Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę Konkurs na opis upadku Archolos - I miejsce

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 06-06-18, 21:08   #1
 Ancoron
Bękart diabła
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Skąd: I tak za daleko
Posty: 7 031
Domyślnie Konkurs na opis upadku Archolos - I miejsce


Stał sam, czuł się tak stary jak jeszcze nigdy, zmęczony życiem i pokonany przez nie. Przyprószone siwizną włosy były rozwiewane przez wiatr, dłoń pokryta plamami wątrobowymi z trudem trzymała miecz, drżała nerwowo, gdy wznosił go znad ziemi. Tarcza od dawna leżała przełamana obok, wyżłobione licznymi cięciami rysy tworzyły fantazyjny wzorek. Krwawił z licznych ran, gdy zadał cios następnemu oponentowi, rozłupując mu czaszkę. Wracał myślami do samego początku, do ustawy, którą podpisał pomimo odradzania mu tego.
Żałował.
Kolejny piruet i unik. Ciężki jakiś. Coś trzasnęło w lewej rzepce i z jękiem przyklęknął.
To koniec, pomyślał, patrząc na wymierzone w siebie groty strzał i splunął, unosząc czubek miecza w kierunku wrogów, jak zawsze uśmiechnięty w obliczu śmierci. Epikur Belaiar, ostatni władca Archolos, walczył aż do końca. Miał okazję uciec, gdy to dopiero się zaczynało, mógł uratować życie, pozostawiając wyspę na pastwę losu. To byłoby w jego stylu, tak bardzo w jego. Pozostał, przekonany o słuszności swych przekonań.
Wokół płonęły domy, cała wyspa zamieniła się w piekło ognia i śmierci, wszędzie ciała, tak dużo ciał, krew spływała do rynsztoków. Krucy krążyli w powietrzu, a szczury zaczynały ucztę.
Smutas, nabity na pal, do samego końca twierdził, że miał gorsze rzeczy w dupie i skończył marnie, martwy, a krew z kałem miarowo spływała po drewnie. Broda i wąsy pokryte czerwienią, topór wbity w ziemię obok. Pomyśleć, że on był z nich najlepszy, a odszedł jako pierwszy, krzyczał, iż wszystko skończyłoby się inaczej, gdyby spisał prawa przysługujące władcom, co im sodówa do głów uderza. Miał rację. Potem go zabili.
Rabittous, zastępca gubernatora, pyskaty jaszczur, który uwielbiał kręcić melanże, zawsze z nieodłącznym hehe cisnącym się na ustach, także nie zaznał spokoju. Wyglądał tak, jakby po pijaku założył się, iż będzie celem dla łuczników. Przypominał trochę jeża. Blant w jego ustach wciąż dymił, lecz nie miał kto wziąć kolejnego bucha. Kilka godzin wcześniej twierdził, iż będzie beka z tej ustawy.
Arrival, stary wojak, do końca wierny, gotów walczyć za Archolos aż do końca. Spełnił swą powinność, broniąc dzieci. Spokój wymalowany na jego twarzy świadczył o tym, iż umarł dobrą śmiercią, jak człowiek, nie jak dzika bestia. Był wrogiem ustawy, wolał złoty środek, lecz w sytuacji bez wyjścia opowiedział się po stronie kompanów.
Jaszczuroczłek Fexo i jego ukochana wilczyca leżeli razem, pokrwawieni, z dziesiątkami ran ciętych. Walczyli jak lwy, osłaniając odwrót bezbronnych, wiedząc, iż zwyczajnie tak trzeba. Odeszli bez jęknięcia żalu.
Ziemia tego dnia przyjęła dużo krwi, zbyt dużo, by nie zapłakać nad losem, samotna łza spłynęła po policzku Belaiara, w końcu ta furry abominacja zdechła, chociaż tyle. Łza szczęścia.
Bragus, od dawna był wycofany, nie uczestniczył w życiu wyspy, prawdopodobnie od dawna był martwy. Wisiał przybity oszczepem do drzwi własnego domu, nawet nie zdążył krzyknąć, ni po miecz sięgnąć. Taki los spotykał tych, którzy nie byli gotowi na start, ignorowali sytuację na Archolos, ale nie odchodząc, mając na tyle godności, by po prostu zniknąć z życia.
Falric, złote dziecko Nordmaru, niejeden raz balansował na granicy śmierci, walcząc z rakiem trawiącym Archolos, nie dziwota tedy, że i tym razem nie skrewił. Paskudne krzyżowe cięcia zakończyły jego krucjatę, a tyle mógł jeszcze osiągnąć, lecz Rader odniósł sukces. Wyglądał na zaskoczonego własną śmiercią.
Tyle twarzy, lecz tak mało życia, to koniec, wszystko przeminęło.
Rais pełźnie w kierunku gubernatora, harcząc krwią gromadzącą się w ustach, lekkoduch, lecz walczył, bo nie miał innego wyjścia.
- Panie Belaiar, nie czuję się zbyt dobrze - wyszeptał i umarł, trafiony tchnieniem śmierci jednego z czarnych magów, które przemieniło go w proch.
Gurthez, sędziwy, emerytowany kapitan straży ciął jeszcze kolejnych dwóch, gdy w końcu został przytłoczony siłą wroga, a koszula jego splamiona krwią została, podniósł się jednakże i stracił kolejnego. Oblegli go tłumnie i dźgali włóczniami, aż wydał ostatnie tchnienie. On był dobry, oni źli, a koszula brzydka.
Xilk, mrukliwy typ, który dbał o porządek, zawsze lubił deszcz, z radością przyjął spadające, na jego spalone kulami ognia ciało, krople. Cierpiał i męczył się, aż w końcu skrócono jego cierpienie uderzeniem oskarda w skroń. Świat dla niego zniknął w błysku. Mimo wszystko przetrzymał Smutasa i to poprawiło mu humor w ostatnich chwilach.
Keyl, człowiek cień, który opuścił miasto dawno temu, przybył by bronić honoru Archolos. Łuk jego zaśpiewał tango, gdy strzelał do tych kutafonów, którzy zrobili o krok dalej. Cios dwuręcznego miecza sprawił, iż broń i jej właściciel zostali złamani w pół. Już nigdy nie zarzuci martwymi memami.
Webster, ork o aparycji świni, kolejny z tych, którzy powrócili na sam koniec, by odejść ostatecznie. Nawrócił się i rąbał wokół toporem, aż dostał strzałą w kolano, a następnie młotem w kark, który pękł niczym zapałka. Młot, nie kark. Zielonoskóry podniósł się i wrzasnął: "za Przymierza było lepiej" i zdechł.
Rodrigo, weteran walk z zombie, twórca wspaniałych karczemnych opowieści wyszedł z kuszą z karczmy, wystrzelił i trafił, po czym jął przeładowywać broń. Dostał strzałą prosto w serce i upadł. I głupi ryj sobie rozwalił, radując tych wszystkich mających dosyć lgbt w jego wykonaniu i marnych pomysłów, które gówno wnosiły do uniwersum.
Pedro padł szybko, nawet nie drasnął rycerza w pełnej zbroi, gdy dostał nożem w plecy, jęknął ciężko i zwalił się, płacząc na ziemię, gdzie, skulon w pozycji embrionalnej, dokonał żywota w stale rosnącej kałuży posoki. W zasadzie to nawet nikt zbytnio nie wiedział kim on był, ot typiarz, który się przypałętał.
Loco, fanatyk futuryzmu, który zawsze wolał unikać walki, po prostu przybył, by się bawić, skończył z poderżniętym szabelką gardłem, harcząc i walcząc o każdy oddech, by odejść niczym bracia Lwie Serce, prosto do Elexa.
Erkebrand, największy bawidamek, sława nad sławy, łamacz niewieścich serc. Sam skończył ze złamanym sercem, cios dwuręczniaka przeciął go, wchodząc w ciało z prostotą penisa zanurzającego się w pochwie. Chciał rzec, iż to tylko draśnięcie, lecz nie był rycerzem w czarnej zbroi, który to z Monthym walczył i zwyczajnie umarł.
Kai już nigdy miał nie stracić dziewictwa, gdy pocisk z katapulty trafił prosto w niego i w niejakiego Ascariusa. Mokre plamy splotły się w jedność, co było nad wyraz gejowe i fuj. Łowca głów Zegiel stracił głowę. Oskar padł, broniąc składu cebuli, bowiem miał dług wobec tych warzyw, śmierć przy zapachu ojczyzny to dobra śmierć. Velaya i Tallor zostali po prostu zadeptani przez uciekający motłoch.
Nordmarczyk Hudof zamiast wymachiwać toporem jął kpić z przeciwników, najwyraźniej zapominając, iż nie wysyła gołębi pocztowych, a to jest werbalna konwersacja. Cięty od krocza aż po żebra padł narzekając na Smutasa i twierdząc, że leci na Epikura, przez co spłodzą knura.
Ertix nawet nie walczył, nie podobały mu się takie klimaty, spokojnie czekał, aż dostał w aortę i klęknął, wodząc wokół nieprzytomnym spojrzeniem, aż w końcu po prostu szczezł.
Luna i Rene skończyły splecione w miłosnym uścisku, w łóżku, gdy płonący dach pogrzebał ich w ruinach budynku. Homoseksualistki aż do samego końca. Sprytny złodziej majtek dzień później je odkopał i ukradł bieliznę.
Dwoje orków czeladników zginęło na głównej ulicy, nikt nie zdołał nawet zapamiętać ich imion, które skazane zostały na zapomnienie, tak jak i ich posiadacze. Samica lżyła na oprawców, wyzywając ich od męskich, szowinistycznych świń. Samiec po prostu w amoku powtarzał słowo papaja.
Gdzieś tam niejaki Demoren umierał gwałcony przez czterech napalonych orków, dwóch w oczodoły, jeden w tyłek, a jeden do gardła. To była piękna śmierć.

Epikur widział to wszystko i uronił kolejną, samotną łzę, szczęsliwy, że może patrzeć na śmierć tych wszystkich ciot i frajerów, lecz postanowił grać heroicznego i szlachetnego wodza, który rozpacza po stracie ludzi.
Przywdział na twarz oblicze rozpaczy, kupione w promocyjnej cenie w Araxos, po czym w bezsilnej wściekłości odrzucił od siebie miecz i wrzasnął:
- Tyle cierpienia! Tyle śmierci! Za co? Czy to tylko dlatego, iż ogłoszone przeze mnie zostało, że ruchanie płaskich lasek jest gejowe, bo to prawie jak z facetem? Czy to był wystarczający powód do wojny zwolenników i przeciwników tejże idei?
Odpowiedzią dla niego był jedynie dźwięk zwalnianych cięciw i świst strzał przecinających powietrze. Potem nie było już nic.
__________________

- Przepraszam - rzekł ze skruchą cny Ancoron, krzyżując ręce na piersi.
- Przeproś też za to, że mnie po tyłku zmacałeś - zażądała Phea kategorycznie.
Młodzian skrzywił się lekko i uśmiech rozjaśnił jego lico, gdy wyszczerzył w uśmiechu ząbki.
- Tego akurat nie żałuję - rzekł butnie.
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Konkurs na opis upadku Archolos Ancoron Dolne Miasto 5 06-06-18 21:02
Konkurs na opis święta - III miejsce Freshyy FanFick 0 26-04-16 13:37
Konkurs: Jeden dzień z życia na Archolos - II miejsce GPP4 FanFick 0 20-10-15 08:06
Konkurs na opis jednego dnia z życia na Archolos - II miejsce Pistacio FanFick 0 07-10-15 21:50
Konkurs na Opis Miasta - III miejsce Barneyek FanFick 0 28-05-13 16:27


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.