chłopakiem na oko w jego wieku, zawsze pogodnym i uśmiechniętym, przyciągającym swoją osobowością, choć pewnie nieco odpychającym wyglądem. Zhong był bowiem nieco wyrośniętym szatynem z odstającymi uszami, niebieskimi oczami, nad którymi znajdowały się krzaczaste brwi oraz licznymi śladami po odbytej w dzieciństwie ospie. Poza nim byli też sprytny Gilgoren, blondyn z łobuzerskimi iskierkami w zielonych oczach; świetny we władaniu bronią dwuręczną czarnowłosy Kelitith i silny Waridius. Byli to ludzie, z którymi spotykał się niemal codziennie, wszyscy tak jak on byli rekrutami. Ale z widzenia, czy też pojedynczych rozmów poznał także żołnierzy z wyższych szczebli. Między innymi gwardzistów królewskich Canogiego i Nailora oraz poruczników Cubarnona, Thardena i Lee. Z miejscowych polubił Nowicjusza przy kaplicy Eberiusa, rycerza Pavlosa i starego myśliwego Nidorasa.
Tenże właśnie Nidoras opowiedział mu i Zhongowi pewnego razu o tym, co kryje głębia wyspy. Bowiem z tego, co słyszeli nikt się tam nie zapuszcza, a dowódcy również im tego zakazali. Myśliwy poczęstował ich historią, że po drugiej stronie tej niewielkiej wyspy dawniej znajdowało się pogańskie miejsce kultu, które później zostało przejęte przez wyznawców Adanosa. Magowie Wody utworzyli tam swoją siedzibę, jednak w wyniku zawieruchy związanej z I Wojną z Orkami, miejsce to opustoszało, a wyspę zajęły wojska królewskie.
Historia opuszczonego klasztoru poruszyła wyobraźnię młodzieńców. Wszyscy zgodnie uznali, że koniecznie muszą się wymknąć z miasta i sprawdzić opustoszałe ruiny. Jednak w dniu, kiedy to zaplanowali Zhongowi i Waridiusowi nagle przełożeni wyznaczyli obowiązki, więc Moren musiał udać się na wyprawę jedynie ze swoimi dwoma kompanami.
Opuszczenie miasta było łatwiejsze niż się spodziewali. Moren, Gilgoren i Kelitith udali się na północ zgodnie ze skradzioną Nidorasowi mapą. Mimo sympatii, jaką wszyscy młodzieńcy darzyli starego myśliwego, byli zmuszeni tymczasowo pożyczyć od niego tę mapę bez jego wiedzy. Nie chcieli by ktokolwiek wiedział o ich eskapadzie.
Według mapy Magnoria była w większości pokryta lasami i jedynie południowo-zachodnie wybrzeże było zamieszkane przez ludzi. Północna i wschodnia krawędź wyspy były natomiast zakończone pasem górskim. U podnóży tych gór znajdowały się ruiny dawnej siedziby Magów Wody. Dzięki oznaczonym przez myśliwego szlakom, a także sporej dozie szczęścia udało im się nie zgubić w kniei i dotrzeć na miejsce. Na szczęście nie musieli się potykać z żadną zwierzyną. Nie spodziewali się jednak, tego co ujrzeli. Zamiast jakichś imponujących, mimo upływu czasu, i przerażających budowli zastali jeden prosty budynek nieodgrodzony od reszty lasu nawet zwykłym płotem.
- Panowie, to jakaś lipa chyba - powiedział Gilgoren.
- Poczekajcie! Tam się tli jakieś światło! - zawołał Kelitith.
Gdy podeszli bliżej budynku, dostrzegli wewnątrz niebieską poświatę. Kelitith położył dłoń na rękojeści miecza i wszedł ostrożnie do środka. Pozostali ruszyli za nim. Rzeczywiście, wewnątrz znajdowały się świecące na niebiesko kryształy.
- Moren, zgaś pochodnię - powiedział idący przodem Kelitith. - Tam jest tego więcej.
Mężczyźni szli dalej, a im głębiej, tym więcej światła. Jednak widać było również, jak dawno to miejsce nie było zamieszkałe. W kolejnych odwiedzanych przez rekrutów salach panował lekki bałagan. Poprzewracane stojaki na świecące kryształy, zniszczone szafki, kufry, łóżka... Zastanawiające było jednak to, że nie było tam nic do splądrowania. Rekruci byliby w stanie zaryzykować nawet stwierdzenie, że niegdyś odbyła się tu jakaś walka, ale brakowało rozłożonych zwłok.
- Chodźcie tutaj! - zawołał nagle z głębi Gilgoren.
Moren i Kelitith pobiegli za głosem kolegi i dotarli do okrągłej sali oświetlonej tym razem zarówno niebieskimi jak i czerwonymi kryształami. Na jej końcu znajdował się ołtarz a za nim wbudowana w skałę kamienna szafka, której drzwi były uchylone. Morena zainteresował jednak leżący na podłodze na uboczu pierścień. Podniósł przedmiot i obejrzał go. Pierścień z akwamarynem bardzo spodobał się młodzieńcowi. Tymczasem Kelitith zajrzał do szafki przy ołtarzu. Wyciągnął stamtąd magiczny amulet z pięknie zdobionym medalionem. Wokół artefaktu unosiła się fioletowa poświata, taka jaka panowała w pomieszczeniu. Gilgoren natomiast zaglądał do szafek po bokach sali.
- Ech, dupa... Same sakralne pierdoły. A wy co tam macie?
- A patrz jaki ładny pierścień tutaj, ot tak, na podłodze leżał - pochwalił się Moren eksponując przedmiot.
- O, ten niebieski kamień... Cholera, mój wujek opowiadał mi kiedyś, że jest on jakiś związany z Magami Wody, czy coś... Nie wiem, nie zapamiętałem, bo wiesz jak nudzą mnie te religijne dyrdymały.
- To by się zgadzało, w końcu jesteśmy w świątyni Magów Wody. A ty, Kelitith? Znalazłeś coś?
- Nie, nic - odparł szybko mężczyzna pośpiesznie chowając amulet do kieszeni. Pozostali tego nie zauważyli. - Wracajmy już, bo pewnie niedługo zacznie świtać.
Rekrutom udało się wrócić do miasta przed świtem, a nikt nie dowiedział się o ich małej eskapadzie.
Po miesiącu żołnierze z samego rana zaczęli się przygotowywać do opuszczenia wyspy. Do portu Magnorii zawinęły aż dwa okręty wojenne. Na ich pokładach wojownicy mieli dotrzeć na wyspę Savant znajdującą się pomiędzy Kontynentem a Wyspami Południowymi, gdzie został zorganizowany główny punkt wojsk myrtańskich.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
oko innosa Cipcher Pomoc 23 25-11-07 16:40
oko Innosa beny7923 Pomoc 4 26-07-06 12:12
oko innosa Joey_18 Pomoc 11 28-01-06 12:52
Łzy Innosa DW 4 Dyskusja 19 09-01-06 16:13
mag i lzy innosa Blodeman Pomoc 4 13-11-04 15:01


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.