Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Początek końca

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 15-08-16, 11:39   #1
 Ancoron
Ma admina
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Posty: 7 450
Domyślnie Początek końca

Prolog
Mężczyzna stał bez najmniejszego ruchu, zdawał się wpatrywać w nicość, a ta bez wahania mu odpowiedziała. Fala wizji zalała jego umysł i pokonując opory fizyczne, rzuciła na kolana. Ze zdrowego oka toczyły się łzy, a drugie naznaczone pionową blizną nie poddawało się żadnym bodźcom.
- Mistrzu Angarze. Co się stało? - Do klęczącego wojownika podbiegł zaniepokojony szermierz, wpatrujący się ze strachem na zły stan dowódcy.
- Nadchodzi kres. - Odpowiedział z trudem. - My wszyscy... Już jesteśmy martwi.


Blask słoneczny, z trudem przebijający się przez barierę, opromieniał plac wymian, skąd właśnie więzienie opuszczała kolejna porcja rudy, jedna z ostatnich.
- Gomez się wściekł, co nie? - Spytał blady wojak, o głowie łysej jak kolano, która wprost z nienaganną mocą odbijała światło.
- Ta, Orry. - Odpowiedział drugi, po dłuższej chwili milczenia. - Ten kopacz, który spieprzył został rzucony ścierwojadom na pożarcie.
Obydwaj zaśmiali się ochryple.


Straż opuściła siedzibę magów, prosto na spotkanie ze zdenerwowanym magnatem.
- Wszystko załatwione? - Upewniał się, jednocześnie wodząc wzrokiem od lewej do prawej.
Pluton egzekucyjny zgodnie potwierdził powodzenie misji, a umaczane w czerwieni ostrza, miarowo obijały im się o biodra.
Wąski strumyczek krwi wypłynął z jednej z komnat, zagłębiając się pomiędzy kamienie tworzące podłoże. Pentagram piętro wyżej całkowicie został pochłonięty przez piętno śmierci.
W tym samym czasie bramy obozy przekroczył oddział straży pod wodzą czarnowłosego wojownika, dzierżącego w dłoni, niebezpiecznie wyglądający topór. Udali się w nieznane, prosto na terytoria orków.


Wszyscy magowie Wody zebrali się dookoła pentagramu, zaś ich energia astralna, otoczyła krąg błękitną bańką. Trzech upadło już po chwili, zszokowani i zaskoczeni losem, kolejna dwójka zaprzestała po okresie nie dłuższym niż minuta. W końcu ostatni z nich zerwał czar, jego zaskoczenie sięgnęło zenitu, zaś z oczu bił bezbrzeżny smutek.
- Już czas! Posłać po Lee. - Rzucił krótko w przestrzeń.


Starszy mężczyzna, ubrany w czarną szatę, złorzecząc pod nosem, wspinał się po drabinie. W końcu dotarł na szczyt i zanurzył dłonie w rozległych rękawach, by następnie wyjrzeć na zewnątrz. Bicie orkowych bębnów nasiliło się ostatnimi dniami, lecz teraz nadeszło apogeum. Oczy zakryte zaćmą wpatrywały się w to wszystko i w wiele więcej, czego zwykły człowiek nie ujrzałby.
- Za szybko. Zostało nam niewiele czasu. - Mruknął by po chwili zniknąć w rozbłysku światła. Pozostał po nim jeno smród siarki.


Dwóch mężczyzn przemieszczając się od drzewa do drzewa, przekradło się obok stanowiska straży, by po chwili wybiec na otwardą przestrzeń, pokryty kamieniami piasek trzeszczał pod ich stopami, aż w końcu dotarli do drewnianej palisady i kiwnęli trzykrotnie głowami. Żelazny grot zniknął spomiędzy desek.
Wkrótce znaleźli się naprzeciw brodatego mężczyzny, od którego na metr śmierdziało ryżówką.
- Jest źle. Stara kopalnia została zamknięta, zaś siepacze Gomeza zabijają każdego kogo ujrzą. - Powiedział pierwszy z przybyszy.
- A czemu... - Pijackim głosem odpowiedział herszt. - Miałoby... Hik... Mnie to interesować?


Chatka na odludziu zawsze była unikana, lecz tym razem zebrało się tam kilka osób. O dziwo jedną z nich był mag Ognia, zaś sam ciemnoskóry właściciel częstował przybyszy wodą, a dwóch strażników świątynnych dorzuciło do tego zupę. Zupę z pełzacza. Nieopodal przy ognisku stał strażnik, bez przerwy pijąc i starając się zapomnieć o przeszłości. Na miejsce przybył także wojownik w ciężkim pancerzu wojownika. Włosy spięte w kucyk, miarowo obijały się o jego barki, zaś szare oczy nieustannie wyszukiwały zagrożenia, tym samym brodata twarz sprawiała wrażenie zafrasowanej.


Górska forteca, będąca ongiś siedliskiem harpii, obecnie stwarzała wrażenie opuszczonej. Jedynie coś miarowo kapało na ziemię, tworząc coraz większą kałużę. Czerwona ciecz wyciekała spomiędzy prętów klatki, w której siedział zamknięty nowicjusz, z wieloma ranami na ciele i twarzą wykrzywioną przerażeniem.


Po więzieniu krążyły cienie, zaś z każdą kolejną chwilą więzienie skrywało się w coraz większym mroku. Nadchodził dzień sądu, kres wszystkiego.
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 08-12-16, 11:57   #2
 Ancoron
Ma admina
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Posty: 7 450
Domyślnie

Byłbym wdzięczny za jakiekolwiek komentarze, czy rady. Jak widać warsztat pisarski dalej mam w powijakach, lecz zamierzam stworzyć coś dużego i chciałbym wiedzieć co robię źle, a co w miarę dobrze .

I

Królestwo Myrtany, Kolonia Karna w Khorinis.

Wszystko się pieprzy, wojna pomiędzy obozami, zawalenie starej kopalni, no i On, wszechmocny Śniący, pan Bractwa, który okazał się przebrzydłym demonem, którego celem jest spowicie świata w płomieniach zagłady i zostanie jego jedynym, prawowitym władcą.

Angar nie czuł lęku od dawna, szacunek wśród wojowników zyskał właśnie dzięki swojej postawie, odwadze o której inni mogli co najwyżej pomarzyć, lecz teraz zwyczajnie się bał, nie walki, ani nie śmierci.
Dreszcz i chłód, mrowienie wzdłuż kręgosłupa powodowała u niego perspektywa pewnej zagłady, upadku i klęski ludzi, których zobowiązał się bronić i chronić za wszelką cenę.
Stał w samotności, ćmiąc fajkę i wypuszczając zielone kłęby dymu z bagiennego ziela, blizna pokrywająca połowę twarzy sprawiała, iż niemożliwym było nazwanie go przystojnym, ni nawet znośnym. Widok jego lica mógł co najwyżej obrzydzić i zniechęcić do tak potężnego wojownika, który według niektórych sam ciął się nożem, tuż po pierwszym zabójstwie. Ruszył powoli, jednostajnie stawiając stopy, bez pośpiechu, lecz bez zbędnej zwłoki. Ciężka zbroja skrywała jego ciało przed promieniami słońca, nieśmiało przedzierającymi się przez barierę, będącą w dzisiejszym dniu w stanie uśpienia, nawet najmniejsza błyskawica nie przerwała jej krystalicznie cichej powierzchni.
Bagna, wszędzie wokół bagna i drzewa, a na ich został zbudowany obóz, tylko prawdziwe świry mogły zrobić coś takiego, a on był jednym z nich, być może powiedzie mu się, uda przekonać braci. Przekonać do jedynego sensownego rozwiązania. Do ucieczki.
Wszędzie nowe twarze, łyse głowy, liczne tatuaże, niekiedy znajdujące się na wciąż napuchniętym ciele. "Śniący to zbawca". "Ratunek w Bractwie". Głupota, zwykła głupota, lecz z każdym kolejnym dniem przybywają kolejni, mający ochotę znów poczuć promienie słońca na twarzy i czekający, aż delikatny podmuch wiatru ocali ich z tej duszności, z cierpienia uwięzienia. Oprócz nich ćpuny, uzależnieni od ziela, gotowi zabić za kolejną porcję tej używki. Przekrwione oczy błyszczą niecodziennym, nienaturalnym blaskiem, świadczącym o zaawansowanym stopniu uwięzienia, uwięzienia przez ich Boga. Praktycznie wszyscy są słabi, wychudzone ciała, słabe dusze podatne na wpływy. Idealna ofiara dla wielkiego nieprzyjaciela.
Angar zaczynał tęsknić za czasami, gdy współpracował z prawdziwymi wojownikami, a nie takimi degeneratami. Humor jeszcze bardziej mu się pogorszył, gdy ujrzał Totha, wyjątkowo ambitnego, żądnego władzy młokosa, o wiecznie zadartym nosie i kpiącym uśmiechu przyklejonym do paskudnej gęby.
- Co się stało, mistrzu? - Spytał tamten, przeciągając ostatnie słowo w nieskończoność, teraz gdy Angar wyrzekł się Śniącego, utracił też szacunek jego. - Czyżby Śniący wreszcie ukarał cię za ten brak wiary? Widzę, iż wyjątkowo marnie wyglądasz. Starzejesz się.
- Niezależnie od tego i tak zawsze będę w lepszym stanie od ciebie. Nie musisz się tak martwić. Bez problemu dalej jestem w stanie nauczyć cię wielu sztuczek podczas treningów, w tym pokory.
- To dobrze, bardzo dobrze. Na to właśnie liczę, że pary ci nie zabraknie. - Cały czas nie znikał mu z twarzy zagadkowy uśmieszek, zdający się mówić: 'A ja wiem o czymś, o czym ty nie masz bladego pojęcia, złamasie'.
Angar to zignorował, jego uczeń od zawsze był zbyt pewny własnej wartości i niejeden raz dostał w związku z tym nauczkę i to wyjątkowo bolesną. Poza tym miał teraz ważniejsze rzeczy do zrobienia, opuścić to przeklęte miejsce i ocalić własną duszę, i, o ile zdoła, zabrać innych ze sobą.
- Chędożony Śniący, mam nadzieję, że w końcu zdechnie ta poczwara. - Mruknął pod nosem, dalej idąc przed siebie, naprzeciw wyzwaniu. Mijał kolejne nędzne chatynki przećpanych mieszkańców, by wkrótce dotrzeć przed wielki budynek świątynny, strzeżony przez kilku strażników. Przed nim, na bruku, modlili się nowicjusze. Już na pierwszy rzut oka zauważył, iż większość z nich dalej wyznaje demona i to do niego kieruje swe prośby o wolność, biedni głupcy. Minął dość otyłego strażnika, który ubrany w charakterystyczną spódniczkę i krzyżowe pasy utrzymujące tę niezbyt opłacalną ochronę, prezentował się praktycznie w całej okazałości.
- Zbudź s... emmm... Witaj, mistrzu! - Rzekł do niego, czerwieniejąc.
Ciemnoskóry tylko delikatnie się skrzywił, nie tak łatwo się pozbyć dawnych nawyków, sam miał jeszcze czasami z tym kłopot, więc nie widział w tym problemu, kiwnął wojownikowi delikatnie głową na powitanie, po czym ruszył na górę, by przemówić po raz kolejny i być może ostatni, jeśli ludzie go zlinczują za herezję.
Stopniowo coraz większa ilość twarzy zwracała się w jego stronę, nieczęsto opuszczał plac treningowy. Wiedział, że musi ich poruszyć, by chociaż go wysłuchali do końca, więc głośno chrząknął, rozciągając potworną bliznę i zwracając na siebie uwagę tych bardziej naćpanych.
- Wszyscy zginiecie! - Udało mu się, ktoś prychnął, ktoś się zaśmiał, lecz rozmowy ustały. Nawet Baal stojący na małym podeście, w otoczeniu swoich wiernych słuchaczy, przerwał kolejne kazanie. - Śniący to potwór! On chce was zabić i zrobi to, jeśli szybko się stąd nie ewakuujecie! Odbierze wam dusze i rzuci na śmierć. Na pożywienie upiorom! Musimy wszyscy stąd odejść, jak najszybciej, skryć się w górach i przeczekać!
Zdecydowanie nie był dobrym mówcom, nie potrafił porwać słuchaczy, tylko kilku zdawało się traktować jego słowa poważnie, a może to po prostu bagienne ziele nadało ich twarzom taki wygląd.
- Brednie! - Dobiegło do niego z tłumu. - Czy wszyscy zapomnieliście, że Śniący to nasz Bóg, a my jesteśmy jego wybranym ludem? Dał nam tę ziemię i szansę na przeżycie, nie musimy harować w pocie czoła na kawałek chleba. Co więcej już wkrótce zniszczy barierę i da nam władzę nad całym światem. On nie jest w stanie pojąć potęgi naszego pana! Bluźnierca. Nie jest godny! Zrzucić go z podestu!
Słowa wyraźnie o wiele skuteczniej zadziałały na tłum, zmanipulowani przez zło ludzie pochwycili pomysł.
- Bluźnierca! - Rozległo się wszędzie wokół.
Samotny kamień uderzył o stalowy pancerz Angara i upadł na ziemię, odbił się kilkakrotnie i zamarł w bezruchu.
- Jaką mamy gwarancję, że nas nie oszukujesz? Mistrz Kalom poszedł szukać naszego pana, by zapewnić wszystkim wolność, a ty chcesz to zaprzepaścić? Wystawić nas wszystkich? Nakłonić do zdrady? - Kolejny głos z masy, łącznej i poddenerwowanej.
- Nie zamierzam was do nikogo ruszać. Ja pójdę, opuszczam was. Jak chcecie to idźcie za mną, albo szczeźnijcie w tym piekle. - Wysyczał, delikatnie dotykając rękojeści swojego ukochanego miecza, przypominającego mu lata spędzone na pustyni, w idealnej harmonii z naturą, potem przyszło wojna i beztroska spieprzyła w zabójczym tempie.
Tłum się cofnął, jakby dopiero teraz zauważył jego broń, wszyscy wiedzieli, że potrafił zabijać, a robił to wyjątkowo szybko i skutecznie. Patrzył na nich z pogardą, niczym na wyjątkowo szkaradne robactwo.
- Ktoś idzie ze mną, czy wszystkim wyprano już umysły?
- Mistrzu. Ja przyrzekłem bronić tych ludzi, nawet za cenę własnego życia, nie mogę ich tak po prostu opuścić. Przykro mi. - Angar rozpoznał po głosie Gridona, strażnika pilnującego zwykle wejścia do obozu, po obozie rozszedł się pogłos zgody. Mają cholerny honor, nie mogą zostawić swoich ludzi, próbował ich przekonać, nie powiodło mu się. Ich strata.
Schodził stopień po stopniu, gdy jeden członek bractwa rzucił się na niego. Szybki lewy sierpowy i mężczyzna skończył na ziemi, mogąc obserwować swoje własne zęby odbijające się, jakby nieśmiało, po bruku.
Ruszył do swojego domu, odprowadzany milczącymi spojrzeniami swoich niedawnych przyjaciół, musiał się przygotować do wędrówki.


Nie tylko on zamierzał odejść, mimo wszystko znaleźli się ludzie racjonalnie myślący, nie zamierzający słuchać demona. Pośrodku bagna, w małej, przeżartej przez korniki chatce, krzątał się pewien nowicjusz, odziany w lekką przepaskę biodrową i grubą warstwę brudu, szybko pakował cały swój dobytek, nie zamierzając tracić więcej czasu, skoro ma okazję uciec z obstawą, zapewniającą mi szansę na przeżycie.
- Frajerzy, szkoda tylko, że nie zdążyłem odciążyć ich od rudy. - Mruknął do siebie, po czym wyszedł, prosto w bagno i uważnie wypatrując bagiennych węży pobiegł truchtem przed siebie, na ramieniu trzymając cały swój majątek, zamknięty w niewielkiej sakwie.


Kuźnia standardowo spowita była w kłębach pary, Darion się już do tego przyzwyczaił, to nie był dla niego kłopot, co najwyżej rozwiązanie problemu natarczywych obserwatorów, czuł się cudownie w tych warunkach, w samotności.
- Miecza szukam. - Dotarł do niego dziwnie metaliczny głos.
- Teraz? Nie możesz wpaść potem? Jestem trochę zajęty. - Z uwagą chłodził metal w wiadrze z wodą, uważając, by nie robić tego zbyt długo, co mogłoby się skończyć niepotrzebnym osłabieniem surowca.
- Tak, teraz. Nie zamierzam siedzieć tutaj ani chwili dłużej, myślałem, że ci których wysłano do kopalni byli najbardziej powaleni, no cóż. Myliłem się. Niech im ziemia lekką będzie.
- Zaraz? Kim ty jesteś? Przybyłeś z kopalni? Czy to...
- Tak. - Przerwał mu, nie dając nawet dojść do słowa.
Kowal tym razem się zaciekawił, aż odruchowo przejechał dłonią po wyraźnie zarysowanej linii szczęki, czując szorstki zarost.
- No dobra? Czego dokładnie chcesz?
- Walczyłem, miecz nie podołał wyzwaniu, uległ sile innych kling. Potrzebuję nowego, bądź przetopienia tego, lecz w sumie mi to obojętne, nie zależy mi na tym ostrzu, może być jakiekolwiek inne. - Rzucił na ziemię pakunek, dwa kawałki stali zakryte płótnem.
- Kim ty w ogóle jesteś? Podejdź tu.
Z pary wynurzył się cień, całkowicie zakryty ciemnym płaszczem z kapturem, skrywającym w mroku rysy jego twarzy. Nietypowa dłoń, bowiem posiadająca jedynie trzy palce sięgnęła do niego i delikatnie zsunęła, odsłaniając rysy i liczne blizny, zniekształcające ongiś przystojną twarz, jedna z nich była wyjątkowo szpetna, zapewne spowodowana niedokładnym cięciem miecza i w efekcie pozbawiająca mężczyznę policzka, gdzie znajdowała się spora dziura, odsłaniająca szczęki i nadająca upiorny wygląd. W oczy rzucała się również poważna rana, niczym po oddechu ognistego jaszczura, całkowicie niszcząca tkankę i pozbawiająca części włosów, a co jeszcze ważniejsze ucha.
- To ty, przecież nie żyjesz. - Wydukał zaskoczony nowicjusz, robiąc przy tym wyjątkowo zabawną minę, przywodzącą na myśl zbitego wilka, błagającego o litość.
- I pewnie bardzo za mną płakałeś. Taka smutna to dla ciebie wiadomość, że wciąż żyję? - Stwierdził z przekąsem przybysz.
- Nie, skądże znowu. Jaki chcesz ten miecz... Korgurze?
Strażnik świątynny uśmiechnął się lekko, a wyglądało to zaiste szkaradnie, po czym zaczął mówić czego chce.


Angar powoli kończył przygotowania, zapas strawy, mikstur leczniczych i ukochane bagienne ziele, zawsze wprawiające w dobry nastrój i zamyślił się po raz kolejny, wiedział, że długa droga przed nim i wiele razy będzie miał ochotę się poddać, lecz mimo to nie miał najmniejszej ochoty na to, by się poddać. Mówi się, że prawdziwy wojownik zawsze znajdzie jakiś cel w życiu. On po prostu nie miał zamiaru umierać, stać się kolejnym pionkiem w nadchodzących wydarzeniach. Tchórzostwo, tak się to nazywa, lecz po co stawać do boju, gdy nie ma się absolutnie żadnej szansy na zwycięstwo w nadciągającej wojnie i jedyną możliwością jest śmierć, tak być może przeżyje kilka lat, nim kres wszystkiego dotrzego do niego.
Nawet się nie zdziwił, gdy usłyszał idealnie zsynchronizowane kroki, stopy stawiane jak najciszej, lecz okute buty mimo wszystko tworzyły spory hałas i uniemożliwiały skuteczne ciche poruszanie. Angar westchnął ciężko, pieszczotliwie dotykając blizny, przez którą stracił częściowo wzrok.
Kroki zbliżały się coraz bardziej, nawet przybliżały, gotując się do ataku.
- Nie masz odwagi stanąć ze mną twarzą w twarz, Toth? - Spytał ze sporą dozą złośliwości.
- Ano nie. Pozdrowienia ok Kaloma.
Świst stali przecinającej powietrze można usłyszeć, lecz gdy do tego dojdzie jest za późno na zdecydowaną reakcję, można tylko umrzeć. Inaczej sytuacja przedstawia się, gdy ktoś czeka na cios, by go zablokować. Tak właśnie było. Ostrza dźwięcznie spotkały się w połowie drogi. Zdobiony dwuręczniak i Czerwony wiatr, dopiero do połowy wyciągnięty z pochwy.
- Zdumiewające. Jak można być aż tak lekkomyślnym, by nachodzić mnie w moim własnym domu i liczyć na to, że dam się zabić?
- Żaden problem, wszyscy mają ciebie już dość, całkiem ześwirowałeś. Pogódź się z tym i zdechnij.
Klingi wdały się w zabójczy taniec, zbliżając nawzajem do siebie i odskakując w szaleńczym korowodzie, by krzesząc iskry ponownie wyjść sobie na spotkanie, byle bliżej ciała, byle przerwać kolejny blok.
- A kto ma mnie zastąpić? Może ty? - Angar mówił dalej spokojnie, nie było widać po nim najmniejszego śladu zmęczenie, choć przyjął na miecz wiele silnych ciosów, mogących przy odrobinie szczęścia przepołowić człowieka.
- A czemu by nie? To brzmi dobrze. Cor Toth! Władca Obozu! Nie sądzisz? - Wysyczał przez zęby uderzając ze wszystkich sił, wkładając w kolejne ciosy coraz więcej nienawiści.
- Zawsze miałeś zbyt wielkie ambicje, pora na największą lekcję pokory w twoim krótkim i jakże żałosnym, życiu.
Czarnoskóry szermierz zdecydowanie się bawił z oponentem, obserwował jednocześnie jego rosnące zmęczenie. Czekał na pierwszy błąd, zresztą tak jak zawsze podczas treningów, schemat się powtarzał. W końcu znalazła się okazja, gdy niedoszły zabójca o sekundę zbyt długo zwlekał z przejściem do kolejnej sekwencji, zreflektował się i odskoczył, mijając się z ostrzem o włos. Obaj dyszeli ciężko, byli zmęczeni, pot szybko spływał po ich łysych głowach, znikając pod ubraniami.
Wymienili się jeszcze kilkakrotnie ciosami, nim w końcu pojawiła się pierwsza krew, delikatna szrama na skroni Totha, krew zalewała mu uczy, uniemożliwiała skuteczną reakcję. Zaklął wściekle i rzucił się do agresywnej szarży, zbyt agresywnej, gdy ujrzał ostrze zdążył jedynie nieprofesjonalnie wznieść swój własny oręż, by zatrzymał on ten atak. Nie powiodło się, jego własna klinga zanurzyła się głębok w jego licu, stukając o czaszkę i pozbawiając równowagi. Upadł na ziemię, na oślep zamachnął się mieczem i napotkał próżnię, po chwili szybki cios w szczękę powalił go na deski chaty, jęknął głośno i zamknął oczy, odpływając w nieznane.
- Zawsze byłeś zbyt pewny siebie. - Jak przez mgłę usłyszał słowa, a zaraz po nich oddalające się kroki. Ostatni ruch rozpaczy, cios szaleńca, bezsensowne pchanie się na umocnione pozycje wroga... Na oślep rzucił się przed siebie i trafił, obalił Angara i z całej siły zaczął uderzać, gołymi pięściami, raz trafiał w ciało, raz w pancerz, a czasami tylko w deski podłogi, krew ściekała na bitego przez niego wojownika, nie zamierzał się ograniczać, granie drugich skrzypiec, nie jest dla niego.
W pewnym momencie poczuł ból, straszny ból, aż przejrzał na oczy przez malejący strumyk krwi i ujrzał rękojeść sztyletu wystającą ze swojej własnej piersi, po czym wstającego powoli Angara, ze zmasakrowaną twarzą, przypominającą bardziej krwisty befsztyk.
- Koniec ostatniej lekcji. - Usłyszał z oddali.
- Zimno... mi... - Wyszeptał nieswoim głosem, patrząc na pękające wraz z każdym kolejnym słowem, krwawe bąble.
Zatoczył się do tyłu, upadł tyłkiem na ziemię. Wstał, niczym pięściarz nie mający zamiaru przegrać walki, lecz zaraz znowu upadł. Poślizgnął się na własnej krwi, stale powiększającej się kałuży.
- Zimno... mi... tak... zimno... - Kroki ucichły w oddali.


Cztery osoby stały pod bramą obozu, nikt ich nie żegnał, tylko pustka im odpowiedziała, wszyscy się bawili, pili i palili, stopniowo się zatracając. Czwórka zgodnie się odwróciła i śmiałkowie ruszyli w nieznane, nie mając nawet pojęcia co przygotował dla nich los.
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-12-16, 13:59   #3
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie

Naprawdę niezłe!
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 20-12-16, 14:33   #4
 Ancoron
Ma admina
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Posty: 7 450
Domyślnie

W związku z zerowym odzewem uznaję, iż me dzieło jest tak za*ebiste, że wszystkim dech zaparło i uważają się za niegodnych skomentowania. Tak czy inaczej zamieszczam kolejny kawałek.

II
- Dziadku! I co było dalej?
- Co co? A tak... Opowieść. Pomyślmy. - Siwy mężczyzna delikatnie chwycił w dłoń rzadką brodę i zamyślił się przez chwilę. - I tak Cor Angar ruszył w podróż, na terytoria nieznane, wciąż skryte pod barierą, lecz więzienie wciąż skrywało niejedno mężne serce.

Nie wiedział co myśleć o całej tej sytuacji. Nie było dobrze, bał się zareagować, sprzeciwić. Zwłaszcza, że łatwo szczeznąć z głodu, a ciepła posadka była zdolną kusicielką.
Siedział na brzegu jeziora, spokojnie i z uwagą wpatrując się w swe odbicie, delikatnie marszczone wraz z kolejnym zniszczeniem idealnie gładkiej powierzchni tafli wody, wystarczył do tego zwykły robak.
Brzytwa była ostra, bez problemu eliminowała delikatny zarost, rozdmuchiwany następnie przez podmuchy wiatru.
- Orry! Wracamy już! Towary się same nie dostarczą.
Syk i krople krwi miarowo uderzające o wodę, barwiąc ją na delikatny róż.
- Cholera, Brix. - Odkrzyknął, bez złości, nawet z delikatną nutą rozbawienia. - Psiakrew, lezę już, lezę.
Powoli się podniósł i spojrzał na drobiny piasku wczepione pomiędzy włókna stroju. Otrzepał się porządnie, strażnik Gomeza prezentować winien nienaganny wygląd, choć mało kto się z tym liczył, lecz Orry, jak już wiadomo, nie był taki jak inni, nie ruszał ślepo za stadem. Dawniej nazywany samotnym wilkiem, choć i tak większość traktowała go jak czubka. Dopiero więzienie zapewniło mu stabilność umysłową, względną rzecz jasna. Służbista, po prostu jeden z lepszych, ale nie zmieniało to faktu iż dylematy moralne zaprzątały mu umysł i zmuszały do refleksji. Koniec końców wykonywał zadania, lecz z dystansem i godnością. Tak też było i tym razem. Nie spodobał mu się plan zabicia magów i eliminacji Nowego Obozu. Był służbistą, ale nie głupcem, Gomez popadał w coraz większą paranoję i zaczynało to być widoczne.
Ruszył powoli, waląc się na odlew w łeb, by wydostać się z pułapki rozmyśleń i wkrótce dotarł do swojego kompana.
Ubrudzony w krwi pancerz i spodnie prawie po kolana uwalane w błocie nie sprawiały zbyt dobrego wrażenia, a szczerbaty uśmiech nie roztopiłby serca kobiety z największą chcicą, lecz był dobrym przyjacielem. Trochę niezbyt lotnych myśli, lecz dobrym. Długie, tłuste, posklejane brudem włosy miał luźno rozpuszczone, poskręcane wiły się na żelaznych naramiennikach.
- Szefostwo nie lubi czekać, kopacze już wziąli fanty, ale mamy ich przecież eskortować.
- Wzięli... - Odpowiedział Orry, dalej zamyślony.
- Że co?
- Nieważne. Chodźmy.
Wkrótce dogonili brudasów, wychodzone postacie, skrywające organy rozrodcze pod łachmanami. Kopacze... Dawniej, teraz, bez miejsca pracy, zwykli niewolnicy zapędzani do najgorszych zadań, nie potrafiący się sprzeciwić z powodu lęku przed śmiercią. W końcu po co trzymać persony zupełnie nieprzydatne, jedynie żrące tak cenne zapasy?
"Jak tak dalej pójdzie to wkrótce zaczniemy żreć się nawzajem, może to być nawet miła odmiana" Orry spojrzał z odrazą na tych ludzi, na pot ściekający z ich ciał, prosto na towary, dostający się do jedzenia, którego jest coraz mniej.
Wtem kątem oka coś uchwycił, jedna z tych nędznych istot ostentacyjnie żarła, nie przejmując się określonymi racjami. Strażnik westchnął tylko przeciągle i zacisnął dłoń, okrytą skórzaną rękawicą, w pięść, po czym bez wahania podszedł do nietypowego złodzieja. Od razu poczuł smród brudu, szczyn, gówna i strachu. Skrzywił się z odrazą, wpatrując w wytrzeszczone przez przerażenie oczy, po czym uderzył z całej siły. Po ziemi potoczyły się zęby, razem z nieprzeżutą strawą. Pozostali, niczym puste skorupy, szli dalej, bojąc się nawet spojrzeć na to co się dzieje.
Tym razem kopniak. Okuty ciężki but zanurzył się w brzuchu tamtego, wypychając z jego płuc resztki powietrza. Rozległ się trzask łamanych żeber, kolejny cios przyniósł ulgę, ulgę straty przytomności. Kopacz nie zdążył nawet krzyknąć, a strażnik sięgnął do pasa, po miecz. Poczył silną dłoń, ściskającą jego łokieć.
- Orry, nie warto. Ma już dość. - Puste słowa, wypowiedziane bez uczuć, ani nawet pewności.
Oswobodzenie ramienia i kolejne uderzenie, głowa odginająca się do tyłu i potoki krwi wypływające z bezzębnych ust.
- Teraz ma dość. - Wpatrywał się z niekrytą fascynacją w juchę, za to lubił swoją pracę, za możliwość zadawania bólu, wtedy znikały rozterki i była tylko ta chwila, tak cudowna. - Słuchajcie wszyscy, bo nie będę powtarzał. Taki los czeka wszystkich samolubów, trzeba się dzielić, karwasz twarz! Zrozumiano?
Odpowiedział mu jedynie płacz z bezimiennego tłumu. Ruszyli dalej.

*

- Dziadku. To miała być opowieść o doblym, plawdziwym helosie! - Zaseplenił maluch.
- Czasami nawet ci źli, nawet do szpiku kości, odgrywają istotną rolę i zaznają odkupienia. - Zripostował szybko mężczyzna. - Ale na czym to ja skończyłem...

*

- Stary, musisz zacząć nad sobą panować. Gdyby nie ja, to pewnie byś go zatłukł, a Thorus by nam tego nie darował, w końcu mało ludzi jest. Chcesz by nam po wypłacie pojechał? Hę?
- Wybacz, trochę mnie... hmmm... Poniosło. To się już więcej nie powtórzy.
- Mam nadzieję. - Przyjacielskie klepnięcie po plecach. - Szef chce się z tobą widzieć i pogadać o tym.


- Ale jak to, dziadku? Co działo się wcześniej?
- Aaaa... No tak... Hmmm... A wiecie co? Szkoda strzępić ryja, przynieście lepiej mi mojej nalewki, kości już nie te. Wam łatwiej.


- Czy ty już do końca ocipiałeś? Conajmniej przez tydzień nie będzie on w stanie pracować. Nie dość, że ta chędożona kopalnia została zawalona, to jeszcze wojna się szykuje, a ty psujesz nam siłę roboczą. - Skóra dowódcy strażników zabawnie zmieniała kolor, co i rusz pokrywając się purpurą i szarzejąc, co więcej żyła na jego skroni niepokojąco pulsowała.
Orry zmierzył go spokojnie wzrokiem, kawał chłopa zakuty w płytówkę z ryciną przedstawiającą łeb Cieniostwora gotującego się do ataku. Wiedział, że musi zachować spokój, sytuacja mogła się w każdej chwili przerodzić w konflikt.
- Musiałem, ten kurvvi syn nie ma prawa brać więcej niż mu się należy, te gówno trzeba nauczyć kult...
Zgiął się wpół, solidny cios pięścią w kolczej rękawicy skutecznie go zamroczył i zakończył tyradę, nim się jeszcze zaczęła.
- Brawo! Prawdziwy z ciebie kawał skurwiela, a wiesz co się robi z takimi skurwielami? Zapytaj tych trzech, którzy pilnują przejścia na tereny orków. - Thorus uśmiechnął się mściwie, po czym kontynuował. - Ale dla ciebie mamy specjalne zadanie. Wszyscy wiemy, że w obozie pełno jest szpiegów... Dlatego chyba cię im wystawię, zdrajco.
Orry zauważył iż tamten znacząco podniósł głos, po czym kolejny cios zwalił go z nóg.
- Masz udać się do Nowego Obozu i dowiedzieć się jak tam wygląda sytuacja, dwóch naszych szpiegów zaginęło bez śladu. - Dotarł do niego szept, poparty kilkoma kolejnymi ciosami, lekkimi, wręcz pokazowymi.
- Dla takich jak ty, nie ma tu miejsca, więc wypieprzaj w podskokach, nim posmakujesz żelaza.
Kpiące spojrzenie jednego cienia było niepokojące, lecz wtedy nikt nie mógł wiedzieć o co chodzi młodemu latynosowi. Orry natomiast był pewien, że właśnie wydano na niego wyrok śmierci. Zwłaszcza w przededniu wojny taka wyprawa może oznaczać jedynie śmierć, a ta pokazówka miała tylko go zapewnić, że wcale tak nie jest, lecz wiedział swoje.
- Kurvva. - Rzekł i powlókł się przed siebie, zrzucając tunikę strażnika, pozbywając wielbionych do tej pory barw i odsłaniając chorobliwie blade ciało...


- Chhhrrr...
- Dziadku?
- Dajcie mu spokój, dzieci. Zmęczyliście go, odpocząć musi. Następnym razem poznacie resztę tej historii.
- Ale mamo...
- Żadnych ale. Do łóżek!
Utyskiwaniom nie było końca, lecz małe stópki posłusznie zmierzały do miejsca spoczynku, bojąc się gniewu rodzicielki, która skomentowała to w prosty sposób, uśmiechnęła się.
- Oj, Orry, Orry... Znów się popiłeś i te bajki opowiadasz. Sama nie wiem komu bardziej szkodzisz, sobie czy im. - Pokręciła głową.
Odpowiedzi nie otrzymała, jednostajne chrapanie trwało dalej.


Spoiler 
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Początek gry Marioxs Porady i triki 13 12-05-12 04:01
Początek. okii24 Myrtana 6 31-12-09 16:50
Początek końca zła... Abuyin WIP 39 28-10-06 12:43
Początek końca Rafor WIP 8 26-07-05 14:12
Sam początek... Mazzak WIP 7 20-03-05 12:35


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.