Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę "Coś się kończy, coś zaczyna: Korvinius Malverich"

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 13-02-06, 22:47   #1
Xelos
Czarny Goblin
 
Xelos awatar
 
Zarejestrowany: kwiecień 2004
Skąd: Netheril
Posty: 180
Domyślnie

Zapraszam do lektury "Myśli Pierwszej" i standardowej potem procedury. :-)

„Coś się kończy, coś zaczyna: Korvinius Malverich


„Prawo stoi ponad potrzebami żywych; to mistyfikacja ostatecznej prawdy, imitacja najwyższej instancji, lecz istnieje coś, co stanowi priorytet istotniejszy – to Nauka, to niezaspokojona potrzeba Wiedzy, która implikuje zależności prawne, toteż nic nie powinno stać na jej drodze.”
Korvinius Malverich, iluzjonista i Wtajemniczony 5’tego Stopnia, wygnaniec



- Myśl pierwsza -


Zostajesz wydalony na mocy prawa... – myśl, niczym gromkie uderzenie pioruna przelała się przez umysł, wstrząsnęła swą nagłością i zniknęła tak nagle jak się pojawiła, pozostawiając po sobie majaczące obrazy minionych wydarzeń. Niechciane obrazy.
W jednej chwili spowijająca pamięć mgła straciła na mocy, ukazując tym samym widok ze wszech miar pogardzany, potępiany; widok przeszłości.
Wielka alabastrowa sala migotała bogactwem drogich kamieni inkrustowanych w ścianach i kopułowym sklepieniu pomieszczenia wspartym na ornamentowanych kolumnach. Na środku sali pasemka wijących się myśli, przeplatających i tworzących niesprecyzowaną całość ujawniły stojącą na okrągłym kobiercu grupę mężczyzn, których wygląd, choć tak niewyraźny, oznaczał wielorakie pochodzenia i Rody. Wzgardliwym wzrokiem raczyli jedynego klęczącego przed nimi młodego człowieka z opuszczoną głową niby broniącego się przed ostrymi refleksami światła odbijającego się od drogich emaliowanych aplikacji ubioru.
Konwentykiel ten, czymkolwiek był, nie trwał długo, albowiem zaraz po tłumionych w umyśle ostrych słowach przewodzącego, uniósł on swą zdobną dłoń, wskazując skrywany mgłami pamięci kierunek, w który natychmiast udała się klęcząca postać.
Słychać już tylko było głuchy odgłos kroków, stopniowo niknący, aż w końcu zwieńczony gromkim trzaskiem potężnych wrót...
- Co podać, waszmościowi?
Zabrzmiał gruby, charkoczący głos, momentalnie wyrywając młodego mężczyznę z objęć naprzykrzających się mętnych obrazów przeszłości. Bogatą salę na powrót osnuły gęste mgły, zaś tajemnicze słowa prędko ustąpiły dźwiękom charakterystycznym dla miejsca, w którym to ów młodzieniec - brązowowłosy mężczyzna odziany w szarą, prostą opończę z długimi rękawami - się znajdował. Wciąż nieco zamyślony, sprawiał wrażenie nieobecnego i przez chwilę jeszcze wpatrywał się beznamiętnie w drewniany blat stołu, podczas gdy właściciel grubego głosu czekał i niecierpliwił się, o czym świadczyć mogły coraz głębsze grymasy na jego twarzy. Milczący w końcu uniósł niespiesznie głowę i spojrzał chłodno na barczystego gospodarza jakby zdenerwowany faktem, że ktoś ośmielił się mu przeszkodzić w niezwykle ważkich rozmyśleniach. Karczmarz nie ukrył zdziwienia, jakie wywołała u niego owa niespodziana reakcja, która zastąpiła nie krótko trwające milczenie.
- Głuchyś, waści? Bieresz co, czy nic wam nie trza? Chyżo tylko, bo ludu kupa, a i czekać długo niepodobna.
- Piwo. Najtańsze, jakie macie – gość odparł po nieznacznym namyśle, po czym splótł palce dłoni i wlepił wzrok w oparcie znajdującego się naprzeciwko krzesła.
Oberżysta spojrzał krzywo na wywołującego zdziwienie człowieka, wzruszył lekko szerokimi ramionami, po czym odszedł w stronę szynkwasu, aby po chwili ponownie wrócić z kuflem jasnobrązowej cieczy.
Wszędzie dookoła rozbrzmiewały i wybuchały gromkie rozmowy oraz śmiechy, którym prawie zawsze towarzyszyły charkaterystyczne brzdąknięcia kuflów z różnorodnymi trunkami i plusk samego napitku wylanego na stół bądź posadzkę przy tych już co dosadniejszych gestach rytualnych.
Młodzieniec upił nieco trunku, wodząc powłóczyście wzrokiem po sali, po czym skrzywił rysy twarzy w wyrazie najwyższego obrzydzenia. Zamówione piwo zaprawdę należeć musiało do najtańszych. Co do tego nie miał już wątpliwości, ale sączył je niespiesznie i jednakowo dalej prowadził jakby od niechcenia oględną obserwację otoczenia.
Główne pomieszczenie gospody, choć znowuż nie takie obszerne, zapełnione było gośćmi, przeważnie ludźmi – stałymi bywalcami – po brzegi. W jednym z rogów znajdowała się niewielka scenka, małe podium najprawdopodobniej poświęcone poetom i innym przejezdnym artystom deklamującym swoje wiersze bądź przygrywającym różnorakie piosnki, ballady czy kuplety. Tym razem jednak podwyższenie z niewielkim zydelkiem było puste, na co zresztą nikt z obecnych nie zwracał uwagi, albowiem żaden, najznamienitszy nawet minstrel nie byłby w stanie zagłuszyć panującej wtenczas, stale wzmagającej się wrzawy. Z kolei w innym rogu, za labiryntem stołów i krzeseł widniały masywne schody prowadzące na piętro karczmy.
Milczący otaksował chyba każdego gościa zajazdu, stopniowo dopijając coś, co miało uchodzić za piwo i czasami krzywiąc twarz w grymasach dezaprobaty dotyczącej tak trunku, jak i ciżby ludzkiej, w której, jak uważał w duchu, miał nieszczęście się znaleźć. Westchnął głęboko, spojrzał na niewielki i zakurzony gobelin zdobiący pobliską ścianę sali, który pomimo swojego nienajlepszego stanu i tak wydawał się najciekawszym elementem dekoracyjnym. Wszystkie inne ozdobniki w postaci wiązanek z uschłych kwiatów bądź splecionych warzyw, i do tego niedbale ułożonych, zdawały się tylko szpecić i tak niezbyt okazały widok. Przynajmniej takiego zdania był siedzący samotnie młodzieniec.
Niewyraźne kształty i poblakłe od starości materiału kolory, układały się we wznoszący się na wzgórzu zamek okalany solidnym pierścieniem lasu. Na niebie widniały małe czarne punkciki dawniej zapewne uchodzące za jakieś ptaki oblatujące dookoła wysokie baszty potężnej budowli.
Nieprzerwanie wodził wzrokiem po materiale, patrzył nań tęsknie, a mina jego z każdą chwilą stawała się coraz bardziej markotna. Bezwiednie pogrążał się w zamyśleniu i oddalał duchem w stronę tajemniczej i... chyba nie tak bardzo odległej rzeczywistości, zaś ogarniający wszystko zgiełk cichł nieustannie. Lecz nim zanikł całkowicie i milczący ponownie oddałby się swoim myślom, wtem wyprostował się w krześle i zadarł głowę, nasłuchując uważnie. Wreszcie uśmiechnął się ponuro i energicznie wstał z drewnianego siedziska.
- Czas najwyższy – powiedział, po czym sięgnął dłonią do jednej z przywiązanych do ciemnego sznura sakiewek u pasa. Rzucił na stół kilka miedzianych, lekko nadgiętych monet i opuściwszy swój zaciemniony kąt, żwawym krokiem postąpił w stronę wyjścia z oberży, stanowczo przepychając się przez zagradzających drogę ludzi.
Na zewnątrz panował rześki chłód, a fakt, iż słońce schowane było za pokaźnym kłębowiskiem chmur, ledwie prześwitując przez pierzastą masę, nie uchronił młodzieńca od mimowolnego mrużenia oczu. Na chwilę wzrok zupełnie odmówił posłuszeństwa, a kształty otoczenia prędko zlały się w jedną, kuriozalną substancję o mlecznobiałej barwie. Przeklął pod nosem zirytowany, że ta gwałtowna zmiana w oświetleniu zmusiła go do biernego wpatrywania się w porośniętą nielicznymi kępkami trawy ziemię. Lecz nie minęło wiele czasu, a ostrość spojrzenia poczęła w końcu wracać. Mężczyzna podniósł powoli głowę i ułożył dłoń nad oczami w postaci prowizorycznego daszka, albowiem jasność wciąż była dokuczliwa.
Jego przypuszczenia okazały się ze wszech miar prawidłowe, a niewielki uśmieszek, który ozdobił surowe oblicze, zdawał się w ogóle nie zakładać innej możliwości. Chociaż przez cały ten czas karczma huczała od przeciągłych śmiechów i gromkich rozmów, to ubranemu w opończę mężczyźnie udało się wyłapać odgłosy, na które czekał już od dłuższego czasu. Terkot toczących się kół oraz donośne rżenie, które przebiły się nie bez trudu przez rwący strumień kakofonii karczemnych dźwięków. Tak oto przed przydrożną, kilkupiętrową gospodą zajechał obładowany sianem chłopski wóz zaprzężony w gniadego wałacha. Starszy i nadzwyczaj zażywny człowiek obrzucił konia kilkoma plugawymi przekleństwami, po czym wstał, odłożył lejce i odwrócił się w stronę zajazdu. Uniósł krzaczaste brwi w zdziwieniu, dostrzegając wpatrującego się w niego ubranego na szaro młodzieńca.
- Dokąd ci droga, dobry człowieku? – zaczął mężczyzna ubrany w opończę i obwieszony wieloma sakiewkami u pasa.
- Panie tego... Toć przed siebie, bo gdzieżby indziej? Jedem o, jak droga ta wiedzie – wskazał kiwnięciem głowy biegnący dalej gościniec. – Macie co po temu?
- Bynajmniej. Chciałbym wiedzieć, czy zawitacie do Kelrynthii, skoro tędy wam droga.
- A... Nam tędy i owędy, tedy czego szukacie, hem? – zeskoczył z wozu i włożył dłonie w kieszenie dziurawych pantalonów, bezustannie wpatrując się w swojego rozmówcę podejrzliwie.
- Niczego – wzruszył nieznacznie ramionami. - Po prostu chciałbym wiedzieć. A jeżeli tak... to również i to, czy mógłbym z wami tamże pojechać.
- Hym, hym... – chłop pogładził nie ogoloną brodę i zawęził oczy w szparki, jakby rozważając coś. – Tedy jasne, rzecz to możliwa, jeno wiedzieć musicie, że szkapie ciężej będzie, mi miajsca mniej, a o siano czy owies niekiedy coraz trudniej...
- Mogę opłacić wasz trud, ale nie liczcie na zbyt wiele – wtrącił beznamiętnie.
- Nie tak daleko nam, staj kilka, przeto niech tak będzie. Wsiadajcie tedy, ja w austeryji swoje załatwię i będziem jechać.
Młodzieniec skinął głową w niemej odpowiedzi, odprowadził wzrokiem pokracznie poruszającego się człowieka, po czym wsiadł na wóz, rozglądając się po okolicy. Gniadosz parsknął i zatrzepał energicznie głową.
Po obu stronach traktu rozpościerały się rozległe równiny zajęte aż po horyzont obszernymi farmami i gospodarstwami, na których i w tej chwili można było się dopatrzeć wielu pracujących w pocie czoła chłopów. Słońce jęło wyłaniać się zza chmur i rzucać swój dobroczynny blask na szerokie połacie ziemi, które niczym podniszczona suknia, naszyte były rożnobarwnymi gałgankami pastwisk, pól uprawnych i innych obszarów rolnych. Postawienie w takim miejscu gospody, która mogła zakłócać rytm całodziennych czynności, skutecznie odrywać od męczących zajęć, a później szpecić tę rustykalną atmosferę nieopisanym hałasem, było dobrym pomysłem. Przynajmniej dla jej właściciela i jego sakiewki, chociaż i tutejsi ludzie nie mieli najwyraźniej nic przeciwko temu, o czym świadczyć mógł wciąż jednakowo donośny zgiełk towarzyszący rozwlekłym zabawom.
Drzwi zajazdu niespodzianie otworzyły się z rozmachem. Młody mężczyzna zwrócił ku nim wzrok i ujrzał otyłego chłopa – właściciela furmanki – który, idąc swoim niezgrabnym krokiem, wykręcał się raz za razem w stronę oberży, wymachując groźnie pięścią i wykrzykując jakieś niezrozumiałe, acz z pewnością ubliżające słowa. Na plecach niósł niewielki skórzany tobołek.
- Nieroby i kanciarze jedne! Na pohybel wam, dupy wołowe, wy moczymordy zatracone!
Podszedł do wozu do reszty rozeźlony, od czasu do czasu gestykulując gniewnie i rzucił pakunek na stertę siana.
- Przedstawcie sobie, że nie dość, iż miast piwa urynę podają, to na domiar złego mataczyć im spieszno! Ich niedoczekanie! – plunął na dróżkę prowadzącą do gospody. – Nastałe czasy i to nie wróżą nic dobrego, ziemią trza się zaopiekować, a bo Mateczka Natura gotowa jeszcze rzycią się wypiąć, a ci czas mitrężą i rejwach czynią – spojrzał krzywo na kolejnych idących w kierunku karczmy – użynając się w trupa! Tyle tylko potrafią! Taka ta młodzież, żadnej z niej pożytku, a coraz więcej kłopotu! Powiadam wam, zbiory liche będą tego razu, to się może ludziska opamiętają.
- Czy możemy już ruszać? – młodzieniec wtrącił chłodno, najwyraźniej nie przejąwszy się tyradą pełną resentymentów i ostrych uwag.
Staruszek, który najwyraźniej wiele miał jeszcze do powiedzenia, wliczając w to różnorakie wymówki, wyzwiska i żale, przerwał swą potoczystą mowę, machnął niedbale dłonią i parsknął.
- A jużci, pewno, że tak!
- Doskonale. Słońce niebawem dobiegnie zenitu, ruszajmy zatem.
I tak też się stało. Chłop wlazł na wóz, świsnął lejcami przy wtórze kolejnej gamy przekleństw i gniady po uprzednim prychnięciu pokłusował przed siebie. Przydrożna austeryjka oddalała się stopniowo, a dobywające się zeń ucieszne odgłosy ginęły wraz z odległością w szumiącym w pobliskich zaroślach wietrze. Jechali w ciszy, niespiesznie, a koła wozu potykały się czasami o wystające na gościńcu kamienie, wprawiając furmankę w chwilowe, acz energiczne wstrząsy. Mijani farmerzy z okolicznych gospodarstw rzucali przelotne spojrzenia jadącym i co poniektórzy machali dłońmi w geście pozdrowienia, rozpoznawszy zapewne znajomego im starszego człowieka, który bez wahania odpowiadał tym samym. Czasami nawet dokrzykiwał coś jeszcze.
Młodzieniec wpatrywał się beznamiętnie w dal, nieznacznie mrużąc oczy; starzec zaś trzasnął cuglami, po czym z bliżej nieznanego powodu cisnął w stronę konia przekleństwem o niejasnej treści.
- Tośmy wybyli – zaczął chłop. – Nim obejrzycie się, to my już zagrzejem miejsce w tamtejszej sadybie.
Przyodziany w opończę milczał, nie odpowiedział i wydawał się nie wykazywać najmniejszego zainteresowania oświadczeniem baryłkowatego człowieka.
- Ach... Rzeknijcie mi tedy, ktoście zacz, tak właściwie, hem? – furman nie ustępował i nie zrażony reakcją obcego smarknął donośnie, wytarł nos o poły niezadbanego kubraka, a po chwili jął kontynuować swą indagację. – Bo widzicie... Na chłopa to mi się nie malujecie, raczej nie za widłami zwykliście się uganiać, do tutejszych takoż nie należycie – trzasnął energicznie lejcami. – Jakże więc jest? Hem?
Wóz zatrząsł się raptownie, gdy koło napotkało sporawej wielkości kamienisko.
- Patrz jak leziesz, szkapo ty ślepa, bo pod tasaki jakie pójdziesz! – krzyknął i machnął lejcami, koń prychnął tylko i dalej kłusował niewzruszenie. – No!... A... Na czym to ja? A, pomnę już. Co wy na to, tedy? Kie wiatry was przygnały, hym? – spoglądał na zapatrzonego w dal człowieka, któremu obojętność ziała z szarych niczym opończa oczu. – A może wy czaromioty jakie, he? – młodzieniec wnet rzucił starcowi tajemnicze, niewiele zdradzające spojrzenie i po chwili wrócił do poprzedniego zajęcia. - He he he, a jużci, czyżbym prawdę rzekł?
- Nic ci do tego, ktożem zacz, człowieku – odparł ostro i nadzwyczaj chłodno, może nawet chłodniej niż zamierzał. – Bacz pilnie na to, aby wozem nie trzęsło i byśmy drogi nie zgubili.
Chłop wyglądał na szczerze zaskoczonego tonem odpowiedzi, czego świadectwem były rozdziawiona gęba i szeroko otwarte oczy. Natychmiast ustąpił pod surowym, krytycznym spojrzeniem i momentalnie zaprzestał dociekliwego wypytywania. Zdziwienie raptem zaczęło przeradzać się w niewyjaśniony i zaskakujący lęk. Czuł, że rozsądniej było zamilknąć. Przynajmniej na pewien czas.
Toteż niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, starzec ucichł do reszty i wyraźnie skoncentrowany spoglądał na trakt przed sobą, starając się unikać co większych wybojów. Co jakiś czas rzucał ukradkiem młodzieńcowi przelotne spojrzenia, czyniąc niejaki rekonesans, ale ten, nałożywszy wcześniej obszerny kaptur na głowę, patrzył, jak się zdawało, w głębokim zamyśleniu na zarastające pobocze chrusty, zlewające się stopniowo w jednolite kolorem pasemko.
Młody mężczyzna zamknął oczy, chłodny wiatr smagał go delikatnie po licu, ale on już tego nie czuł. On już nie był świadomy, gdy...
...wiejską rzeczywistość poczęły spowijać gęste mgły pamięci, które po chwili rozrzedzone ujawniły iskrzący się jaskrawym światłem dekorowanych kandelabrów obraz. Korytarz. Echo rozbrzmiewało pod zdobionym sztukateriami sufitem przy każdym kroku. Kroku pełnym niepewności i rezygnacji. Po mozaice opieszale ciągnęła niewyraźna postać będąca zarazem obiektem wielu spojrzeń absolutnego zdumienia pomieszanego ze wzgardą i kpiną należących do przygodnych obserwatorów - zakapturzonych postaci, których ubiór nawet w połowie nie był tak wytworny, jak tego, który ze spuszczoną głową wszedł do osnutego mgłami pomieszczenia. Przysłaniające obraz wijące się kłęby stawały się coraz bardziej gęste, aż w końcu całkowicie uniemożliwiły rozpoznanie tego, co wydarzyło się w niewielkiej komnacie...
...mgły zaczęły ustępować, rozrzedzać się w chwili, gdy nastąpiła interwencja wszechmocnej Natury, która na znak swej dobrej woli uraczyła ziemię niewielkim deszczem, i która na powrót ściągnęła milczącego do szarej rzeczywistości. Słońce skryło się za kłębowiskiem ciężkich chmur, wiatr smagał nieprzerwanie coraz chłodniejszymi strumieniami, a oni jechali niewzruszenie. Spokojnie.
- Będziem my niedługo na miejscu, acpanie, nie bój o to, drogi to żem nie zgubił, jak żeście się obawiali – podjął chłop, dostrzegłszy otwarte oczy młodzieńca. – Staja została bodaj, może nico więcej, ale jak wjedziem na wrzosowisko, to tylko nam dopatrywać się jakich strzech, kominów i dymów.
- Dobrze. Miło to słyszeć – naciągnął mocniej kaptur, okrywając twarz cieniem.
Starzec sięgnął dłonią do tyłu i wygrzebał spod siana mizernej roboty słomiany kapelusz. Nałożył go na rozwichrzone i wilgotne od deszczu włosy, po czym spojrzał niepewnie na siedzącego w milczeniu człowieka. Nie widział już jego twarzy.
- Ehm... Co to jam chciał... Tak właściwie, to dla jakiej to kozery potrzebna wam akurat Kelrynthia? Jeśli można, rzecz oczywista. Jużem pytał, ale widzi mi się, że nieprzypadkowe wiatry jednak was tam gnają.
Zakapturzony obrócił nieznacznie głowę w stronę furmana, jednakowo zachowując twarz w ukryciu, a po chwili wrócił do poprzedniej pozycji.
- Można. Muszę się z kimś spotkać.
Starszy człowiek skinął lekko w odpowiedzi i zamilkł na chwilę, jakby zastanawiając się nad kolejnym pytaniem, bowiem przeczuwał, że drążenie rozpoczętej kwestii mogło się okazać zupełnie bezowocną czynnością. I tak wydawał się być zdziwiony faktem, iż nieznajomy obdarzył go odpowiedzią.
- Tedy coś ja jeszcze miałem... – podrapał się po brodzie w zamyśleniu. - Ano, pomnę już. Słyszałem tedy, że pono jaki czaromiot panującego tu zawitał do tejże sadyby dla jakiejś czaroskiej przyczyny. Może to szukany przez was człek?
Deszcz nie przestawał padać, a zgromadzone na niebie ciemne chmury nie kwapiły się do tego, aby to zmienić. Wóz podrygiwał chwilę, wjechawszy na wyboisty fragment traktu.
Zakapturzony ponownie obrócił głowę, tym razem jednak ujawniając wyraźnie zaintrygowany wyraz twarzy. Starzec nie spodziewał się takiej reakcji, już gotów był unieść brwi w zdziwieniu, ale w porę opamiętał się i zdołał ukryć swoje odczucia.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Mów jednak dalej – zachęcił łagodnie chłopa.
- A to ci dopiero... Mi takoż nie wiadomo więcej, bom słyszał to jeno od mojej baby, która pono, przedstaw sobie, wybrała się kiegoś ranka do Kelrynthii i mi ni słóweczkiem rzekła o tym. Pewno chędożyć się z kim tam poszła albo, psiajucha, kto wie co jeszcze. Albo...
- Jesteś tego pewien? – wtrącił bezceremonialnie.
- Że się chędożyć i szlajać tam polazła? A jużci! Ni mam pojęcia, ale kto to wie?
Oblicze nieznajomego spochmurniało. Wpatrywał się zimno w chłopa.
- Hem? – momentalnie fala dreszczy przeleciała mu po plecach, zakaszlał. – Aaa... pewien, pewien słów tej mojej krowy? Yyy... bardziej tak, niźli nie. Ona raczej mataczyć nie zwykła, jeno nie mówi mi, stara krowa, gdzie to się szlajać tym razem zamierza. Ale ja to jeszcze jej wygarnę, rejwach taki zrobię, że pamiętać będzie po wsze czasy, a nochala krzywego nie wyściubi nawet na calyję jedną, o!
Młody mężczyzna z niezmiennie surową miną patrzył na starca, ten zaś, zauważywszy, iż solenne oświadczenia nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, nie kontynuował. Spojrzał przed siebie i trzasnął cuglami, poganiając konia. Nieznajomy opatulił się szczelniej opończą, której poły zatrzepotały wprawione w ruch silniejszym podmuchem, poprawił ułożenie kaptura i popadł w zagadkową zadumę.

***
- Acpanie, dojechaliśmy. Widzicie te strzechy i unoszące się wysoko dymy kominne? Jesteśmy w Kelrynthii – oświadczył z nutą dumy w głosie chłop.
Młodzieniec milczał, odparł kiwnięciem głowy i jął rozglądać się po okolicy. Padało nieprzerwanie i coraz mocniej, zanosiło się naprawdę na poważną ulewę. Przejechali furmanką przez niewysoką, drewnianą bramę i wjechali na niewielki plac, na środku którego widniała studnia. Koła pluskały w kałużach. Kolisty obszar otaczały przeważnie kamienne domki pokryte bądź strzechą, bądź dachówką, zaś całość okalana była niewielkim, ceglanym murem. Ponad dachami wznosiły się słupy dymu co i rusz rozwiewane przez gwałtowne podmuchy wiatru, natomiast w tle tego ponurego i szarego od mgieł obrazu jawiła się wysoka wieża dominująca nad wszystkimi zabudowaniami osiedla.
- Cóż to za wieża? – nieznajomy wskazał konstrukcję dłonią.
- Noo... To właśnie domek jakiego czaromiota, jakżem gadoł – poprawił przemoczony słomiany kapelusz.
- Rozumiem – zeskoczył z wozu i omiótł okolicę wzrokiem. Na placu jak i na ulicach ziało pustkami. Wszyscy albo prawie wszyscy pochowali się w domach przed dokuczliwą ulewą i ogrzewali się, siedząc na dywanach przed kominkami. Było to ze wszech miar zrozumiałe, lecz czasami w szybach okien migały lica co ciekawszych mieszkańców.
Zakapturzony sięgnął dłonią do jednej z sakiewek, na co wyraźnie czekał zażywny staruszek. Wodził on powoli wzrokiem po każdym mieszku, zatrzymując się dłużej przy tych bardziej pękatych. Ostatecznie na wszystkie spoglądał łakomie, aż oczy mu lśniły.
- Nawet o tym nie myśl – uprzedził zimno nieznajomy, cały czas grzebiąc w jednej z sakiewek. – Dostaniesz zapłatę za okazaną mi pomoc. To wszystko.
- Ekhm... Gdzieżbym śmiał, acpanie! Gdzieżbym śmiał! Jeno zaciekawiła mnie zawartość tych pakuneczków...
- Powstrzymaj swą ciekawość, bo źle się to dla ciebie skończy – uciął ostro. – Proszę. Bierz, ile daję. Więcej nie jestem w stanie ofiarować – podał starcowi kilka zadbanych, miedzianych monet. Chłop obejrzał każdą monetkę, kilka z nich spróbował ugryźć, a zakończywszy swój ceremoniał, uśmiechnął się szeroko, ukazując pożółkłe i krzywe zęby.
- Ojjj tak, hojnyś panie, dzięki wam stokrotne! Gdybyście kiedyś jeszcze potrzebowali mojego wozu, pytajcie o Borambira, takem zwany – wyszczerzył zęby w kolejnym czarownym uśmiechu. – Okoliczni winni znać mię dobrze, bom często jechał tymi drogi. Tedy niech wam się wiedzie, cokolwiek robita i niech łaskawa Melvaya nad wami czuwa!
- To się jeszcze okaże – uśmiechnął się paskudnie, zwracając wzrok w stronę piętrzącej się wieży.
Zostawił starca na placu po raz wtóry wprawionego w konsternację tajemniczo zabrzmiałą frazą. Deszcz lał bezustannie, wiatr bił o szyby okien, a niebo, obfite w ulewne, obszerne chmury, przybrało szarych barw, on zaś niewzruszenie postąpił w stronę wyjazdowej bramy.

***
Rozległe biurko w niedużym pomieszczeniu niemal całkowicie zasłane było niezapisanymi kartkami papieru, także kilkoma kałamarzami oraz pękami piór. Przy ścianie, do której mebel był przyparty, na kamiennej posadzce walało się drugie tyle zgniecionych w kulki, podartych i zapisanych karteluszków. W pokoju zaczął się rozchodzić odgłos energicznych kroków.
- Hm... Hm... Jakby tu zacząć... – rozległ się mocny, chropawy głos. Mężczyzna w sile wieku o wysokiej posturze chodził tam i z powrotem z zawieszonymi z tyłu ramionami, rozglądając się w zamyśleniu wokoło, czasami zatrzymując dłużej wzrok na zawieszonym nad biurkiem mieczu o bogato dekorowanej rękojeści. Ten widok potrafił wywołać szeroki uśmiech na jego pociągłej twarzy.
- Hm?... Tak jest!... Tak jest! Mam!
Prędko doskoczył do biurka, przysunął oddalone nieco krzesło i siadł spokojnie całkowicie skoncentrowany, robiąc pełne przejęcia miny. Chwycił za jedno z piór i zanurzył je w inkauście, po czym delikatnie i powolutku przeniósł nad papier.
- Ukochana Lucijana... wiesz ty, że ja mógłbym cię wąchać do rana – powoli wymawiał każde słowo, sprawdzając brzmienie i ewentualne rymy – bowiem taka nam dola pisana, pieścić się i kochać do białego rana – ponownie zanurzył pióro w atramencie. – Wiesz ty, moja ukochana, dziewko jedyna i adorowana, żeś jest dla mnie piękna niczym... Psia mać! – krzyknął gromko - Przeklęty inkaust, żeby mi jeszcze tak bezczelnie kapał na owoc mojej weny! – niezgrabnymi ruchami starał się zatrzeć nieznaczne ślady, lecz miast tego na kartce pojawiły się kolejne kleksy przysłaniające co najmniej połowę twórczego dzieła mężczyzny. Straciwszy cierpliwość, zgniótł kartkę i rzucił za siebie. Natychmiast wziął następną i podjął się kolejnej próby przelania przepełniających jego głowę poetyckich myśli na papier.
- ...żeś jest dla mnie piękna... jest dla mnie piękna niczym... – spojrzał w górę, przerywając pisanie. – Kto? Hm... O! ...żeś jest dla mnie piękna niczym żabcia kumkająca, gdy czarujesz mnie swym głosikiem, niczym żmijeńka sycząca, wijąca się energicznie, gdy walamy się na barłogu w nocki te pamiętne, jak... Hm... Jak co?
Niespodziewanie błysnęło, a po chwili zagrzmiał potężny huk błyskawicy, wyrywając człowieka z twórczej zadumy. Przeniósł wzrok na okno stale bombardowane strumieniami deszczu i wiatru, po czym skrzywił się. Wtem dobiegł go stukot kołatki u drzwi.
- Kogóż to w tej chwili może ciągnąć? – pomyślał głośno, wstał i wyszedłszy z pokoju, udał się niedługim korytarzem w stronę drzwi. Otworzył i momentalnie cofnął się o krok, przybierając prawdziwie zaskoczoną minę.
- Ty?...
W drzwiach ukazała się zakapturzona postać odziana w przemoczoną do suchej nitki opończę, obwieszona przy pasie licznymi mieszkami.
- Musimy porozmawiać – odparł krótko tonem przerywającym dalsze zapytania, gdy chwilę potem niebo w tle rozcięła potężna wstęga błyskawic. Donośny huk bez trudu zagłuszył zawodzenie wiatru.
- Wejdź – powiedział z nagła spoważniały wysoki mężczyzna.
Gdy zakapturzony wszedł do środka, właściciel domu rozejrzał się podejrzliwie po okolicy i wreszcie zniknął w ciemnych komnatach. Drzwi się zamknęły.
__________________
"Nie próbuj posiąść magii, staraj się ją zrozumieć"
RPG
Xelos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 14-02-06, 10:13   #2
TheFlood
Cieniostwór
 
TheFlood awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: Stary Świat
Posty: 424
Wyślij wiadomość przez AIM do TheFlood
Domyślnie

Na początek pytanko: Nie zamierzasz kontynuować tamtego tekstu?

Tytuł : Coś się kończy, coś zaczyna

Powiem ci, że w twoim tekscie opisy są przydługawe, a zdania na które składa się kilkaset znaków męczą czytelnika, zwłaszcza że przed chwilą czytałem i oceniałem tekst BlackFisha :P On przesadzał w jedną stronę, ty przesadzasz w drugą. Podziel te zdania na mniejsze, rzadziej syp przecinkami z rękawów.

Cytat:
  - Co podać, waszmościowi?
Waszmości.

To jedyny błąd, nie miałem sił i czasu więcej szukać. Chociaż więcej na pewno się znajdzie. Miłym, ale też nie specjalnie zaskakującym urozmaiceniem jest gwara wiejska. Długi tekst, ale w gruncie rzeczy niewiele się dzieje. Musisz trochę przyśpieszyć tempo, bo jak tak dalej pójdzie to dojdziesz do tysięcy stron :P Piszesz nieźle, ale zbyt wolno. To jest właśnie problem małych ilości komentarzy przy twoich opkach, po prostu czytelnik grzęźnie jak w bagnie i nie daje rady iść dalej :P Naprawdę przydałaby się trochę szybsza akcja.
__________________
Akolita Podziemia
- To wódka? - słabym głosem zapytała Małgorzata.
Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
- Na litość boską, królowo - zachrypiał - czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!

RPG
TheFlood jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 14-02-06, 15:23   #3
Xelos
Czarny Goblin
 
Xelos awatar
 
Zarejestrowany: kwiecień 2004
Skąd: Netheril
Posty: 180
Domyślnie

Cytat:
Originally posted by Aerial
Na początek pytanko: Nie zamierzasz kontynuować tamtego tekstu?
Tamten tekst jest skonczony, ale wpierw musze poddac kilka rzeczy retuszowi i wkleje pozniej. :-) A propo zdan, to jak najbardziej do zrealizowania. Co sie zas tyczy przecinkow, coz, ich ilosc moze byc nastepstwem wlasnie dlugosci zdan i nie wiecej raczej.

A propo "waszmości" - zgadzam sie jak najbardziej, chociaz to zostalo celowo zmienione, aby podkreslic status pana karczmarza.

- Myśl druga -

Ogień wesoło trzaskał w kamiennym kominku, rzucając chybotliwe cienie na ściany pomieszczenia. W powietrzu rozchodził się przyjemny zapach parującego napoju o zielonkawym zabarwieniu, przez tutejszych mieszkańców zwany alemmasem. Rozległ się odgłos wolnych kroków i do pokoju oświetlonego płomieniami paleniska oraz świec usadzonych w mosiężnych lichtarzach weszła wysoka postać. Na niewielkim stoliku ułożyła tacę z dwoma drewnianymi kubkami, znad których leniwie snuły się wonne opary, po czym siadła na znajdującym się obok fotelu.
- Dlatego właśnie, ci głupcy, zdecydowali się relegować mnie z Adreth Veliar – zaczął siedzący po drugiej stronie stolika. Podbródek opierał na złożonych dłoniach i ze skupieniem w oczach wpatrywał się w żywo ciągnące się ku górze języki ognia. – Teraz już rozumiesz, dlaczego musiałem opuścić Arkendarię? Dlaczego CHCIAŁEM to zrobić? – spojrzał na swojego konfratra, a w intensywnie szarych oczach odbijały się ogniki kominka, stanowczo podkreślające chłodny ton wypowiedzi.
- Tak... Teraz już rozumiem – zrobił krótką pauzę, nie spuszczając wzroku ze swojego gościa. - Napij się, dobrze ci zrobi. Musisz się porządnie ogrzać – podjął zachęcająco, po czym sam wziął swój kubek i upił nieco trunku, siorbiąc przy tym donośnie. Po chwili zaś, zaczerpnął kilka głębszych oddechów.
- Nie przypuszczałem, że dla tych, którzy rzekomo oddają się swojej profesji całym sercem, ważniejsze okażą się jakieś wymyślone reguły – kontynuował zapatrzony w ogień, wyraźnie przejęty i zasłuchany w swoje dobitne stwierdzenia. – Reguły, które zamiast poszerzać wiedzę, tę od dawien dawna gromadzoną, blokują nam możliwości poznania. Idioci – mocno zacisnął dłonie w pięści na oparciach fotela, że aż knykcie pobielały.
- Nic nie można już było zrobić? Nie mogli puścić w niepamięć tego występku? – gospodarz zapytał łagodnym tonem i upił kolejny łyk. – Przecież byłeś jednym z...
- Nieistotne kim byłem! – uniósł się w gniewie, odwracając gwałtownie głowę w stronę swojego rozmówcy, który zaskoczony tym wielce, aż pogłębił się w fotelu. – Istotne kim teraz jestem... Tamte czasy przeminęły bezpowrotnie, a ta zwyrodniała magnificencja swoim postępowaniem ostatecznie rozwiała iluzję, którą zwabiała naiwnych. Nie... nie tam moje miejsce. Nie po tym, czego doświadczyłem, co musiałem znieść... Zabrali mi wszystko – ciągnął nieprzerwanie, a ponury i zimny tembr głosu sukcesywnie się pogłębiał. – Wszystko. Nawet Amulet Czarostwa... – na to pełne żalu oświadczenie jego towarzysz uniósł wysoko brwi na znak niepomiernego zdumienia, powiódł niespiesznie dłonią po długich, jasnych włosach i pokręcił głową jakby niedowierzająco.
- Ale czy nie można było niczego uczynić? Naprawić? – podjął w chwili, odstawiając opróżniony kubeczek na stolik, gdy jego gość zamilkł. Młody mężczyzna spojrzał na niego tajemniczo, po czym wstał bez pośpiechu z fotela i podszedł do okna zakrytego wełnianą kotarką. Odchylił nieco zasłonkę, a na zewnątrz wiatr wciąż szalał z deszczem, którego strugi żywo ściekały po powierzchni szyby, kreując obraz iście mroczny i ponury. Obraz odpowiadający nastrojowi młodzieńca.
- Nie. Nie można było – odparł po chwili namysłu tonem pozbawionym wszelakich emocji. - Wszystko co udało mi się osiągnąć, nie okazało się dostatecznie wartościowe. Ale to nieważne. Już mi nie zależało – dostrzegł gdzieś na ulicy biegnącą kobietę, próbującą najprawdopodobniej dostać się do domu w obawie przed poważniejszym zmoknięciem. – Nie mógłbym zgłębiać arkanów tam, gdzie szybkość tego jest kontrolowana... Ach... Ta relegacja przez kilka dni skutecznie spędzała mi sen z powiek, ale i otworzyła oczy, widzę to tak wyraźnie, jakby się działo wczoraj, przed chwilą... – odrzekł smutno, przez chwilę wpatrując się w parapet okna jak gdyby przywoływał w pamięci te minione chwile. Jasnowłosy wciąż obserwował go w milczeniu, gdy ten po chwili odwrócił się i machnął niedbale dłonią. W tej samej chwili łysnęło jasno zza kotarki, a potem zagrzmiała ogłuszająco błyskawica.
- Ale ja się im odpłacę, jeszcze o mnie usłyszą. Będą przeklinać dzień, w którym wydali tak nieprzemyślaną decyzję – odezwał się nienaturalnie spokojnie, całość wieńcząc paskudnym uśmiechem, który wywołał zaniepokojoną minę na obliczu jego towarzysza.
Młodzieniec lekkim krokiem podszedł do stolika i chwycił za swój kubek z lekko ostygłym już napojem. Zakrztusił się momentalnie i zakaszlał, nieomal nie upuściwszy naczynka. Twarz konfratra wykrzywiła się w nieznacznym uśmiechu.
- Co żeś mi za zajzajer podał?! Ach... ależ pali!... – zaczął nabierać coraz głębszych oddechów powietrza, gestykulując energicznie.
- Jaki tam zajzajer. To tylko alemmas, tutajesza odmiana herbaty – zachichotał cicho. – Mówiłem, że cię ogrzeje. Niemniej trzeba było pić, kiedy jeszcze parowała, a o nazwę mnie nie pytaj, sam nie mam bladego pojęcia, dlaczego nadano taką a nie inną – konfrater jego spojrzał nań chłodno i poważnie, a on wzruszył tylko niewinnie ramionami. - No ale... rzeknij mi jeszcze, co więc zamierzasz?
- Czas wkrótce pokaże – odstawił drewniany kubeczek na gzyms kominka, po czym siadł ponownie w fotelu, przyjmując wygodną pozycję. – Zainteresowała mnie jednak pewna rzecz...
- Hm? A cóż takiego?
- Wieża wznosząca się ponad dachy tego osiedla. Słyszałem, że ktoś z Wtajemniczonych odwiedził miasteczko, i że jest tu nadal.
- Ekhm... a skąd ci o tym wiadomo? – spojrzał na gościa pytająco.
- Po prostu wiem. Nie zapominaj, kim byłem jeszcze nie tak dawno temu i kim jestem wciąż, mimo wszystko.
- Ano, cóż mogę rzec?... Prawda to. To chyba przede wszystkim – splótł palce dłoni i przybrał zamyśloną minę, opierając głowę o wezgłowie fotela. - Nie dalej jak tydzień temu przybył do naszej mieściny czarodzierżca, ponoć samego księcia Abrahira, pana tych ziem – wsłuchany młodzieniec skinął pospiesznie na tak oczywistą informację i jął gestykulować ponaglająco.
- Do rzeczy, bądź tak dobry.
- W porządku. Otóż, istnieją przypuszczenia, iże gdzieś w tych okolicach miały miejsca jakieś dziwaczne... hm... zaburzenia czaroczynne, czy coś na ten kształt. Ekhm... nie patrzże tak na mnie krzywo, nie znam się na tym i chwała mi za to, bo nie zamierzam. Niemniej, jak już mówiłem, książę i Najwyższy Konvent z Ardh Memaroth zaniepokoili się, to wysłali tego oto czarodzierżcę, co to na początku pochodził, pospacerował po okolicy, wdychając nasze świeże powietrze, ale od dłuższego już czasu wygrzewa swoją rzyć w tej wieży i nawet nosa nie wyściubi. Dziwny jegomość, czyż nie? – nie dostrzegłszy żadnej reakcji ze strony swego gościa, ciągnął dalej. – Krążą jeszcze słuchy, że odkrył co nieco i teraz zajmuje się jakimiś wnikliwszymi badaniami, czy coś podobnego. O więcej trzeba by go samego zapytać, ale nie sądzę, aby kwapił się do odpowiedzi, bo pomimo faktu, że pomógł nam kilka razy, to i tak zdaje się być bardzo pyszałkowaty – rozłożył nieznacznie ramiona. – To chyba tyle.
- Badania mówisz... – oczy zabłysnęły raptownie, kąciki ust wykrzywiły się w tajemniczym uśmiechu. - Znasz imię tego Wtajemniczonego?
- Hm... Niech pomyślę... – spojrzał na sufit, drapiąc się po potylicy. – Niewielu je słyszało... raczej nie afiszował się w miasteczku, aż tak bardzo, ale... wydaje mi się, że jakoś Corregnan albo Corrigan?...
- Rozumiem. Być może okaże się to pomocne.
- Pomocne? Ale do czego? Po co ci było wiedzieć to wszystko?
- Zobaczysz – twarz przyozdobił tajemniczy, niewiele mówiący uśmiech. – A teraz – ciągnął dalej, nim jego rozmówca zdążył otworzyć usta, aby zadać kolejne pytanie – powiedz mi jeszcze, czy masz rzeczy, o które przechowanie cię prosiłem tuż przed wstąpieniem do Adreth Veliar?
- Tak, jak najbardziej. Są schowane w kufrze, w izdebce na piętrze – odparł bez chwili namysłu. – Mam ci je przygotować?
- Owszem. Jak dobrze widzisz, nic poza przemoczoną opończą oraz kilkoma sakiewkami mi nie pozostało.
Obaj mężczyźni wstali po chwili z siedzisk.
- Ano, prawda. A to zastępcze wdzianko – wskazał dłonią noszone przez swojego gościa lekkie i nieco podniszczone spodnie i koszulę z wełny naznaczone dodatkowo kilkoma dziurami – jest bodajże ci nie w wymiar.
Młodzieniec zignorował zaczepną uwagę. Przeczesał do tyłu ułożone w bezładzie kasztanowe włosy i ziewnął w pięść.
- Muszę trochę wypocząć. Zmęczyła mnie niewygodna podróż, jak i konieczne wtenczas towarzystwo. Czy znajdziesz dla mnie jakiś niewielki pokój?
- Mhm, jeden się nada – splótł w końcu ramiona na szerokiej piersi i obrzucił z dawna niewidzianego znajomego zagadkowym spojrzeniem, na co ów odpowiedział tylko zmarszczeniem brwi. – Wciąż jednakże zastanawia mnie, co chcesz uczynić. Po co były te szczegółowe pytania...
- Już mówiłem.
Tym razem gospodarz wyglądał na wielce zaskoczonego.
- Jakże to? Zatem?...
- Zobaczysz – uśmiechnął się paskudnie i powolnym krokiem udał się w stronę przyciemnionego korytarza.
Ogień w kominku stopniowo dogorywał.
__________________
"Nie próbuj posiąść magii, staraj się ją zrozumieć"
RPG
Xelos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-02-06, 19:36   #4
Xelos
Czarny Goblin
 
Xelos awatar
 
Zarejestrowany: kwiecień 2004
Skąd: Netheril
Posty: 180
Domyślnie

- Myśl trzecia -

Nazajutrz w niedużym i skromnie umeblowanym pokoju rozległ się odgłos rytmicznego pukania do drzwi. Po niedługiej chwili raz kolejny zadźwięczały łagodne stuknięcia, lecz i tym razem nie doczekały się one odpowiedzi.
- Czyżby wciąż spał?... – Goltryn, wysoki gospodarz domostwa, pomyślał głośno, przestępując kilkakrotnie z nogi na nogę. – Korvinius? Jesteś tam? Ileż można... – w tym samym momencie pociągnął metalową klamkę i uchylił nieco drzwi. Wszedł do pokoju i zastał tam wszystko; starą drewnianą szafę, małą szyfonierę z krzesłem, kufer w rogu, w którym jego konfrater przechowywał rzeczy stanowiące nawet dla niego tajemnicę i oczywiście długie, acz niezbyt szerokie łóżko. Zastał wszystko i to w jak najlepszym porządku. Nie dostrzegł tylko tego, kto to pomieszczenie zajmował.
Jaśniejące powoli promienie słońca wlewały się leniwie przez okno, padając na zydel oraz drewnianą posadzkę i wywołując lekki uśmiech na z nagła zaniepokojonej twarzy Goltryna.
Mężczyzna podszedł do elegancko zasłanego łóżka, na którym leżało zwinięte i wyraźnie znoszone ubranie; ubranie, które użyczył znajomemu, gdy ten zawitał do niego cały przemoczony. Odruchowo przeniósł wzrok na drewnianą, leżącą w ciemnym kącie, skrzynię o nieznacznie zdobionym wieku. Była zamknięta, o czym świadczyła maleńka, ale solidna kłódka.
- U licha, gdzież on polazł?...
Omiótł raz jeszcze pomieszczenie wzrokiem jakby licząc, że a nuż doszuka się jakichś wskazówek. I dopiero teraz zauważył, że brakuje tej szarej, dziwnej opończy, którą on sam wczorajszego dnia przyniósł do tego pokoju i powiesił na szafie. Stanął pod oknem i rozejrzał się po okolicy, wodząc uważnie wzrokiem za krzątającymi się między domami ludźmi, przystępującymi powoli do codziennych czynności i prac. Pogładził brodę i w milczeniu opuścił pokoik. Skierował swe kroki do gabinetu, w którym nie tak dawno jeszcze pracował nad listem do niejakiej Lucijany, nim tam dotarł jednak, bezwiednie przystanął na stopniu, rysy twarzy zaś skrzywiły się w wyrazie raptownego olśnienia.
- To przecież jest oczywiste... Tylko, czego on może chcieć?...
Wreszcie kontynuował swój pochód, i gdy wkroczył do niewielkiej pracowni, wszystko wydawało się pozostać bez najmniejszych zmian. Biurko, uprzednio zawalone stosami leżących w bezładzie papierów, nadal odznaczało się identycznym nieporządkiem, co tyczyło się również podłogi zaściełonej szczątkami niekoniecznie udanej pracy twórczej. Wszystko sprawiało wrażenie nietkniętego. Wszystko z wyjątkiem jednego elementu.
Goltryn podszedł żwawo do kantorka i jął rozglądać się pospiesznie za czymś. Po krótkiej chwili dostrzegł coś, co ewidentnie zakłócało porządek, w jakim pozostawił swoje bambetle – na kartce niedokończonego listu leżała druga, złożona we dwoje ze starannie wykaligrafowanym imieniem właściciela domu. Rozłożył arkusz i począł przebiegać wzrokiem po wyraźnym, lekko pochyłym piśmie.

Goltrynie,

Przypuszczam, że zacząłeś snuć jakieś fantasmagoryczne domysły dotyczące mojego niespodzianego zniknięcia. Niemniej jednak nie nastręczaj sobie z tego powodu problemów, bowiem na razie udałem się na tylko zwykły spacer. Na razie.
To miejsce teraz wydało mi się bardziej interesujące niż poprzednim razem, a zaistniałe okoliczności dodają jemu uroku. Nie wiesz wszystkiego, ja zaś dojrzałem skrzącą się w moim kierunku iskierkę. Być może nie będzie tak tragicznie, jak się obawiałem...
Pomimo zaszłych zmian, pamiętaj, że ja wciąż wyznaję tę samą zasadę. I tak pozostanie.

Korvinius

Reffandio’Atrendium; Koniecznie popracuj nad rymami i doborem słów...


Mężczyzna odłożył kartkę, po czym skrzyżował ręce na piersi, nie kryjąc zdziwienia, jakie ogarnęło go podczas czytania. Stan ten jeszcze bardziej się pogłębiał i uwydatniał na twarzy mężczyzny w postaci wielorakich grymasów, kiedy ten starał się zanalizować i zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło jego konfratrowi. Zdziwienie przeplatało się z niewyjaśnionym przestrachem, któremu jasnowłosy poddawał się bezwolnie. I to go przerażało.
- Cóż ty kombinujesz, Korviniusie, co zamierzasz?... – spytał, powoli wymawiając każde słowo, lecz nie doczekał się odpowiedzi.

***
__________________
"Nie próbuj posiąść magii, staraj się ją zrozumieć"
RPG
Xelos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-02-06, 21:24   #5
TheFlood
Cieniostwór
 
TheFlood awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: Stary Świat
Posty: 424
Wyślij wiadomość przez AIM do TheFlood
Domyślnie

Znacznie lepiej w części drugiej i trzeciej trzyma się długość zdań, nie ma już rozwlekłych opisów, które to tak piekielnie nudziły czytelnika :P Po prostu czyta się przyjemnie. Tak trzymaj.

Cytat:
Amulet Czarostwa
Nie przypadła mi ta nazwa do gustu. Taka... laicka :P

Cytat:
zaczął nabierać coraz głębszych oddechów powietrza, gestykulując energicznie.
No co jak co, ale żeby mężczyzna dławiący się mocnym alkoholem (ewentualnie czyms podobnym) gestykulował? Czasem trzeba uważać, jakich słów gdzie się używa.

po za tym nie znalazłem niczego do czego mógłbym się przyczepić. Piszesz dobrze, rozbudowanie, ciekawie.
__________________
Akolita Podziemia
- To wódka? - słabym głosem zapytała Małgorzata.
Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
- Na litość boską, królowo - zachrypiał - czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!

RPG
TheFlood jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-02-06, 22:00   #6
Xelos
Czarny Goblin
 
Xelos awatar
 
Zarejestrowany: kwiecień 2004
Skąd: Netheril
Posty: 180
Domyślnie

Cytat:
Originally posted by Aerial
Nie przypadła mi ta nazwa do gustu. Taka... laicka
Nie twierdze, ze to jedyna nazwa. Bylo nie bylo nie wszystko musi wygladac/brzmiec zawile. ;-)

Cytat:
No co jak co, ale żeby mężczyzna dławiący się mocnym alkoholem (ewentualnie czyms podobnym) gestykulował?
No pewnie. Nie widze przeszkod. :-)

.................................................. ....

***

- Z oddali wyglądała o wiele bardziej imponująco.
Rozbrzmiał spokojny, a zarazem kpiący tembr czyjegoś głosu. Na przedpolu kamiennej wieży, która nawet w zachmurzony i mgielny dzień królowała nad Kelrynthią swym majestatem i wielkością, pojawiła się przyodziana w szarą opończę, zakapturzona postać. Stała przykryta cieniem pośród rzadkiego, brzozowego zagajnika i taksowała wzrokiem wysoką budowlę, gdy rześki wiaterek wprawiał pelerynę togi w falisty, chaotyczny taniec. Wieża, choć usytuowana była na niewielkiej polanie poza miastem, to i tak nie zdołała uchronić się od miejskiego gwaru i przeciągłych pisków rozszalałych dzieci. Ubrany w szarości młodzieniec rozejrzał się wokoło z ostrożna, spojrzał w stronę udeptanej ścieżki prowadzącej do miasta, po czym, miarowym krokiem postąpił w stronę solidnej budowli.
- Cóż, gdziekolwiek nie będziesz, zawsze musisz się wyróżniać, Correlionie Ravamer, prawda? – spytał retorycznie, po czym zaczął obchodzić wieżę dookoła, przyglądając się zdobiącym ją elementom z połyskującego kruszca. Szczególną uwagą obdarzył pomniejsze pęknięcia, szpecące całość wgłębienia oraz niewprawnie wykończone nadokienne gzymsy, znaczące jednocześnie poszczególne kondygnacje konstrukcji.
- Tym razem jednak wyszło ci to z cokolwiek marnym efektem – uśmiechnął się kątem ust i podszedł do drewnianych drzwi obramowanych rzeźbionym portalem. Odwrócił się z wrodzonej przezorności, a gdy ujrzał za sobą tylko kilka dębów o rozłorzystych koronach i masywnych, wystających ponad ziemię, korzeniach wraz z otaczającymi je zaroślami; zapukał, a gestowi temu towarzyszyło zdecydowanie.
Mężczyzna odczekał dłuższą chwilę cierpliwie, lecz kiedy spodziewana odpowiedź nie nadeszła, pchnął nieznacznie drzwi, które, ku jego początkowemu zdziwieniu, okazały się otwarte.
- Ach... To ciekawe – obrócił nieco głowę, zakładając ręce na biodrach, jakby poddając coś chwilowym rozważaniom. – Czyżby gospodarz tego uroczego domostwa postanowił rozprostować stare gnaty?
Nie czekając dłużej, otworzył szeroko drzwi, wywołując przy tym drażniące uszy skrzypnięcia, po czym natychmiast wszedł do środka. Stanął na okrągłym dywaniku i skrzyżował ramiona na piersi.
- Tak jak twierdziłem – podjął ni z tego, ni zowego, nieufnie wodząc wzrokiem po zupełnie prosto umeblowanym pomieszczeniu. – Nic, na czym można by zawiesić oko. Cóż my tu mamy?... Rozpadający się regał z paroma podniszczonymi woluminami, kilka lichtarzyków na obskurnej komódce oraz tandetna kanapa z zapewne wątpliwej jakości skóry.
Zakapturzony podszedł do regału, obok którego widniało niewielkie okno. A choć bez żadnych trudności wpuszczało ono światło słońca, to pomieszczenie tonęło w nienaturalnym półmroku, wywołującym dziwną, tajemniczą atmosferę.
- Kim żeś i co robisz w mojej wieży!
Donośny i chrapliwy głos zmącił z nagła ten chwilowy stan ciszy. Jednakże Korvinius nie dał po sobie poznać zaskoczenia, z tyłu zaś słyszał już wyraźnie miarowe kroki i szmer ciągniętego po stopniach materiału. Obrócił nieznacznie głowę, wciąż stojąc tyłem do źródła nieoczekiwanego dźwięku.
- Gadajże, inaczej na własnej skórze doświadczysz mego gniewu!
Kroki zanikły. Korvinius postanowił nie testować dłużej cierpliwości mistyka, wiedział bowiem, iż to całkowicie mijało się z jego celem. Odwrócił się bez pośpiechu jakby prowokująco, po czym równie powolnym ruchem zsunął kaptur z głowy. Niewysoki czarodziej zmrużył oczy i lustrował groźnym spojrzeniem niezapowiedzianego gościa, jednocześnie mierząc weń daleko wyciągniętą dłonią.
- Składam wyrazy najszczerszego pozdrowienia – młodzieniec zaczął patetycznym tonem - Correlionie Ravamer, mistrzu arkan tajemnych i Wielki Wtajemniczony Najwyższego Konventu Ardh Memaroth; a mówi ci to klerk i do niedawna praktykant Akademii Adreth Veliar, obecnie zaś absolwent oraz pełnoprawny iluzjonista i Wtajemniczony 6’stopnia – zaryzykował nie do końca prawdziwe stwierdzenie i wykonał charakterystyczny dla magów tej klasy gest dłonią, bacząc na to, aby wyglądał jak najnaturalniej.
Czarodziej podwinął poły swojej powłóczystej szaty i nie spuszczając wzroku z intruza, zszedł pomału ze schodów. Wcześniej zauważalnie napięte mięśnie przyprószonej siwizną twarzy rozluźniły się, a potoczyste przemówienie młodzieńca odniosło pożądany skutek, gdyż i groźnie rozwarta dłoń powróciła do kieszeni wytwornej togi.
- Podaj mi więc swe miano, Wtajemniczony. Nieczęsto bywałem w tamtejszej szkole, ale miałem okazję poprowadzić kilka wykładów. Być może miałeś zaszczyt brać w nich udział?
Również ton głosu zelżał znacząco, ale Korvinius zdawał się już tego nie zauważać. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w wiszący na piersiach starszego maga kunsztowny i bogato zdobiony amulet w kształcie heksagramu. Bijący odeń blask rozświetlał zdobiące szatę inskrypcje i nie pozwalał iluzjoniście oderwać od niego wzroku, aż do chwili, gdy Correlion chrząknął i uniósł w zniecierpliwieniu brew.
- Korvinius Malverich, Wtajemniczony Correlionie.
- Dla ciebie, „Wtajemniczony Ravamer”. Zapamiętaj to – poprawił młodzieńca tonem mentora, na co ten skinął lekko. – Ależ tak – pogładził leniwie brodę – kojarzę twoje imię. O ile dobrze pamiętam, byłeś jednym z najlepiej zapowiadających się praktykantów. Nie mylę się?
- Absolutnie – odparł bez namysłu.
Oblicze starszego mistyka pojaśniało w nieznacznym aprobującym uśmiechu. Wskazał drzwi dłonią, po czym wykonał nią cofający gest, amulet zamigotał, i zaraz dało się usłyszeć charakterystyczny trzask.
- Dobrze więc. Miło mi w końcu gościć kogoś adekwatnego do tegoż miejsca, a nie chłopów, mieszczan czy natrętnych i piskliwych bachorów, co to utrudniają tylko prace i badania – gość dla zasady uśmiechnął się ckliwie i wzruszył niezauważalnie ramionami, czarodziej zaś przeciwnie, skrzywił się niepomiernie na myśl o wspomnianych sytuacjach. – Rozgość się i chodźmy na górę. Z chęcią zamienię kilka słów z pełnoprawnym członkiem Magostwa, a i być może nauczysz się czegoś nowego, młody Korviniusie.
Correlion wskazał płynnym ruchem dłoni kręcone schody. Gdy zniknął w końcu za ścianą, młody mężczyzna skrzywił rysy twarzy w tajemniczym uśmiechu i w milczeniu udał się w ślad za Wielkim Wtajemniczonym.
Ten poziom wieży różnił się od poprzedniego niemal pod każdym względem. I chyba do najważniejszych różnic, a już na pewno najbardziej zauważalnych, zaliczały się wystrój salki oraz jaskrawe światło bijące od zawieszonych pod sufitem kryształków - całkowite przeciwieństwo tego, co iluzjonista widział na parterze. Jak można się było domyślić, nie żałował dytyrambów opiewających gust czarodzieja, co ten odbierał z wyraźną aprobatą, wieńcząc komentarze szerszym uśmiechem. O to też chodziło.
- Zasiądź zatem – mag wskazał elegancką kanapę obitą atłasem, po czym sam usadowił się na znajdującym się obok fotelu. – Rzeknij mi zatem, jak mają się sprawy w Adreth Veliar? Czy prominentną funkcję rektora wciąż sprawuje Karsen Vyin Ferlich? – posłał mężczyźnie pytające spojrzenie.
- Nie inaczej. I nie zanosiło się na to, aby w najbliższej przeszłości miały nastąpić jakieś rewolucyjne zmiany.
- Ach... Doprawdy niezbyt to wyszukana decyzja ze strony Głównej Rady – skonstatował bez większego przejęcia. – Taki głupiec jak Vyin Ferlich doprowadzi do zniesławienia Sztuki, którą się zajmujemy – wydał z siebie charkot przypominający szyderczy chichot. – Na całe szczęście odpowiedzialne miejsca w Konvencie zajmują osoby z intuicją.
Przez chwilę panowała zupełna cisza. Korvinius przeniósł wzrok na liczne pergaminy znajdujące się na szklanym stoliku przed nimi. Skrupulatniejsze obserwacje nie trwały jednak długo, bowiem starszy czarodziej otrząsnął się z zamyślenia i oparłszy brodę na dłoni, spojrzał nieufnie na swojego gościa.
- A teraz przejdźmy do rzeczy. Czemu mam zawdzięczać tę niezapowiedzianą wizytę?
- Ach tak – młody mężczyzna przybrał wygodniejszą pozycję i kontynuował. - Z powodu, który sam, Wtajemniczony Ravamer, wymieniłeś stosunkowo niedawno. Byłem pewien, że odwiedzając cię, poszerzę horyzonty swojej wiedzy, którą to cenię nade wszystko – starszy czarodziej uważnie obserwował i słuchał swojego gościa, mrużąc niekiedy oczy jakby dokładnie analizował wypowiadane kwestie. Lecz iluzjonista nie dał się wytrącić z równowagi przeszywającym spojrzeniem i dalej mówił z niezmienionym tonem. – Miałem również szczęście usłyszeć od tutejszych mieszkańców, iż Wtajemniczony prowadzi pewne zajmujące badania, których treść, jak łatwo się domyślić, niebywale mnie zaintrygowała.
- Ach tak. A z jakiego źródła dowiedziałeś się, że właśnie tutaj przez jakiś czas będę przebywał?
- Cóż – zmarszczył nieco czoło. – Jeszcze przed moim opuszczeniem szkoły krążyły różne pogłoski, iż gdzieś w tej okolicy miały bądź wciąż mają miejsce różnego rodzaju zachwiania magicznej natury. Rzeczą naturalną było, iż osoba moich zainteresowań sprawdzi to niechybnie. Gdy zaś w końcu przybyłem, mieszkańcy miasteczka zrobili swoje, abym mógł poczuć się w pełni doinformowany.
- Mieszczanie? Cóż zwykły człowiek może o tym wiedzieć, aby pełnoprawny członek Magostwa pokładał wiarę w słowach, którym bliższe są niewiedza i brak precyzji? – stwierdził sucho i przekrzywił nieco głowę.
- Oczywiście nic. Ale widzieli Wtajemniczonego, który miał się zająć tą sprawą. A względnie szczegółowy opis wystarczył, abym swoje zaczął podejrzewać – kończąc, pozwolił sobie na niewielki uśmiech. Uśmiech, który wyrażał tak triumf, jak i głęboko skrywaną pogardę.
Czarodziej wolno pokiwał głową, poprawił ułożenie niewielkiej baskijki, spod której wystawały oraz wiły się posiwiałe pasemka włosów i powstał wreszcie z fotela. Korvinius patrzył na niego ze zdziwieniem, gdy ten bez słowa udał się w stronę prowadzących na górę schodów i opuścił pokój. Nie zamierzał o nic pytać ani tym bardziej się ruszać. Po prostu czekał i obserwował, mając nadzieję, że jego zamierzenia nie spalą na panewce.
Nie musiał długo czekać. Odgłos niespiesznych kroków uprzedził iluzjonistę o nadejściu Wtajemniczonego. Po chwili wszedł on do pokoju, dzierżąc w dłoni długi zwój pergaminu. Stanął naprzeciwko swojego gościa i wskazał rulon.
- Oto jest efekt moich badań, mojej czasochłonnej pracy i muszę dodać, że wyniki przerosły moje przypuszczenia – oświadczył dumnie, prezentując młodzieńcowi obszerny arkusz.
Iluzjonista otworzył szerzej oczy i przez chwilę w całkowitym milczeniu przyglądał się nieznacznie rozwiniętemu pergaminowi. Uniósł bezwiednie dłoń i zaczął posuwać ją powoli w stronę karty z tajemniczymi symbolami.
- Czy... Czy mogę?... – spytał niepewnie, z trudem przenosząc spojrzenie na z nagła spochmurniałego maga.
- Być może – odparł poważnie, chłodno. – To jednakże nie są badania, które można przedstawiać każdemu dyletantowi.
Na twarzy Korviniusa wymalowało się zdziwienie, którego tym razem nie zdołał ukryć. Opuścił dłoń i odpowiedział starszemu Wtajemniczonemu poważnym spojrzeniem, skrywającym w sobie jakiś mroczny akcent.
- Nie jestem dyletantem.
- Być może – uśmiechnął się złośliwie mag. – Ale słowa nie są wystarczającym dowodem. Bywają mylące i potrafią zwodzić, o czym sam z pewnością wiesz doskonale. Ta wiedza – wskazał wolną dłonią zwój – przeznaczona jest dla tych, którzy słowa umieją poprzeć czynami, a ja nie mogę sobie pozwolić na żadne ryzyko...
- Czego więc chcesz? – wtrącił, nie mając najmniejszego zamiaru wysłuchiwać pouczeń czarodzieja.
- Następnym razem nie waż mi się przerywać – zaznaczył dobitnie, po czym splótł ramiona na piersi, wyraźniej eksponując misterny talizman. – Od chwili gdy cię zastałem w mojej wieży, nie dostrzegłem twojego Symbolu. I nadal go nie dostrzegam ani nawet nie wyczuwam. To raczej nietypowe, prawda?
Korvinius nie odpowiedział, ale przeczuwał do czego zmierza ten stary mag. I tego się obawiał.
- Pokaż mi swój Amulet Czarostwa.
Młodzieniec odwrócił na bok głowę i uśmiechnął się, kręcąc nią jakby niedowierzająco i kpiąco zarazem.
- Przykro mi to mówić, ale to niemożliwe – spokojnie przeniósł wzrok na stojącego maga.
- Słucham?
- Nie uznałem za konieczne wziąć go dziś ze sobą.
- Ach, doprawdy? – uniósł brwi w wyrazie nieukrywanego, ale i przesadnego zdziwienia. Odwrócił się i podszedł do niewielkiego, wiszącego na ścianie, obrazu ukazującego jakąś postać, której źle z oczu patrzyło. – Zatem wiedząc, że nosiłeś się z zamiarem złożenia wizyty konfratrowi, czarodzierżcy o niebagatelnej pozycji, przyszedłeś doń bez czegoś, co winno stanowić dla ciebie rzecz najcenniejszą? – wodził palcem po pozłacanym obramowaniu. Wreszcie spojrzał za siebie na młodego mężczyznę, który tylko z pozoru siedział spokojnie na kanapie. – Jak uzasadnisz mi swoją bezsensowną decyzję?
- Po prostu tak postanowiłem. Nie widzę w tym nic, aż tak zadziwiającego – odrzekł sucho i bez namysłu, dłonie poczęły drżeć lekko.
- Tym gorzej dla ciebie – z założonymi z tyłu rękoma począł dalej przyglądać się obrazowi. – A mówiąc tak, tylko utwierdzasz mnie w przekonaniu, że nie jesteś osobą, której stosownie byłoby przedstawić pewne, nad wyraz ważkie prace. A skoro to wszystko, zmykaj więc, bo nie mogę poświęcić ci więcej mojego czasu – zdmuchnął z płótna jakieś pyłki.
- Oczywiście, że odejdę... – powstał powoli z lekko opuszczoną głową, oczy nieco przysłonięte pasemkami kasztanowych włosów, wyrażały niesprecyzowane – ale koniecznie z tym zwojem! – nim skończył mówić, a właściwie krzyczeć, obie dłonie pognały lotem błyskawicy w stronę czarodzieja. A ten, choć jego wiek zdawał się temu zaprzeczać, okazał się szybszy. Amulet błysnął.
Zwalił się ze schodów i z grzmotem uderzył o posadzkę. Zajęczał przeciągle. Po chwili na stopniach pojawiła się kolejna postać, której poły szaty zwijały się gęsto na ziemi.
- Czy ty naprawdę myślałeś, impertynencie, że dałbym się tak łatwo zaskoczyć? – zasyczał gniewnie Wtajemniczony. – Sądzisz, że nie podejrzewałem takiego zakończenia? Że uśpiłeś moją czujność byle słówkami, nic nieznaczącymi dyrdymałkami?
Korvinius podniósł się na czworaka, uniósł głowę i w milczeniu patrzył przez chwilę na maga. Z oczu sypały mu się błyskawice. Zakaszlał.
- Jeżeli tak, to znaczy, że jesteś głupszy niż z początku podejrzewałem – zstąpił o kilka stopni. – Nie wiem, po co potrzebne ci były moje badania i wcale mnie to nie obchodzi. Możesz być jednak pewien, że poinformuję kogo trzeba, abyś poniósł konsekwencje swoich nierozsądnych poczynań. Ach, teraz można się domyślić, dlaczego nie posiadasz swojego amuletu – zakpił - bo stwierdzenie, że po prostu go nie wziąłeś, było oczywistym kłamstwem, pospolitą blagą.
Poturbowany młodzieniec, wciąż milcząc, próbował wstać.
- Potraktuj to jako lekcję, bowiem następnej już ci nie udzielę – końcowym słowom towarzyszył stopniowo wzmagający się blask.
Wejściowe drzwi wieży z impetem otworzyły się do zewnątrz, a chwilę potem wyleciał ze środka pchnięty jakąś potężną siłą mężczyzna ubrany w szarości. Poleciał szerokim łukiem i padł na ziemię w zarośla otaczające kilka dębów. Bezwolnie oddał się impulsom ciała, sycząc z bólu i pojękując cicho.
- Psi pomiot... – wystękał, krzywiąc twarz w grymasie i masując obolałe ramię. – Ja jeszcze nie skończyłem, Correlionie. Przypomnisz sobie, jak naprawdę potrafię być obiecujący.
Korvinius z trudem wstał przy wtórze cichych postękiwań chwilami wzbogacanych licznymi przekleństwami. Przeniósł wzrok na najwyższą kondygnację budowli, na znajdujące się tam okno. Spoglądał chwilę w milczeniu, aż oblicze jego nie przyozdobił paskudny uśmiech zapowiadający nieuniknione.

***

Korvinius wciąż nieco obolały szedł ulicą Kelrynthii, wracał powoli do domu swojego konfratra. Rozbrzmiewające naokoło hałasy stawały się nie do zniesienia, a w szczególności jazgot małych dzieci, których zaroiło się na placu jak w ulu. Pomimo nienajlepszej kondycji starał się nie koncentrować na sobie ciekawskich spojrzeń tutejszych. Daleki był od rozsławiania swojej osoby, nawet w tak niewielkich miasteczkach jak to.
- Ach, na Cienie Zelfiry! Przeklęty Correlion... – przystanął na chwilę i rozmasował bolące miejsce nogi. Rozejrzał się po okolicy z zamiarem znalezienia niewielkiego miejsca na chwilowy postój. Postąpił kilka kroków w stronę niedaleko znajdującej się fontanny i siadł na cembrowinie, kontynuując kojący masarz.
- Hej! Cio panu siem stało? – znikąd pojawił się niski, piegowaty chłopczyk i wlepił swoje zielone oczka w surową twarz iluzjonisty.
Korvinius uraczył chłopca ponurym spojrzeniem, mając nadzieję, że zaraz po tym pójdzie sobie, a ten miast tego, przekrzywił główkę i dalej spoglądał na mężczyznę z wielkim zainteresowaniem.
- Ciooo? Cio panu jest, heee?
- Odejdź stąd, smarkaczu. Uciekaj do rodziców – skrzywił się, gdy ból w nodze znowu się odezwał.
- Ciooo? – zamrugał wyraźnie zaciekawiony.
- Powiedziałem – odejdź – zaakcentował, lecz gdy chłopiec i tym razem nie zareagował, Korvinius sięgnął po jedną z sakiewek i rozplątał ją. – Jeżeli zaś nie chcesz odejść, to zerknij tutaj.
- Uuu... dobzie! – wtem rozdziawił szeroko buzię i zrobił wielkie oczy. – Ujjjjjjjj! – zapiszczał przeciągle i pognał prędko między budynki. Przechodzący obok ludzie spojrzeli zagadkowo na mknącego malca i wzruszyli obojętnie ramionami.
Młody iluzjonista odpoczął chwilę nie nękany już przez nikogo więcej. W końcu wstał i kontynuował swój pochód, a mijając kolejne zabudowania, dostrzegł pokaźnej wielkości stertę siana. Zatrzymał się na krótką chwilę i w zamyśleniu podrapał po brodzie.
Przez dalszy odcinek ulicy szedł, jakby rozważając coś i niemal całkowicie ignorując przy tym bolesne fale, a nim zorientował się był już przed drzwiami domu Goltryna.
- Jesteś w końcu! Byłeś u tego czarodzierżcy, prawda? Po co żeś do niego polazł, hm? – zapytał w futrynie posturny mężczyzna.
- Nieistotne. A przynajmniej na tę chwilę – dopowiedział, zauważywszy grymas na twarzy jasnowłosego, po czym obaj weszli do środka. – Jest jednak coś, o czym musimy porozmawiać, o co muszę cię mocno prosić.
- Nie podoba mi się ten poważny ton, Korviniusie... Mówże jaśniej.
- Jak najbardziej. Muszę przedstawić ci moją... – uczynił chwilową pauzę – mój projekt. Chodźmy dalej.
__________________
"Nie próbuj posiąść magii, staraj się ją zrozumieć"
RPG
Xelos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-02-06, 12:17   #7
Xelos
Czarny Goblin
 
Xelos awatar
 
Zarejestrowany: kwiecień 2004
Skąd: Netheril
Posty: 180
Domyślnie

- Myśl czwarta -

Goltryn poruszał się krokiem pełnym niepokoju po salonie swojego domostwa. Na twarzy malowało się zdenerowanie. W końcu przystanął i spojrzał na nieco niższego od siebie mężczyznę stojącego w cieniu przy wejściu do pomieszczenia.
- Korvinius. Ten projekt, jak to nazwałeś, jest szalony bez krzty wątpliwości – odparł tak poważnie jak nigdy dotąd. – Chyba tylko ty mogłeś poprosić mnie o coś podobnego.
- Ale nie ma ryzyka – iluzjonista zaczął perswadować łagodnie. – Nic się nikomu nie stanie. Po niedługim czasie samo minie. Przecież już ci tłumaczyłem, jak to działa.
- A jeżeli się pomyliłeś? Cóż wtedy? Przecież całe...
- Nie pomyliłem się – wtrącił oschle. – Skończże z tym defetyzmem. Takimi supozycjami obrażasz mnie, i to bardzo – założył ręce na piersi. – Pamiętaj, że mam za sobą lata praktyk i na domiar nieoficjalnie jestem jednym z członków Magostwa.
- Naprawdę... Naprawdę jestem pełen obaw – pokręcił smutno głową.
- A nie powinieneś.
Korvinius zbliżył się na wyciągnięcie ramienia do swojego przyjaciela. Gdy jego twarz nabierała coraz intensywniejszych odcieni niepokoju, u odzianego w opończę młodzieńca było wręcz przeciwnie – dominowały stanowczość i chłód.
- Ten incydent zostanie szybko zażegnany. Poznałem Correliona bliżej, niżbyś chciał – pogładził wymownie ramię – i jestem przekonany, że szybko się z tym upora. Ja zaś zrobię swoje i odjadę. Nie będziesz musiał dłużej znosić mnie i moich pomysłów.
Goltryn mierzył przez chwilę młodzieńca wzrokiem. Wreszcie westchnął głęboko.
- W porządku. Byleby naprawdę było tak, jak twierdzisz.
- I będzie – uśmiechnął się kątem ust.
- Zatem?... Kiedy mamy to przeprowadzić?...
- Jak zmierzch zapadnie. Jeszcze kilka godzin, więc póki co nie nastręczaj sobie z tego powodu nazbyt wielu zmartwień. Wierz mi, że to zbędne – poklepał przyjaciela po ramieniu, po czym odwrócił się i odszedł w stronę korytarza.
- Podzieliłbyś się swoją pewnością. Wówczas na pewno byłoby mi łatwiej – skonstatował ponuro jasnowłosy.
Nim iluzjonista zniknął za ścianą, obrócił nieco głowę, posyłając gospodarzowi tajemniczy uśmiech.
- Odpocznij do tego czasu. Jak tak uczynię.
I zniknął. Goltryn nerwowymi ruchami wyczesał do tyłu włosy, ponownie westchnął i postanowił pójść za radą przyjaciela.


***

Za oknami sukcesywnie zmierzchało, nastawała bezchmurna i cicha noc. Miasteczko zapalało się pojedynczymi pochodniami na ulicach, dziurawiąc spowijającą wszystko pelerynę mroku. Całość wespół ze srebrzystym blaskiem księżyca w pełni i towarzyszących mu gwiazd inicjowała niesamowity pokaz światła i cieni.
Korvinius odszedł od okna i przykucnął przed swoją skrzynią. Z kieszeni opończy wydostał niewielki kluczyk o licznych, wymyślnych ząbkach. Wsunął go do kłódki, przekręcił. Powolnym ruchem uniósł zdobione wieko. Mroczny uśmiech pojawił się na obliczu, gdy w środku znalazł to, czego szukał – dekorowany sztylet o obsydianowej rękojeści i dzięsięciocalowym ostrzu. Zważył broń w dłoniach, po czym powiódł delikatnie palcem po licznych symbolach wygrawerowanych na uchwycie i jelcu. Oczy łyskały niczym sam brzeszczot.
Nagle drzwi sypialni otworzyły się i do środka wpadł energiczny Goltryn. Zaskoczony tym najściem iluzjonista prędko schował sztylet za pazuchę opończy i zamknął skrzynię. Był tak zaabsorbowany tym przedmiotem, że najwyraźniej nie usłyszał kroków konfratra, za co przeklął się w duchu.
- Korvinius, gotowyś?... – wyraźnie osłabił ton zapytania, gdy ujrzał przyjaciela przy początkowo otwartej skrzyni.
- Daj mi jeszcze chwilę.
- No dobrze... będę czekać na dole. Pospiesz się jednak, nawet teraz trudno mi znieść myśl zbliżającego się wyzwania.
- Oczywiście.
Gdy młodzieniec usłyszał trzask drzwi, zamknął skrzynię z powrotem na malutką kłódeczkę, po czym wstał i poprawił ułożenie swojej togi. Po niedługiej chwili zszedł na dół.
- Czas najwyższy – podjął Goltryn, kiedy zauważył niespiesznie ciągnącego iluzjonistę. – Ruszajmy się, chciałbym mieć to już za sobą.
- Masz, weź to – zignorował uwagę przyjaciela, a po uprzednim odwiązaniu jednej z sakiewek, podał mu ją. – Wiesz co z tym robić, prawda?
- Tak... – rzucił niechętne spojrzenie związanemu mieszkowi i natychmiast schował go do kieszeni skórzanego koletu.
- Hm... A po cóż ci to? – wskazał dłonią na dopiero zauważoną bogato dekorowaną rękojeść miecza wystającą ponad prawe ramię mężczyzny.
- Na wszelki wypadek – odparł krótko. – Idziemy?
Nie odpowiedział, tylko otworzył drzwi i opuścił domostwo.

***

Szedł żwawym krokiem pustymi ulicami, cień przemykał po ścianach domów, a on starał się zachowywać najwyższą czujność. Był zdenerowany. Bardzo. Ale dał słowo przyjacielowi i tak po prawdzie żal mu go było. Żal, że został tak potraktowany, bo przecież nie chciał źle... Chyba.
Wkroczył na niewielki i oświetlony pochodniami plac z fontanienką pośrodku. Zatrzymał się na chwilę i rozejrzał dookoła. Choć w znacznej większości domów panowały ciemności, to miał nieodparte wrażenie, że oczy wszystkich tu mieszkających były skierowane na niego. Potrząsnął głową i zaklął siebie w duchu za tak bezsensowne myśli. Kontynuował pochód, starał się stąpać cicho i ostrożnie, a jednocześnie naturalnie.
- To było... Ach, oczywiście. Tam.
Wszedł w ciemną uliczkę, przyspieszył znacząco kroku i wreszcie pojawił się na kolejnym placyku. W oddali dostrzegał już cel swojego marszu.
Po niedługiej chwili stanął przed pokaźnym stosem siana, po bokach którego znajdowały się niewielkie domki. Zauważalne zdenerwowanie towarzyszyło każdemu, najmniejszemu nawet krokowi.
Ze sterty przed sobą przeniósł wzrok na niewielką sakiewkę wypełnioną sypką substancją, która z niewyjaśnionych przyczyn znajdowała się już w jego dłoni. Targały nim liczne wątpliwości, co znajdowało idealne odzwierciedlenie na coraz bardziej spochmurniałym obliczu. Obiecał to przyjacielowi, nie mógł się teraz wycofać, a on obiecał jemu, że nic niespodziewanego nie ma prawa się wydarzyć. Skinął aprobująco na te myśli i spojrzał na migoczącą nie opodal pochodnię. Ruszył stanowczo w jej stronę.

***

Na zewnątrz słychać było pojękiwania wiatru i szelest listowia rozległych koron drzew. W pokoju na szczycie wieży błyskał ogień przyczepionej do ściany pochodni, rzucający światło na pobliskie biblioteczki i ciemny pulpit, nad którym garbiła się postać z baskijką na głowie. Ziewnęła przeciągle i zakaszlała. Zamoczyła pióro w inkauście i pociągnęła jeszcze kilka razy dłonią, zdobiąc pergamin coraz mniej czytelnymi inskrypcjami.
- Achh... Tak, na dzisiaj starczy – czarodziej odłożył pióro na bok, wziął kartę i podszedł do niewielkiego biurka przy oknie. – Za nie dłużej jak dwa dni powinienem uporać się z tymi badaniami – sięgnął po skórzaną tubę na zwoje i włożył doń zapisany pergamin. – Już najwyższy czas na spoczynek – spojrzał na przygotowane łóżko i uśmiechnął się na myśl o ciepłej kołdrze i miękkiej poduszce. Zdjął pomału amulet i z namaszczeniem odstawił chwilowo na blat kantorka. Zaczął rozpinać haftki szaty, gdy momentalnie zwrócił głowę w kierunku okna. Podszedł i począł rozglądać się na boki. Nie dostrzegł niczego nienaturalnego, ale słyszał coś dziwnego i tu budziło jego niepokój. Chwycił za tubę i prędko zszedł schodami niżej. Spojrzał przez okno wychodzące na miasto i otworzył szeroko oczy.
Niebo nad Kelrynthią płonęło łuną, gorało nadzwyczaj silnym światłem. Wokoło rozlegały się i stopniowo narastały krzyki, wołania o pomoc. Ostatecznie i pod wieżą czarodzieja znalazło się kilku mieszkańców nawołujących błagalnie maga. Początkowo Wtajemniczony nie rozumiał, dlaczego ci ludzie nie zdołali poradzić sobie z ogniem. A domyśliwszy się prędko, pobiegł pędem na dół, nie tracąc ani chwili czasu. Razem z czekającymi nań ludźmi pognał w stronę rozświetlonego miasta. Nie było czasu na zwłokę ani dokładne oględziny, toteż wybiegłszy, nie mogli dostrzec przemykającego za nimi cienia.

***

Wypadł zza rogu i przylgnął w cieniu do ściany budynku. Na twarzy malowała się groza, podczas gdy klatka piersiowa unosiła się i opadała w przyspieszonym tempie.
Zrobił to. Zrobił, jak obiecał. Wyjrzał ukradkiem, aby z oddali zobaczyć efekt swojego przyrzeczenia – wielki stos siana płonął jasno, wręcz oślepiająco niczym olbrzymie ognisko w święto Melvayi. Ogień błyskawicznie spowił całą stertę i zaczął buchać płomieniami w stronę okolicznych strzech. Zewsząd nadciągali ludzie, a donośne krzyki falami roznosiły się po miasteczku.
- Ludziska! Chwytajcie za wiadra i po wodę! Pędem, w tamtych domach są kobiety i dzieci!
Przywarł płasko do ściany, gdy kolejna grupa przemknęła z cebrami obok.
- Gdzież się podziewa, u licha, ten czaromiot! Powinien już tu być! – Goltryn krzyknął, lecz słowa szybko zagubiły się w narastającym tumulcie.
Wyjrzał raz jeszcze za róg. W mieście zapanował istny chaos, ludzie biegali od placu do placu, niosąc wiadra pełne wody. Lecz ogień wciąż się palił i swoimi językami jął sięgać coraz wyżej.
- Ludzieee! To jakiś przeklęty płomień, woda się go nie ima! Ściągnijcie no tu tego czaromiota, inaczej sadyba pójdzie z dymem! – krzyknął jeden z tłumu.
Więcej się nie oglądał, bo ufał. Wierzył w prawdziwość przyrzeczenia, a miał do zrobienia coś jeszcze. Ludzie byli całkowicie zaabsorbowani tym, co się działo w mieście, toteż bez trudu przemykał ciemnymi uliczkami, nie ściągając na siebie niechcianych spojrzeń.
Nie odwrócił się, aby ujrzeć, jak rozszalałe płomienie tryskają iskrami i zapalają pobliskie strzechy... Po prostu biegł... i ufał.

***

Cień zakapturzonej postaci sunął prędko po kręconych schodach. Rzucał każdemu z pomieszczeń krótkie, badawcze spojrzenia za każdym razem wieńczone kolejnymi odgłosami biegu, aby wreszcie dotrzeć na szczyt. Drzwi komnaty były otwarte, wszedł do środka i począł rozglądać się uważnie, wodząc powłóczyście wzrokiem po biblioteczkach, pulpicie i biurku...
W jednej chwili jego uwagę przykuł delikatny połysk. Otworzył szeroko oczy w wyrazie najszczerszego zdumienia. W głowie jęły przemykać różnorakie myśli, którym ostatecznie uległ. Nie mógł im się przeciwstawić, oprzeć, a może wręcz nie chciał?...
Na lśniący i misternie wykonany amulet padł cień zakapturzonej postaci.

***

Do komnaty na szczycie wieży wpadł zdyszany Correlion, płomień pochodni zachybotał. Drzwi były szeroko otwarte do wewnątrz. Zgarbił się i złapał kilka głębszych oddechów. Po chwili zaczął nerwowo rozglądać się po swojej sypialni.
- Jak żem mógł o nim zapomnieć, na Przeklęte Kamienie Zermarila! – krzyknął i zakaszlał gwałtownie. Podszedł do biurka i począł je prędko przeczesywać, odrzucać na bok pomniejsze pergaminy i w końcu zaglądać do szuflad, a z każdym krzykiem dobiegającym wieżę, robił to coraz bardziej nerwowo, o czym świadczyły drżące z trwogi dłonie.
Niespodzianie za plecami Wtajemniczonego rozległ się trzask drzwi. Stary czarodziej wyprostował się w jednej chwili, omal nie podskoczył, po czym odwrócił się pospiesznie. Gdy przy odrzwiach zastał zakapturzonego mężczyznę w szarej opończy i połyskującym delikatnie amuletem wyeksponowanym na jego piersi, zbladł momentalnie. Amuletem, którego tak właśnie gorączkowo szukał.
- Jak... Jak śmiesz, ty głupcze?! Jakim prawem odważyłeś się wtargnąć do mojej wieży?! – wykrzyczał lekko drżącym, chrypliwym głosem. W oczach lęk przeplatał się z płomieniami.
Oblicze iluzjonisty skrywał cień kaptura, uniósł nieco głowę i wykrzywił usta w paskudnym uśmiechu w niemym geście odpowiedzi.
- Oddaj mi mój amulet, oddaj w tej chwili! – kontynuował dobitnie, zaciskając mocno pięści.
- Dokonamy wymiany. Chcę wpierw dostać zwoje z twoimi badaniami – Korvinius odparł chłodno, jednakowo zachowując tajemniczy uśmiech.
Correlion zerknął przelotnie na zawieszoną na ramieniu tubę. Wlepił w iluzjonistę pełne gniewu, mściwe spojrzenie, mrużył oczami nerwowo.
- Kimże ty jesteś, aby stawiać mi warunki?! Oddaj, co moje! Na zewnątrz ludzie giną przez twoją głupotę!
- Nie dbam o to. Wielu więcej później mi podziękuje – zripostował i wyciągnął rękę. – Zwoje. Pospiesz się, a być może uratujesz tych cierpiących – zakpił.
- Jeszcze tego brakowało, abym układał się z takimi dyletantami! – zacisnął mocno dłonie. – Oddawaj natychmiast!... – zagestykulował gniewnie i rzucił się z pięściami i obelgami na zakapturzonego, którego oblicze przyozdobił szerszy uśmiech.
Correlion wpadł w szał, widząc obojętnie stojącego mężczyznę. A jakże wielkim było jego zdziwienie, w momencie gdy daleko wyciągnięte ramiona przeszły na wylot ciało bezczelnego młodzieńca, a sama sylwetka po krótkiej chwili rozpłynęła się w powietrzu. Niespokojnie spojrzał na swoje dłonie, po czym przeniósł wzrok na ścianę przed sobą, i aż zachłysnął się, kiedy jak spod ziemi wyrósł cień zakapturzonego. Odwrócił się czym prędzej tylko po to, aby spojrzeć śmierci w oczy. Kątem oka dostrzegł niewyraźny błysk, a potem poczuł przeszywający ból, w chwili gdy ostrze sztyletu zagłębiło się w jego brzuchu, wierciło bezlitośnie i przebijało wnętrzności. Twarz przyjęła najgłębszy odcień bladości, a wytrzeszczone oczy wpatrywały się bezmyślnie w lodowate oblicze iluzjonisty.
- Wierz mi, Correlionie, ja naprawdę tego nie chciałem – wyszeptał, a potem przyparł starszego czarodzieja do ściany i wsunął głębiej ostrze sztyletu. Krew broczyła obficie po szacie i skapywała na posadzkę.
- Wierzysz mi, prawda? Prawda, że mi wierzysz? – spytał z odcieniem żalu, po czym wbił sztylet po samą rękojeść i przekręcił energicznie, prując nieprzerwanie trzewia. Czarodziej wtem zaksztusił się i charknął krwią na opończę iluzjonisty.
- Nie uj... ujdzie ci to... – wyjęczał z trudem, a każdemu słowu towarzyszyła stróga bordowej posoki ściekającej po brodzie.
- Już uszło – spojrzał na zaplamiony fragment opończy. – Zabrudziłeś mi togę, stary głupcze – skonstatował bez widocznego przejęcia, a gdy przekręcił ostrze raz jeszcze, oderwał Wtajemniczonego od ściany, wyrwał broń i pchnął go na środek pokoju. Jucha trysnęła strumieniami z głębokiej rany i zaczęła wsiąkać we wzorzysty dywanik.
Korvinius spojrzał na drgające w spazmach bólu ciało i westchnął głęboko. Ze sztyletu wciąż skapywała krew.
- To naprawdę mogło skończyć się inaczej... Ale dlaczego odmówiłeś? To właśnie przez takich jak ty wielu z nas nie może rozwinąć Sztuki. A wydawałoby się, że to właśnie po to żyjemy, prawda? – wziął kilka głębszych oddechów. Opuścił głowę i trwał chwilę w milczeniu, po czym ponownie spojrzał na leżące w kałuży krwi ciało maga. Paskudny i nieoczekiwany uśmiech ozdobił twarz młodzieńca. – Dobrze, że już nie żyjesz.
Podszedł do czarodzieja, przykucnął i wytarł sztylet o nieumazane krwią fragmenty szaty. Przeniósł wzrok na pomarszczone lico Wtajemniczonego. Ostatnie chwile przeżył z nieopisanym grymasem bólu na twarzy. Tak też pozostało i po śmierci.
Schował ostrze za pazuchę opończy i wziął tubę ze zwojami, dla której to martwy już mistyk poświęcił życie. Oddalił się w kierunku drzwi i ostatni raz omiótł spojrzeniem komnatę. Sięgnął po pochodnię oświetlającą cały pokój i bez dłuższego zastanowienia rzucił nią w stronę zwłok. Drewniane meble i inne materiały niemal od razu zajęły się ogniem i po chwili całe pomieszczenie stanęło w trzaskających płomieniach.
- W jednej kwestii miałeś całkowitą rację, Correlionie. Kolejnej lekcji już byś mi nie udzielił.
Cień uśmiechu spowił oblicze, naciągnął mocniej kaptur i wyszedł, posiadłszy to, na czym tak bardzo mu zależało.

***

- Gdzie on jest, dlaczego to tak długo trwa?!
Goltryn poruszał się nad wyraz niespokojnie po polanie, wciąż dochodziły go wrzaski i krzyki ludzi, a słup ognia będący powodem całego zamieszania, był widoczny już stąd. Zwrócił głowę w kierunku wejścia do wieży i jego oczom poczęła się jawić w końcu znajoma sylwetka.
- Korvinius! Gdzie ten mag?! Siano wciąż płonie, a ludzie zaczynają panikować! Ogień gotowy się rozprzestrzenić! – gestykulował nerwowo, wskazując raz po razie na bijące wysoko płomienie.
- Przyprowadziłeś konia, doskonale – zatrzymał się w pewnej odległości i spojrzał obojętnie na ognistą łunę.
- Gdzie ten mag, Korvinius?! – krzyknął znacząco, nie spuszczając iluzjonisty z oczu.
- Już nie zejdzie – odparł spokojnym tonem. Wydawał się zupełnie nieprzejęty emocjami konfratra.
- Jakże to?... – spojrzał w górę i zauważył w oknach jasne ognie, rzucił znajomemu pytające spojrzenie i otworzył szeroko oczy w zrozumieniu, gdy dostrzegł połyskujący heksagram. - Ty... Ty go zabiłeś! Kto teraz ugasi ten pożar?! – zbliżył się o kilka kroków do zakapturzonego.
- A uważasz, że jest to konieczne? Czymże jest garstka zwykłych ludzi w porównaniu z tymi, którym ja pomogę dzięki temu? – wskazał dłonią skórzaną tubę.
- Nie chcę tego słuchać... – zaczął się powoli zbliżać do Korviniusa. – Obiecałeś mi coś, dotrzymaj tej obietnicy!
- Niektórych rzeczy nie można dokonać bez poświęcenia, a ta cena nie jest bardzo wygórowana. Pamiętaj w imię czego to się robi – odparł wciąż spokojnie, niewzruszenie.
- Nie obchodzi mnie to, w imię czego TY to robisz!
- To, czego ja dokonam odbije się pozytywnym echem dla ogółu. To też cię nie obchodzi?
- Nie! Chcę tylko, abyś dotrzymał obietnicy! Masz to zrobić, bo inaczej... – wciąż pomału zmierzał w kierunku zakapturzonego.
- Nie groź mi. Nie warto – uciął sucho.
Korvinius stał ze spokojnie opuszczonymi dłońmi. Goltryn szedł, jednak stopniowo przyspieszał kroku. Gniew w nim wzbierał, a oddech sukcesywnie przyspieszał; czuł się zdradzony i oszukany.
- Dotrzymaj słowaaa! – krzyknął przeciągle, a wybuchające w tle krzyki i kompletny brak reakcji znajomego okazały się prowokacją nie do odparcia. Zaczął biec i po chwili błysnęła klinga miecza.
- Goltryn. Nie bądź głupcem... – podjął młodzieniec, lecz w tym samym momencie nadleciało z ukosa ostrze, bezbłędnie tnąc powietrze, bowiem sylwetka mężczyzny rozpłynęła się na oczach rozwścieczonego wojownika.
- ...i opanuj się przede wszystkim – zza pleców jasnowłosego dobiegł łagodny ton głosu, na który on zareagował natychmiastowym płaskim cięciem. Brzeszczot błyskawicznie przeleciał przez ciało, rozpraszając kolejną iluzję.
- Nie zmuszaj mnie... – nim skończył mówić, ostrze łysnęło i pozbawiłoby Korviniusa znacznej części tułowia, gdyby tylko nie okazał się kolejną ułudą, a miast tego naznaczyło drzewo pokaźną szramą.
- ...abym okazał się nieprzyjemny – zadźwięczał głos i wojownik ujrzał iluzjonistę tuż obok zakulbaczonego konia. Ryknął i popędził w ich stronę, nie bacząc już na nic. Korvinius pokręcił głową i wskazał dłonią wojownika. Amulet trysnął strumieniami światła.
W jednej chwili Goltryna spowiły nieprzeniknione ciemności, nie widział niczego poza kłębiącą się atramentowoczarną masą. To wytrąciło go z równowagi, a nim zdążył zwolnić, zachwiał się i upadł do przodu, wypuszczając miecz. Oddychał głęboko i z całej siły ściskał niewielkie kępki trawy. Zamknął oczy i otworzył po chwili, aby stwierdzić, że była to kolejna iluzja, której uległ. Wszystko na powrót stało się widzialne, lecz to co ujrzał nie napawało go entuzjazmem.
Korvinius stał przy koniu z mieczem w dłoniach. Z zainteresowaniem przyglądał się jego kunsztownym wzorcom, po czym przeniósł wzrok na klęczącego wojownika. Ten patrzył na niego niepewnie i smutno. Iluzjonista westchnął cicho i odrzucił miecz.
Goltryn spojrzał na rosnące ognie powoli pochłaniające wszystko, co stanęło im na drodze. Opuścił głowę w geście rezygnacji i bezradności. Był sprawcą tej tragedii.
Na ziemię tuż obok niego upadł skórzany mieszek. Prawie natychmaist zadarł głowę, aby ujrzeć siedzącego na koniu zakapturzonego. Zdrajcę.
- Dodaj do wody, wówczas będzie można ugasić płomienie – zaczął obojętnie i wskazał sakiewkę niedbałym gestem dłoni. Odwrócił konia i nim ruszył, spojrzał za siebie na milczącego jasnowłosego. – Tak nie musiało być. Pamiętaj jednak, że ja wciąż wyznaję tę samą zasadę. I tak pozostanie – nie czekał na odpowiedź i prawdzie mówiąc, nie spodziewał się jej doczekać. Świsnął donośnie lejcami, kary zarżał i pogalopował w stronę ciemnego lasu rozpościerającego się za gorejącym miastem.

.................................................. ............................................
A co mi tam... Wrzucę od razu piątą, a zarazem i ostatnią mysl.
.................................................. ............................................


- Myśl piąta -


- Rzecz to niedopuszczalna i nie może ujść bezkarnie! – zabrzmiał gruby głos, a po nim trzask pięści o stół. – Rada zapewne to zauważa, czyż nie tak? – powiódł wzrokiem po wszystkich siedzących przy okrągłym stole.
- Niech Radny Halatorn zachowa spokój – odezwał się władczo dostojnik siedzący na nieznacznym podwyższeniu. – Czas manifestacji dezaprobaty minionego incydentu minął. Teraz nastał czas działania.
Jegomość o grubym głosie skinął przepraszająco, po czym skrzywił się, podpierając głowę ręką.
- Nie ulega jednak wątpliwościom, iż eksces, który miał miejsce nie dalej jak dwa tygodnie temu nie może obyć się bez reperkusji z naszej strony – spojrzał na siedzącą po lewej wyzywająco wydekoltowaną kobietę o przenikliwym spojrzeniu. – Radna Melforio?
- Słucham, Przewodniczący? – wyprostowała się nieznacznie, uwypuklając kształtne piersi.
- Przedstaw nam w szczegółach owo zajście.
- Oczywiście – wykrzywiła pełne usta w lekkim uśmiechu, przeniosła wzrok na pozostałych Radnych, bacznie się w nią wpatrujących. – Jak już to zostało wspomniane, mniej więcej dekadzień i cztery dni temu w miasteczku na północy o nazwie Kelrynthia miał miejsce pożar – zrobiła krótką pauzę, aby wyrównać fałd jasnej szaty. – Jak się później okazało, ogień był Tajemnej natury, toteż usilne próby mieszkańców ugaszenia go wodą spełzały na niczym. Jak zapewne wiecie, dostojni panowie, w okolicy miasta swoje badania prowadził Wtajemniczony Correlion Ravamer, który to tej sławetnej nocy został zamordowany – po całej sali dało się usłyszeć szepty zdziwienia i oburzenia niekiedy wzmacniane dosadnymi gestami. – Pożar udało się ugasić. Podejrzewamy nietrwałość energii, lecz w efekcie w płomieniach stanęła trzecia część miasta i tyluż też zginęło, wliczając w to kobiety i dzieci w większości przypadków zabite we własnych domach – nieprzerwanie i powłóczyście wodziła wzrokiem po wyraźnie zaintrygowanych twarzach Radnych. – Wiadomym jest również, iż sprawcą tej tragedii jest jeden z byłych praktykantów tej szkoły.
Tym razem oznaki oburzenia nie ograniczały się tylko i wyłącznie do szeptu. Przewodniczący podziękował skinieniem kobiecie i począł uciszać gestami rozeźlonych i skonsternowanych Radnych.
- Czy wiadomo, który ośmielił się dokonać czegoś tak potwornego? – zapytał jeden z zebranych, starszy mężczyzna z długą i nieco posiwiałą brodą. Wszyscy w jednej chwili zwrócili twarze na Przewodniczącego.
- Tak – całkowita cisza zapanowała na sali. - Były praktykant i Wtajemniczony 5’tego Stopnia, Korvinius Malverich.
Kolejna fala złowróżebnych szeptów rozeszła się po komnacie. Wszyscy kręcili się energicznie na siedzeniach i wymieniali opiniami na ten temat, czemu często towarzyszyły wielorakie klątwy.
- Jak to możliwe, że Wygnaniec zabił Wtajemniczonego takiej klasy, jak Correlion? – podjął Radny Halatorn.
- Tego nie wiemy. Choć odkryto jego spopielone ciało, nie znaleziono amuletu. Przypuszczamy kradzież. Badania prawdopodobnie poszły z dymem, a chyba właśnie ów amulet mógł być przyczyną morderstwa.
- A skąd pewność, co do tej osoby, mości Przewodniczący? – kontynuował ten z posiwiałą brodą.
Dostojnik na podwyższeniu rzucił stojącemu przy wrotach sali znaczące spojrzenie, zawierające w sobie jednoznaczny rozkaz. Odrzwia poczęły otwierać się niemal bezgłośnie, a wszyscy jak jeden mąż zwrócili głowy w stronę wejścia, aby ujrzeć jak do pomieszczenia wchodzi posturny mężczyzna o jasnych włosach. Wszyscy Radni taksowali wzrokiem ponurego gościa.
- Przedstaw się nam, człowieku – podjął Przewodniczący.
- Goltryn, zwę się Goltryn Armarein – odparł sucho, bezwiednie przeniósł wzrok na kopułowe sklepienie, po czym spojrzał z powrotem na głównego Radnego.
- Ten oto człowiek do niedawna był bliskim znajomym oskarżonego, a co istotniejsze, był świadkiem całego zajścia. Prawda to, panie Armarein?
- Całkowita.
Wszyscy przysłuchiwali się rozmowie z uwagą, nikt nie śmiał przerwać i tylko co poniektórzy gestykulowali między sobą, dzieląc się w ten sposób spostrzeżeniami dotyczącymi omawianych kwestii.
- Czy pomożesz nam schwytać tego, który odpowiedzialny jest za całe zamieszanie? – splótł palce dłoni i spojrzał pytająco.
- Ja chcę go dorwać bez względu na wszystko i odpłacić tą samą monetą – odparł stanowczo, patrząc na swojego rozmówcę. – Jeżeli definiujecie to, jako pomoc, to jej udzielę.
Radni obserwowali Goltryna uważnie; niektórzy kiwali głowami z aprobatą, a niektórzy kręcili z niewyjaśnionym niesmakiem, na co mężczyzna w ogóle nie zwracał uwagi.
- Niechaj i tak będzie – kontynuował Przewodniczący, po czym powstał z masywnego krzesła. Wszyscy ponownie obrzucili go wyczekującymi spojrzeniami. – Ogłaszam więc, iż Korviniusa Malvericha, byłego praktykanta szkoły Adreth Veliar i Wtajemniczonego 5’tego Stopnia, a obecnie Wygnańca, uznaje się winnym przedstawionej zbrodni i każe się go schwytać celem doprowadzenia przed oblicze Najwyższego Konventu i przeprowadzenia Faaerium’Exmorem – Aktu Uwięzienia.
Wyrok zapadł. Sala zagrzmiała jednoczesną afirmacją. I już nie było odwrotu...

- Koniec -

I to by było na tyle. Byłbym wdzięczny za komentarze.
Pozdrawiam.
__________________
"Nie próbuj posiąść magii, staraj się ją zrozumieć"
RPG
Xelos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-02-06, 13:58   #8
TheFlood
Cieniostwór
 
TheFlood awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: Stary Świat
Posty: 424
Wyślij wiadomość przez AIM do TheFlood
Domyślnie

Interesująca fabuła. Odnośnie twojego stylu pisania wypowiedziałem się wielkrotnie, więc nie będę się powtarzał. Pisz, tak jak te dwie ostatnie myśli, a będzie dobrze.

Cytat:
  Niebo nad Kelrynthią płonęło łuną, gorało nadzwyczaj silnym światłem
druga część zdania jest niepotrzebna. Skoro płonie łuną, to wiemy że świeci. Ja bym to zrobił tak: Niebo nad Kelrynthią gorzało (tak gorzało a nie gorało) potężną łuną" i tu jest wszystko.

W domach były kobiety i dzieci, tak? Korvinius na spółę z tym wojownikiem podpalili stog siana, z którego dopiero ogień przeniósł się na strzechy, tak? Ludzie wybiegali z domów i darli się, tak? To dziw, że kobiety i dzieci zostawiono w domach, skoro ogień mógł w każdej chwili przenieść się na ich dachy.

Śmierć Correliona: najpierw pchnął go sztyletem, potem wbił ostrze jeszcze głębiej, a na koniec aż po jelec. Strasznie dużo, jak na dziesięciocalową klingę.

Dziwi także fakt iż w twoich tekstach wszystkie kobiety są piękne. Rozumiem czarodziejkę, ale radna to już chyba trochę mniej powina być, hm?

Ogółem tekst jest bardzo dobry, czyta się przyjemnie (wyjąwszy pierwszą myśl, która jest nudna) i fabuła łatwa do rozwinięcia... Kiedyś. Być może.
__________________
Akolita Podziemia
- To wódka? - słabym głosem zapytała Małgorzata.
Kot poczuł się dotknięty i aż podskoczył na krześle.
- Na litość boską, królowo - zachrypiał - czyż ośmieliłbym się nalać damie wódki? To czysty spirytus!

RPG
TheFlood jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-02-06, 14:31   #9
Xelos
Czarny Goblin
 
Xelos awatar
 
Zarejestrowany: kwiecień 2004
Skąd: Netheril
Posty: 180
Domyślnie

Dzieki wielkie za komentarz, ale nie pozostawie tego bez sprostowania. ;-)

Cytat:
Originally posted by Aerial
druga część zdania jest niepotrzebna. Skoro płonie łuną, to wiemy że świeci. Ja bym to zrobił tak: Niebo nad Kelrynthią gorzało (tak gorzało a nie gorało) potężną łuną" i tu jest wszystko.
Może i wszystko, ale wygladaloby to tak lakonicznie. Zabieg ten sluzyl intensyfikacji zjawiska.
Czasownik "goreć" jest przestarzała forma "gorzeć". Bardziej odpowiadal mi pierwszy. ;-)

Cytat:
W domach były kobiety i dzieci, tak? Korvinius na spółę z tym wojownikiem podpalili stog siana, z którego dopiero ogień przeniósł się na strzechy, tak? Ludzie wybiegali z domów i darli się, tak? To dziw, że kobiety i dzieci zostawiono w domach, skoro ogień mógł w każdej chwili przenieść się na ich dachy.
Oczywiscie, ze nie zostawili. Czesc po prostu nie zdazyla. Ogien byl Tajemnej natury i w tym tkwil problem. :-)

Cytat:
Śmierć Correliona: najpierw pchnął go sztyletem, potem wbił ostrze jeszcze głębiej, a na koniec aż po jelec. Strasznie dużo, jak na dziesięciocalową klingę.
Pchnal, pozniej wsunal glebiej, a ostatecznie dociagnal do jelca, jednak nie musialo pozostac wiele dlugosci do zwienczenia.;-)

Cytat:
Dziwi także fakt iż w twoich tekstach wszystkie kobiety są piękne. Rozumiem czarodziejkę, ale radna to już chyba trochę mniej powina być, hm?
Hm... mnie tez zaczyna zastanawiac, czemu zwykle tak to wyglada. Niemniej jednak poza przymiotami ciala mamy jeszcze inne, juz nie tak precyzyjnie okreslone walory jej osoby. Poza tym ona jest czarodziejka. ;-)

Cytat:
Ogółem tekst jest bardzo dobry, czyta się przyjemnie (wyjąwszy pierwszą myśl, która jest nudna) i fabuła łatwa do rozwinięcia... Kiedyś. Być może.
No coz, poczatki rozne bywaja, jednakze najwazniejsze, aby jakas gradacja akcji wystepowala. A rozwiniecie bedzie jak najbardziej.

Jeszcze raz dzieki.
Pozdrawiam.
__________________
"Nie próbuj posiąść magii, staraj się ją zrozumieć"
RPG
Xelos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
"Umierający eksponat"- znęcanie się nad psem. Gawsi Hyde Park 25 29-09-08 16:41
Regulamin "Quiz Gothic" i "Coś smiesznego" Donovan Hyde Park 1 17-03-06 13:30


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.