Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Gothic - Zbójecki artefakt

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 27-12-18, 14:38   #1
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie Gothic - Zbójecki artefakt

Powracam do pisania z nowym opowiadaniem, choć... wydaje mi się, że jest z nim coś nie tak. Patrząc na nie okiem autora myślę, że jest jakoś dziwnie napisane, inaczej niż moje poprzednie... I nie mogę odnaleźć błędu. Może to przez to, że dawno nie pisałem i przez to jestem jakiś przewrażliwiony... Dlatego prosiłbym o wytknięcie mi wszystkiego co zrobiłem źle i o konstruktywną krytykę.
A co do historii... Jest bezpośrednio związana z jednym z opisów, z których jest nawet trochę dumny . Bohaterem jest 27-letni Veronim Sadea, którego nagrobek możemy odnaleźć na cmentarzu za farmą Sekoba. Jest kryminalistą nazywanym Królem miejscowego półświatka. Jednak dni jego powodzenia dobiegają końca...
Uwaga! Ze względu na to, iż akcja dzieje się w roku 417 zamiast Khorinis pojawia się nazwa Karynis, czyli dawna nazwa miasta i wyspy.
Życzę miłej lektury .

Prolog

Spośród dość gęsto rosnących drzew wybiegali Strażnicy Miejscy z herbem Karynis na tunikach. Na ich czele stał Dietmar Ukara Młodszy, najstarszy syn panującego wówczas Feliksa Ukary, który otrzymał imię po swym sławnym przodku, mistrzu miecza. Na przeciw stróżom prawa stanęli bandyci. Szyli z łuków, strzelali z kusz, bądź też walczyli wręcz. Starali się szczelnie zakryć wejście do jaskini za ich plecami. Tam zaś trwały wśród reszty rzezimieszków przygotowania do walki. Zwierali szyki zupełnie jakby byli regularnym wojskiem, a nie wyrzutkami społecznymi. W głębi jamy zaś pewien młodzieniec pakował najpotrzebniejsze rzeczy do torby przewieszonej przez ramię. Pomagał mu w tym lekko otyły Asasyn będący już w okolicach pięćdziesiątki.
- Prędzej, Veronimie, prędzej! Zaraz rozpęta się tu prawdziwe piekło! - powiedział biegnąc w stronę drzwi. Była to jedna z niewielu chwil gdy nie mówił do niego żartobliwie per "królu", mimo iż miał on tylko pochodzenie szlacheckie.
- Jeszcze kubek! - odparł pośpiesznie biorąc ze stołu blaszane naczynie i chowając do torby.
- Ech, ty i te twoje sentymenty - westchnął śniadoskóry przepuszczając młodzika, po czym sam przeszedł przez drzwi.
- On przynosi mi szczęście - odparł jakby od niechcenia Veronim rozglądając się.
Obaj znaleźli się w kolejnej komorze jaskini, w której płonęło ognisko. Wokół niego siedziało trzech mężczyzn oczekujących na coś spokojnie. Pierwszy był szczupłym łysym łucznikiem mającym przy pasku długi kujący miecz. Drugi wstał ukazując swą potężną posturę. Był blady, co było dowodem na to, że pochodził z Nordmaru. Nosił ciężki skórzany pancerz z wieloma metalowymi elementami. Na plecach w świetle ognia połyskiwał dokładnie wypolerowany topór. Trzeci zaś wpatrywał się z sentymentem w tańczące płomienie. Pogładził swą bujną, czarną brodę i spojrzał na Veronima Sadeę. Wstał i wziął w swą pomarszczoną ze starości, ciemnoskórą dłoń jeden ze swych licznych sztyletów pochowanych po kieszeniach starego, brudnego płaszcza.
- Już? - zapytał.
Młodzieniec kiwnął głową. Na ten znak starzec rzucił trzymanym sztyletem w stronę innej komory jaskini. Zgodnie z zamierzeniem ostrze trafiło w rozpalone tam ognisko. Stojący w pobliżu paleniska bandyta chwycił pochodnię i zanurzył ją w płomieniach. Gdy ta zaczęła się palić pobiegł w stronę wyjścia z jamy i zręcznie omijając walczących ze sobą strażników i rzezimieszków znalazł się przy sporym kopcu chrustu oraz innych łatwopalnych materiałów. Cisnął weń łuczywo, wyciągnął pałasz i po chwili namysłu rzucił się do ucieczki. Tymczasem stos zajął się ogniem. Na ten znak na tyły Strażników Miejskich ruszyli ciężko uzbrojeni bandyci dotąd kryjący się w gęstym lesie, wywołując zamęt w szeregach funkcjonariuszy. Była to doskonała okazja by Veronim ze świtą zbiegli z zagrożonego terenu...

Dziesięć dni wcześniej.
Noc była piękna, gwiaździsta, Księżyc w pełni. Veronim w długim, skórzanym płaszczu z głębokim kapturem na głowie przekraczał właśnie bramę miasta Karynis. Sto sztuk złota z jego sakiewki zmieniło właściciela, a raczej właścicieli, ponieważ wejścia pilnowało dwóch strażników. Po krótkim spacerze dotarł do kolejnej bramy, tym razem wyjściowej. Trafił do portu. Jego celem była karczma umiejscowiona w pobliżu morza. Wszedł do budynku i usiadł przy ladzie. Przez chwilę był obserwowany przez większość nielicznych o tej porze gości, ale szybko przestali się nim interesować, choć paru spoglądało później na niego z zaciekawieniem.
- Piwa - powiedział rzucając na szynkwas złote monety. Oberżysta schował pieniądze do swojej sakwy i zabrał się za robotę. - Moment! - zatrzymał go Sadea. - Tu mi proszę nalać - rzekł wyciągając blaszany kubek z torby i podał go mężczyźnie.
Ten wzruszył ramionami i wykonał prośbę klienta po czym podał mu naczynie wypełnione po brzegi złocistym napojem. Szatyn popijał go spokojnie. Następnie dał karczmarzowi kolejne monety i prosił by mu nalać dokładkę. Pił dalej, powoli się niecierpliwiąc. W końcu koło niego usiadł oczekiwany młodzieniec na oko o dziesięć lat młodszy od Veronima.
- Witam pana - powiedział.
- Darujmy sobie te uprzejmości - odparł biorąc solidny łyk piwa. Wstał. Gestem pokazał towarzyszowi by za nim poszedł. Usiedli przy jednym z odosobnionych stolików. - Mów co wiesz.
- Ostatnio przypadkowo usłyszałem, że banda Mirusa przygotowuje się do odbicia swoich ludzi z więzienia w koszarach...
- Ten Mirus to ma refleks - przerwał rozmówcy Sadea i pociągnął kolejny łyk. - Ci jego ludzie to dawno pewnie zostali złamani na spytkach i go wsypali. Dni tego kretyna i jego bandy są policzone. To nie jest zbyt wartościowa informacja. No, ale mów dalej - rzekł po czym popił.
- Teraz coś co pana z pewnością zainteresuje: pan Henryk Sorn najął mnie i mego brata do targania mebli do jego domu zamówionych zza morza. Ładne były, pięknie zdobione, pozłacane... E... Przepraszam. No więc podczas tej roboty, za którą zabraliśmy się dość późno, natknęliśmy się na... - młodzieniec szukał w myślach słowa - pewnych ludzi. Nigdy nie zapomnę twarzy tego kroczącego w środku. Blada twarz, blizna idąca od czoła po dolną wargę, stalowy wzrok...
- ... bezwzględnego mordercy - przerwał mu po raz kolejny Veronim. - Verden! - warknął. Szybko się jednak opanował, z konieczności. - Co on robił u Sorna?
- Cała sytuacja mnie zainteresowała, więc począłem ich dyskretnie śledzić...
- Starszy brat nie miał nic przeciwko? - Sadea uniósł brew.
- Nie, powiedziałem, że muszę iść się odlać. Byłem pewien, że pana to zainteresuje, więc byłem gotów zaryzykować. Niestety, nie dowiedziałem się zbyt wiele, ale z pewnością była to dość przyjacielska rozmowa, jeśli można użyć takiego słowa...
- Cholerny dwulicowiec z tego Sorna! - mężczyzna zacisnął pięść. - Nie wiesz o czym rozmawiali? - rozprostował palce.
- Niestety... zdaje mi się, że jeden z nich mnie przyuważył, więc szybko czmychnąłem.
Veronim dopił piwo i podniósł swój kubek do góry. Po chwili podszedł do nich karczmarz z butelką, z której nalał do blaszanego naczynia złocistą ciecz. Herszt bandy dał mu więcej monet niż wcześniej.
- Podziękował - powiedział oberżysta i już chciał odejść, ale szlachcic złapał go za rękę.
- Chwila, to nie napiwek. Dałem ci więcej złota, bo chciałbym prosić byś rozpuścił informację, że Henryk Sorn potrzebuje solidnych chłopaków do pewnej roboty. Wiesz co mam na myśli.
Mężczyzna kiwnął głową i odszedł.
- Masz coś jeszcze? - Sadea zwrócił się do młodzieńca.
- Tak, całe miasto huczy aż, że do Karynis ma przybyć jakaś szycha z Kontynentu. Może nawet sam Książę Księstwa Cape Dun!
- Co? - zdziwił się Veronim.
- Ano. Ja tam się na polityce nie wyznaję, ale prawdopodobnie Gubernator Feliks Ukara szykuje się do wojenki. A z kim, tego nie wiem.
- Dobra... - bandyta sięgnął do swojej torby i wyciągnął z niej dwa mieszki ze złotem. - Masz, na prawdę ci się należy. Miej oczy szeroko otwarte. Do następnego.
Mężczyzna wstał i wyszedł z przybytku zostawiając młodzieńca samego. Skierował się z powrotem do swojej kryjówki. Podczas drogi wyciągał wnioski z zaistniałej sytuacji. Musiał się naradzić ze swymi najbardziej zaufanymi ludźmi. O ile w półświatku można ich tak nazwać...

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 27-12-18 o 14:40.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 17:45   #2
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 859
Domyślnie

Być może chodzi o to, że opowiadanie nie jest jest osadzone w żadnym wyobrażalnym miejscu. Bez nawet skromnego opisu otoczenia czytelnik nie potrafi sobie dobrze wyobrazić rozmowy dwóch facetów w karczmie. Poza tym jest bardzo krótkie, poczekam na resztę.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 18:21   #3
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie

W mojej głowie obóz bandytów jest osadzony w tej dolinie pod miastem, gdzie wejścia do rozległego kompleksu jaskiń strzegł cieniostwór. Mam nadzieję, że dobrze to opisałem . Tylko właśnie nie wiem jak to opisać w opowiadaniu, bo nie wiem za bardzo jak to ubrać w słowa...
A karczma osadzona jest w porcie, który w moim zamyśle jest osadzony poza murami miasta (w końcu w grze możemy się natknąć na zniszczony mur tam gdzie jest wejście do portu). Sam budynek jest tak mniej więcej tam gdzie karczma Kardifa albo może gdzieś wgłąb lądu. Tego jeszcze nie ustaliłem .
Dzięki za komentarz .

Edit: A propo ciągu dalszego to mam właśnie napisane jeszcze dwa rozdziały, w których już się więcej dzieje.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 29-12-18, 18:56   #4
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie

Postarałem się nieco dopisać o tym obozie na początku rozdziału, mam nadzieję, że wyszło lepiej... Zapraszam do lektury .

Rozdział I Nowy w bandzie

Bandycki obóz teoretycznie znajdował się w dość rozległej i gęsto zarośniętej dolinie pod miastem Karynis. Im dalej się szło tym niższy stawał się teren aż w końcu natrafiało się na wysoką kamienną ścianę. W niej jednak była wydrążona jaskinia, a wręcz kompleks jaskiń, w którym to przebywała większość ludzi z bandy Veronima Sadei. Ze względu na konieczność utrzymywania kamuflażu nie gospodarowano terenem dolinki poza miejscem przy wejściu do jamy. W praktyce to wewnątrz znajdował się obóz.
Lekko otyły Asasyn przyglądał się bogato zdobionemu pierścionkowi, podkręcając czarnego wąsa. Przed nim stał młody chłopak - ciemny blondyn o rozmarzonym spojrzeniu brązowych oczu. Ubrany był niezbyt bogato co kontrastowało z posiadanymi przez niego kosztownościami. W lewej dłoni trzymał damskie kolczyki, którym przyglądał się z sentymentem.
- Ech, pięknie by w nich wyglądała... - westchnął.
Tymczasem wąsacz schował pierścionek do kieszeni i wziął od młodzieńca resztę biżuterii.
- Tak... Młody wiesz, że ta twoja historia jest tak klasyczna jak zadania, które cię tu czekają. Biedny chłopak spotyka nagle dziewczynę na targowisku, lecz jest ona z dobrego domu a tym samym poza jego zasięgiem. Oni jednak na przekór wszystkiemu się kochają i planują wspólną ucieczkę. Ale by nie było zbyt kolorowo ty chciałeś dać jej jakiś skromny upominek, a jako że nie było cię na nic stać, ukradłeś. Tym samym już zupełnie przekreśliłeś swoje szanse i możesz przez jakiś czas nie pokazywać się w mieście. Przez długi czas.
- Wiem, że głupio zrobiłem, ale teraz nie ma już odwrotu.
- Właśnie, więc witamy w skromnych progach nieformalnego Króla Karynis! - rzekł serdecznie chowając kolczyki do kieszeni. Progi były rzeczywiście skromne, bowiem stali przy wejściu do jaskini. - Te kosztowności to wiesz, taka opłata za wstęp.
- A... co to za zadania? - zapytał niepewnie chłopak.
- Klasyczne jak już wspomniałem. Wiesz, przynieś, podaj, pozamiataj, jak to mawiają, Synu Niepewności. Przecież za darmo cię tutaj nie trzymamy, musi być z ciebie jakiś pożytek.
- No... rozumiem.
- Świetnie, Synu Błyskotliwości. To jest także w twoim interesie. Musisz zapoznać się ze swoimi nowymi kompanami, zawrzeć przyjaźnie, aby przypadkiem ktoś cię w nocy nie zaszlachtował myśląc, żeś obcy.
Młodzieniec przełknął głośno ślinę lekko przestraszony ostatnią częścią zdania Asasyna.
- Dla pocieszenia powiem, że mnie już zaimponowałeś - dodał dawny mieszkaniec Varantu. - Okraść jubilera i uciec z najeżonego Strażnikami miasta, potem obezwładnić jednego z nich podczas pościgu i kilku załatwić, no no...
- Chciałem jeszcze raz panu podziękować za uratowanie mnie wtedy. Było ich dla mnie za dużo i gdyby nie pan to by mnie pewno pokonali.
- Powiedzmy, że kiedyś postawisz mi piwo. No dobrze, a teraz wprowadzę cię w szczegóły, Nowy. O! Tak cię będziemy nazywali, póki sam sobie na jakiś pseudonim nie zasłużysz. Twoje imię mnie nie interesuje, zostaw za sobą swoje stare życie. Teraz jesteś przestępcą i tak masz się zachowywać.
- O co chodzi z tymi pseudonimami?
- A widzisz tę czarnowłosą piękność przy ognisku? - wskazał dyskretnie ręką na samotnie siedzącą kobietę ubraną w robiony na miarę skórzany pancerz odsłaniający prawe ramię, na którym wytatuowany był dziwny okrągły symbol. - To Czarna Wdowa. Nikt nie zna jej przyrodzonego imienia, nawet ja, a znam ją jeszcze z dawnych czasów, gdy była niewolnicą na pustyni. Była tam kurtyzaną, mówiąc kulturalnie. Ech, kurwą - westchnął widząc konsternację swego rozmówcy. - Robiła to za darmo i nie bardzo jej to odpowiadało. Pewnego dnia na jej miasto napadli Koczownicy, a ona korzystając z okazji, uciekła. Dotarła na Karynis byle dalej od przeszłości, ale życie okazało się być dla niej niezbyt łaskawe. Szybko przekonała się, że by przeżyć musi robić to samo co na pustyni. Lecz tutaj przynajmniej dostawała za to pieniądze i miała lepsze warunki niż u nas, na pustyni - podkręcił wąsa. - Tak czy inaczej pewnego dnia jakiś dość nieprzyjemny klient jej nie zapłacił. Ona bardzo liczyła na te pieniądze, więc wpadła we wściekłość i zabiła go w dość... brutalny sposób. Zrabowała jego dom jak tylko mogła tamtej nocy, ale szybko jej alfons ją poinformował, żeby się wynosiła, bo Straż węszy koło jej osoby, a on nie chce kłopotów. Sprawnie czmychnęła z miasta biorąc sporą część swojego łupu i przyszła z tym do nas. Jej historia przekonała Veronima Sadeę, a i przy okazji ja się za nią wstawiłem. Wiesz, było tu też paru chojraków co się do niej przystawiało, a teraz wąchają kwiatki od spodu. A, i koleś co jej spartolił ten tatuaż na ramieniu też marnie skończył. Więc zapracowała sobie w pełni na to jak ją nazywamy.
- Mam nadzieję, że jak ją poproszę o poparcie to mnie nie zabije - próbował zażartować nerwowo chłopak.
- Bez obrazy, Ojcze Nieśmiałości, ale do takich fajtłap jak ty to ona akurat ma pobłażliwy, a wręcz pozytywny stosunek, więc nie masz się czego obawiać. O, właśnie! - zawołał wskazując głową na wchodzącego do jaskini łysego łucznika. - To jest Chudy, kolejna dość wpływowa tu persona. Jego pseudonimu chyba nie muszę wyjaśniać?
- Nie, oczywiście, że nie - odpowiedział młodzieniec łypiąc na cherlawe ręce przechodzącego łysola.
- Ale niech cię to nie zmyli! Ten człowiek to prawdziwy wirtuoz łuku. Wielokroć widziałem go w akcji. Dobrze, chłopcze, przejdźmy się, pokażę ci resztę osób, z którymi warto tu dobrze żyć.
Wtem do jaskini z impetem wpadł Veronim Sadea. Szedł tak szybko, że aż trzymał prawą dłonią swoją torbę przewieszoną przez ramię, bo denerwowało go jak odbijała mu się o biodro. Po drodze zaczepił Asasyna:
- Antonio, zwołaj resztę, musimy coś omówić - wycedził i poszedł dalej ku swej siedzibie.
- Antonio? - zdziwił się Nowy. - Nie ma pan pseudonimu?
- Cóż, żaden się nie przyjął - rzekł dawny mieszkaniec Varantu robiąc kilka kroków do przodu. Obrócił się w stronę rozmówcy. - A to był właśnie nasz szef, nieformalny Król Karynis. Cóż, ja muszę iść, a ty na razie pogadaj z pomniejszymi rzezimieszkami i nawiąż jakieś znajomości. Później wrócimy do naszej rozmowy.
To powiedziawszy przystąpił do wykonania polecenia herszta bandy zostawiając chłopaka samego z jego pytaniami i zdziwieniem, że najgroźniejszą bandą na Karynis rządzi ktoś tak młody. Co prawda słyszał kiedyś nieco o Veronimie Sadei, ale sądził, że większość opowieści o nim jest przesadzona jak choćby plotka o jego magicznym kubku, który ochraniał właściciela przed aresztowaniem przez Straż Miejską. Nowy członek jego bandy postanowił przysiąść na chwilę przy ognisku i pomyśleć z utęsknieniem o swej ukochanej, którą prawdopodobnie utracił na zawsze.

Tymczasem Veronim siedział już na fotelu i nalewał do swojego blaszanego kubka nieco wina ze znajdującego się w pobliżu barku. Upił kilka łyków, wstał i ponownie usiadł tyle, że na taborecie przy stole. Po chwili do pomieszczenia weszło czterech różnych od siebie mężczyzn. Śniadoskóry Asasyn, łysy, chudy łucznik; barczysty Nordmarczyk z wielkim toporem na plecach i ciemnoskóry czarno brody facet w lekko podeszłym wieku ściskający w dłoni jeden ze swych sztyletów pochowanych w starym, brązowym płaszczu. Wszyscy zajęli swoje miejsca przy stole.
- Dobrze, że was widzę - zaczął Sadea. - Musimy ustalić co mamy zrobić w obliczu nadchodzącego zagrożenia. Verden depcze nam po piętach i skumał się z Sornem! Na pewno coś na nas razem szykują.
- Co zamierzasz z tym zrobić? - zapytał Antonio.
- Już poczyniłem pewne kroki - rzekł wstając i zaczął chodzić naokoło komory jaskini. - Kazałem rozpuścić informację, że Henryk Sorn poszukuje rzezimieszków do jakiejś roboty. Wpakujemy tę dwulicową świnię do pierdla! Ale to nie wszystko. Ma tutaj przybyć jeszcze jakaś szycha z Kontynentu. Podobno w celu omówienia jakiegoś wojskowego sojuszu. Jak myślicie, przeciwko komu?
- Przeciw nam - wypalił Nordmarczyk chcąc popisać się błyskotliwością.
- Otóż nie - odparł poirytowany szlachcic. - Czemu myrtańskie książęta miałyby się nami interesować? Albo Verdenem? Albo Mirusem, czy innymi pomniejszymi bandytami? Dopóki im nie zagrażamy, nie ma na to szans, a raczej przenosić działalności nie zamierzamy. Myślę, że oni chcą wojny z Jarkendarem - napił się trochę wina ze swojego blaszaka. - Spójrzcie: Jarkendarczycy są wojowniczym ludem. Mają posiadłości nawet na Kontynencie. To wielu wkurwia, ale oczywiście myrtańscy książęta przeciw zagrożeniu zjednoczyć się nie mogą. Każdy więc stara się na własną rękę i szukają sojuszy gdzie indziej. Feliks Ukara też ma w tym swoje interesy, więc stara się na tym konflikcie obłowić. I tutaj istotnie jest zagrożenie dla nas, ale tylko ze strony Gubernatora. Powiedzcie czy zaryzykowalibyście sojusz przeciw Jarkendarowi z kimś kto nie potrafi sobie poradzić z bandytami? Ukara z pewnością będzie chciał się z nami szybko rozprawić. W pierwszej kolejności z nami.
- To by się zgadzało... - odezwał się Chudy. - Podczas ostatnich dni konwoje kupieckie mają wielokroć zwiększoną ochronę. Wielu naszych boi się ryzykować napaść. Całe miasto też jest pilnie patrolowane.
- To dziwne co mówisz - rzekł Sadea. - Jeszcze niedawno byłem w mieście i dostałem się tam tak jak zwykle, a i żadnych patroli nie widziałem.
- To pewne informacje. Od naszego szpicla w Straży.
- Dobrze, powiedzmy, że ci wierzę. Panowie, co robimy w zaistniałej sytuacji? Zdradliwy kupiec z jednej, zdesperowany Ukara z drugiej.
- Na Sornie z pewnością trzeba się zemścić! - zawołał Nordmarczyk.
- No tak. Wiem już nawet co zrobić.
- Co ci chodzi po głowie? - zapytał ostrożnie Antonio.
- Skok! Musimy kogoś obrobić i wrobić w to tych "chłopaków" od Sorna. A pewnie łachudry z portu już zwęszyły zysk i wieść się rozniosła. A nuż ktoś doniesie o tym Straży. Z pewnością nie uwierzą w to od razu, ale skok na jakiegoś bogacza już ich bardziej przekona. Najlepiej jakby był to jakiś przeciwnik handlowy Sorna... a może i sam ratusz?
- Świetny plan, ale cholernie niebezpieczny, wręcz samobójczy - powiedział Chudy.
- Ja byłbym w stanie go poprzeć, ale tylko pod warunkiem, że nie napadniemy ratusza - odezwał się w końcu czarny starzec. - To musi być Gildhel Mulgo.
- Fakt. To bezpieczniejsza opcja - potwierdził Antonio.
Nordmarczyk pokiwał głową.
- No dobrze. Może i masz rację, Sztyletniku - rzekł Veronim. - Gildhel Mulgo...
- Nadal uważam, że to zbyt niebezpieczne - podtrzymywał swoje stanowisko łucznik. - Pamiętajcie kim jest Mulgo senior...
- Kto ryzykuje, ten nie ma - stwierdził herszt popijając wino z blaszaka i w końcu siadając przy stole. - Opracujmy zatem wstępny plan tego skoku i pierwszy problem będzie częściowo z głowy.
Mężczyźni rozmawiali przez całą noc, aż do świtu. Ze względu na senność niewiele ustalili. O poranku wszystkich, a zwłaszcza podpitego Sadeę, zmorzył sen.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 05-01-19, 16:56   #5
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie

Kolejny rozdział, w którym trochę jest historii postaci. Mam nadzieję, że wszystko jest dobrze opisane i już lepiej można to sobie wyobrazić. Życzę miłej lektury .

Rozdział II Codzienność bandyty

Nowy czekając na Antonio starał się nie marnować czasu. Zaczął rozmawiać ze spotkanymi po drodze pomniejszymi rzezimieszkami. Udało mu się już nawiązać pewne znajomości. Do rozmowy z Czarną Wdową postanowił się dobrze przygotować. W szczególności psychicznie, bowiem jej historia wywołała w nim lęk w stosunku do kobiety.
- Będą z ciebie ludzie! - jego rozmyślania przerwał wesoły krzyk podchmielonego kompana. Młodzieniec siedział przy ognisku z grupką bandytów chcąc trochę odpocząć po ucieczce z miasta. Opowiedział towarzyszom tą historię oraz poprzedzający to wydarzenie włam. Wyglądało na to, że rozbójnicy zapałali do niego szacunkiem z tego powodu. Podpity mężczyzna podał chłopakowi butelkę piwa. - Masz, pij na zdrowie.
Nowy wziął od nowego znajomego zamkniętą butelczynę. Przyjrzał jej się. Rzadko pił alkohol. Tylko od czasu do czasu, gdy była okazja lub jeśli udało się mu z kolegami uzbierać na flaszkę. Był jednak taki przypadek, który wyłamał się z tych reguł i mocno zapadł chłopakowi w pamięć. Ukradł karczmarzowi gąsiorek z winem, którego nigdy nie pił, bo nigdy nie było go na niego stać. Ale wcale to nie ze względu na ten pierwszy raz utkwiło mu to we wspomnieniach. Postanowił zachować sobie tą butelkę na szczególną okazję, jaką było spotkanie ukochanej. Pierwszy raz ujrzał ją na targowisku gdy robiła z matką zakupy i od razu się zakochał. Przypominało mu to jedną z tych wielu historii, które słyszał w dzieciństwie. Od tamtego dnia starał się zwrócić na siebie jej uwagę. Udało mu się, więc postanowił tę uwagę utrzymać. Spotykali się potajemnie i z każdą taką schadzką rosło uczucie, zarówno w nim, jak i w niej. Była ona panienką z Górnego Miasta, przez co rzadko się mogli widywać, więc młodzieniec wyczekiwał tego z wyjątkową tęsknotą. Właśnie dla niej na jedną z takich randek zdobył to wino. I po spotkaniu uznał, że warto było ukraść tę butelczynę karczmarzowi, co nie było wcale takie łatwe. Tamtego dnia młodzi kochankowie po raz pierwszy się pocałowali. Niestety ta historia miała swoje konsekwencje. Wina było dużo, a podzielili się nim na pół, więc rodzice dziewczyny łatwo odkryli, że ich córka jest pijana, przez co dostała zakaz wychodzenia z domu do odwołania. Cudem udało jej się przekazać to ukochanemu, któremu ze względu na status społeczny nie wolno było wejść do dzielnicy arystokracji. Ten postanowił, że uciekną razem i zaczął zbierać na miejsce na statku. Najmował się gdzie tylko można było, bo postanowił zdobyć pieniądze legalnie. Ale wtedy przyszedł mu do głowy ten przeklęty pomysł o jakimś upominku dla ukochanej. A to już musiał ukraść. Został nakryty, lecz zdołał uciec i tak trafił do gangu Veronima Sadei. Chłopak zastanawiał się czy nie mógł postąpić inaczej.
- Świeżak, pij, a nie się zastanawiasz! - zawołał ten, który podarował młodzieńcowi trunek, wyrywając go z zamyślenia.
- Właśnie, bo ci jeszcze zabierzemy! - dodał jego kompan.
- Tak... Eee... Racja - Nowy otworzył butelkę i pociągnął kilka łyków.
Smak piwa przypomniał mu o ojcu, który niedawno zginął tajemniczą śmiercią w porcie. To wydarzenie przyspieszyło decyzję chłopaka o wyjeździe - wiedział, że w Karynis jest zbyt niebezpiecznie, a wojownikiem był słabym. Tamtych strażników pokonał cudem, za który dziękował Innosowi w duchu. Był wdzięczny także za to, że spotkał Antonio, który uratował go od aresztowania. Teraz jednak pozostało mu tylko życie w podziemiu, a przynajmniej sytuacja tak wyglądała. W głębi duszy liczył, że dostanie szansę na zmianę, odkupienie win i szczęście z ukochaną u boku... Przystawił butelkę do ust i resztę jej zawartości opróżnił jednym haustem.
Godzinę później rozbójnicy rozeszli się, śmieci wrzucając go ogniska, które zgasił ostatni bandyta. Nowy wyszedł z jaskini chcąc odetchnąć świeżym powietrzem. Oparł się o pobliskie drzewo, po czym osunął na ziemię. Szybko zasnął.

Obudził się po południu ze wzrokiem utkwionym w niebo. Słońce go nie raziło, bowiem gęste korony drzew prawie nie przepuszczały promieni. Wstał i otrzepał się z ziemi. Cieszył się, że przeżył, bo dość przejął się słowami Antonio iż ktoś kto go nie zna, może uznać za przybłędę i zabić. Po chwili ujrzał owego Asasyna opartego o drzewo z rękami skrzyżowanymi na piersiach, przyglądającemu się młodzieńcowi. Ten podszedł do Nowego.
- No, świeżak, jak tam? - zapytał. - Wykorzystałeś wolny czas?
- Tak, zapoznałem się z częścią bandy - oparł chłopak. - Czarną Wdowę... postanowiłem zostawić na później.
- Boisz się jej? - wąsacz gestem głowy pokazał, żeby poszli do jaskini. - Spokojnie, jak już ci mówiłem ona, hmmm... lubi takich nieporadnych chłopaków jak ty, Synu Bojaźliwości. Ale nie obiecuj sobie także zbyt wiele. Wiesz, z umiarem, młodzieńcze, z umiarem.
- Rozumiem, ale... czy nie mógłbyś mi towarzyszyć? - zapytał niepewnie, gdy wkraczali do jaskini.
Asasyn zamyślił się.
- Niech będzie, ale pod jednym warunkiem: zrobisz to tu i teraz.
- C-co? - spytał przestraszony żółtodziób zatrzymując się.
- To, co słyszałeś - odparł śniadoskóry odwracając się do rozmówcy. - Idziemy prosto do Czarnej Wdowy. Udowodnij przed bandą, żeś mężczyzna! Zwykły rabunek na jubilerze i spektakularna ucieczka z miasta nie na długo tutaj starczą. Musisz systematycznie podnosić sobie poprzeczkę, by uzyskać trwały posłuch wśród tutejszej zgrai. Inaczej... ciężko ci tu będzie. To jak? Idziesz, czy krewisz?
- Idę - młodzieniec szybko podjął decyzję będąc wciąż bardzo przestraszonym. Nie był pewny decyzji, ale liczył, że w razie czego starszy towarzysz go obroni.
Antonio kiwnął głową. Poszli dalej, w głąb jaskini. W Nowym z każdym krokiem podnosił się poziom przerażenia, a obecność kompana, wbrew oczekiwaniom, wcale nie poprawiała jego samopoczucia. Asasyn zaś rozglądał się dokładnie po jaskini w poszukiwaniu starej znajomej. Był pewien, że siedzi gdzieś samotnie przy ognisku kontemplując swą przeszłość, jak i myśląc o przyszłości. Zawsze gdy z nim rozmawiała niemal namacalnie wyrażała nadzieję, że uda jej się pozbyć piętna przeszłości, stać się inną osobą i żyć godnie. Gdziekolwiek, byleby była darzona szacunkiem przez mężczyznę, który dostrzeże w niej wewnętrzne piękno. Mężczyzna przysłuchując się tym marzeniom sądził, że nie są one raczej możliwe do spełnienia, przynajmniej nie wszystkie, ale nie miał serca jej tego powiedzieć.
Krążyli po kompleksie jaskini już kilka minut. W Nowym strach i niemal paraliżujący stres powoli osiągały szczytowy poziom, jednak po kobiecie nie było ani śladu. Asasyn w końcu stanął, marszcząc czoło. Spojrzał na siedzącego nieopodal przy ognisku czarnoskórego starca, który także mu się przyglądał. Jemu i towarzyszącemu mu młodzieńcowi. Wstał i podszedł do nich.
- A co ty się, Antonio, tak kręcisz po tej pieczarze jak gówno w przeręblu? - zapytał prześmiewczo.
- Sztyletnik, nie widziałeś przypadkiem Czarnej Wdowy? - śniadoskóry zignorował zaczepkę brodacza.
- Ach, więc szukasz tej swojej dziwki... - stwierdził mężczyzna bezceremonialnie, gładząc swój bujny zarost. Jego rozmówca zaś starał się nie dać sprowokować. - Z tego co wiem dała się namówić na spacerek traktem handlowym. Mówiąc prościej: - dodał patrząc na Nowego - razem z Chudym, Bladym, Ignisem i innymi poszła napaść na karawanę kupiecką zmierzającą na wielką farmę. Powinni wrócić gdzieś tak wieczorem. Chociaż wiesz, że bywa różnie...
- Nowy, upiekło ci się - powiedział zwracając się do chłopaka. - Przy okazji poznaj: to Sztyletnik, Ojciec Okrutnej Ironii i jeden z ważniejszych tutaj bandytów...
- Tak, tak, dziękuję ci, Antonio, za te komplementy - przerwał mu sam zainteresowany bawiąc się wyciągniętym z płaszcza sztyletem, jakby na potwierdzenie swego pseudonimu. - Ale przykro mi, nie będzie spotkania z ciekawym człowiekiem - to rzekłszy oddalił się jak gdyby nigdy nic w stronę wyjścia z groty.
- Tak, on już taki jest... - rzekł Asasyn wpatrując się swymi brązowymi oczami w odchodzącego mężczyznę. - Ma cięty język, a przy okazji jeszcze lepiej posługuje się swymi ostrzami. Zresztą, to on nauczył Czarną Wdowę jak się walczy sztyletami. No cóż, usiądźmy przy tym ogniu - wskazał głową na palenisko, przy którym wcześniej odpoczywał starzec. - Ciężko ci będzie zyskać jego szacunek, ale z pewnością będzie to warte zachodu.
- A kim są ci, których ten... Sztyletnik wymienił przed chwilą. Ten Blady i... Ignis? - spytał młodzieniec siadając.
- Cóż, Blady to jeden z najbardziej zaufanych ludzi Veronima Sadei. Nie błyszczy może inteligencją, ale to właśnie sprawia, że będzie on raczej lojalny wobec naszego Króla Półświatka. No i jest silnym, postawnym Nordmarczykiem, więc ma posłuch.
- Nordmarczyk? - zdziwił się Nowy. - To chyba daleko stąd i...
- Tak, masz rację, Synu Błyskotliwości. Nordmar jest położony na górzystej, północnej części Kontynentu, a w dodatku jego mieszkańcy cechują się wyjątkowym honorem, więc jakim cudem ktokolwiek z nich miałby się stać przestępcą? Cóż, mam nadzieję, że masz czas, bo to dość długa historia. Blady urodził się w domu biednego myśliwego. Pewnego dnia jednak ojciec nie wrócił z polowania. Matka zostawiła kilkuletniego synka u starego alchemika mieszkającego w pobliżu i sama wyruszyła na poszukiwania męża. Znaleziono ją po kilku dniach. Martwą, poszarpaną, bez prawej ręki. Upierała się ona na samotną podróż, mimo iż alchemik radził jej poprosić kogoś o pomoc. Przed Bladym ukrywano śmierć matki, wciskając mu bajkę, że ostatnio widziano ją w Faring, gdzie prowadziły ślady jego ojca. Dzieciak żył jeszcze wiele lat w nieświadomości. Pomagał swemu opiekunowi zbierając dla niego rośliny. Gdy miał już dwanaście lat, alchemik zgodził się by ten wyruszył na swoje pierwsze polowanie. Na dziki. Staruszek długo nie chciał tego zrobić, ponieważ przyzwyczaił się już do młodzika i ukochał go jak własnego syna, którego nigdy nie posiadał. Wyposażył wychowanka w silne mikstury lecznicze i puścił go samego. Wtedy Blady natknął się na coś co zmieniło jego życie. Znalazł szkielet w solidnej, nordmarskiej zbroi, którą pamiętał z dzieciństwa, z rozbitą czaszką, w którą wbita była strzała. Poza pancerzem znajomy był także pierścień na kościstym palcu trupa. Zaręczynowy. Matka miała taki sam. Blady domyślił się kogo miał przed oczami. Wrócił do domu alchemika z płaczem. Ten chciał pocieszyć dzieciaka, który po tym wydarzeniu przeszedł przemianę. Utracił część dziecięcej radości, ale miał jeszcze złudną nadzieję na zobaczenie matki. W końcu namówił alchemika, by poszli jej rzekomym śladem, do Faring. Ten przystał na to, lecz obawiał się, że kłamstwo wyjdzie na jaw. W mieście nikt o kobiecie nie słyszał. To jednak nie zraziło dzieciaka, który ubłagał chcącego wracać starca do pójścia dalej. Dotarli do biednej wioski o nazwie Gotha. Mimo zwierzchnictwa Księcia Junkersa z Montery w wiosce panowało bezprawie. Zionąca zewsząd patologia od początku była złowroga wobec przybyszy z Północy. W końcu dwóch rzezimieszków ich zaczepiło chcąc od nich złota. Dzieciak wyciągnął nóż i stanął w obronie swego opiekuna. Oni zlekceważyli jego wojownicze wymachiwanie bronią i jeden podszedł by szarpnąć staruszka. Wtedy pod wpływem emocji, Blady wsadził mu ostrze w brzuch. Nie spodziewali się tego. Złość wynikająca z wcześniejszego odnalezienia zwłok ojca w końcu miała szansę znaleźć ujście... dzieciak zmasakrował mu bebechy. Drugi otrząsnął się z szoku i odkopnął młodzika. W zemście zranił staruszka śmiertelnie. Blady szybko wstał i przebił agresorowi plecy, zahaczając o serce. Tak... - powiedział patrząc młodzieńcowi prosto w oczy. - Blady ich zabił. Z nerwów, prawdopodobnie niechcący, ale zabił. Jako trzynastolatek. Jeszcze dziecko... Potem chciał uratować staruszka. Starał się, ale alchemik wiedział, że to koniec, stracił zbyt wiele krwi, w dodatku bandzior przebił mu płuco. Zdradził mu więc tajemnicę losu jego matki i wyzionął ducha. Wtem z opiekuna cieszącego się miłością dziecka stał się okrutnym kłamcą w oczach młodego Nordmarczyka. Znienawidził go! Chciał szybko uciec gdzieś gdzie mógłby ochłonąć. W końcu okazało się, że jego matka także nie żyje już od wielu lat. Ale nie udało mu się. Odnaleźli go bandyci, którzy dowiedzieli się o całym zajściu. Tam wieści bardzo szybko się rozchodziły. Dostrzegli w nim potencjał i go przygarnęli.
- Ale to nie tłumaczy skąd się tu wziął - powiedział po chwili milczenia Nowy. Poruszyła go ta historia.
- Spokojnie, młodzieńcze, trochę cierpliwości. Blady dorastał wśród bandytów ucząc się od nich różnych sztuczek. Wielka polityka omijała tę wioskę przez kilkanaście lat. Aż dziwne, ale to prawda. W końcu jednak nastał ten dzień kiedy wybuchła wojna między sprzymierzonymi książętami Faring, Geldern i Vengardu oraz Księciem Montery i hrabią Waldfried. Walczyli oni po stronie dwóch różnych dostojników z Varantu, którzy spierali się kto ma zasiąść na tronie Państwa Asasynów. Ja też walczyłem w tej wojnie... Ostatecznie zwyciężył Machmud, który panował krótko, lecz mądrze. Obalili go Koczownicy, którzy niespodziewanie zaatakowali nasze ziemie... Przepraszam, rozgadałem się. Dla myrtańskich książąt wojna domowa na pustyni była oczywiście tylko pretekstem aby rozwiązać własne problemy. Trzej zwycięscy władycy uwięzili Księcia Montery i podzielili między siebie jego liczne farmy. Także Gotha została zajęta. Książę Faring, Karol II szybko zajął to miasto i wprowadził żelazne zasady. Trzymał mieszkańców solidnie za twarz i walczył z przestępczością już w trakcie działań wojennych. Blady i kilku jego towarzyszy zbiegło ze strachu przed aresztowaniem. A wtedy możliwość była jedna: wcielenie do wojska. Dzięki wojennemu zamieszaniu udało im się bez problemów odpłynąć. Ukryli się w beczkach i sporą część rejsu spędzili w ładowni. Do czasu. Na statek napadli piraci. Jeden z bandytów wymyślił plan ucieczki. Czterej mężczyźni wybiegli z ładowni i pobiegli w stronę szalupy. Dwóch z nich próbowali szybko ją spuścić, a dwaj pozostali ich osłaniali. Pech chciał, że towarzysz Bladego został zabity przez jednego z piratów z łuku. Zauważył to drugi bandyta i pobiegł w stronę łucznika, by go wyeliminować. Osamotnionemu rzezimieszkowi udało się spuścić szalupę do wody. On i Blady wskoczyli, a zaraz po nich ich towarzysz do nich wpadł. Dosłownie. Prawdopodobnie podczas powrotu jakiś typ go wypchnął nie wiedząc, że na dole jest łódka. Mężczyzna był ciężko ranny i towarzysz Nordmarczyka uznał, że w takim stanie do niczego się nie nadaje i wyrzucił go za burtę. Blady chciał zaprotestować, ale się powstrzymał. Zwłaszcza, że potrzebny był mu kompan do wiosłowania, by jak najszybciej oddalić się od miejsca morskiej bitwy, bo ruszył za nimi pościg. Płynęli za nimi dwiema łódkami i strzelali. Szybko jednak okazało się, że nie chodzi o nich, ale o kupców, którzy uciekli ze statku jeszcze przed abordażem. Na ich nieszczęście byli jeszcze widoczni na horyzoncie. Jeden wzięty z nimi ochroniarz także strzelał z kuszy. Bandyci postanowili odpłynąć w bok, by przypadkiem zabłąkany pocisk nie trafił żadnego z nich. Udało im się też zbliżyć do uciekających bogaczy, wśród których jak się okazało była także kobieta. Spowalniała ich ze względu na swoją wagę. Chyba żona lub córka jednego z handlarzy. Ochroniarz zaczął strzelać także do nich myśląc, że są piratami, którzy również się zbliżali. Towarzysz Bladego został trafiony w dłoń przez co nie mógł wiosłować obiema rękami. Nordmarczyk postanowił zaryzykować i rzucił w wojownika swym toporem. Ten zauważył to zbyt późno i próbując zrobić unik, wypadł za burtę, a topór wbił mu się w ramię. Chłop utonął. Jeden z kupców rozpaczliwie odrzucił wiosła i sam próbował strzelać z kuszy, która pozostała na pokładzie. Jedna piracka szalupa dotarła do kupców. Druga dryfowała z tyłu pusta. Blady postanowił się oddalić, ale wilki morskie postanowiły zapolować także na nich. Więc Nordmarczyk wyciągnął z pochwy kompana miecz i gdy łodzie dzieliła już niewielka odległość, skoczył w ich stronę i stoczył pojedynek z jednym piratem. Drugi i trzeci skoczyli na łódź kupców. Ostatecznie Blady pokonał ich wszystkich, a kupcom powiedział, by się nie obawiali. Wprawił tym samym w osłupienie zarówno kupców, jak i swego towarzysza, Syn Szlachetności. Ten ostatni szybko się jednak ogarnął i wyrwał Nordmarczykowi swój miecz. Zabił kupców, a kobietę z trudem wypchnął jednym kopnięciem. Następnie zaczął przeszukiwać ich majątek. Przez resztę drogi nie odzywali się do siebie. W końcu dotarli do Karynis i postanowili się rozdzielić. Towarzysz dał Blademu część kupieckiego złota. Mężczyzna żyje pewnie gdzieś na wyspie, Blady nigdy nie próbował go szukać. No i szybko trafił do nas. Gdy złoto się skończyło, Nordmarczyk postanowił poszukać jakiejś uczciwej pracy. Jednak jego pracodawca nieustannie go oszukiwał aż Blady w końcu się wkurwił i go zabił.
Nowy spojrzał na opowiadającego z niedowierzaniem. Kolejne "spontaniczne" morderstwo.
- Nie patrz tak na mnie, tak było na prawdę. Skutecznie zniechęciło to Bladego do szukania uczciwego zarobku. Uciekając przed Strażą natknął się na Veronima, który także miał problemy ze Strażnikami. Nordmarczyk mu pomógł, imponując swoją siłą i umiejętnościami walki. Szybko się zaprzyjaźnili. To było tak dawno temu... Veronim zbierał wokół siebie jeszcze więcej tego typu ludzi, aż w końcu stał się szefem tej zgrai, najniebezpieczniejszej na wyspie.
- Rzeczywiście długa historia - przyznał młodzieniec.
- Tak, trochę mnie zmęczyło jej opowiadanie... - Antonio wyciągnął butelkę wina. Rozmasował też zastygłe mięśnie. Podczas opowiadania prawie się nie ruszał. - Coś na przepłukanie gardła. Klasztorne wino. Magowie Ognia poza swoimi smętnymi naukami o Innosie robią też coś pożytecznego - powiedział, po czym otworzył butelkę i wypił kilka łyków. - Masz, napij się.
- Dzięki - rzekł Nowy z wdzięcznością i po dyskretnym wytarciu gwinta także się napił. Oddał Asasynowi naczynie. Smak alkoholu znowu przypomniał mu o ukochanej. - A ten drugi, którego wspomniałeś... ten Ignis. Kim on jest? Tylko... nie rozgaduj się jak poprzednio, jeśli możesz - dodał nieśmiało.
- Dobrze, spróbuję. Historię Bladego ciężko było streścić w kilku słowach, tutaj się postaram. O Ignisie przez pewien czas niewiele było wiadomo, sam nie lubił o sobie mówić. Ale pewnego dnia jeden ze wścibskich złodziejaszków ukradł mu jego dziennik. Opowiedział jego historię przy ognisku, czego potem gorzko pożałował...
- Ignis go zabił? - chciał się upewnić młodzieniec.
- Tak. W bardzo okrutny sposób. Po pewnym czasie znaleziono go powieszonego na jednym z drzew przy drodze. Miał rozcięty brzuch i... inne paskudne rany. Podobno jeszcze zipał... Nikt jednak Ignisowi nie zrobił z tego powodu wyrzutu. Ale wracając. Ignis służył w armii księcia vengardzkiego, Zygmunta I. Też walczył we wspomnianej wcześniej przeze mnie wojnie i dosłużył się stopnia pułkownika. Stał się jednym z najbardziej wpływowych wojskowych, dostatnio mieszkał w stolicy z rodziną. Jednak pewnego dnia jego żona uparła się, by przenieśli się do spokojniejszego miejsca, na prowincję. On uległ jej marzeniu i wkrótce przenieśli się do niewielkiej wioski rybackiej. Nie było to zbytnio po myśli kobiety, ponieważ chciała się przenieść gdzieś dalej, na jakąś farmę. Ten jednak chciał być blisko Księcia, by być w razie czego na jego rozkazy. Ach, te kobiety... Później wybuchła wojna między Vengardem, a Faring i Cape Dun. Niedawni sojusznicy się poróżnili... Ignis poszedł na wojnę, a Książę poszukiwał sojuszników. I wtedy to się stało. Ignis otrzymał wiadomość, że jego rodzina została wymordowana przez żołnierzy z Księstwa Faring. Była to swego rodzaju zemsta jednego z wojskowych, który w trakcie poprzedniej wojny został upokorzony przez Ignisa. Upokorzony do tego stopnia, że ten prawie stracił swe wysokie stanowisko. Nie wiem co się stało, ale to była ponoć wielka ujma dla honoru tamtego wojownika. Więc Ignis łamiąc wszelkie rozkazy, zebrał grupę lojalnych żołnierzy i wyruszył na poszukiwania mordercy swojej rodziny. W końcu się znaleźli. Ich wojska stoczyły ze sobą bitwę, podczas gdy oni pojedynkowali się. Ignis zabił przeciwnika, a jego ludzie zwyciężyli. Powrócił więc na swoją poprzednią pozycję. Jego przełożony, ze względu na wcześniejszą nienaganną służbę, nie ukarał go. Ale w Ignisie nastąpiła przemiana. Stał się okrutnikiem wyżywającym się na ludności cywilnej. Jego przełożonym to nie przeszkadzało. Do czasu, gdy zaczęli przegrywać na froncie. Wtedy rozkazano mu ograniczać się. Gdy nastał czas na rozmowy pokojowe, jednym warunków przerwania działań wojennych było postawienie Ignisa przed sądem wojskowym za jego zbrodnie. Ktoś życzliwy ostrzegł go przed tym. Mężczyzna się nie wahał. Zbiegł na południowy-zachód Kontynentu. Czuł w sobie niesamowitą pustkę po utracie rodziny. Niby nie powinno mu już zależeć na życiu, a jednak uciekł przed śmiercią. Udało mu się dostać na pustynię. Tam podobno zarządca Bragi ugościł go z honorami dowiadując się kim Ignis jest. Były wojskowy został tam jakiś czas korzystając z gościnności Asasyna. Aż w końcu na miasto napadli, a jakże! Koczownicy! Ignis pomógł moim rodakom w walce z nimi i, mimo wdzięczności mieszkańców, odszedł. Nie mógł już żyć w społeczności. Postanowił uciec gdzieś, gdzie nikt go nie zna. Padło na Karynis. Jakiś czas uczestniczył w nielegalnych walkach organizowanych w porcie, aż w końcu zainteresował się nim Verden - mimowolnie Asasyn spochmurniał wypowiadając to imię. - Nasz główny konkurent. Ignis sądził, że i tak jest już wyrzutkiem, więc przystał na jego propozycję. Jednak sam herszt go mocno irytował, nie dawał mu działać po swojemu, indywidualnie. Zostawił więc bandę Verdena, przez co się teraz trochę nie lubią, hehe... - Antonio rozweselił się nieco. - W końcu wpadł na nas i już z nami został. Veronim szanuje go za jego umiejętności bojowe. To chyba najlepszy szermierz miecza dwuręcznego jakiego widziałem! Musiał się jednak przy nas ponownie przyzwyczaić do pracy w grupie. Nie krył zdenerwowania, ale teraz czuje się już znośnie... Nikt nie wymyślił dla niego pseudonimu, zresztą boją się go, nie chcąc skończyć jak tamten złodziej. No, chyba teraz udało mi się cię nie zanudzić - uśmiechnął się brązowooki.
- To nie było nudne - zaoponował Nowy. - Tylko przydługie.
- No, skoro tak myślisz... to wydaje mi się, że zasłużyłem na solidny łyk! - to powiedziawszy uniósł gwałtownie butelkę, o mało się nie zalewając winem, i przyssał się do gwintu wypijając większość szkarłatnej cieczy. - Resztę zostawiam tobie - podał kompanowi naczynie. - I będę się zbierał - dodał wstając. - Miałem się spotkać z Veronimem, a tymczasem myśmy zbyt wiele czasu przegadali. Może jeszcze zdążę... Trzymaj się, młody!
Nowy odprowadzał chwilę Antonio wzrokiem, po czym spojrzał na butelkę z winem. Wytarł jej szyjkę o dół koszulki.
- To za udany pierwszy dzień! - rzekł sam do siebie wznosząc toast. -
Niedługo to będzie moja codzienność - wypił kilka łyków zostawiając trochę alkoholu na dnie. - Codzienność bandyty - dodał smutniej.
- Ty to chyba jeszcze niewiele wiesz o naszej codzienności, chłystku.
Chłopak podniósł głowę zaskoczony. Usłyszał kobiecy głos. Zdumiony przyglądał się podchodzącej do niego kobiecie. Skórzane czarne spodnie i wysokie buty na obcasie tego samego koloru były do niej dopasowane tak, że mogła się w nich swobodnie i zwinnie poruszać. Koszulka nie miała rękawów i była ciemnoszara. Na odsłoniętym ramieniu było widać charakterystyczny tatuaż. Dosyć ładna twarz była częściowo zakryta przez proste pukle czarnych włosów.
Młodzieniec bardzo dobrze wiedział kim ona jest. Tak bardzo obawiał się tego spotkania. Nie przyszła góra do Innosa to przyszedł Innos do góry, jak to zwykli mawiać ludzie. Ciało Nowego zaczęło lekko drżeć. Jego ciśnienie podniosło się, a krew płynęła w nim szybciej wprawiając organizm w stan najwyższej gotowości. Starał się jednak utrzymać w tajemnicy swoje pobudzenie zachowując kamienną twarz, ale było to trudne, bo w końcu zaczepiła go osoba, która przerażała go odkąd o niej tylko usłyszał - Czarna Wdowa. Mało tego, że zaczepiła! Powoli usiadła na wprost niego, po drugiej stronie ogniska. Krew zawrzała w młodzieńcu że stresu. Zrobił się czerwony na twarzy.
- Przysiądę się po robocie, jeśli pozwolisz - powiedziała obnażając białe lecz krzywe zęby w szyderczym uśmiechu.

Asasyn pchnął drewniane drzwi i poszedł wgłąb jamy, którą zamieszkiwał Veronim Sadea. Jednak nikogo tam nie było. Mężczyzna rozejrzał się. Wyglądało na to, że szlachcic wyszedł dopiero niedawno. Brązowooki spóźnił się. Wzruszył więc ramionami i odszedł.

Tymczasem Król Półświatka szedł w milczeniu wraz z Chudym przez zalesioną drogę. Zmierzali do jednej z podmiejskich jaskiń. Łucznik wrócił niedawno z udanego napadu, ale mimo to nie mógł odpocząć, bo musiał towarzyszyć hersztowi bandy. Obaj byli podenerwowani, lecz każdy z różnych powodów.
- Oby tylko czekały nas dobre wieści - łysy przerwał niezręczną ciszę.
- Tak - potwierdził zniecierpliwiony Veronim.
- Nie mogliśmy czekać na Antonio - powiedział Chudy, odgadując co gryzie herszta. - Honir też ma ograniczony czas.
- Tak, prawda - szatyn kiwnął niecierpliwie głową.
Szli dalej aż, po przedarciu się przez krzaki, dotarli pod wejście do dwukomorowej jaskini. Chudy spojrzał na kompana.
- Wybacz, ale muszę się odlać - poinformował, po czym odszedł na bok.
- Dobra, poczekam w środku. W razie czego ubezpieczaj tyły.
To powiedziawszy Sadea wkroczył do środka. Rozejrzał się. Było cholernie ciemno, więc szybko sięgnął do torby i wyciągnął z niej pochodnię. Po jej rozpaleniu zrobiło się znacznie jaśniej. Następnie wbił ją pionowo w ziemię i zaczął dalej grzebać w torbie. Wyciągnął z niej butelkę ginu, a potem swój blaszany kubek, o którym krążyły już legendy. Nawet sam właściciel uwierzył jakoby przynosił mu on szczęście i powodzenie na włamach. Nalał do naczynia alkohol, który zresztą po chwili wypił. Usłyszał szelest poruszanych krzaków. Odłożył butelkę, chwycił pochodnię i odwrócił się w stronę wyjścia z jaskini. Spodziewał się, że będzie miał przed sobą Chudego. Pomylił się. Stanął przed nim mężczyzna w średnim wieku z pochodnią w ręku, która oświetlała jego twarz. Miał krótkie, podgolone z tyłu oraz z boków ciemne włosy i okazały wąs. Patrzył na Veronima swymi bystrymi, zielonymi oczami. Był dobrze zbudowany, więc ciężka zbroja Straży Miejskiej dobrze na nim leżała. Składała się ona z ciężkich, wysokich butów, skórzanych spodni, ćwiekowanych karwasz z utwardzone skóry, biało-czerwonej tuniki z godłem Karynis oraz pasa, który ją obwiązywał. Wzmacniana była metalowymi elementami. Mężczyzna miał przy pasie długi jednoręczny miecz, a na plecach spoczywała kusza. Do pasa było przypiętych jeszcze kilka fiolek z miksturami leczniczymi i pudełko na bełty. Milczał.
- W końcu jesteś, Honir - powiedział w końcu Veronim Sadea.
- Tak - odparł mężczyzna. - Masz dwie nowe wiadomości. Obie złe - dodał poważnym tonem.
Mina Króla Półświatka natychmiast zrzedła.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 23-01-19 o 17:51.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-01-19, 14:23   #6
Majonez_Majesa
Chrząszcz
 
Zarejestrowany: czerwiec 2017
Skąd: Warszawa
Posty: 11
Domyślnie

Nowe opowiadanie... A co z Przeznaczeniem? No w sumie mogłeś się zmęczyć tak dużym projektem, ale wróć kiedyś do tego, bo było tam poruszonych parę ciekawych wątków. Tutaj też widać potencjał, ale niewiele jest wyjaśnione. Ale to może ja czegoś nie doczytałem. Tak czy inaczej czekam na ciąg dalszy i życzę weny.
RPG
Majonez_Majesa jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 07-01-19, 19:12   #7
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie

Przeznaczenie zostało zawieszone, co znaczy, że do niego wrócę. Ale na razie chcę się skupić na krótszych opowiadaniach, by jeszcze się trochę wyrobić w warsztacie pisarskim. Zaczynając Przeznaczenie rzuciłem się na zbyt głęboką wodę.
Dzięki za komentarz .
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 31-01-19, 19:28   #8
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie

Rozdział III Spotkanie

Mężczyźni przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Zielone oczy stróża prawa przeciw również zielonym tęczówkom przestępcy. Płomienie pochodni, które dzierżyli oświetlały ich twarze i odbijały się w spojrzeniach. Veronim opuścił jednak w końcu wzrok by sięgnąć po sakiewkę że złotem. Rzucił ją w kierunku Honira, po czym nalał sobie do kubka resztę ginu z butelki. Upił łyk.
- Więc tak... - odezwał się Strażnik Miejski po przeliczeniu pieniędzy. Zaczął krążyć po jaskini. - Widziałeś już dzieło naszego rysownika? - zapytał wyjmując z kieszeni pogiętą kartkę papieru. Stanął przed rozmówcą i podał mu ją.
- List gończy... - wyszeptał Sadea, czując, że robi mu się gorąco. - Dokładny i konkretny.
- Oj tak - przyznał Honir, kontynuując przechadzkę. - Nagroda jest bardzo konkretna. Kusi... bardzo kusi - dodał odniosłem tonem. - Uważaj przy swych wypadach na miasto... lecz u siebie także nie czuj się bezpieczny. Dokładność tego listu gończego zawdzięczamy tylko i wyłącznie jednemu z twoich ludzi...
- Zdrada? - zapytał szlachcic z niedowierzaniem. Nie spodziewał się, że ktoś odważy się donieść na niego Straży. Przecież w takim wypadku konfident pogrążyłby także siebie. Sadea był ostrożny. - Kto?!
- Cóż, masz wokół siebie wielu zdrajców... - Honir zatrzymał się przy korytarzu prowadzącym wgłąb jaskini. Veronim odwrócił się w jego stronę, przypominając sobie nagle, że Chudy powinien już dawno tu przyjść. - Ale jeszcze o tym nie wiesz...
- Co masz na myśli?
- Nie trzeba daleko szukać - rzekł spokojnie, acz wciąż doniośle, składając ręce za plecami. Uśmiechnął się szyderczo. - Wystarczy, że się obejrzysz - wyjaśnił wskazując prawą ręką na wyjście z jaskini.
Obróciwszy się zaskoczony Veronim spostrzegł stojących przy progu jamy trzech mężczyzn. Stali dumnie wyprostowani w zbrojach elitarnych Strażników Miejskich, lecz osoba w środku różniła się od dwóch stojących po bokach funkcjonariuszy. Był dużo starszy od nich, jego nieliczne włosy były już całkowicie siwe. Nie nosił zarostu dzięki czemu widać było wszystkie zmarszczki na jego twarzy. Jego jedyną bronią był sztylet noszony przy pasie. Tunika z godłem Karynis była przetykana złotymi nićmi, zaś na palcu sędziwego Strażnika był charakterystyczny pierścień. Sadea wiedział kim on jest. Stał przed nim Komendant Straży Miejskiej Karynis Sawer Mulgo.
- Jesteś aresztowany - młodzieniec usłyszał za sobą głos Honira.
- To była pułapka... - szlachcic nie wiedział co powiedzieć.
- No proszę, jakiś ty spostrzegawczy - starzec roześmiał się szyderczo. - Ścigałem w swoim życiu wielu przestępców. Mniej lub bardziej groźnych, ale każdy z nich w końcu popełniał błąd. Ty go właśnie popełniłeś. Ciesz się ostatnimi chwilami życia. To koniec waszego parszywego rodu - dał zielonookiemu znak ręką, by ten związał Veronima. - Wybacz, że sznur, a nie kajdany - dodał od niechcenia.
- Zaraz! - krzyknął Sadea, wyrywając się gwałtownie Honirowi. Był wściekły. Nawet nie zwrócił uwagi, że jego kubek wyleciał mu z rąk, upadając na ziemię z brzękiem i potoczył się do korytarza prowadzącego wgłąb jaskini. - Mam prawo do ostatniego życzenia!
- Masz - potwierdził Sawer kiwając nieznacznie głową. - Ale spełnimy je dopiero w celi, kiedy odpowiesz już grzecznie na wszystkie pytania. Oczywiście, w granicach rozsądku. Dobrze, starczy tego. Prędzej, zwiąż go - machnął ręką na podwładnego.
Dawny informator przystąpił do ponownego związywania Veronima. Ten jednak gwałtownie wyrwał się, obrócił i skierował zaciśniętą pięść ku twarzy strażnika. Mężczyźnie udało się zablokować cios, chwytając pięść przeciwnika w locie. W tym czasie dwaj ochroniarze komendanta sięgnęli po miecze i spokojnym, powolnym, zgodnym krokiem podeszli w stronę Sadei. Herszt bandy wyszarpnął dłoń ze słabego uścisku Honira i obiema rękami odepchnął go w porę od siebie, zanim ten uderzył go w przeponę. Następnie uniósł nogę na wysokość klatek piersiowych nadchodzących stróżów prawa i wykonał nią zamach z półobrotu. Oni wzdrygnęli się, ale potem kontynuowali marsz. Szlachcic rzucił się do ucieczki w głąb jaskini, a trzej funkcjonariusze za nim. Młodzieniec wiedział, że niewiele z tego wyjdzie, ale postanowił się nie poddawać. Podniósł swój kubek, po czym wyciągnął broń i wykonał nią poziome cięcie zza pleców na oślep. Usłyszał dźwięk uderzania stali o stal, a chwilę później brzęk upadającego miecza na ziemię. Trafił do drugiej komory jaskini.
Wtem zdumiał się i pewnie by się z tego powodu zatrzymał, gdyby nie ścigający go pościg. Jego zdziwienie wywołała okrągła platforma znajdująca się na końcu pomieszczenia. Była wykonana z kamienia i pokryta dziwnymi wzorami, zaś pośrodku została wyrzeźbiona czaszka. Z obwodu koła wystawały cztery dość wielkie, zagięte ostre wypustki. Na powierzchni konstrukcji unosiła się jasnobłękitna kula, niewątpliwie złożona z energii magicznej. Trzej strażnicy także byli zdumieni tym widokiem i kiedy zobaczyli, że Veronim wbiega na platformę, a następnie znika, wahali się chwilę, ale ostatecznie pobiegli za nim.

Sadea pojawił się na skraju lasu przy ścianie skalnej. Przez niego, od stóp do głowy, przeleciała niebieska obręcz, po czym zniknęła. Dostrzegł siedzącego na nisko leżącej półce skalnej mężczyznę patrzącego na coś zza drzewa. Obróciwszy się zobaczył też dwóch jego towarzyszy opartych o drewnianą ścianę wbudowaną w wejście do niewielkiej jaskini, wewnątrz której były mocne, dębowe drzwi. Stali oni po ich obu stronach. Wszyscy trzej nosili charakterystyczne pancerze, składające się ze stalowych naramienników, karwasz, nagolennic oraz niecałej części zakrywającej korpus; skórzanych butów i przepaski pokrytej dziwnymi znakami. Na klatce piersiowej nosili symbol równowagi - wagę szalkową, zaś na klamrze pasa była wyrzeźbiona wąska, brzydka twarz. Mężczyźni byli przedstawicielami Kasty Wojowników Jarkendaru.
Minęła ledwie chwila, gdy po Veronimie na miejscu zjawili się także trzej Strażnicy Miejscy z wyciągniętymi mieczami. Szlachcic upadł na ziemię.
- Mi, Adanos? (Co, na Adanosa?) - jeden z wojowników stanął na równe nogi.
- A fegyverhez! (Do broni!) - krzyknął drugi sięgając po oręż.
Jarkendarczycy rzucili się na ludzi Honira zanim ci zdążyli znaleźć wzrokiem Sadeę. Rozpoczęła się walka, która zagłuszyła szum po teleportacji dobiegający z jaskini. Veronim ze wstydem ukrył się w krzakach. Chciał walczyć, ale zdawał sobie sprawę z tego, że niezależnie od tego, która strona by wygrała, miałby kłopoty. Postanowił więc oddalić się pospiesznie. Zanim jednak zdążył się odwrócić zauważył, że nad wszystkimi walczącymi pojawiła się alabastrowa mgiełka, po czym zapadli oni w sen. Szlachcic wiedział, że to była sprawka jakiegoś maga. Rozejrzał się pospiesznie. Nie musiał długo szukać. Kilka metrów przed sobą zauważył siwobrodego starca chowającego kamień runiczny do kieszeni długiego, szarego płaszcza. Na głowie miał szpiczasty kapelusz z szerokim rondem. Mimo wieku nie widać było na jego twarzy żadnych bruzd czy plam wątrobowych. Nad nim tliła się niewielka kula światła. Uśmiechnął się zwracając uwagę na młodzieńca.
- Witam, panie Sadea - powiedział. - Nie sądziłem, że się spotkamy. Zwłaszcza w takich okolicznościach...
- Skąd mnie znasz? Nie przypominam sobie byśmy się kiedykolwiek widzieli! I kim ty w ogóle jesteś?! - odparł zdumiony szlachcic nie wiedząc czy lepiej uciec, czy jednak zostać.
- Ach, tak, racja - mężczyzna zaczął grzebać w niewielkiej torbie przy pasie, której herszt wcześniej nie zauważył. - Uthar Lichtbringer. Wędrowny czarodziej, znawca tytoniu, dawny sługa Jego Książęcej Mości Hieronima II z Geldern oraz czarna owca Kręgu Ognia - dodał wciąż grzebiąc w bagażu. W końcu wyciągnął kartkę papieru, na której widniał wizerunek młodego mężczyzny wraz z wszystkimi potrzebnymi informacjami. - Natknąłem się ostatnio na takie coś - przyjrzał się listowi gończemu. - Tak... Spokojnie, nie bój się - rzekł łagodnie widząc zachowanie młodzieńca. - Nie zamierzam cię wydać zwłaszcza, że obaj jesteśmy poszukiwani.
- Jak to? - zapytał Veronim nie wiedząc czym jest bardziej zdziwiony.
- Ano - potwierdził czarodziej. - Chodź, młodzieńcze. Nie rozmawiajmy tak w lesie - kiwnął nieznacznie głową na znak by poszedł za nim.
Niepewny szlachcic poszedł powoli za starcem.
- No chodź, chodź - ponaglił spokojnie. Spojrzał na wciąż śpiących Strażników Miejskich i członków Kasty Wojowników. - Powinieneś bardziej uważać. O mało co nie wywołałbyś wojny. Chociaż... ona i tak jest nieunikniona. Prędzej czy później Jarkendarczycy i Karyninczycy rzucą się sobie do gardeł.
Przeszli przez próg jaskini znajdującej się na prawo od tamtej zablokowanej drewnem. Starzec stanął na środku wnętrza jamy, po czym pomachał rękami inkantując jakieś zaklęcie. Liche światło nad jego głową nagle ponownie rozbłysło. Zaskoczony Sadea zatrzymał się kilka kroków za nim wpatrując się w znajdujące się wokół nagrobki. Zatrzymał się dłużej na jednym z nich, stojącym blisko wyjścia z groty. Podszedł bliżej do niego.
- To Dietmar Ukara... Nie rozumiem. Władze nie rozkazały postawić tu jakiejś straży honorowej? Przecież tu leży założyciel rodu...
- Tak... - Uthar powiał się koło niego. - Mistrz miecza Dietmar Ukara oraz jego syn, Asub leżą tu wraz z innymi uczestnikami tamtych wydarzeń - spojrzenie starca zaszło mgłą zaś on sam zdawał się patrzeć gdzieś w dal mimo, że kilka metrów przed nim była skalna ściana. - Tak... Ale nie czas na rozmowy o tym Może kiedyś. Chodźmy dalej - dał gest ręką.
Korytarzem po prawo znaleźli się w drugiej, nieco mniejszej komorze jaskini. Stały tam trzy kamienne podpory złożone z dwóch pionowych głazów i jednego poziomego na nich, pod którymi znajdowały się ciężkie trumny. Na środku był swego rodzaju ołtarz, niski i pusty. Lichtbringer wyciągnął ze swojej niewielkiej torby imbryk z parującym napojem i dwa drewniane kubki. Po chwili namysłu jeden schował z powrotem.
- Tak... - Uthar powiał się koło niego. - Mistrz miecza Dietmar Ukara oraz jego syn, Asub leżą tu wraz z innymi uczestnikami tamtych wydarzeń - spojrzenie starca zaszło mgłą zaś on sam zdawał się patrzeć gdzieś w dal mimo, że kilka metrów przed nim była skalna ściana. - Tak... Ale nie czas na rozmowy o tym Może kiedyś. Chodźmy dalej - dał gest ręką.
Korytarzem po prawo znaleźli się w drugiej, nieco mniejszej komorze jaskini. Stały tam trzy kamienne podpory złożone z dwóch pionowych głazów i jednego poziomego na nich, pod którymi znajdowały się ciężkie trumny. Na środku był swego rodzaju ołtarz, niski i pusty. Lichtbringer wyciągnął ze swojej niewielkiej torby imbryk z parującym napojem i dwa drewniane kubki. Po chwili namysłu jeden schował z powrotem.
- Ty w końcu pijesz tylko ze swojego blaszaka, zbójeckiego artefaktu - uśmiechnął się starzec.
Veronim przyglądał mu się z rozdziawionymi ustami.
- Jak ty to tam zmieściłeś?! - zapytał w końcu, pokazując na czajniczek.
- Ach, tak... - zaśmiał się czarodziej. - Mam jeszcze więcej rzeczy w tej torbie, a to dlatego, że ją sobie zakląłem.
- Zakląłeś? - młodzieniec uniósł brwi.
- Ano. Istnieje jedno takie zaklęcie, mało znane, już zapomniane, które udało mi się gdzieś odkopać. Poszerza ono kieszenie, torby i tak dalej, do praktycznie nieskończonej pojemności. Lecz nie należy go nadużywać. Pamiętam przypadek mojego kompana z Laran... chciał, żebym mu zaklął całe ubranie. A jako, że już parę rzeczy wcześniej mu zakląłem to... no, po prostu umarł, wolę nie mówić o szczegółach. Co za dużo/ to nie zdrowo...
Szlachcic wolał sobie nie wyobrażać, jak to się mogło stać.
- Przykro mi - powiedział lakonicznie, ale szczerze. Nastąpiło kilka chwil niezręcznej ciszy. - Mówiłeś, że obaj jesteśmy poszukiwani.
- Owszem - przytaknął nalewając sobie herbaty. - Daj ten swój blaszak. Hmm... Nie widzę w nim nic magicznego, ale cóż... - podał rozmówcy naczynie z parującym płynem. - Otóż Magom Ognia z tutejszego klasztoru nie spodobała moja obecność na wyspie. Wystawili za mną list gończy oskarżając o zbrodnie przeciwko Kręgowi Ognia. Nie jest to prawda. Odszedłem z Zakonu z honorem już dawno temu i oddałem się własnym badaniom, a ci ograniczeni głupcy po prostu zazdroszczą mi efektów. Przyznam, że nawet mi to sprawia trochę satysfakcji, acz jeśli ktoś połasi się na tę nagrodę, będzie nieciekawie. Nie chciałbym zabijać pachołków Magów, bo wiem jak to działa. Wielu jest zaślepionych słowami hierarchów i nie potrafi myśleć samodzielnie. Wbrew pozorom świątobliwi braciszkowie są mistrzami manipulacji.
Veronim słuchał słów czarodzieja popijając herbatę. Uśmiechnął się. Zapałał sympatią do mężczyzny. Zmarszczył jednak brwi na wzmiankę o Kręgu Ognia. Nigdy nie ufał kapłanom Innosa, ale nie podejrzewał ich o intrygi, ani inne nieczyste zagrywki. W sumie to nie wyznawał żadnego z bogów, po prostu ufał swemu szczęściu i powodzeniu zapewnionym przez własnoręcznie zrobiony blaszany kubek. Konflikt między bogami był mu po prostu obojętny.
- I właśnie dlatego tu jestem - ciągnął Uthar. Dopił herbatę, odłożył kubek i wstał. - Chcę się ulotnić.
- Prędzej czy później cię tu znajdą - powiedział Sadea. Zdawał sobie sprawę z tego, że czarodziej ma sensowniejszy plan, ale chciał go swymi słowami sprowokować do jego wyjawienia.
- Tak, z pewnością będą przeszukiwać całą wyspę, nawet do Jarkendaru dotrą - starzec pogładził się po długiej, siwej brodzie. - Dlatego chcę się przenieść tam, gdzie nikt nie będzie mnie szukał. Waham się nad miejscem, ale wiem, że pomoże mi to - mówiąc zbliżył się do jednej z trumien na podwyższeniu i uchylił ostrożnie jej wieko.
- Zaczekaj, przecież to grabież! - krzyknął szlachcic podnosząc się gwałtownie.
- Jemu to już się nie przyda - odparł Lichtbringer wyciągając z trumny amulet oblany białą poświatą.
Veronim Sadea otworzył usta ze zdumienia, a oczy mu zabłysły. Był jednocześnie oburzony z faktu ograbiania grobowca oraz zachwycony pięknem artefaktu. Wisiorek był wykonany ze srebra, ale piękniejszy od najczystszego złota. Emanująca od niego energia dodawała dodatkowego światła w komorze jaskini.
- Moc tego amuletu jest tak wielka, że będę w stanie teleportować się aż na najdalsze wyspy Wschodniego Archipelagu! Wielki Kapłan Jarkendaru Imrus dostał w nim błogosławieństwo samego Adanosa.
- Ale... nie chronią tego żadne pułapki? - zaniepokoił się herszt.
- Chroniły. Ale wszystkie pozdejmowałem kilka dni temu. Musiałem robić to powoli, częściowo, by mnie nie wytropiono. Nigdzie nie zagrzewałem zbyt długo miejsca, ale teraz... Miło było cię poznać, Veronimie. Mam nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy - rzekł, po czym światło bijące od artefaktu zwiększyło się pod wpływem jego mocy.
- Zaczekaj! Mógłbyś mi pomóc? Ja też chciałbym się teleportować, by pościg mnie nie dopadł!
Starzec pokiwał wolno drogą, wciąż łącząc swą moc z energią amuletu. Po chwili machnął na młodzieńca ręką. Ten zniknął. Minął moment, a światło amuletu wstało się wręcz oślepiające, a potem zniknęło wraz z właścicielem wisiorka. W grobowcu ponownie nastała ciemność.

Łysy łucznik wszedł do jaskini pewnym krokiem, choć ze spuszczoną głową. Większość bandziorów już spała, w końcu każdy potrzebuje odpoczynku. Niektórzy jednak wciąż trzymali się na nogach. A to pili, a to jedli, a to rozmawiali, a to właśnie szykowali się do snu. Jeden niezłomnie stał oparty o skalną ścianę ze wzrokiem wbitym w przybysza. Wcześniej samotnie obserwował wejście. Podszedł do Chudego. Spojrzał mu głęboko w oczy. Przenikliwe, dojrzałe spojrzenie brązowych tęczówek Asasyna przeciwko wciąż młodym niebieskim ślepiom łysego mężczyzny.
- Gdzie jest Veronim? - zapytał hardo Antonio.
- Chodź - rzekł łucznik. Unikał wzroku rozmówcy. Wyminął go i poszedł w głąb jaskini. - Blady śpi? - spytał.
- Śpi - potwierdził śniadoskóry twardym tonem. - Tylko Sztyletnik nie śpi.
- Ktoś o mnie mówił? - wtrącił się czarnoskóry wyłaniając się zza winkla. Jedną ręką podrzucał sztylet, drugą sięgnął do kieszeni po jabłko.
Chudy zatrzymał się. Stali w komorze jaskini, w której poza nimi nikogo nie było. Znajdowało się w niej wejście do "pokoju" Króla Półświatka. Łucznik oparł się o skalną ścianę.
- Veronim został aresztowany - powiedział spuszczając głowę. Uśmiechnął się półgębkiem, jednak szybko usunął grymas z twarzy. - Jutro najpewniej zostanie stracony. Chociaż... może już dynda na stryczku.
- Nie sądzę - zaoponował Sztyletnik ucinając swym ostrzem płat jabłka, który potem włożył do ust. - Najpierw dokładnie go przesłuchają. Następnie publicznie powieszą. Później zrobią na nas obławę. A na końcu Feliks Ukara będzie świętował w swoim pałacu.
- Trafna dedukcja - zauważył niebieskooki.
- Musimy go odbić! - odezwał się Antonio.
- Zwariował... zbytnio się przywiązał i zwariował - Chudy pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Antonio, nie - starzec położył Asasynowi dłoń na ramieniu. Zignorował młodszego łucznika. - Musimy się stąd wynosić, ot co! Atak na koszary w takiej chwili będzie zbyt przewidywalny, a dodatku bez szans na zwycięstwo. Nie wspominając już o tym, że mając nas w takim wypadku jak na talerzu, ani chybi zabiją Sadeę. Stracą go pośpiesznie na szubienicy.
- Nie - śniadoskóry potrząsnął głową. - Muszę się przejść... przewietrzyć - dodał, po czym pośpiesznie udał się w stronę wyjścia z jaskini.
- Zwariował... - powtórzył Chudy kręcąc głową z udawanym politowaniem.
Sztyletnik zignorował uwagę łysego i poszedł za Asasynem. Nie spieszył się, toteż spotkał go dopiero na drodze przy drogowskazie. Starzec bez trudu pokonał schody prowadzące na dół, do doliny, i znalazł się obok mężczyzny. Ten wpatrywał się w miejsce pod drewnianym słupem wskazującym drogę do miasta i na farmę. To tutaj uratował młodego chłopaka, którego zaraz potem ograbił z biżuterii dla ukochanej w ramach swego rodzaju wpisowego do bandy Króla Półświatka. Wprowadził go w świat przestępczy, w którym ten musiał teraz żyć. Poczuł się w pewnym sensie jak ojciec dla tego chłopaka, co przypomniało mu jak przed dwudziestu laty przygarnął młodego chłopca pozbawionego rodziców. Brudnego, w ubogich ubraniach, próbującego ukraść mu sakiewkę. Aż trudno było uwierzyć, że był ostatnim ze sławnego i wpływowego niegdyś rodu Sadeów...
Po policzki Asasyna popłynęła samotna łza. Na więcej nie mógł sobie pozwolić. Nie chciał. Ale było mu żal, że młodzieniec, którego tak długo wychowywał, który tak wiele razy ratował się z opresji ma umrzeć, a on jest bezradny. Tak dawno nie płakał, musiał być silny. Niespodziewanie dostał w twarz.
- Nie rozklejaj się! - zrugał go Sztyletnik. - Nie uratujesz swego wychowanka, to fakt. Ale możesz go pomścić! Zabić jego katów.
- Nie, Almachu Sharge ibn Adrionie... - rzekł spokojnie Antonio używając prawdziwego imienia rozmówcy. - Ja nie mam na to siły... - splótł ręce za plecami i zaczął iść powoli po drodze w kierunku miasta.
- Nie musisz tego robić natychmiast - powiedział lakonicznie starzec, ukrywając zaskoczenie z tego, że rozmówca zwrócił się do niego po imieniu. Po chwili zszedł po schodach i poszedł do obozu zostawiając Asasyna samego.

Veronim wstał z ziemi. Najwyraźniej Uthar machnął ręką nieco za mocno, obalając go podczas teleportacji. Młodzieniec był pod wrażeniem mocy czarodzieja i pomyślał nawet, że w jego bandzie przydałby się ktoś taki, bo w końcu magia bywa pomocna. Ale zapewne starzec nie chciałby brać udziału w przestępczym procederze.
Sadea zorientował się, że stoi w jaskini z kamieniem teleportacyjnym. Udał się więc szybkim krokiem w stronę wyjścia. Wolał nie ryzykować, że ktoś skorzysta z platformy, a było to możliwe biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Młodzieniec znajdował się już u progu jamy, kiedy usłyszał szum zwiastujący przejście kogoś przez kamień teleportacyjny. Przyspieszył kroku i za sobą usłyszał kolejny, cichszy. Chciał skryć się w krzakach, by zobaczyć kim są ci ludzie. Było jeszcze ciemno, więc nikt by go nie zobaczył. Nie byłby sobą gdyby tego nie zrobił, jednak przypomniał sobie wtedy, że w tych krzakach był Chudy. Chudy, który miał się tylko odlać, a potem dołączyć do herszta. Młodzieniec zacisnął pięści i zęby ze złości. Gwałtownym krokiem przedarł się przez krzaki w stronę ścieżki. Skręcił w lewo i usłyszał głosy. Zakradł się bliżej korzystając z pobliskich drzew iglastych. Barwa głosów była znajoma, majaczące się w oddali sylwetki także. Po chwili jedna z postaci odeszła w stronę obozu bandytów, więc Veronim nie zdążył usłyszeć o czym rozmawiali.
Antonio został sam. Zatrzymał się na drodze i spuścił głowę. Sadea postanowił wyjść z ukrycia. Asasyn usłyszał kroki i spojrzał w stronę źródła dźwięku. Zaparło mu dech w piersiach gdy zobaczył swego wychowanka.
- Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha - szlachcic uśmiechnął się półgębkiem. Nieco się uspokoił, lecz wciąż pałał żądzą nawrzucania Chudemu za tchórzostwo.
- Veronim... - wyszeptał cicho śniadoskóry. - Uciekłeś z więzienia?
- Nie udało im się mnie aresztować, ale... skąd o tym wiesz?
- Chudy nam powiedział. Mówił, że cię aresztowali.
Herszt zmarszczył brwi na wzmiankę o łuczniku.
- Okłamał nas? - zapytał Antonio.
- Mało tego! - młodzieniec zacisnął pięści. - Zostawił mnie samego! Poszedł się odlać, a pewnie gdy zobaczył strażników skrył się w krzakach!
- Syn Krzywoprzysięstwa... - syknął brązowooki. - Ale z drugiej strony co mógł zrobić? Sam miał iść na strażników? To głupota.
- Bronisz go? - zdumiał się Sadea.
- A co ty byś zrobił na jego miejscu?
Król Półświatka spuścił głowę. Asasyn miał rację. Niewielu spośród przestępców byłoby w stanie się poświęcić dla kogokolwiek. Byli wśród nich ludzie, którzy dla pieniędzy zrobiliby pewnie wszystko. Strach jednak pozwalał nieco ograniczyć pokusę na złoto.
- Pewnie bym się na coś takiego nie zdobył... ale i tak coś mu się za to jego zachowanie należy - zamyślił się. - Nie będzie miał zysków z włamu do rezydencji Gildhela Mulgo. Nie pójdzie z nami. Napady na kupieckie wozy też niech ograniczy.
- W sprawie tego włamu... może lepiej odpuścić? - podsunął Antonio. - W obecnej sytuacji to zbyt niebezpieczne. Dopiero co uciekłeś strażnikom, po co się jeszcze narażać?
- O nie - pokiwał przecząco głową Veronim. - To sprawa honoru.
- Ale...
- A gdzie ty tak w ogóle byłeś, że z nami nie poszedłeś? - zapytał szybko młodzieniec przerywając rozmówcy. Dopiero teraz sobie przypomniał, że Antonio także miał z nim być, ale postanowili z Chudym nie niego nie czekać gdy ten się spóźniał. - Co cię zatrzymało?
- Ja pomagałem nowemu - odparł mężczyzna.
- Będzie coś z niego? - dopytał herszt spokojnym tonem, w którym pobrzmiewała ciekawość. Gestem pokazał, by towarzysz poszedł za nim i skierował swe kroki w stronę kryjówki.
- Będzie, Królu, będzie. Ma potencjał, lecz trochę naiwny.
- Pamiętam, żeś mówił, iż on włamywacz, alchemika okradł.
- Jubilera - poprawił go Asasyn. - Nie ma też żadnych powiązań z konkurencją, więc dobra nasza!
- Dobrze... Pójdzie z nami na włam do Gildhela. To będzie taki test...
- Nie wiem, czy to dobry pomysł. To żółtodziób...
- Spokojnie, nic mu nie będzie. Co może się stać...
- Jesteś zbyt lekkomyślny, Veronimie. To cię kiedyś zgubi...
Sadea przystanął. Zwrócił się ku rozmówcy i spojrzał mu w oczy.
- Antonio, wiem, że się o mnie martwisz, ale nie jestem już dzieckiem. Doceniam twój wkład w... moje... moje życie, że mnie przygarnąłeś i wychowałeś... Wiesz jak uciekłem strażnikom? Pomógł mi mój kubek - przez chwilę patrzył na swoją torbę. - On mi przynosi szczęście. Opowiem ci o tym później.
- Ech, Veronimie... Jeśli cię nie powieszą, zostaniesz królem. Prawdziwym - uśmiechnął się.
- A ty moim doradcą - młodzieniec odwzajemnił uśmiech. - Ale nawet wtedy nie będę pił ze złotego kielicha, lecz z mojego skromnego, blaszanego kubka.
Nastała chwila ciszy.
- Chodźmy już do obozu i odkręćmy tą historię z moim aresztowaniem. I ochrzańmy Chudego! - oznajmił dobitnie i ruszył w stronę jaskini dostojnym krokiem.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 23-02-19 o 16:18.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 30-06-19, 13:56   #9
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie Rozdział IV cz.1

Podzielone na dwie części, bo za dużo znaków.

Rozdział IV Plany i działania

Nowy obudził się około dwie godziny przed południem. Kamienne podłoże jaskini, na którym spał nie było wcale takie niewygodne jak się na początku spodziewał zwłaszcza, że dorastał w skromnych warunkach. Wstał przeciągając się i usiadł opierając plecami o skalną ścianę. Pomyślał o poprzedniej nocy. Gdy Czarna Wdowa przysiadła się niespodziewanie do jego ogniska był przerażony. Przez pierwsze kilkanaście minut rozmowy mówił ostrożnie, zdawkowo i ze spuszczoną głową, w dodatku tylko jeśli było to konieczne. Potem jednak kobieta wykonała pewien dobry gest ze swej strony - dała mu broń.
- Masz, przyda ci się - powiedziała wtedy. - Nie powinieneś chodzić tutaj bez broni - dodała ostrzegająco.
Młodzieniec wziął niepewnie sztylet do ręki, tak samo jak w momencie jego dostania. Czysta i starannie naostrzona broń była najpewniej tworem zwykłego kowala, który nie przykładał dużej wagi do zdobień, stawiając na prostotę w wyglądzie i użyciu. Chwycił go ostrzem do dołu i wykonał atak w powietrze. Widział kiedyś kątem oka jak Sztyletnik bawi się swoimi sztyletami i robił między innymi takie ruchy. Potem przebierając zręcznie palcami, zmienił pozycję przedmiotu w swojej dłoni przez co zaczął go trzymać za nasadę klingi. Słysząc kroki złapał go za rękojeść i schował za pasek. Jaskinia była tego dnia prawie opustoszała, więc dźwięk nadchodzącego człowieka wymagał sprawdzenia kto to.
To był Antonio.
- Nowy, Jego Wysokość chce cię widzieć - oznajmił, podchodząc do niego.
Chłopakowi potrzebna była chwila by zorientować się o co chodzi.
- Co? - wydusił tylko.
- Słuchaj, Veronim zainteresował się tobą i twoimi umiejętnościami złodziejskimi.
Młodzian zmartwił się. Asasyn wcale nie brzmiał jakby był zadowolony z tego faktu. Przez głowę chłopaka przemknęła myśl, że może być zazdrosny.
- Możesz mi towarzyszyć? - zapytał niepewnie.
- Mogę Cię odprowadzić do drzwi. Dalej musisz już radzić sobie sam - odparł, po czym dał rozmówcy znak, by ten poszedł za nim. - Czeka cię sprawdzian. Jeśli go nie zawalisz, daleko tu zajdziesz.
- Jaki sprawdzian?
- O tym to już ci Król opowie - uśmiechnął się brązowooki. - Ja mogę dać ci jedynie garść porad, jak się przy nim zachowywać. Po pierwsze: staraj się mówić pewnie, lecz nie zbyt pewnie. Bądź jednak sobą, nie udawaj kogoś kim nie jesteś. Po drugie: odpowiadaj jasno na pytania - mężczyzna zatrzymał się przy drewnianych drzwiach. - Nie daj mu poczuć, że coś ukrywasz. No cóż, to tutaj. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć ci powodzenia. Nie dziękuj - dodał szybko, uśmiechając się.
- Nie dziękuję - chłopak odwzajemnił uśmiech.
Antonio oparł się o kamienną ścianę obok, a Nowy stanął na wprost drzwi. Wziął głęboki oddech i położył dłoń na klamce.

Szedł zwykłą zazwyczaj ulicą starając się zachować spokój. Zazwyczaj, bo tego dnia było inaczej. Po jego prawej stronie, na poboczu znajdowały się szubienice, na których wisieli poruszani jedynie delikatnymi podmuchami wiatru ludzie Veronima Sadei. Młodzieniec miał spuszczoną głowę nie chcąc patrzeć im w oczy, bojąc się ich oskarżycielskiego spojrzenia. Król Półświatka miał związane ręce i dwóch Strażników Miejskich za plecami, pilnujących by nie uciekł. Obaj trzymali po jednej ręce na jego ramionach, w drugich zaś dzierżyli miecze. Przed zielonookim stał trzeci strażnik prowadzący go na egzekucję. Honir. Herszt bandytów miał ochotę splunąć na myśl o dawnym informatorze. To był dodatkowy policzek dla niego, że na śmierć był prowadzony akurat przez niego.
Nastało najgorsze. Byli już tylko kilkanaście kroków od ostatniej szubienicy w rzędzie, przy której stało siedmiu mężczyzn. Ktoś zmusił go do podniesienia głowy, ciągnąc za włosy. Poznał faceta w środku. Jego wizerunek widniał we wszystkich ważniejszych miejscach w mieście. Uśmiechał się szeroko, tak jak jego towarzysze. Feliks Ukara podkręcał wąsa patrząc z wyższością na skazańca. Po jego prawej stał Sawer Mulgo z rękami złożonymi za plecami, obserwował Sadeę z satysfakcją. Po lewej Gubernatora znajdował się zaś ktoś kogo Veronim nie znał, choć domyślał się kim on jest. Z pewnością to Książę Cape Dun, który miał odwiedzić miasto. Pozostali czterej byli ochroniarzami - dwaj z Karynis, dwaj z Kontynentu.
Ktoś znowu szarpnął jego głową. Spojrzenie młodzieńca utkwiło na powieszonym mężczyźnie w wyblakłych czerwonych szatach, jakby za dużych na swego właściciela. Brązowe oczy patrzyły na herszta gniewnie. Sadea przymknął powieki. Nie mógł znieść tego widoku. Został zaprowadzony na podest. Dopiero wówczas zauważył, że naprzeciw szubienic zgromadzeni są obywatele. Wcześniej nie zwracał na nich uwagi, mimo, iż robili wiele hałasu. Podobnie, gdy Gubernator zaczął przemowę, Veronim go nie słuchał. Dopiero, kiedy usłyszał wiwaty zebranych ludzi oraz zobaczył nadchodzącego Honira, który uśmiechał się szyderczo, przymknął oczy pogodzony ze swym losem. Nie było już drogi ucieczki.
Minęło jednak kilka chwil, a on nie poczuł upadającego pod sobą stołka i zaciskającej się na szyi pętli. Otworzył oczy i spojrzał na Feliksa Ukarę.
- Zdjąć mu pętlę i przyprowadzić kata - rozkazał Gubernator, napawając się wciąż swym zwycięstwem.
Zielonooki zbladł. Władca Karynis ewidentnie manifestował swoją wyższość, pokazywał to, że życie Króla Półświatka jest tylko w jego rękach. Ale Veronim nie chciał dać sobą pomiatać. Nie zamierzał dać się sprowokować do błagania o litość. Zamknął oczy i sam przewrócił stołek pod sobą. Pętla się zacisnęła. Zaczął się dusić. Uciekał w ramiona śmierci. Usłyszał przytłumiony śmiech Feliksa, a potem całej reszty zgromadzonych. Stchórzył.


Herszt bandy obudził się cały spocony. Usiadł szybko na łóżku, wziął głęboki oddech i otarł czoło. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Przesunął się na posłaniu ku barkowi. Nalał sobie gorzały do kubka i wypił pośpiesznie. Po chwili usłyszał, że ktoś otwiera drzwi. Chwycił prędko pochwę z mieczem i był gotów go wyjąć. Zobaczył jednak, że do jego pokoju w jaskini wchodzi młodzieniec w brudnych, biednych ubraniach. Wstał, przymocował sobie broń do paska i przybrał poważny wyraz twarzy.
- Dzień dob-b-ry - powiedział nieśmiało ze spuszczoną głową chłopak, lekko się jąkając.
- Dzień dobry - odpowiedział szlachcic. Zaczął krążyć wokół przybysza. - Antonio opowiadał mi nieco o tobie - rozpoczął rozmowę, wyręczając Nowego. - Pokazał mi to co ukradłeś. Było to jakoś specjalnie zabezpieczone?
- Nie - odpowiedział zdawkowo młodzieniec, wciąż patrząc w dół.
- Nie bałeś się?
- Bałem. Ale postanowiłem podjąć ryzyko.
- Antonio mówił mi o twoich motywacjach. Bardzo romantyczne - Veronim powiedział to nieco zgryźliwie. Nie śmiał się z chłopaka, lecz uważał jego zachowanie za zbyt pochopne. Choć sam nie wiedział, jak on by postąpił w tej sytuacji. Miłość podobno odbiera rozum. - Interesuje mnie kto nauczył cię otwierać zamki.
- Mój wuj był ślusarzem. Bardzo dobrym. Nauczył mnie wiele, bo chciał, bym został jego czeladnikiem. Jednak... pewnego dnia znaleziono go martwego w porcie. Potem... potem zabito mojego ojca - odpowiedział drżącym głosem chłopak.
Sadea przystanął na wspomnienie o śmierci. Słysząc, że młodzieńcowi zginął także ojciec, cisnęło mu się na usta pytanie: "A co z matką?", ale się powstrzymał. Nie wiedział, czy te rany już się zaczęły goić, czy nie, więc wolał nie drążyć. Stanął z rozmówcą twarzą w twarz.
- Spójrz na mnie - powiedział rozkazującym tonem.
Chłopak jednak nie podnosił głowy. Bał się spojrzeć w oczy hersztowi bandy. Wiedział jednak, że zbyt długo nie może się opierać.
- Spójrz na mnie - powtórzył nieco ostrzej Veronim.
Nowy powoli zaczął unosić wzrok, aż w końcu nieśmiało popatrzył na zielonookiego. Ten przyjrzał się młodzieńcowi. Miał krótkie, gładko opadające w dół ciemnoblond włosy, niezbyt ostre rysy twarzy i brązowe oczy. Posturę miał nieco cherlawą, lecz były widoczne też niewielkie muskuły, wskazujące na wykonywaną wcześniej przez chłopaka niedługą pracę fizyczną. Mężczyzna dostrzegał jednak w młodzieńcu potencjał i zamierzał dać mu szansę.
- Usiądź, chłopcze - rzekł, samemu siadając na krześle przy stole. Jego rozmówca spełnił polecenie. - Zaimponowałeś mi tym, co zrobiłeś. Oczywiste, że przypłaciłeś to ogromną stratą. Ale nie możesz teraz żyć przeszłością, inaczej zawładną tobą destrukcyjne uczucia, które powoli będą cię niszczyć od środka! Musisz iść naprzód - powiedział będąc zdumiony dlaczego tak nagle zaczął pouczać chłopaka. Miał jeszcze trochę do powiedzenia, ale powstrzymał się. Następne słowa mogłoby być uznane za zbyt wylewne, a on musiał w oczach swoich ludzi być twardy. - Ale wracając do sedna. Jesteś tutaj nowy, niewielu cię jeszcze pewnie zna, a jeszcze mniej zaakceptuje, póki się nie wykażesz. I teraz daję ci szansę. Przygotowujemy się do ważnej akcji i myślę, że powinieneś wziąć w niej udział. Przy nas nauczysz się jak sobie radzić na włamach.
Veronim zamilknął. Nie lubił przemawiać zbyt długo. Zgiął łokcie, splótł dłonie poziomo i spojrzał znacząco na swego rozmówcę, czekając na jego odpowiedź. Ten ze spuszczoną głową myślał, co powiedzieć. W końcu jednak spojrzał na herszta i zapytał:
- A ilu nas będzie?
- Poza tobą i mną jeszcze dwóch moich ludzi. Grzybek i Ignis - odpowiedział Sadea. - Idziesz z nami? Jeśli nie, muszę wiedzieć wcześniej, żeby zorganizować zastępstwo.
Młodzieniec wahał się tylko chwilę. Wiedział, że taka szansa może się już nie powtórzyć, a bez niej nie wiadomo jak długo musiałby do siebie przekonywać resztę bandytów oraz co musiałby w tym celu robić. Pokiwał pewnie głową.
- Świetnie - szlachcic uśmiechnął się zadowolony. - Liczę, że sprostasz zadaniu.
- Też mam taką nadzieję - młodzieniec uśmiechnął się niepewnie. Jednak po chwili otworzył szeroko oczy i usta ze zdumienia, dopiero coś sobie przypominając. - A... kogo okradniemy?
Veronim, który zdążył już wstać, przystanął wpół kroku. Przymknął powieki, po czym otworzył je i spojrzał na chłopaka.
- Dom Sawera Mulgo - odparł powoli zielonooki.
Nowy zamarł. Znał to nazwisko bardzo dobrze. Właściciel domu był Komendantem Straży Miejskiej Karynis, pierwszym od dawna, który nie pochodził z rodu Seranisów. Był najdłużej zajmującym to stanowisko człowiekiem, jak dotąd. Był dziadkiem jego ukochanej.
Młodzieniec ledwo nie upadł, gdy pociemniało mu przed oczami. Nie uszło to jednak uwadze herszta.
- Spokojnie - powiedział opanowany. - Mamy dobry plan. Wiemy, kiedy i gdzie znajdzie się luka w ochronie Górnego Miasta. Nic złego nie może się stać.
Brązowooki nie był zbyt przekonany słowami Veronima, ale kiwnął ze zrozumieniem głową. Nie przejmował się zresztą tym jak jest chroniony dom Sawera. Najważniejsze dla niego było to, że miał szansę na spotkanie z ukochaną; że będzie mógł się z nią pożegnać i poczuć jej bliskość. Nagle napełniła go nadzieja, że może mu się jeszcze życie ułoży. Wierzył, że po jakimś czasie spotkają się ponownie. Mocno w to wierzył.
- Możesz już iść - usłyszał głos herszta bandy. - Wychodząc, zawołaj Antonio. Jestem pewien, że czuwa przy drzwiach.
- Tak jest! - rzekł Nowy, po czym skierował się w stronę drzwi.
Faktycznie za nimi, zgodnie z przypuszczeniami Veronima, znajdował się lekko otyły, wąsaty Asasyn opierający się o skalną ścianę. Chłopak nie zamknął drzwi i zwrócił się do niego:
- Jego Wysokość chce cię widzieć - powiedział cicho, mimowolnie powtarzając wcześniejsze słowa Antonio. - Trzymaj się - dodał, odchodząc.
- Trzymaj się - odpowiedział mu Asasyn, po czym przeszedł przez drzwi, zamykając je.
Stanął naprzeciw swego wychowanka.
- Usiądźmy - rzekł młodzieniec. Usiedli blisko siebie przy długim stole.
- Naprawdę chcesz wziąć żółtodzioba na taką misję? - zapytał brązowooki opierając się łokciem o blat stołu. - Nie boisz się, że zawiedzie? Albo stchórzy?
- Oczywiste, że nie jestem pewien jak się zachowa...
- Radziłbym ci wziąć ze sobą jeszcze jakiegoś włamywacza - Asasyn spojrzał rozmówcy prosto w oczy. - Nowego też, ale dobrze się asekurować.
- Chciałem, żeby było nas jak najmniej... - Veronim spuścił głowę. - Ale też nad tym myślałem. Brać Stolarza?
- Stolarz jest dobry, ale... ekscentryczny. Jak wiemy nie zawsze też kontaktuje z rzeczywistością. Nie nadaje się do tak precyzyjnej akcji. Musicie być szybcy i precyzyjni. I ostrożni, Veronimie, ostrożni. Proponuję wziąć Żądełko.
- Żądełko... Żądełko... - Sadea zmarszczył czoło w zamyśleniu. - Ten młody Asasyn?
- Tak - potwierdził Antonio, kiwając głową. - Dobry włamywacz i całkiem zręczny kieszonkowiec. Bronią też umie się posługiwać - śniadoskóry uśmiechnął się porozumiewawczo.
- No dobra, biorę go. Idziemy więc w piątkę.
- Więc naprawdę nie bierzesz Chudego?
- Nie. Jakaś kara musi być. Poza tym... - szlachcic wstał i splótł ręce za plecami. Zaczął chodzić po jaskini z lekko pochyloną głową. - Przemyślałem tamtą sytuację na spokojnie. Myślę, że Chudy mnie sprzedał.
- Uważaj, Veronimie...
- Posłuchaj mnie - przerwał mu herszt. - Honir kontaktował się głównie z Chudym. To on umówił nas na spotkanie. Dziwne jest to, że strażnicy go nie zauważyli. Przed jaskinią są gęste krzaki, to fakt, ale mimo to wciąż jest to naciągane. Myślę, że gdyby udało mi się wydostać z jaskini, Chudy by mnie zabił - mężczyzna zamilknął, zatrzymał się i spojrzał na rozmówcę oczekując na odpowiedź.
- Ale po co? - zapytał tylko brązowooki.
- Może ma jakiś układ ze Strażą? Może oczyszczą go z zarzutów, wynagrodzą, nie wiem! Liczy się, że chciał mnie usunąć.
- To tylko domysły...
- A więc to co się zdarzyło tamtej nocy to zbieg okoliczności?! - młodzieniec zirytował się. - Honir pokazał mi list gończy za mną i zasugerował, że wśród moich ludzi jest zdrajca. Tym zdrajcą jest Chudy!
- Uspokój się! - zrugał go Asasyn wstając. - I tak nic z tym nie zrobisz. Co, zabijasz go? On ma tu zbyt wielu zwolenników, żeby obyło się bez odwetu! - mężczyzna spuścił wzrok, odetchnął i złączył ręce za plecami chowając dłonie w przydługich rękawach szaty. Spojrzał na swego wychowanka z opanowaniem. - Proponuję puścić za nim ogon. Dla pewności. Potem się pomyśli, co dalej uczynimy.
Veronim spojrzał na wąsacza z zamyśleniem. Przymknął powieki.
- Ech... - westchnął. - Kogo proponujesz?
- Oczywiście Szelesta - odpowiedział Antonio. - Szelest jest mistrzem skradania.
- Każdy mistrz może popełnić błąd - zauważył Sadea. - Ale dobrze. Przekaż Szelestowi, że ma mieć oko na Chudego - dodał, sięgając do kieszeni, z której wyciągnął pękaty mieszek ze złotem, po czym rzucił go w stronę rozmówcy. - Możesz już iść.
- Prześpij się jeszcze, Królu. Dobrze ci to zrobi - rzekł Asasyn, zmierzając w stronę wyjścia.

***

Minęły dwa dni od próby aresztowania Veronima. Wciąż trwały przygotowania do skoku na dom Sawera Mulgo, o którym wiedziało wąskie grono przestępców. Niewtajemniczona reszta zajmowała się swoimi codziennymi sprawami. Jedni czaili się na drogach w oczekiwaniu na kupców, którym można by ulżyć nieco ciężaru z sakiewek, a inni lenili się w obozie. Od ostatnich wydarzeń niewielu chciało opuszczać kryjówkę, zwłaszcza, że zrabowanych dóbr było jeszcze pod dostatkiem.
Nowy ciągle uczył się u Antonio i zawierał kolejne znajomości. Starał się jakoś zyskać szacunek innych bandytów, jednak nie dawał sobą pomiatać, potrafił się postawić. Parę osób udało mu się zjednać, lecz byli to głównie pomniejsi przestępcy. Młodzieniec pochwalił się swemu mentorowi rozmową z Czarną Wdową, więc ten zaproponował chłopakowi, by ta nauczyła go nieco o otwieraniu zamków. Ku zaskoczeniu Asasyna oraz kobiety, okazało się, że Nowy zgodnie ze swymi poprzednimi słowami faktycznie zna się na rzeczy. Postanowili pomóc mu sprawnie posługiwać się sztyletem otrzymanym wcześniej od czarnowłosej. Szło mu ciężko, ale Antonio uznał, że ma wystarczające umiejętności na nadchodzącą akcję i później się go podszkoli.
W końcu nadszedł ten dzień. Młodzieniec schował do kieszeni spodni oraz koszuli kilka wytrychów otrzymanych od Antonio. Sztylet miał włożony za paskiem. Dopił resztkę piwa i ruszył w stronę wyjścia z jaskini. To miał być jego wielki dzień. Czekało go odpowiedzialne zadanie oraz okazja na spotkanie z ukochaną. Bardzo liczył na to pierwsze, do tego stopnia, że zastanawiał się nad jakimś upominkiem dla niej, lecz szybko sobie przypomniał o dwóch przeszkodach. Pierwsza, że nie ma pieniędzy. Druga, że pokazywanie się w mieście za dnia, tak po prostu, było bardzo niebezpieczne. Chłopak był podekscytowany nadchodzącą akcją, ale także zestresowany. Te dwie emocje zmieniały swe natężenie, ustępując sobie nawzajem dominującego miejsca, jednak stres chyba częściej nawiedzał młodzieńca. W końcu szli włamać się do domu, w którym mieszkał sam Komendant Straży Miejskiej Karynis. Z drugiej strony był częścią drużyny bandytów, niebezpiecznych bandytów, a takie towarzystwo mogło peszyć.
Niespodziewanie ktoś złapał go za ramię, pociągnął i pchnął na skalną ścianę. Młodzieniec jęknął, gdy jego plecy uderzyły o kamień. Napastnik dopadł do chłopaka, przyciskając go i kładąc swoją dłoń na jego szyi.
- Wyskakuj z kasy! - syknął mężczyzna.
- N-nic nie m-mam - wydusił przerażony chłopak, próbując przełknąć ślinę. Chciał sięgnąć po sztylet, ale mężczyzna umiejętnie go unieruchomił, a poza tym ciało i tak by mu odmówiło posłuszeństwa, sparaliżowane strachem.
- To masz problem, chłystku - burknął napastnik, zaciskając mocniej dłoń na szyi Nowego.
Blondyn tracił oddech. Zaczął panikować. Nie zwracał uwagi na to, co agresor z nim robił, liczyła się tylko walka o oddech. Zaczęło go suszyć w gardle.
- Krzywy, przestań - usłyszał znajomy głos. Spokojny, lecz stanowczy ton Sztyletnika.
- Bo co? - zapytał mężczyzna nawet się nie odwracając. Zwolnił jednak nieco uścisk, dzięki czemu chłopak mógł wziąć płytki oddech.
- A chcesz zarobić po sztylecie w każdy otwór? - odparł czarnoskóry starzec podchodząc powoli i obracając ostrzami w dłoniach.
Agresor spuścił głowę. Po chwili zastanowienia puścił młodzieńca i odszedł bez słowa.
- Dziękuję - wydyszał Nowy. Łapczywie łapał oddech.
- Ty mi nie dziękuj, tylko się bronić naucz! - Sztyletnik podszedł do chłopaka chowając powoli swoje sztylety do płaszcza. - N-nic nie m-mam - powtórzył przedrzeźniając szyderczo. - Ty myślisz, że go to cokolwiek obchodziło? Chciał się po prostu wyżyć i przy okazji zarobić. A, że nie mógł zarobić to się chciał przynajmniej wyżyć.
- A kto to był?
- Antonio ci powie, on jest twoją niańką, nie ja - mężczyzna odwrócił się, by odejść, jednak obejrzał się jeszcze przez ramię. - I pamiętaj, że nie zawsze znajdzie się ktoś, kto wyciągnie cię z kłopotów, więc pilnuj się, chłopcze.
- Dobrze - odparł posłusznie młodzieniec i odprowadził starca wzrokiem.
Gdy czarnoskóry zniknął brązowookiemu z pola widzenia, ten znów ruszył w stronę wyjścia z jaskini. Szybko znalazł się w umówionym miejscu. Tam znajdowali się już spodziewani dwaj mężczyźni, jednak był też trzeci, co zaskoczyło Nowego. W końcu Veronim powiedział mu, że w sumie będzie ich czterech razem z hersztem bandy. Na prowizorycznej ławce siedział rudy facet o krótkich włosach trzymający w dłoni pochodnię pochyloną w stronę drugiego przestępcy, który stał obok i sprawdzał stan swoich wytrychów. Ten zaś miał dłuższe brązowe włosy i śniadą karnację. O jedno z pobliskich drzew opierał się trzeci mężczyzna w ciemnym płaszczu, pod którym była czarna skórzana zbroja wzmacniana metalowymi elementami; z dwuręcznym mieczem na plecach, którego tożsamości chłopak się domyślił - z pewnością był to Ignis. Wszyscy trzej przez chwilę taksowali młodzieńca wzrokiem.
- Ty jesteś ten Nowy - pierwszy odezwał się rudy. - Na mnie wołają Grzybek.
Chłopak nie wiedział za bardzo co odpowiedzieć, więc jedynie kiwnął głową. Nastała chwila ciszy.
- A to są Żądełko i Ignis - rzekł Grzybek, wskazując na mężczyznę z wytrychami oraz wojownika pod drzewem. Chciał przerwać niezręczne milczenie.
Tymczasem Asasyn schował wytrychy, gestem pokazał, by jego kompan odsunął pochodnię, a następnie usiadł obok niego na ławce. Rudy wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kamizelki niewielkie puzderko, po otwarciu okazało się, że z suszonymi grzybami.
- Komuś prawdziwka? - mężczyzna nie dawał za wygraną.
Żądełko pokiwał przecząco głową, Ignis nawet nie zareagował.
- Nie, dzięki - odparł Nowy. - To teraz już chyba wiem, dlaczego cię tak nazywają.
- Sprytny chłopak - pochwalił Grzybek. - Kto wie, może to nie była pochopna decyzja, by cię ze sobą zabrać... - wziął ze swego puzderka garstkę grzybów, po czym zamknął je i schował z powrotem. Wyjęte grzyby zaczął powoli jeść. - A zgadniesz, czemu Żądełko nazywają Żądełko?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem - odpowiedział.
- No, Żądełko, może odpowiesz, czemu? - zaproponował mężczyzna, szturchając Asasyna łokciem.
- Nie, nie mam pojęcia, daj mi spokój - powiedział śniadoskóry jednym tchem. - Czy nie możemy cieszyć się ciszą, jak przed przybyciem tego chłystka?
- Dobra, w porządku. Chodź, młody, pójdziemy po drabinę.
- Drabinę? - zdziwił się chłopak.
- No tak, drabinę. Dzięki niej przejdziemy przez mur miejski.
- Aha... - pojął młody i podążył za rudym.
Odeszli paręnaście kroków, po czym Grzybek uklęknął i zaczął odgarniać gałęzie. Nowy zaczął robić to samo.
- A ten Żądełko... nazywają go tak, bo trzyma za paskiem sztylet. Zatruty. Rzadko go używa, lecz jak już, to jest on bardzo skuteczny. Trucizna krwiopijcy potrafi zdziałać dużo szkód w ludzkim ciele.
- Nie boisz się go? - zapytał ostrożnie młodzieniec.
Okazało się, że pod gałęziami jest jakieś podłużne zawiniątko. Grzybek zaczął rozwijać materiał. W środku była starannie zrobiona drabina.
- Nie - odpowiedział. - On nie jest taki, jak ci się wydaje. Po prostu ostatnio ma złe dni. I wcale mu się nie dziwię. Ale nie pytaj o to, to prywatne sprawy - złapał za początek drabiny. - Dobra, ty złap za koniec. Oprzemy ją o jakieś drzewo, jeśli Veronima jeszcze nie ma. Ale z pewnością już jest.
Mężczyźni chwycili za przedmiot i donieśli do obozowiska. Herszta jednak tam nie było. Oparli więc drabinę o jedno z drzew. Milczeli jakiś czas.
- No i gdzie on się podziewa? - zniecierpliwił się w końcu Ignis.
- Może ktoś po niego pójdzie? - zasugerował Żądełko.
- Nie. Nie pospieszajmy go - sprzeciwił się wojownik, siadając na ławce. - Możemy przecież jeszcze trochę poczekać.
- Tak, no bo przecież ludzie Mirusa mieli zaatakować około północy - wtrącił Grzybek. - Mamy czas.
Nowy zmarszczył brwi. Coraz bardziej niepokoiło go, że kompani ukrywają coś przed nim.
- O co chodzi? - zapytał, starając się by jego głos brzmiał pewnie.
Grzybek odwrócił się do młodzieńca.
- Ano Mirus, szef jakiegoś pomniejszego gangu stracił paru ludzi. Zostali aresztowani przy próbie włamania do pałacu Ukary. Teraz on chce ich siłą odbić. Zamieszanie jakie wtedy powstanie odwróci uwagę Straży od nas.
- Mirus to nieudacznik z przerostem ambicji - Żądełko splunął. - Ale bywa przydatny. Choć pewnie o tym nie wie, hehe...
Nastąpiła chwila milczenia. Młodzieniec wolał nie wypytywać o nic Żądełko. Wszyscy co jakiś czas spoglądali w stronę obozu. Herszt jednak nie nadchodził.

Veronim przygotowywał się do wyjścia. Przez ramię miał przewieszoną torbę, w której oczywiście nie mogło zabraknąć jego ulubionego blaszanego kubka. Wziął ze sobą też kilka wytrychów. Nachylił się jeszcze nad barkiem i nalał sobie nieco wina do kieliszka. Wtem do jego kwatery wszedł Chudy.
- Przepraszam, że przeszkadzam ci przed wyjściem, ale uznałem, że to ważne - powiedział.
- Mów zatem, chwila mnie nie zbawi.
- Jeśli sądzisz, że zajmie to chwilę... - rzekł cicho łucznik. - Słuchaj, byłem dziś w dzielnicy portowej - dodał już głośniej. - Tam znalazłem... ciało Szelesta.
Herszt o mało nie zgniótł swego kubka ze złości. Zmarszczył brwi. Dokładnie wiedział co się stało. Spróbował się jednak opanować.
- Czyżby? - zapytał przez zaciśnięte zęby. - Jeden z naszych ludzi tak po prostu leżał sobie martwy w porcie, tak?
- Spokojnie, Veronimie. Nie sądzę, by warto było kogo żałować. Gdy szedłem do karczmy usłyszałem, że ktoś rozmawia w jednym z zaułków. Był to jednak koniec rozmowy. Potem usłyszałem już tylko jęk. Szelest miał poderżnięte gardło, a z miejsca zdarzenia odchodzili spokojnie ludzie Verdena. Nie wiem, czy mnie zauważyli...
- Milcz! - przerwał mu Sadea.
Chudy uśmiechnął się półgębkiem z satysfakcją.
- Szelest i Verden, czy ty sobie robisz ze mnie jaja?! Oni zabili mu ojca, a z siostry zrobili kurwę, a on miałby z nimi współpracować?!
- Wcale tego nie sugeruję - odparł spokojnie mężczyzna. - Raczej co innego. Z okna jednego z domów całą scenę obserwował Strażnik Miejski. Przycisnąłem go nieco i powiedział, że Szelest zgodził się być szpiclem - łucznik sięgnął do kieszeni. Wyciągnął sakiewkę i rzucił szlachcicowi pod nogi. - To miał przy sobie i pewnie po robocie miał to dać Szelestowi.
Herszt bandy kręcił się niespokojnie. Nie wierzył w ani jedno słowo Chudego. Obaj wiedzieli w co grają. Veronim wiedział, że to Chudy zabił Szelesta, a Chudy wiedział, że Szelest został wysłany, by go szpiegować. Pozory tworzyli tylko po to, by nie rzucić się sobie do gardeł. Obaj mieli swoich zwolenników w gangu. Ich pojedynek mógłby zakończyć się rozłamem w bandzie, a tym samym jej osłabieniem, a tego żaden z nich nie chciał.
- Wyjdź - powiedział Sadea przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się i chwycił swoją torbę podróżną.
Chudy uśmiechnął się z satysfakcją. Był zadowolony, że zdenerwował szefa. Niech nie myśli, że będzie go trzymał na smyczy, jak jakiegoś byle psa. Odwrócił się i triumfalnie ruszył ku wyjściu.
Kilka chwil później Veronim także opuścił pomieszczenie.

- O, idzie - mruknął Ignis odbijając się rękami od pnia drzewa, o które się opierał.
- Grzybek, Nowy - odezwał się herszt, gdy już podszedł blisko przestępców - bierzcie drabinę i idźcie przodem.
Chłopak zmarszczył brwi. Skoro mają ponoć tyle czasu, to czemu Veronim nie wytłumaczył mu, czemu idą w piątkę. Swoich kompanów o to nie pytał, bo nie chciał więcej przerywać tak uwielbionej przez Żądełko i Ignisa ciszy. Chociaż Sadeę też bałby się zapytać...
Żądełko wiedział co robić. Błyskawicznie zgasił ogień rozpalony podczas oczekiwania na herszta bandy. Następnie udał się za nim w stronę, w którą szli Grzybek i Nowy. Za Asasynem maszerował Ignis.
Przestępcom udało się bezszelestnie przekraść pod zamkniętą bramą, a następnie dotrzeć do końca muru miejskiego, który co prawda ciągnął się jeszcze dalej, ale dalszą drogę wzdłuż niego blokowała ściana skalna. Grzybek i Nowy od razu przystawili drabinę do ceglanego ogrodzenia. Na niemy znak Veronima pierwszy wszedł Żądełko. Stanął na szczycie i rozejrzał się. Następnie gestem pokazał, że można spokojnie wchodzić, po czym sam zeskoczył z muru. Nowy po wdrapaniu się na ogrodzenie, spojrzał niepewnie na dół. Tam, co prawda znajdował się stóg siana, z którego właśnie wygrzebywał się Grzybek, lecz mimo to chłopak poczuł strach. W końcu jednak, po ponaglających ruchach herszta, skoczył. Mężczyźni poszli dalej, a blondyn po otrzepaniu ubrania, ruszył za nimi. Szli wzdłuż wewnętrznego muru, oddzielającego port od reszty miasta.

Strażnicy portowej bramy nie mieli co robić. Jeden z nich, oparty lekceważąco o mur wpatrywał się w morze, ignorując zupełnie słowa towarzysza, który już od jakiegoś czasu męczył go swoją paplaniną. Gdyby to przynajmniej było ciekawe...
- No i słuchaj, no, kumie. Ludziska ze wsi powiadają, że Orka przy przełęczy widziano! Orka! Jednego z tych włochatych wielkoludów...
- Ja pierdolę, to chyba najnudniejszy przydział, jaki może się trafić - przerwał mu mężczyzna, kopiąc leżący na ziemi kamień. Rozejrzał się nerwowo. - Kiedy oni w końcu przyjdą?
Z lewej strony z ciemności wyłoniła się grupka ludzi, licząca pięciu mężczyzn. Jeden z nich wysforował do przodu i podszedł do narzekającego strażnika niezbyt dyskretnie.
- Oto moi ludzie do każdej roboty, szefie - powiedział Grzybek, kładąc dłoń na ramieniu funkcjonariusza. - Mój szwagier Georg i jego... kolega z pracy.
- Też mi kolega... - mruknął mężczyzna. Nikt go chyba nie usłyszał.
- Ziutek - przedstawił się drugi strażnik.
- Tak, jest jeszcze trzeci, brat Georga. Pilnuje akurat góry bramy do bogatej dzielnicy.
- Heh, co za szczęśliwy przypadek - wtrącił Żądełko.
Nowy przyglądał się całej sytuacji zdezorientowany. Domyślał się jednak co się dzieje.
- Oni cię nie zawiodą, Veronimie. Nie to, co Honir.
- W waszym wspólnym interesie jest, żeby tak było. A z Honirem się jeszcze policzymy... Mam nadzieję, że wiecie na co się piszecie? To nie będzie ciuciubabka z owieczkami.
- Jak byłem mały, to się bawiłem z owcami w ciuciubabkę - powiedział Ziutek.
- Ja pierdolę, co za wieśniak - mruknął zażenowany Georg. - Oczywiście, że wiemy. Zapłatę dostaniemy po robocie?
- Nie inaczej - potwierdził herszt. - Grzybek, powiedziałeś im co i jak?
- Tak - mężczyzna pokiwał głową.
Nowy zmarszczył brwi. No pięknie. Jemu nikt nie powiedział co i jak. Niby nie pytał, jak wydostaną się z portu, ale wypadało go o tym poinformować.
- No dobra, idziemy - zadecydował Veronim.
Siedmiu mężczyzn przeszło przez bramę. Strażnicy na przedzie, przestępcy nieco z tyłu. Kierowali się do Górnego Miasta. Ci drudzy po jakimś czasie zatrzymali się. Nie było patroli, wokół panował półmrok, więc spokojnie zaczaili się w zaroślach u stóp bramy. Strażnicy zaś poszli dalej.
- Witajcie! - zawołał Ziutek, gdy pokonywali jeszcze schody. Strażnicy pilnujący bramy spojrzeli na nich zdziwieni.
- Co tu robicie? - zapytał jeden z funkcjonariuszy unosząc brew. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy Georg mu odpowiedział:
- Na naszym posterunku jest cholernie nudno - machnął lekceważąco ręką. - Chcieliśmy się zamienić.
- Co?! - drugi strażnik aż wyprostował się ze zdziwienia. - Opuściliście posterunek?
- Gdzie stacjonujecie? - pierwszy starał się zachować spokój.
- Stoimy w bramie do portu.
- Że kurwa co?! Natychmiast wracać na posterunek!
- Komendant dowie się o tym niezwłocznie.
Georg spojrzał w górę. Na pomoście pomiędzy dwiema wieżami stał jego brat i wszystkiemu się przyglądał. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i mężczyzna wszedł do jednej z wież, a potem zszedł na dół. Tymczasem Veronim wyjął ze swojej torby niewielką kuszę oraz dwa bełty i wręczył je Ignisowi. Ten szybko się wyprostował, wkroczył na schody, pokonał kilka stopni i wycelował w strażnika, który właśnie zaczął z nich schodzić, by donieść o sytuacji swojemu dowódcy. Przestępca trafił go w głowę. Ziutek wtedy rzucił się na drugiego funkcjonariusza, zakrył mu usta i prędko wyciągniętym mieczem poderżnął mu gardło. Bandyci wyszli wtedy z ukrycia i sprawnie przenieśli trupy w gęste krzaki. Droga do Górnego Miasta stanęła otworem.
- Mój brat zajmie się strażnikami wewnątrz - poinformował Georg.
- A co z Sawerem Mulgo? - zapytał Nowy.
- Komendant jest na jakiejś akcji przeciw Verdenowi. Nie znam szczegółów, ale zawsze po takich rzeczach wraca on do koszar, by poskrobać sobie w tych swoich papierkach - odpowiedział Ziutek.
- A tam będzie na niego czekała walka z ludźmi Mirusa. Za to Mulgo młodszy jest na jakimś wyjeździe handlowym, z którego wróci dopiero rano - dodał Veronim. - Wszystko jest dokładnie zaplanowane, nic nie ma prawa się nie udać. A teraz już chodźmy, nie marnujmy czasu.
- Ziutek, ty zostajesz tutaj na straży - powiedział Georg.
- Jasne! - mężczyzna zasalutował.
Mężczyźni poszli dalej. Żądełko podbiegł cicho do drzwi domu Mulgo, który dość łatwo było poznać - był najbardziej okazały ze wszystkich na głównym placu. W oddali znajdował się obszerny pałac rodu Ukara, rozciągający się "od muru do muru", jak to się mówiło. Nowy był pod wrażeniem. Widział ten budynek tylko dwa razy, bowiem miał tylko dwie szanse wejścia do Górnego Miasta, i to w dodatku na krótko. Z rozmyślań wyrwał go Grzybek, który dyskretnie pociągnął go za rękaw, gdy młodzieniec zaczął iść prosto zamiast skręcać. Asasyn szybko uporał się z zamkiem i już po chwili znajdowali się wewnątrz. Georg został na zewnątrz.
- Żądełko - Sadea przywołał mężczyznę do siebie. - Ty pójdziesz ze mną. Ignis, ty sprawdzisz czy na pewno nie ma tutaj nikogo poza żoną i córką Gildhela.
Młodzieniec uśmiechnął się do siebie słysząc, że jego ukochana tu jest. Serce zaczęło mu bić mocniej. Stres i adrenalina pulsowały w jego żyłach.
- Nowy, Grzybek - herszt zwrócił się do pozostałych. - Wy przeszukacie drugie piętro. Dokładnie.
Grzybek kiwnął głową. Mężczyźni rozdzielili się. Młody wbiegł szybko po schodach, zachowując jednak niezbędną ciszę. Jego kompan ledwo za nim nadążał. Zaczęli rozglądać się po niewielkim korytarzu.
- Cholera, Nowy - westchnął starszy z nich - ale ty jesteś... prawda... podekscytowany. Ale zwolnij trochę. Mamy czas.
- Dobra, może się rozdzielimy - zaproponował blondyn. - Ty przeszukasz ten pokój, a ja ten.
Znajdowali się bowiem w korytarzu, gdzie znajdowało się troje drzwi. Naprzeciwko schodów znajdowały się pierwsze z nich, prowadzące prawdopodobnie do wychodka. Dalej po tej samej stronie znajdowały się następne - ten pokój chłopak chciał przydzielić swojemu towarzyszowi. Naprzeciwko nich po drugiej stronie były ostatnie i to pomieszczenie chciał przeszukać Nowy. Wydawało mu się, że jest ono największe na tym piętrze i z tego powodu będzie sypialnią jego ukochanej. Postanowił zaryzykować.
- Ale ja się nie bardzo znam na otwieraniu zamków...
- Po prostu skradniesz jakieś błyskotki. Jak natkniesz się na coś zamkniętego, dasz to mnie. Proste - przerwał mu podekscytowany młodzieniec.
- No dobra - zgodził się Grzybek i ruszył powoli do wskazanego pokoju.
Ostrożnie otworzył drzwi. Nowy poczekał aż mężczyzna za nimi zniknie i wtedy sam wszedł do drugiego pokoju modląc się w duchu, aby to właśnie tam spała ona. Otworzył cicho drzwi, wślizgnął się do środka i zamknął je. Nastała chwila prawdy.

Ignis przeszukał pobieżnie parter i pierwsze piętro. Nikogo nie znalazł. Wyszedł na zewnątrz i oparł się o ścianę niedaleko Georga. Dzieliła ich od siebie odległość drzwi.
- Wszystko w porządku? - zapytał strażnik.
- Tak - odparł lakonicznie przestępca. - Nikogo ani widu, ani słychu - dodał po chwili.
- Tak szybko przeszukałeś cały dom? Duży on...
- Nie cały, ale jestem pewien, że na szczycie nikogo nie ma.
- Skąd ta pewność?
- Jesteś bardzo ciekawski - zauważył od niechcenia wojownik. - A jesteś ciekawy jak to jest mieć ostrze miecza w brzuchu?
- Spokojnie, tak tylko pytam...
- Się zaangażowałeś... - przerwał mu mężczyzna. - Ale ja wam nie ufam. I gardzę, bo zdradzacie własnego dowódcę. Ja za nielojalność rozstrzeliwałem bez sądu wojskowego.
Funkcjonariusz zamilknął. Pomyślał chwilę. Nie był gadatliwy, ale musiał się czymś zająć by odciągnąć swoje myśli od tego napięcia i świadomości konsekwencji swojego działania. Potrzebował jednak pieniędzy, więc nie miał większego wyboru...
- Był pan żołnierzem?
- Brawo. Brawo, gratuluję błyskotliwości - odparł z przekąsem Ignis. - Kurwa, ja się tutaj chciałem wyciszyć, a ten mi tu pierdoli. Idę przeszukać to drugie piętro.
Mężczyzna szybko wszedł do budynku i z pewnością trzasnąłby drzwiami, gdyby nie to, że trzeba było zachować ciszę. Poszedł na górę, a Georg znów został sam ze swymi myślami.

Pokój był godny członkini tak znamienitej rodziny. Córki bogatego kupca oraz wnuczki jednej z najbardziej wpływowych osób w kraju. Na wprost od drzwi znajdowało się wejście na niewielki balkon, z którego widać było panoramę Górnego Miasta Karynis. Były tam także dwa okna, zakryte przetykanymi złotą nicią zasłonkami. Pod ścianami stały także dębowe szafy, w liczbie pięciu. Jednak chłopak nie rozglądał się zbytnio po pomieszczeniu. Interesowało go tylko łóżko z baldachimem, po prawej stronie pokoju. Leżała na nim niewątpliwie urodziwa niewiasta, w opinii Nowego wręcz najpiękniejsza. Wpatrywał się w nią chwilę. Jej drobna postura oraz okrągła twarzyczka okolona złoto-blond włosami dodawała jej dziewczęcego uroku. Młodzieniec podszedł do niej powoli i usiadł na skraju łóżka. Dziewczyna leżała na wznak, toteż z łatwością mógł położyć swą dłoń na jej policzku. Pogładził go chwilę. Ona zaś uchyliła oczy.
- Laura - wyszeptał.
- Ra... Radowit? - zapytała zdziwiona. - Co ty tu robisz?
- Twojego dziadka nie ma, ojciec też wyjechał. Pomyślałem więc, że cię odwiedzę - odpowiedział patrząc w jej niedowierzające niebieskie oczy.
Dziewczyna usiadła na łóżku. Wzięła w dłonie jego rękę, która dotąd gładziła jej policzek.
- Posłuchaj - powiedziała poważnie. - Kocham cię...
- Ja ciebie...
- Nie przerywaj mi, proszę - ścisnęła nieznacznie jego dłoń.
Uśmiech zniknął z jego oblicza. Jej ton nie podobał mu się. Przewidywał, że za chwilę usłyszy coś złego. Z poważnym wyrazem twarzy spojrzał na nią.
- Jesteś dla mnie ważny - zaczęła, próbując się ciepło uśmiechnąć. - Jednak ten areszt domowy... dużo myślałam - błądziła wzrokiem po pokoju. Trwało to chwilę. - Nie ucieknę z tobą - rzekła kierując swoje spojrzenie na niego. Starała się popatrzeć mu w oczy, ale nie dała rady. - Zrozum - powiedziała, uprzedzając go zanim coś powie. - Nie mogę zostawić mamy. I taty. I mojej piastunki, Marii. Przecież ona wtedy straci pracę... To jest też moja rodzina, mimo wszystko. Naszą podróż zaplanowaliśmy pod wpływem chwili. Tak nie można... - dziewczynie drżał głos. Zaczęła łkać.
Chłopak zacisnął zęby. Jednak widząc łzy Laury uspokoił się. Spodziewał się podobnych słów, ale mimo wszystko zabolało. Był pewien, że jej decyzja była podyktowana rozkazem albo snobistycznego ojca albo apodyktycznego dziadka. Przybliżył się do niej i przytulił jej głowę do swojej klatki piersiowej.
- Spokojnie, rozumiem i nie mam za złe... - skłamał, biorąc jej prawą dłoń w swoje ręce. - Ale... jak się będziemy w takim razie spotykać? - zapytał, odsuwając ją nieco od siebie i spoglądając w oczy.
- Właśnie... - zaczęła odpychając go delikatnie rękami. - Właśnie nie będziemy - powiedziała łamiącym się głosem.
Radowit już chciał coś powiedzieć, gdy nagle usłyszeli hałas dobiegający z pokoju piastunki, znajdującego się naprzeciwko. Coś głośno upadło na podłogę, a następnie dało się słyszeć kobiecy krzyk.
- Co się dzieje, ktoś tu jest?! - spytała spanikowana dziewczyna, wycofując się pod ścianę i skulona, przykrywając się kołdrą.
- Cholera! - młodzieniec przypomniał sobie, że przecież ma tu swoje zadanie do wykonania. Wizja spotkania z ukochaną, a następnie rozmowa z nią kompletnie go omotały. - Proszę, tylko się nie denerwuj - rzekł, wyciągając swój sztylet i kierując w stronę drzwi. Zamierzał udawać, że chce obezwładnić intruza, lecz przecież wiedział, że sprawcą hałasu jest Grzybek.
Zanim jednak doszedł do wyjścia z pokoju, drzwi otworzyły się z rozmachem. Stał w nich Ignis. Ogarnął szybko wzrokiem sytuację. Zdziwiło go to, czemu ostrze broni Nowego jest skierowane ku niemu, ale zwalił to na jego niespodziewane wejście.
- Co ty odpierdalasz? Zmywamy się stąd! - krzyknął, po czym ulotnił się.
- Radowit, co... - Laura nie wiedziała, co powiedzieć.
Wtem do pokoju wpadła piastunka dziewczyny potykając się o własne nogi.
- Panienko... - przerwała, gdy ujrzała Nowego.
Chłopak wiedział, że faktycznie czas się ulotnić. Zwłaszcza, że z zewnątrz słychać było jakieś okrzyki.
- Laura, pamiętaj, że cię kocham. Nie zapominaj! - rzucił w biegu.
Szybko znalazł się na schodach. Zbiegając z nich kilka razy o mało się nie przewrócił. Będąc na parterze, odetchnął z ulgą, że są tam jeszcze jego towarzysze. Jednak jego radość nie trwała długo. Przy uchylonych drzwiach stał Ignis, a przy oknie obok Georg. Obaj mieli kusze i strzelali do kogoś na zewnątrz. Drzwi były częściowo zabarykadowane stołem.
- Rozpętało się piekło... - szepnął spanikowany Grzybek.
- Co tu się dzieje? - zapytał Radowit starając się zachować zimną krew.
- Strażnicy... zaatakowali...
- To nie jest przypadek! - krzyknął poirytowany Veronim. - Ale nie damy się, chłopcy - dodał, podchodząc do okna.
Stając za plecami Georga zaczął obserwować sytuację. Strażnicy kryli się, tam gdzie mogli, wychylając się co chwila, by strzelić w stronę przestępców. Główne ich skupisko znajdowało się za drewnianym wozem, stojącym na środku drogi. Nie wiadomo, gdzie był jego właściciel, ale Sadea podejrzewał, że pojazd został sprowadzony specjalnie przez funkcjonariuszy. Ustrzelenie ukrywających się w domu bandytów nie było jednak łatwe - szybko i skutecznie się zabarykadowali, dodatkowo zostawiając sobie miejsce na stanowiska strzeleckie. Wtem niespodziewanie na plac Górnego Miasta wbiegł Ziutek, który ukrył się przy zejściu do bramy i zaczął strzelać do stróży prawa. Jednego trafił w szyję, a wykorzystując efekt zaskoczenia prędko przeładował kuszę i postrzelił w ramię drugiego. Strażnicy byli zaskoczeni, ale część z nich zmieniła cel. Wtedy były rolnik wycofał się zbiegając na dół. Za nim ruszyli dwaj funkcjonariusze, lecz jeden od razu został ustrzelony przez Ignisa. Drugi zdołał zejść na dół, ale Ziutek przechytrzył go i strzelił mu w plecy, po czym ostrożnie wrócił na plac bogatej dzielnicy. Był jednak mniej ostrożny niż ostatnio i poszedł o parę kroków za daleko. Trzech strażników natychmiast do niego strzeliło, a jeden jeszcze poprawił kolejnym pociskiem. Wszystkie bełty dosięgnęły celu. Ziutek z czterema dziurami w ciele chwilę stał, próbując utrzymać się na nogach, jednak szybko upadł i potoczył się w dół po schodach.
- Żądełko - Veronim skinął na Asasyna. Ten domyślił się o co chodzi i uśmiechnął się paskudnie.
Prędko wyciągnął dwa sztylety zza paska. Jeden był zwyczajny, ostrze drugiego było pokryte trucizną. Wyskoczył przez okno i podbiegł w stronę wozu. Jeden z funkcjonariuszy wychylił się, by go postrzelić ale to on został postrzelony przez Ignisa. Żądełko zajrzał pod wóz i spostrzegł, że znajduje się za nim tylko jeden strażnik. Przeszedł więc błyskawicznie na jego stronę i zatopił w nim zatrutą klingę zanim ten w ogóle zdążył zareagować. Usatysfakcjonowany wyraz twarzy zastąpił szybko grymas bólu, gdyż mężczyzna oberwał bełtem jednego ze stróżów prawa w łydkę. Georg jednak szybko to zauważył i zabił strażnika strzałem w skroń.
- Już czysto - powiedział, po czym wyszedł z budynku przez okno.
Veronim wyszedł kilka chwil po nim, gdy już się upewnił, że jest bezpiecznie. Za nim wyszli pozostali.
- Grzybek, zajmij się Żądełkiem. Musimy stąd spierdolić. Rozdzielmy się. Spotykamy się o świcie w kryjówce - rozkazał, po czym pobiegł ku bramie wyjściowej z Górnego Miasta. Minął obojętnie leżące na schodach ciało Ziutka.
- Nie rozumiem... - wyszeptał Georg. - Manfred miał się zająć resztą strażników...
- Nie ma co myśleć, szwagrze, nie ma co teraz nad tym myśleć... - powiedział Grzybek, pomagając rannemu kompanowi pokonac pierwsze stopnie schodów. - Trzeba się stąd zmywać.
Ignis nawet nie wysłuchał tej rozmowy do końca. Pędem pobiegł za Veronimem, kiedy tylko upewnił się, że żaden z funkcjonariuszy nie ukrywa się jeszcze z kuszą.
- Na pewno nie potrzebujecie pomocy? - zapytał Nowy.
Grzybek chciał coś powiedzieć, ale Żądełko uprzedził go:
- Na pewno - rzekł niecierpliwie. - Muszę tylko zejść z tych cholernych schodów, na prostej drodze sobie poradzę. Idź stąd! - warknął, zauważając wahanie chłopaka.
Młodzieniec posłuchał i także zbiegł ze schodów. Szybko znalazł się w Dolnym Mieście i zaczął podążać przed siebie. Zatrzymał się jednak, zauważając coś, czego się nie spodziewał. Z drugiego końca miasta, najpewniej z koszar ulatywał dym. Dużo dymu.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 30-06-19, 13:58   #10
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie Rozdział IV cz.1

Podzielone na dwie części, bo za dużo znaków.

Rozdział IV Plany i działania

Nowy obudził się około dwie godziny przed południem. Kamienne podłoże jaskini, na którym spał nie było wcale takie niewygodne jak się na początku spodziewał zwłaszcza, że dorastał w skromnych warunkach. Wstał przeciągając się i usiadł opierając plecami o skalną ścianę. Pomyślał o poprzedniej nocy. Gdy Czarna Wdowa przysiadła się niespodziewanie do jego ogniska był przerażony. Przez pierwsze kilkanaście minut rozmowy mówił ostrożnie, zdawkowo i ze spuszczoną głową, w dodatku tylko jeśli było to konieczne. Potem jednak kobieta wykonała pewien dobry gest ze swej strony - dała mu broń.
- Masz, przyda ci się - powiedziała wtedy. - Nie powinieneś chodzić tutaj bez broni - dodała ostrzegająco.
Młodzieniec wziął niepewnie sztylet do ręki, tak samo jak w momencie jego dostania. Czysta i starannie naostrzona broń była najpewniej tworem zwykłego kowala, który nie przykładał dużej wagi do zdobień, stawiając na prostotę w wyglądzie i użyciu. Chwycił go ostrzem do dołu i wykonał atak w powietrze. Widział kiedyś kątem oka jak Sztyletnik bawi się swoimi sztyletami i robił między innymi takie ruchy. Potem przebierając zręcznie palcami, zmienił pozycję przedmiotu w swojej dłoni przez co zaczął go trzymać za nasadę klingi. Słysząc kroki złapał go za rękojeść i schował za pasek. Jaskinia była tego dnia prawie opustoszała, więc dźwięk nadchodzącego człowieka wymagał sprawdzenia kto to.
To był Antonio.
- Nowy, Jego Wysokość chce cię widzieć - oznajmił, podchodząc do niego.
Chłopakowi potrzebna była chwila by zorientować się o co chodzi.
- Co? - wydusił tylko.
- Słuchaj, Veronim zainteresował się tobą i twoimi umiejętnościami złodziejskimi.
Młodzian zmartwił się. Asasyn wcale nie brzmiał jakby był zadowolony z tego faktu. Przez głowę chłopaka przemknęła myśl, że może być zazdrosny.
- Możesz mi towarzyszyć? - zapytał niepewnie.
- Mogę Cię odprowadzić do drzwi. Dalej musisz już radzić sobie sam - odparł, po czym dał rozmówcy znak, by ten poszedł za nim. - Czeka cię sprawdzian. Jeśli go nie zawalisz, daleko tu zajdziesz.
- Jaki sprawdzian?
- O tym to już ci Król opowie - uśmiechnął się brązowooki. - Ja mogę dać ci jedynie garść porad, jak się przy nim zachowywać. Po pierwsze: staraj się mówić pewnie, lecz nie zbyt pewnie. Bądź jednak sobą, nie udawaj kogoś kim nie jesteś. Po drugie: odpowiadaj jasno na pytania - mężczyzna zatrzymał się przy drewnianych drzwiach. - Nie daj mu poczuć, że coś ukrywasz. No cóż, to tutaj. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć ci powodzenia. Nie dziękuj - dodał szybko, uśmiechając się.
- Nie dziękuję - chłopak odwzajemnił uśmiech.
Antonio oparł się o kamienną ścianę obok, a Nowy stanął na wprost drzwi. Wziął głęboki oddech i położył dłoń na klamce.

Szedł zwykłą zazwyczaj ulicą starając się zachować spokój. Zazwyczaj, bo tego dnia było inaczej. Po jego prawej stronie, na poboczu znajdowały się szubienice, na których wisieli poruszani jedynie delikatnymi podmuchami wiatru ludzie Veronima Sadei. Młodzieniec miał spuszczoną głowę nie chcąc patrzeć im w oczy, bojąc się ich oskarżycielskiego spojrzenia. Król Półświatka miał związane ręce i dwóch Strażników Miejskich za plecami, pilnujących by nie uciekł. Obaj trzymali po jednej ręce na jego ramionach, w drugich zaś dzierżyli miecze. Przed zielonookim stał trzeci strażnik prowadzący go na egzekucję. Honir. Herszt bandytów miał ochotę splunąć na myśl o dawnym informatorze. To był dodatkowy policzek dla niego, że na śmierć był prowadzony akurat przez niego.
Nastało najgorsze. Byli już tylko kilkanaście kroków od ostatniej szubienicy w rzędzie, przy której stało siedmiu mężczyzn. Ktoś zmusił go do podniesienia głowy, ciągnąc za włosy. Poznał faceta w środku. Jego wizerunek widniał we wszystkich ważniejszych miejscach w mieście. Uśmiechał się szeroko, tak jak jego towarzysze. Feliks Ukara podkręcał wąsa patrząc z wyższością na skazańca. Po jego prawej stał Sawer Mulgo z rękami złożonymi za plecami, obserwował Sadeę z satysfakcją. Po lewej Gubernatora znajdował się zaś ktoś kogo Veronim nie znał, choć domyślał się kim on jest. Z pewnością to Książę Cape Dun, który miał odwiedzić miasto. Pozostali czterej byli ochroniarzami - dwaj z Karynis, dwaj z Kontynentu.
Ktoś znowu szarpnął jego głową. Spojrzenie młodzieńca utkwiło na powieszonym mężczyźnie w wyblakłych czerwonych szatach, jakby za dużych na swego właściciela. Brązowe oczy patrzyły na herszta gniewnie. Sadea przymknął powieki. Nie mógł znieść tego widoku. Został zaprowadzony na podest. Dopiero wówczas zauważył, że naprzeciw szubienic zgromadzeni są obywatele. Wcześniej nie zwracał na nich uwagi, mimo, iż robili wiele hałasu. Podobnie, gdy Gubernator zaczął przemowę, Veronim go nie słuchał. Dopiero, kiedy usłyszał wiwaty zebranych ludzi oraz zobaczył nadchodzącego Honira, który uśmiechał się szyderczo, przymknął oczy pogodzony ze swym losem. Nie było już drogi ucieczki.
Minęło jednak kilka chwil, a on nie poczuł upadającego pod sobą stołka i zaciskającej się na szyi pętli. Otworzył oczy i spojrzał na Feliksa Ukarę.
- Zdjąć mu pętlę i przyprowadzić kata - rozkazał Gubernator, napawając się wciąż swym zwycięstwem.
Zielonooki zbladł. Władca Karynis ewidentnie manifestował swoją wyższość, pokazywał to, że życie Króla Półświatka jest tylko w jego rękach. Ale Veronim nie chciał dać sobą pomiatać. Nie zamierzał dać się sprowokować do błagania o litość. Zamknął oczy i sam przewrócił stołek pod sobą. Pętla się zacisnęła. Zaczął się dusić. Uciekał w ramiona śmierci. Usłyszał przytłumiony śmiech Feliksa, a potem całej reszty zgromadzonych. Stchórzył.


Herszt bandy obudził się cały spocony. Usiadł szybko na łóżku, wziął głęboki oddech i otarł czoło. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Przesunął się na posłaniu ku barkowi. Nalał sobie gorzały do kubka i wypił pośpiesznie. Po chwili usłyszał, że ktoś otwiera drzwi. Chwycił prędko pochwę z mieczem i był gotów go wyjąć. Zobaczył jednak, że do jego pokoju w jaskini wchodzi młodzieniec w brudnych, biednych ubraniach. Wstał, przymocował sobie broń do paska i przybrał poważny wyraz twarzy.
- Dzień dob-b-ry - powiedział nieśmiało ze spuszczoną głową chłopak, lekko się jąkając.
- Dzień dobry - odpowiedział szlachcic. Zaczął krążyć wokół przybysza. - Antonio opowiadał mi nieco o tobie - rozpoczął rozmowę, wyręczając Nowego. - Pokazał mi to co ukradłeś. Było to jakoś specjalnie zabezpieczone?
- Nie - odpowiedział zdawkowo młodzieniec, wciąż patrząc w dół.
- Nie bałeś się?
- Bałem. Ale postanowiłem podjąć ryzyko.
- Antonio mówił mi o twoich motywacjach. Bardzo romantyczne - Veronim powiedział to nieco zgryźliwie. Nie śmiał się z chłopaka, lecz uważał jego zachowanie za zbyt pochopne. Choć sam nie wiedział, jak on by postąpił w tej sytuacji. Miłość podobno odbiera rozum. - Interesuje mnie kto nauczył cię otwierać zamki.
- Mój wuj był ślusarzem. Bardzo dobrym. Nauczył mnie wiele, bo chciał, bym został jego czeladnikiem. Jednak... pewnego dnia znaleziono go martwego w porcie. Potem... potem zabito mojego ojca - odpowiedział drżącym głosem chłopak.
Sadea przystanął na wspomnienie o śmierci. Słysząc, że młodzieńcowi zginął także ojciec, cisnęło mu się na usta pytanie: "A co z matką?", ale się powstrzymał. Nie wiedział, czy te rany już się zaczęły goić, czy nie, więc wolał nie drążyć. Stanął z rozmówcą twarzą w twarz.
- Spójrz na mnie - powiedział rozkazującym tonem.
Chłopak jednak nie podnosił głowy. Bał się spojrzeć w oczy hersztowi bandy. Wiedział jednak, że zbyt długo nie może się opierać.
- Spójrz na mnie - powtórzył nieco ostrzej Veronim.
Nowy powoli zaczął unosić wzrok, aż w końcu nieśmiało popatrzył na zielonookiego. Ten przyjrzał się młodzieńcowi. Miał krótkie, gładko opadające w dół ciemnoblond włosy, niezbyt ostre rysy twarzy i brązowe oczy. Posturę miał nieco cherlawą, lecz były widoczne też niewielkie muskuły, wskazujące na wykonywaną wcześniej przez chłopaka niedługą pracę fizyczną. Mężczyzna dostrzegał jednak w młodzieńcu potencjał i zamierzał dać mu szansę.
- Usiądź, chłopcze - rzekł, samemu siadając na krześle przy stole. Jego rozmówca spełnił polecenie. - Zaimponowałeś mi tym, co zrobiłeś. Oczywiste, że przypłaciłeś to ogromną stratą. Ale nie możesz teraz żyć przeszłością, inaczej zawładną tobą destrukcyjne uczucia, które powoli będą cię niszczyć od środka! Musisz iść naprzód - powiedział będąc zdumiony dlaczego tak nagle zaczął pouczać chłopaka. Miał jeszcze trochę do powiedzenia, ale powstrzymał się. Następne słowa mogłoby być uznane za zbyt wylewne, a on musiał w oczach swoich ludzi być twardy. - Ale wracając do sedna. Jesteś tutaj nowy, niewielu cię jeszcze pewnie zna, a jeszcze mniej zaakceptuje, póki się nie wykażesz. I teraz daję ci szansę. Przygotowujemy się do ważnej akcji i myślę, że powinieneś wziąć w niej udział. Przy nas nauczysz się jak sobie radzić na włamach.
Veronim zamilknął. Nie lubił przemawiać zbyt długo. Zgiął łokcie, splótł dłonie poziomo i spojrzał znacząco na swego rozmówcę, czekając na jego odpowiedź. Ten ze spuszczoną głową myślał, co powiedzieć. W końcu jednak spojrzał na herszta i zapytał:
- A ilu nas będzie?
- Poza tobą i mną jeszcze dwóch moich ludzi. Grzybek i Ignis - odpowiedział Sadea. - Idziesz z nami? Jeśli nie, muszę wiedzieć wcześniej, żeby zorganizować zastępstwo.
Młodzieniec wahał się tylko chwilę. Wiedział, że taka szansa może się już nie powtórzyć, a bez niej nie wiadomo jak długo musiałby do siebie przekonywać resztę bandytów oraz co musiałby w tym celu robić. Pokiwał pewnie głową.
- Świetnie - szlachcic uśmiechnął się zadowolony. - Liczę, że sprostasz zadaniu.
- Też mam taką nadzieję - młodzieniec uśmiechnął się niepewnie. Jednak po chwili otworzył szeroko oczy i usta ze zdumienia, dopiero coś sobie przypominając. - A... kogo okradniemy?
Veronim, który zdążył już wstać, przystanął wpół kroku. Przymknął powieki, po czym otworzył je i spojrzał na chłopaka.
- Dom Sawera Mulgo - odparł powoli zielonooki.
Nowy zamarł. Znał to nazwisko bardzo dobrze. Właściciel domu był Komendantem Straży Miejskiej Karynis, pierwszym od dawna, który nie pochodził z rodu Seranisów. Był najdłużej zajmującym to stanowisko człowiekiem, jak dotąd. Był dziadkiem jego ukochanej.
Młodzieniec ledwo nie upadł, gdy pociemniało mu przed oczami. Nie uszło to jednak uwadze herszta.
- Spokojnie - powiedział opanowany. - Mamy dobry plan. Wiemy, kiedy i gdzie znajdzie się luka w ochronie Górnego Miasta. Nic złego nie może się stać.
Brązowooki nie był zbyt przekonany słowami Veronima, ale kiwnął ze zrozumieniem głową. Nie przejmował się zresztą tym jak jest chroniony dom Sawera. Najważniejsze dla niego było to, że miał szansę na spotkanie z ukochaną; że będzie mógł się z nią pożegnać i poczuć jej bliskość. Nagle napełniła go nadzieja, że może mu się jeszcze życie ułoży. Wierzył, że po jakimś czasie spotkają się ponownie. Mocno w to wierzył.
- Możesz już iść - usłyszał głos herszta bandy. - Wychodząc, zawołaj Antonio. Jestem pewien, że czuwa przy drzwiach.
- Tak jest! - rzekł Nowy, po czym skierował się w stronę drzwi.
Faktycznie za nimi, zgodnie z przypuszczeniami Veronima, znajdował się lekko otyły, wąsaty Asasyn opierający się o skalną ścianę. Chłopak nie zamknął drzwi i zwrócił się do niego:
- Jego Wysokość chce cię widzieć - powiedział cicho, mimowolnie powtarzając wcześniejsze słowa Antonio. - Trzymaj się - dodał, odchodząc.
- Trzymaj się - odpowiedział mu Asasyn, po czym przeszedł przez drzwi, zamykając je.
Stanął naprzeciw swego wychowanka.
- Usiądźmy - rzekł młodzieniec. Usiedli blisko siebie przy długim stole.
- Naprawdę chcesz wziąć żółtodzioba na taką misję? - zapytał brązowooki opierając się łokciem o blat stołu. - Nie boisz się, że zawiedzie? Albo stchórzy?
- Oczywiste, że nie jestem pewien jak się zachowa...
- Radziłbym ci wziąć ze sobą jeszcze jakiegoś włamywacza - Asasyn spojrzał rozmówcy prosto w oczy. - Nowego też, ale dobrze się asekurować.
- Chciałem, żeby było nas jak najmniej... - Veronim spuścił głowę. - Ale też nad tym myślałem. Brać Stolarza?
- Stolarz jest dobry, ale... ekscentryczny. Jak wiemy nie zawsze też kontaktuje z rzeczywistością. Nie nadaje się do tak precyzyjnej akcji. Musicie być szybcy i precyzyjni. I ostrożni, Veronimie, ostrożni. Proponuję wziąć Żądełko.
- Żądełko... Żądełko... - Sadea zmarszczył czoło w zamyśleniu. - Ten młody Asasyn?
- Tak - potwierdził Antonio, kiwając głową. - Dobry włamywacz i całkiem zręczny kieszonkowiec. Bronią też umie się posługiwać - śniadoskóry uśmiechnął się porozumiewawczo.
- No dobra, biorę go. Idziemy więc w piątkę.
- Więc naprawdę nie bierzesz Chudego?
- Nie. Jakaś kara musi być. Poza tym... - szlachcic wstał i splótł ręce za plecami. Zaczął chodzić po jaskini z lekko pochyloną głową. - Przemyślałem tamtą sytuację na spokojnie. Myślę, że Chudy mnie sprzedał.
- Uważaj, Veronimie...
- Posłuchaj mnie - przerwał mu herszt. - Honir kontaktował się głównie z Chudym. To on umówił nas na spotkanie. Dziwne jest to, że strażnicy go nie zauważyli. Przed jaskinią są gęste krzaki, to fakt, ale mimo to wciąż jest to naciągane. Myślę, że gdyby udało mi się wydostać z jaskini, Chudy by mnie zabił - mężczyzna zamilknął, zatrzymał się i spojrzał na rozmówcę oczekując na odpowiedź.
- Ale po co? - zapytał tylko brązowooki.
- Może ma jakiś układ ze Strażą? Może oczyszczą go z zarzutów, wynagrodzą, nie wiem! Liczy się, że chciał mnie usunąć.
- To tylko domysły...
- A więc to co się zdarzyło tamtej nocy to zbieg okoliczności?! - młodzieniec zirytował się. - Honir pokazał mi list gończy za mną i zasugerował, że wśród moich ludzi jest zdrajca. Tym zdrajcą jest Chudy!
- Uspokój się! - zrugał go Asasyn wstając. - I tak nic z tym nie zrobisz. Co, zabijasz go? On ma tu zbyt wielu zwolenników, żeby obyło się bez odwetu! - mężczyzna spuścił wzrok, odetchnął i złączył ręce za plecami chowając dłonie w przydługich rękawach szaty. Spojrzał na swego wychowanka z opanowaniem. - Proponuję puścić za nim ogon. Dla pewności. Potem się pomyśli, co dalej uczynimy.
Veronim spojrzał na wąsacza z zamyśleniem. Przymknął powieki.
- Ech... - westchnął. - Kogo proponujesz?
- Oczywiście Szelesta - odpowiedział Antonio. - Szelest jest mistrzem skradania.
- Każdy mistrz może popełnić błąd - zauważył Sadea. - Ale dobrze. Przekaż Szelestowi, że ma mieć oko na Chudego - dodał, sięgając do kieszeni, z której wyciągnął pękaty mieszek ze złotem, po czym rzucił go w stronę rozmówcy. - Możesz już iść.
- Prześpij się jeszcze, Królu. Dobrze ci to zrobi - rzekł Asasyn, zmierzając w stronę wyjścia.

***

Minęły dwa dni od próby aresztowania Veronima. Wciąż trwały przygotowania do skoku na dom Sawera Mulgo, o którym wiedziało wąskie grono przestępców. Niewtajemniczona reszta zajmowała się swoimi codziennymi sprawami. Jedni czaili się na drogach w oczekiwaniu na kupców, którym można by ulżyć nieco ciężaru z sakiewek, a inni lenili się w obozie. Od ostatnich wydarzeń niewielu chciało opuszczać kryjówkę, zwłaszcza, że zrabowanych dóbr było jeszcze pod dostatkiem.
Nowy ciągle uczył się u Antonio i zawierał kolejne znajomości. Starał się jakoś zyskać szacunek innych bandytów, jednak nie dawał sobą pomiatać, potrafił się postawić. Parę osób udało mu się zjednać, lecz byli to głównie pomniejsi przestępcy. Młodzieniec pochwalił się swemu mentorowi rozmową z Czarną Wdową, więc ten zaproponował chłopakowi, by ta nauczyła go nieco o otwieraniu zamków. Ku zaskoczeniu Asasyna oraz kobiety, okazało się, że Nowy zgodnie ze swymi poprzednimi słowami faktycznie zna się na rzeczy. Postanowili pomóc mu sprawnie posługiwać się sztyletem otrzymanym wcześniej od czarnowłosej. Szło mu ciężko, ale Antonio uznał, że ma wystarczające umiejętności na nadchodzącą akcję i później się go podszkoli.
W końcu nadszedł ten dzień. Młodzieniec schował do kieszeni spodni oraz koszuli kilka wytrychów otrzymanych od Antonio. Sztylet miał włożony za paskiem. Dopił resztkę piwa i ruszył w stronę wyjścia z jaskini. To miał być jego wielki dzień. Czekało go odpowiedzialne zadanie oraz okazja na spotkanie z ukochaną. Bardzo liczył na to pierwsze, do tego stopnia, że zastanawiał się nad jakimś upominkiem dla niej, lecz szybko sobie przypomniał o dwóch przeszkodach. Pierwsza, że nie ma pieniędzy. Druga, że pokazywanie się w mieście za dnia, tak po prostu, było bardzo niebezpieczne. Chłopak był podekscytowany nadchodzącą akcją, ale także zestresowany. Te dwie emocje zmieniały swe natężenie, ustępując sobie nawzajem dominującego miejsca, jednak stres chyba częściej nawiedzał młodzieńca. W końcu szli włamać się do domu, w którym mieszkał sam Komendant Straży Miejskiej Karynis. Z drugiej strony był częścią drużyny bandytów, niebezpiecznych bandytów, a takie towarzystwo mogło peszyć.
Niespodziewanie ktoś złapał go za ramię, pociągnął i pchnął na skalną ścianę. Młodzieniec jęknął, gdy jego plecy uderzyły o kamień. Napastnik dopadł do chłopaka, przyciskając go i kładąc swoją dłoń na jego szyi.
- Wyskakuj z kasy! - syknął mężczyzna.
- N-nic nie m-mam - wydusił przerażony chłopak, próbując przełknąć ślinę. Chciał sięgnąć po sztylet, ale mężczyzna umiejętnie go unieruchomił, a poza tym ciało i tak by mu odmówiło posłuszeństwa, sparaliżowane strachem.
- To masz problem, chłystku - burknął napastnik, zaciskając mocniej dłoń na szyi Nowego.
Blondyn tracił oddech. Zaczął panikować. Nie zwracał uwagi na to, co agresor z nim robił, liczyła się tylko walka o oddech. Zaczęło go suszyć w gardle.
- Krzywy, przestań - usłyszał znajomy głos. Spokojny, lecz stanowczy ton Sztyletnika.
- Bo co? - zapytał mężczyzna nawet się nie odwracając. Zwolnił jednak nieco uścisk, dzięki czemu chłopak mógł wziąć płytki oddech.
- A chcesz zarobić po sztylecie w każdy otwór? - odparł czarnoskóry starzec podchodząc powoli i obracając ostrzami w dłoniach.
Agresor spuścił głowę. Po chwili zastanowienia puścił młodzieńca i odszedł bez słowa.
- Dziękuję - wydyszał Nowy. Łapczywie łapał oddech.
- Ty mi nie dziękuj, tylko się bronić naucz! - Sztyletnik podszedł do chłopaka chowając powoli swoje sztylety do płaszcza. - N-nic nie m-mam - powtórzył przedrzeźniając szyderczo. - Ty myślisz, że go to cokolwiek obchodziło? Chciał się po prostu wyżyć i przy okazji zarobić. A, że nie mógł zarobić to się chciał przynajmniej wyżyć.
- A kto to był?
- Antonio ci powie, on jest twoją niańką, nie ja - mężczyzna odwrócił się, by odejść, jednak obejrzał się jeszcze przez ramię. - I pamiętaj, że nie zawsze znajdzie się ktoś, kto wyciągnie cię z kłopotów, więc pilnuj się, chłopcze.
- Dobrze - odparł posłusznie młodzieniec i odprowadził starca wzrokiem.
Gdy czarnoskóry zniknął brązowookiemu z pola widzenia, ten znów ruszył w stronę wyjścia z jaskini. Szybko znalazł się w umówionym miejscu. Tam znajdowali się już spodziewani dwaj mężczyźni, jednak był też trzeci, co zaskoczyło Nowego. W końcu Veronim powiedział mu, że w sumie będzie ich czterech razem z hersztem bandy. Na prowizorycznej ławce siedział rudy facet o krótkich włosach trzymający w dłoni pochodnię pochyloną w stronę drugiego przestępcy, który stał obok i sprawdzał stan swoich wytrychów. Ten zaś miał dłuższe brązowe włosy i śniadą karnację. O jedno z pobliskich drzew opierał się trzeci mężczyzna w ciemnym płaszczu, pod którym była czarna skórzana zbroja wzmacniana metalowymi elementami; z dwuręcznym mieczem na plecach, którego tożsamości chłopak się domyślił - z pewnością był to Ignis. Wszyscy trzej przez chwilę taksowali młodzieńca wzrokiem.
- Ty jesteś ten Nowy - pierwszy odezwał się rudy. - Na mnie wołają Grzybek.
Chłopak nie wiedział za bardzo co odpowiedzieć, więc jedynie kiwnął głową. Nastała chwila ciszy.
- A to są Żądełko i Ignis - rzekł Grzybek, wskazując na mężczyznę z wytrychami oraz wojownika pod drzewem. Chciał przerwać niezręczne milczenie.
Tymczasem Asasyn schował wytrychy, gestem pokazał, by jego kompan odsunął pochodnię, a następnie usiadł obok niego na ławce. Rudy wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kamizelki niewielkie puzderko, po otwarciu okazało się, że z suszonymi grzybami.
- Komuś prawdziwka? - mężczyzna nie dawał za wygraną.
Żądełko pokiwał przecząco głową, Ignis nawet nie zareagował.
- Nie, dzięki - odparł Nowy. - To teraz już chyba wiem, dlaczego cię tak nazywają.
- Sprytny chłopak - pochwalił Grzybek. - Kto wie, może to nie była pochopna decyzja, by cię ze sobą zabrać... - wziął ze swego puzderka garstkę grzybów, po czym zamknął je i schował z powrotem. Wyjęte grzyby zaczął powoli jeść. - A zgadniesz, czemu Żądełko nazywają Żądełko?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Nie wiem - odpowiedział.
- No, Żądełko, może odpowiesz, czemu? - zaproponował mężczyzna, szturchając Asasyna łokciem.
- Nie, nie mam pojęcia, daj mi spokój - powiedział śniadoskóry jednym tchem. - Czy nie możemy cieszyć się ciszą, jak przed przybyciem tego chłystka?
- Dobra, w porządku. Chodź, młody, pójdziemy po drabinę.
- Drabinę? - zdziwił się chłopak.
- No tak, drabinę. Dzięki niej przejdziemy przez mur miejski.
- Aha... - pojął młody i podążył za rudym.
Odeszli paręnaście kroków, po czym Grzybek uklęknął i zaczął odgarniać gałęzie. Nowy zaczął robić to samo.
- A ten Żądełko... nazywają go tak, bo trzyma za paskiem sztylet. Zatruty. Rzadko go używa, lecz jak już, to jest on bardzo skuteczny. Trucizna krwiopijcy potrafi zdziałać dużo szkód w ludzkim ciele.
- Nie boisz się go? - zapytał ostrożnie młodzieniec.
Okazało się, że pod gałęziami jest jakieś podłużne zawiniątko. Grzybek zaczął rozwijać materiał. W środku była starannie zrobiona drabina.
- Nie - odpowiedział. - On nie jest taki, jak ci się wydaje. Po prostu ostatnio ma złe dni. I wcale mu się nie dziwię. Ale nie pytaj o to, to prywatne sprawy - złapał za początek drabiny. - Dobra, ty złap za koniec. Oprzemy ją o jakieś drzewo, jeśli Veronima jeszcze nie ma. Ale z pewnością już jest.
Mężczyźni chwycili za przedmiot i donieśli do obozowiska. Herszta jednak tam nie było. Oparli więc drabinę o jedno z drzew. Milczeli jakiś czas.
- No i gdzie on się podziewa? - zniecierpliwił się w końcu Ignis.
- Może ktoś po niego pójdzie? - zasugerował Żądełko.
- Nie. Nie pospieszajmy go - sprzeciwił się wojownik, siadając na ławce. - Możemy przecież jeszcze trochę poczekać.
- Tak, no bo przecież ludzie Mirusa mieli zaatakować około północy - wtrącił Grzybek. - Mamy czas.
Nowy zmarszczył brwi. Coraz bardziej niepokoiło go, że kompani ukrywają coś przed nim.
- O co chodzi? - zapytał, starając się by jego głos brzmiał pewnie.
Grzybek odwrócił się do młodzieńca.
- Ano Mirus, szef jakiegoś pomniejszego gangu stracił paru ludzi. Zostali aresztowani przy próbie włamania do pałacu Ukary. Teraz on chce ich siłą odbić. Zamieszanie jakie wtedy powstanie odwróci uwagę Straży od nas.
- Mirus to nieudacznik z przerostem ambicji - Żądełko splunął. - Ale bywa przydatny. Choć pewnie o tym nie wie, hehe...
Nastąpiła chwila milczenia. Młodzieniec wolał nie wypytywać o nic Żądełko. Wszyscy co jakiś czas spoglądali w stronę obozu. Herszt jednak nie nadchodził.

Veronim przygotowywał się do wyjścia. Przez ramię miał przewieszoną torbę, w której oczywiście nie mogło zabraknąć jego ulubionego blaszanego kubka. Wziął ze sobą też kilka wytrychów. Nachylił się jeszcze nad barkiem i nalał sobie nieco wina do kieliszka. Wtem do jego kwatery wszedł Chudy.
- Przepraszam, że przeszkadzam ci przed wyjściem, ale uznałem, że to ważne - powiedział.
- Mów zatem, chwila mnie nie zbawi.
- Jeśli sądzisz, że zajmie to chwilę... - rzekł cicho łucznik. - Słuchaj, byłem dziś w dzielnicy portowej - dodał już głośniej. - Tam znalazłem... ciało Szelesta.
Herszt o mało nie zgniótł swego kubka ze złości. Zmarszczył brwi. Dokładnie wiedział co się stało. Spróbował się jednak opanować.
- Czyżby? - zapytał przez zaciśnięte zęby. - Jeden z naszych ludzi tak po prostu leżał sobie martwy w porcie, tak?
- Spokojnie, Veronimie. Nie sądzę, by warto było kogo żałować. Gdy szedłem do karczmy usłyszałem, że ktoś rozmawia w jednym z zaułków. Był to jednak koniec rozmowy. Potem usłyszałem już tylko jęk. Szelest miał poderżnięte gardło, a z miejsca zdarzenia odchodzili spokojnie ludzie Verdena. Nie wiem, czy mnie zauważyli...
- Milcz! - przerwał mu Sadea.
Chudy uśmiechnął się półgębkiem z satysfakcją.
- Szelest i Verden, czy ty sobie robisz ze mnie jaja?! Oni zabili mu ojca, a z siostry zrobili kurwę, a on miałby z nimi współpracować?!
- Wcale tego nie sugeruję - odparł spokojnie mężczyzna. - Raczej co innego. Z okna jednego z domów całą scenę obserwował Strażnik Miejski. Przycisnąłem go nieco i powiedział, że Szelest zgodził się być szpiclem - łucznik sięgnął do kieszeni. Wyciągnął sakiewkę i rzucił szlachcicowi pod nogi. - To miał przy sobie i pewnie po robocie miał to dać Szelestowi.
Herszt bandy kręcił się niespokojnie. Nie wierzył w ani jedno słowo Chudego. Obaj wiedzieli w co grają. Veronim wiedział, że to Chudy zabił Szelesta, a Chudy wiedział, że Szelest został wysłany, by go szpiegować. Pozory tworzyli tylko po to, by nie rzucić się sobie do gardeł. Obaj mieli swoich zwolenników w gangu. Ich pojedynek mógłby zakończyć się rozłamem w bandzie, a tym samym jej osłabieniem, a tego żaden z nich nie chciał.
- Wyjdź - powiedział Sadea przez zaciśnięte zęby, po czym odwrócił się i chwycił swoją torbę podróżną.
Chudy uśmiechnął się z satysfakcją. Był zadowolony, że zdenerwował szefa. Niech nie myśli, że będzie go trzymał na smyczy, jak jakiegoś byle psa. Odwrócił się i triumfalnie ruszył ku wyjściu.
Kilka chwil później Veronim także opuścił pomieszczenie.

- O, idzie - mruknął Ignis odbijając się rękami od pnia drzewa, o które się opierał.
- Grzybek, Nowy - odezwał się herszt, gdy już podszedł blisko przestępców - bierzcie drabinę i idźcie przodem.
Chłopak zmarszczył brwi. Skoro mają ponoć tyle czasu, to czemu Veronim nie wytłumaczył mu, czemu idą w piątkę. Swoich kompanów o to nie pytał, bo nie chciał więcej przerywać tak uwielbionej przez Żądełko i Ignisa ciszy. Chociaż Sadeę też bałby się zapytać...
Żądełko wiedział co robić. Błyskawicznie zgasił ogień rozpalony podczas oczekiwania na herszta bandy. Następnie udał się za nim w stronę, w którą szli Grzybek i Nowy. Za Asasynem maszerował Ignis.
Przestępcom udało się bezszelestnie przekraść pod zamkniętą bramą, a następnie dotrzeć do końca muru miejskiego, który co prawda ciągnął się jeszcze dalej, ale dalszą drogę wzdłuż niego blokowała ściana skalna. Grzybek i Nowy od razu przystawili drabinę do ceglanego ogrodzenia. Na niemy znak Veronima pierwszy wszedł Żądełko. Stanął na szczycie i rozejrzał się. Następnie gestem pokazał, że można spokojnie wchodzić, po czym sam zeskoczył z muru. Nowy po wdrapaniu się na ogrodzenie, spojrzał niepewnie na dół. Tam, co prawda znajdował się stóg siana, z którego właśnie wygrzebywał się Grzybek, lecz mimo to chłopak poczuł strach. W końcu jednak, po ponaglających ruchach herszta, skoczył. Mężczyźni poszli dalej, a blondyn po otrzepaniu ubrania, ruszył za nimi. Szli wzdłuż wewnętrznego muru, oddzielającego port od reszty miasta.

Strażnicy portowej bramy nie mieli co robić. Jeden z nich, oparty lekceważąco o mur wpatrywał się w morze, ignorując zupełnie słowa towarzysza, który już od jakiegoś czasu męczył go swoją paplaniną. Gdyby to przynajmniej było ciekawe...
- No i słuchaj, no, kumie. Ludziska ze wsi powiadają, że Orka przy przełęczy widziano! Orka! Jednego z tych włochatych wielkoludów...
- Ja pierdolę, to chyba najnudniejszy przydział, jaki może się trafić - przerwał mu mężczyzna, kopiąc leżący na ziemi kamień. Rozejrzał się nerwowo. - Kiedy oni w końcu przyjdą?
Z lewej strony z ciemności wyłoniła się grupka ludzi, licząca pięciu mężczyzn. Jeden z nich wysforował do przodu i podszedł do narzekającego strażnika niezbyt dyskretnie.
- Oto moi ludzie do każdej roboty, szefie - powiedział Grzybek, kładąc dłoń na ramieniu funkcjonariusza. - Mój szwagier Georg i jego... kolega z pracy.
- Też mi kolega... - mruknął mężczyzna. Nikt go chyba nie usłyszał.
- Ziutek - przedstawił się drugi strażnik.
- Tak, jest jeszcze trzeci, brat Georga. Pilnuje akurat góry bramy do bogatej dzielnicy.
- Heh, co za szczęśliwy przypadek - wtrącił Żądełko.
Nowy przyglądał się całej sytuacji zdezorientowany. Domyślał się jednak co się dzieje.
- Oni cię nie zawiodą, Veronimie. Nie to, co Honir.
- W waszym wspólnym interesie jest, żeby tak było. A z Honirem się jeszcze policzymy... Mam nadzieję, że wiecie na co się piszecie? To nie będzie ciuciubabka z owieczkami.
- Jak byłem mały, to się bawiłem z owcami w ciuciubabkę - powiedział Ziutek.
- Ja pierdolę, co za wieśniak - mruknął zażenowany Georg. - Oczywiście, że wiemy. Zapłatę dostaniemy po robocie?
- Nie inaczej - potwierdził herszt. - Grzybek, powiedziałeś im co i jak?
- Tak - mężczyzna pokiwał głową.
Nowy zmarszczył brwi. No pięknie. Jemu nikt nie powiedział co i jak. Niby nie pytał, jak wydostaną się z portu, ale wypadało go o tym poinformować.
- No dobra, idziemy - zadecydował Veronim.
Siedmiu mężczyzn przeszło przez bramę. Strażnicy na przedzie, przestępcy nieco z tyłu. Kierowali się do Górnego Miasta. Ci drudzy po jakimś czasie zatrzymali się. Nie było patroli, wokół panował półmrok, więc spokojnie zaczaili się w zaroślach u stóp bramy. Strażnicy zaś poszli dalej.
- Witajcie! - zawołał Ziutek, gdy pokonywali jeszcze schody. Strażnicy pilnujący bramy spojrzeli na nich zdziwieni.
- Co tu robicie? - zapytał jeden z funkcjonariuszy unosząc brew. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy Georg mu odpowiedział:
- Na naszym posterunku jest cholernie nudno - machnął lekceważąco ręką. - Chcieliśmy się zamienić.
- Co?! - drugi strażnik aż wyprostował się ze zdziwienia. - Opuściliście posterunek?
- Gdzie stacjonujecie? - pierwszy starał się zachować spokój.
- Stoimy w bramie do portu.
- Że kurwa co?! Natychmiast wracać na posterunek!
- Komendant dowie się o tym niezwłocznie.
Georg spojrzał w górę. Na pomoście pomiędzy dwiema wieżami stał jego brat i wszystkiemu się przyglądał. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i mężczyzna wszedł do jednej z wież, a potem zszedł na dół. Tymczasem Veronim wyjął ze swojej torby niewielką kuszę oraz dwa bełty i wręczył je Ignisowi. Ten szybko się wyprostował, wkroczył na schody, pokonał kilka stopni i wycelował w strażnika, który właśnie zaczął z nich schodzić, by donieść o sytuacji swojemu dowódcy. Przestępca trafił go w głowę. Ziutek wtedy rzucił się na drugiego funkcjonariusza, zakrył mu usta i prędko wyciągniętym mieczem poderżnął mu gardło. Bandyci wyszli wtedy z ukrycia i sprawnie przenieśli trupy w gęste krzaki. Droga do Górnego Miasta stanęła otworem.
- Mój brat zajmie się strażnikami wewnątrz - poinformował Georg.
- A co z Sawerem Mulgo? - zapytał Nowy.
- Komendant jest na jakiejś akcji przeciw Verdenowi. Nie znam szczegółów, ale zawsze po takich rzeczach wraca on do koszar, by poskrobać sobie w tych swoich papierkach - odpowiedział Ziutek.
- A tam będzie na niego czekała walka z ludźmi Mirusa. Za to Mulgo młodszy jest na jakimś wyjeździe handlowym, z którego wróci dopiero rano - dodał Veronim. - Wszystko jest dokładnie zaplanowane, nic nie ma prawa się nie udać. A teraz już chodźmy, nie marnujmy czasu.
- Ziutek, ty zostajesz tutaj na straży - powiedział Georg.
- Jasne! - mężczyzna zasalutował.
Mężczyźni poszli dalej. Żądełko podbiegł cicho do drzwi domu Mulgo, który dość łatwo było poznać - był najbardziej okazały ze wszystkich na głównym placu. W oddali znajdował się obszerny pałac rodu Ukara, rozciągający się "od muru do muru", jak to się mówiło. Nowy był pod wrażeniem. Widział ten budynek tylko dwa razy, bowiem miał tylko dwie szanse wejścia do Górnego Miasta, i to w dodatku na krótko. Z rozmyślań wyrwał go Grzybek, który dyskretnie pociągnął go za rękaw, gdy młodzieniec zaczął iść prosto zamiast skręcać. Asasyn szybko uporał się z zamkiem i już po chwili znajdowali się wewnątrz. Georg został na zewnątrz.
- Żądełko - Sadea przywołał mężczyznę do siebie. - Ty pójdziesz ze mną. Ignis, ty sprawdzisz czy na pewno nie ma tutaj nikogo poza żoną i córką Gildhela.
Młodzieniec uśmiechnął się do siebie słysząc, że jego ukochana tu jest. Serce zaczęło mu bić mocniej. Stres i adrenalina pulsowały w jego żyłach.
- Nowy, Grzybek - herszt zwrócił się do pozostałych. - Wy przeszukacie drugie piętro. Dokładnie.
Grzybek kiwnął głową. Mężczyźni rozdzielili się. Młody wbiegł szybko po schodach, zachowując jednak niezbędną ciszę. Jego kompan ledwo za nim nadążał. Zaczęli rozglądać się po niewielkim korytarzu.
- Cholera, Nowy - westchnął starszy z nich - ale ty jesteś... prawda... podekscytowany. Ale zwolnij trochę. Mamy czas.
- Dobra, może się rozdzielimy - zaproponował blondyn. - Ty przeszukasz ten pokój, a ja ten.
Znajdowali się bowiem w korytarzu, gdzie znajdowało się troje drzwi. Naprzeciwko schodów znajdowały się pierwsze z nich, prowadzące prawdopodobnie do wychodka. Dalej po tej samej stronie znajdowały się następne - ten pokój chłopak chciał przydzielić swojemu towarzyszowi. Naprzeciwko nich po drugiej stronie były ostatnie i to pomieszczenie chciał przeszukać Nowy. Wydawało mu się, że jest ono największe na tym piętrze i z tego powodu będzie sypialnią jego ukochanej. Postanowił zaryzykować.
- Ale ja się nie bardzo znam na otwieraniu zamków...
- Po prostu skradniesz jakieś błyskotki. Jak natkniesz się na coś zamkniętego, dasz to mnie. Proste - przerwał mu podekscytowany młodzieniec.
- No dobra - zgodził się Grzybek i ruszył powoli do wskazanego pokoju.
Ostrożnie otworzył drzwi. Nowy poczekał aż mężczyzna za nimi zniknie i wtedy sam wszedł do drugiego pokoju modląc się w duchu, aby to właśnie tam spała ona. Otworzył cicho drzwi, wślizgnął się do środka i zamknął je. Nastała chwila prawdy.

Ignis przeszukał pobieżnie parter i pierwsze piętro. Nikogo nie znalazł. Wyszedł na zewnątrz i oparł się o ścianę niedaleko Georga. Dzieliła ich od siebie odległość drzwi.
- Wszystko w porządku? - zapytał strażnik.
- Tak - odparł lakonicznie przestępca. - Nikogo ani widu, ani słychu - dodał po chwili.
- Tak szybko przeszukałeś cały dom? Duży on...
- Nie cały, ale jestem pewien, że na szczycie nikogo nie ma.
- Skąd ta pewność?
- Jesteś bardzo ciekawski - zauważył od niechcenia wojownik. - A jesteś ciekawy jak to jest mieć ostrze miecza w brzuchu?
- Spokojnie, tak tylko pytam...
- Się zaangażowałeś... - przerwał mu mężczyzna. - Ale ja wam nie ufam. I gardzę, bo zdradzacie własnego dowódcę. Ja za nielojalność rozstrzeliwałem bez sądu wojskowego.
Funkcjonariusz zamilknął. Pomyślał chwilę. Nie był gadatliwy, ale musiał się czymś zająć by odciągnąć swoje myśli od tego napięcia i świadomości konsekwencji swojego działania. Potrzebował jednak pieniędzy, więc nie miał większego wyboru...
- Był pan żołnierzem?
- Brawo. Brawo, gratuluję błyskotliwości - odparł z przekąsem Ignis. - Kurwa, ja się tutaj chciałem wyciszyć, a ten mi tu pierdoli. Idę przeszukać to drugie piętro.
Mężczyzna szybko wszedł do budynku i z pewnością trzasnąłby drzwiami, gdyby nie to, że trzeba było zachować ciszę. Poszedł na górę, a Georg znów został sam ze swymi myślami.

Pokój był godny członkini tak znamienitej rodziny. Córki bogatego kupca oraz wnuczki jednej z najbardziej wpływowych osób w kraju. Na wprost od drzwi znajdowało się wejście na niewielki balkon, z którego widać było panoramę Górnego Miasta Karynis. Były tam także dwa okna, zakryte przetykanymi złotą nicią zasłonkami. Pod ścianami stały także dębowe szafy, w liczbie pięciu. Jednak chłopak nie rozglądał się zbytnio po pomieszczeniu. Interesowało go tylko łóżko z baldachimem, po prawej stronie pokoju. Leżała na nim niewątpliwie urodziwa niewiasta, w opinii Nowego wręcz najpiękniejsza. Wpatrywał się w nią chwilę. Jej drobna postura oraz okrągła twarzyczka okolona złoto-blond włosami dodawała jej dziewczęcego uroku. Młodzieniec podszedł do niej powoli i usiadł na skraju łóżka. Dziewczyna leżała na wznak, toteż z łatwością mógł położyć swą dłoń na jej policzku. Pogładził go chwilę. Ona zaś uchyliła oczy.
- Laura - wyszeptał.
- Ra... Radowit? - zapytała zdziwiona. - Co ty tu robisz?
- Twojego dziadka nie ma, ojciec też wyjechał. Pomyślałem więc, że cię odwiedzę - odpowiedział patrząc w jej niedowierzające niebieskie oczy.
Dziewczyna usiadła na łóżku. Wzięła w dłonie jego rękę, która dotąd gładziła jej policzek.
- Posłuchaj - powiedziała poważnie. - Kocham cię...
- Ja ciebie...
- Nie przerywaj mi, proszę - ścisnęła nieznacznie jego dłoń.
Uśmiech zniknął z jego oblicza. Jej ton nie podobał mu się. Przewidywał, że za chwilę usłyszy coś złego. Z poważnym wyrazem twarzy spojrzał na nią.
- Jesteś dla mnie ważny - zaczęła, próbując się ciepło uśmiechnąć. - Jednak ten areszt domowy... dużo myślałam - błądziła wzrokiem po pokoju. Trwało to chwilę. - Nie ucieknę z tobą - rzekła kierując swoje spojrzenie na niego. Starała się popatrzeć mu w oczy, ale nie dała rady. - Zrozum - powiedziała, uprzedzając go zanim coś powie. - Nie mogę zostawić mamy. I taty. I mojej piastunki, Marii. Przecież ona wtedy straci pracę... To jest też moja rodzina, mimo wszystko. Naszą podróż zaplanowaliśmy pod wpływem chwili. Tak nie można... - dziewczynie drżał głos. Zaczęła łkać.
Chłopak zacisnął zęby. Jednak widząc łzy Laury uspokoił się. Spodziewał się podobnych słów, ale mimo wszystko zabolało. Był pewien, że jej decyzja była podyktowana rozkazem albo snobistycznego ojca albo apodyktycznego dziadka. Przybliżył się do niej i przytulił jej głowę do swojej klatki piersiowej.
- Spokojnie, rozumiem i nie mam za złe... - skłamał, biorąc jej prawą dłoń w swoje ręce. - Ale... jak się będziemy w takim razie spotykać? - zapytał, odsuwając ją nieco od siebie i spoglądając w oczy.
- Właśnie... - zaczęła odpychając go delikatnie rękami. - Właśnie nie będziemy - powiedziała łamiącym się głosem.
Radowit już chciał coś powiedzieć, gdy nagle usłyszeli hałas dobiegający z pokoju piastunki, znajdującego się naprzeciwko. Coś głośno upadło na podłogę, a następnie dało się słyszeć kobiecy krzyk.
- Co się dzieje, ktoś tu jest?! - spytała spanikowana dziewczyna, wycofując się pod ścianę i skulona, przykrywając się kołdrą.
- Cholera! - młodzieniec przypomniał sobie, że przecież ma tu swoje zadanie do wykonania. Wizja spotkania z ukochaną, a następnie rozmowa z nią kompletnie go omotały. - Proszę, tylko się nie denerwuj - rzekł, wyciągając swój sztylet i kierując w stronę drzwi. Zamierzał udawać, że chce obezwładnić intruza, lecz przecież wiedział, że sprawcą hałasu jest Grzybek.
Zanim jednak doszedł do wyjścia z pokoju, drzwi otworzyły się z rozmachem. Stał w nich Ignis. Ogarnął szybko wzrokiem sytuację. Zdziwiło go to, czemu ostrze broni Nowego jest skierowane ku niemu, ale zwalił to na jego niespodziewane wejście.
- Co ty odpierdalasz? Zmywamy się stąd! - krzyknął, po czym ulotnił się.
- Radowit, co... - Laura nie wiedziała, co powiedzieć.
Wtem do pokoju wpadła piastunka dziewczyny potykając się o własne nogi.
- Panienko... - przerwała, gdy ujrzała Nowego.
Chłopak wiedział, że faktycznie czas się ulotnić. Zwłaszcza, że z zewnątrz słychać było jakieś okrzyki.
- Laura, pamiętaj, że cię kocham. Nie zapominaj! - rzucił w biegu.
Szybko znalazł się na schodach. Zbiegając z nich kilka razy o mało się nie przewrócił. Będąc na parterze, odetchnął z ulgą, że są tam jeszcze jego towarzysze. Jednak jego radość nie trwała długo. Przy uchylonych drzwiach stał Ignis, a przy oknie obok Georg. Obaj mieli kusze i strzelali do kogoś na zewnątrz. Drzwi były częściowo zabarykadowane stołem.
- Rozpętało się piekło... - szepnął spanikowany Grzybek.
- Co tu się dzieje? - zapytał Radowit starając się zachować zimną krew.
- Strażnicy... zaatakowali...
- To nie jest przypadek! - krzyknął poirytowany Veronim. - Ale nie damy się, chłopcy - dodał, podchodząc do okna.
Stając za plecami Georga zaczął obserwować sytuację. Strażnicy kryli się, tam gdzie mogli, wychylając się co chwila, by strzelić w stronę przestępców. Główne ich skupisko znajdowało się za drewnianym wozem, stojącym na środku drogi. Nie wiadomo, gdzie był jego właściciel, ale Sadea podejrzewał, że pojazd został sprowadzony specjalnie przez funkcjonariuszy. Ustrzelenie ukrywających się w domu bandytów nie było jednak łatwe - szybko i skutecznie się zabarykadowali, dodatkowo zostawiając sobie miejsce na stanowiska strzeleckie. Wtem niespodziewanie na plac Górnego Miasta wbiegł Ziutek, który ukrył się przy zejściu do bramy i zaczął strzelać do stróży prawa. Jednego trafił w szyję, a wykorzystując efekt zaskoczenia prędko przeładował kuszę i postrzelił w ramię drugiego. Strażnicy byli zaskoczeni, ale część z nich zmieniła cel. Wtedy były rolnik wycofał się zbiegając na dół. Za nim ruszyli dwaj funkcjonariusze, lecz jeden od razu został ustrzelony przez Ignisa. Drugi zdołał zejść na dół, ale Ziutek przechytrzył go i strzelił mu w plecy, po czym ostrożnie wrócił na plac bogatej dzielnicy. Był jednak mniej ostrożny niż ostatnio i poszedł o parę kroków za daleko. Trzech strażników natychmiast do niego strzeliło, a jeden jeszcze poprawił kolejnym pociskiem. Wszystkie bełty dosięgnęły celu. Ziutek z czterema dziurami w ciele chwilę stał, próbując utrzymać się na nogach, jednak szybko upadł i potoczył się w dół po schodach.
- Żądełko - Veronim skinął na Asasyna. Ten domyślił się o co chodzi i uśmiechnął się paskudnie.
Prędko wyciągnął dwa sztylety zza paska. Jeden był zwyczajny, ostrze drugiego było pokryte trucizną. Wyskoczył przez okno i podbiegł w stronę wozu. Jeden z funkcjonariuszy wychylił się, by go postrzelić ale to on został postrzelony przez Ignisa. Żądełko zajrzał pod wóz i spostrzegł, że znajduje się za nim tylko jeden strażnik. Przeszedł więc błyskawicznie na jego stronę i zatopił w nim zatrutą klingę zanim ten w ogóle zdążył zareagować. Usatysfakcjonowany wyraz twarzy zastąpił szybko grymas bólu, gdyż mężczyzna oberwał bełtem jednego ze stróżów prawa w łydkę. Georg jednak szybko to zauważył i zabił strażnika strzałem w skroń.
- Już czysto - powiedział, po czym wyszedł z budynku przez okno.
Veronim wyszedł kilka chwil po nim, gdy już się upewnił, że jest bezpiecznie. Za nim wyszli pozostali.
- Grzybek, zajmij się Żądełkiem. Musimy stąd spierdolić. Rozdzielmy się. Spotykamy się o świcie w kryjówce - rozkazał, po czym pobiegł ku bramie wyjściowej z Górnego Miasta. Minął obojętnie leżące na schodach ciało Ziutka.
- Nie rozumiem... - wyszeptał Georg. - Manfred miał się zająć resztą strażników...
- Nie ma co myśleć, szwagrze, nie ma co teraz nad tym myśleć... - powiedział Grzybek, pomagając rannemu kompanowi pokonac pierwsze stopnie schodów. - Trzeba się stąd zmywać.
Ignis nawet nie wysłuchał tej rozmowy do końca. Pędem pobiegł za Veronimem, kiedy tylko upewnił się, że żaden z funkcjonariuszy nie ukrywa się jeszcze z kuszą.
- Na pewno nie potrzebujecie pomocy? - zapytał Nowy.
Grzybek chciał coś powiedzieć, ale Żądełko uprzedził go:
- Na pewno - rzekł niecierpliwie. - Muszę tylko zejść z tych cholernych schodów, na prostej drodze sobie poradzę. Idź stąd! - warknął, zauważając wahanie chłopaka.
Młodzieniec posłuchał i także zbiegł ze schodów. Szybko znalazł się w Dolnym Mieście i zaczął podążać przed siebie. Zatrzymał się jednak, zauważając coś, czego się nie spodziewał. Z drugiego końca miasta, najpewniej z koszar ulatywał dym. Dużo dymu.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 02-07-19 o 14:36.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 30-06-19, 14:00   #11
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie Rozdział IV cz.2

Veronim mknął przez uliczki miejskie i szybko znalazł się w miejscu, gdzie razem ze swoimi ludźmi przekroczył mur. Zamierzał prędko wspiąć się na dach jednego z dwóch tamtejszych budynków, potem na mur i spokojnie zejść z drabiny. Natknął się tam jednak dwóch nieciekawych typów, ludzi Verdena. Oni szybko go poznali. Jeden miał w ręku pochodnię, która rzuciła światło na twarz szlachcica.
- No proszę, kogo my tu mamy...
Sadea natychmiast wyciągnął broń. Mężczyźni od razu wycofali się.
- Spokojnie, nie zamierzamy walczyć. Z panem Sadeą ani chybi byśmy przegrali - w głosie przestępcy nie było słychać kpiny, choć zbyt wielkiego szacunku także nie.
- To nie zawracajcie mi głowy - warknął herszt wymijając ich. Był wściekły z powodu nieudanej akcji.
Wtem dostrzegł na twarzach swoich rozmówców wyraz zaskoczenia. Szczerego zaskoczenia, z pewnością nie udawali. Młodzieniec podążył za ich wzrokiem. Wpatrywali się w dym unoszący się gdzieś nad drugą częścią miasta. Po jego rozmiarze można było wywnioskować, że płonie duży budynek, a tam był tylko jeden taki - koszary Straży Miejskiej.
- Ten Mirus oszalał... - powiedział jeden z mężczyzn z niedowierzaniem.
- To Mirus... - wyszeptał Veronim. - Jego nieroztropne decyzje przyniosą na niego zgubę - zagroził, po czym poszedł w stronę muru. Zwinnie się przez niego ewakuował.
Ludzie Verdena wzruszyli ramionami. Po chwili ustalili, że powiadomią szefa o obecności jego wroga w mieście tej nocy.

Ignis także szybko znalazł się w porcie. Postanowił jednak trochę pokręcić się po uliczkach, by zmylić ewentualny pościg. Nagle znalazł się w jakimś ślepym zaułku. Zobaczył tam jakiegoś krzepkiego łysego mężczyznę oddającego mocz na mur. Po chwili za wojownikiem znalazło się dwóch mniej barczystych facetów, blokując mu wyjście. Ten pierwszy, gdy w końcu załatwił swoją sprawę, odwrócił się w stronę Ignisa. Ten zmarszczył brwi, poznając go.
- No proszę! - zawołał łysy z uśmiechem. - Ignis, długo się nie widzieliśmy...
Wojownik nie chciał się jednak wdawać w niepotrzebne dyskusje. Odwrócił się na pięcie i ruszył ku wyjściu z zaułka. Tam stali jednak tamci dwaj faceci.
- Stęskniliśmy się - kontynuował mężczyzna. - Może jednak wrócisz do naszej bandy?
Ignis obrócił się gwałtownie w jego stronę.
- Przekaż Verdenowi, że mam w dupie jego propozycje powrotu!
- Zastanów się...
- Puśćcie mnie! - rzucił Ignis w stronę dwóch chłopaków.
Łysy kiwnął głową do mężczyzn. Oni wyjęli swoje miecze.
- To chuj z tobą - powiedział wyciągając swój jednosieczny topór.
Ignis szybko zorientował się w sytuacji i także chwycił swój dwuręczny miecz. Pierwszy zaatakował jeden z chłopaków. Wojownik sparował cios i wyprowadził własne cięcie, które jego przeciwnik uniknął. Potem kolejny cios i piruet. Wytrącił on ostrze zaskoczonemu przestępcy, a drugi wycofał się odruchowo. Mężczyzna wykorzystał siłę swojej kombinacji i wykonał cięcie na ukos, przecinając skórę młodzieńca na klatce piersiowej. Obrócił się szybko do tyłu w stronę łysego z toporem, który akurat dobiegł. Ignis obiegł go i znalazł po jego prawej stronie, po czym zaatakował. Jego adwersarz zablokował cios. Tymczasem drugi z młodzieńców zajął się tym rannym. Łysy kontratakował, jednak Ignis sprawował cios. Mężczyźni rozpoczęli morderczy taniec ostrzy próbując zranić się nawzajem. Po kilku minutach barczysty mężczyzna odskoczył przed ciosem byłego żołnierza.
- A może jednak wrócisz? - zapytał. - Dobrze walczysz, przydasz nam się.
- A może jednak nie? - zripostował Ignis. - Słuchaj, Kornen - specjalnie zwrócił się do przeciwnika po imieniu. - Kojarzę, że masz rodzinę. Nie wkurwiaj mnie więc tymi swoimi propozycjami, to nic im się nie stanie!
Łysy zmarszczył brwi. Zacisnął zęby oraz ręce na trzonku topór.
- Skoro tak... - warknął.
Po czym zaszarżował na przeciwnika. Ten zrobił boczny unik. Kornen prędko się obrócił i wyprowadził cięcie. Nie dosięgnął jednak Ignisa.
- Jokil, na co czekasz?! - zawołał łysy do młodzieńca wciąż zajmującego się rannym towarzyszem. - Zostaw brata i mi pomóż!
- Ha, sam nie dasz rady, co? - zaśmiał się szyderczo Ignis i zaatakował.
Kornen z ledwością się obronił. Tymczasem Jokil zostawił brata siedzącego przy ścianie i z mieczem w ręku stanął w pewnej odległości za byłym żołnierzem. Ten odbiegł kawałek w lewo i obrócił się. Znalazł się w lepszej sytuacji niż wcześniej był, ponieważ tym razem przeciwnicy musieli podchodzić do niego z boków, bo plecy kryła mu ściana. Pierwszy podbiegł łysy. Skrzyżowali bronie. Ignis zrobił krok do tyłu i poprowadził ostrze dalej, zwalniają blokadę topora, który runął na dół. Mężczyzna chciał skorzystać z niedyspozycji przeciwnika i zadać mu potężny cios znad głowy w plecy, ale wtedy ten niespodziewanie upuścił broń i objął Ignisa za nogi, chcąc go obalić. Były żołnierz odrzucił swój miecz na lewo i podjął wyzwanie zapaśnicze. Obaj upadli na ziemię i zaczęli się szamotać. Zdezorientowany i niewiedzący co robić Jokil po prostu stał i przyglądał się temu, jak dwaj wojownicy tarzają się po podłodze. W końcu Ignis zdołał znaleźć się na górze, przygniatając swoim ciężarem przeciwnika. Zaczął go dusić.
- Jokil, tnij go! - wycharczał Kornen.
Młodzieniec natychmiast się otrząsnął i podszedł do walczących. Jednak nie doszedł. Wydał z siebie krótki jęk i coś go sparaliżowało. Upadł na ziemię. Za nim stał kulejący mężczyzna o śniadej cerze i długich za ucho brązowych włosach. W dłoni dzierżył sztylet.
Tymczasem twarz Kornena zaczęła sinieć. Brakowało mu powietrza.
- Po co się męczyć... - westchnął Żądełko kucając przy łysym.
Ignis poznał głos towarzysza, więc przesunął ręce z gardła na głowę. Kornen wziął gwałtowny oddech. Wtem jednak Asasyn poderżnął mu gardło zatrutym ostrzem. Były żołnierz wstał i splunął.
- Dzięki - powiedział. Poszedł po swój miecz. - Nigdy nie byłem zbyt dobrym zapaśnikiem.
- Ale sobie poradziłeś. A teraz zmywajmy się stąd.
Ignis kiwnął nieznacznie głową, a potem obaj ruszyli mu wyjścia z zaułka. Na czatach stał Grzybek, obok którego leżało truchło pierwszego z braci. Rudy mężczyzna wychylił się zza winkla.
- Cholera - syknął w stronę towarzyszy.

Nowy skrył się w ciemnym zaułku Dolnego Miasta, licząc że tu nie będą szukać. Jego nadzieja nie trwała jednak długo. W wejściu do ślepej uliczki stanęło dwóch mężczyzn w mundurach Straży Miejskiej. Jeden był o wiele młodszy od drugiego. Tego drugiego trudno było nie poznać. Był to Sawer Mulgo - Komendant Straży Miejskiej Karynis.
- No proszę - odezwał się. - Kogóż to ujrzałem umykającego ulicami miasta? Adorator mojej wnuczki...
Radowit zacisnął zęby. Nie przypuszczał, że został zauważony. Wiedział, że go aresztują, a pòźniej najpewniej zabiją że względu na osobisty konflikt Komendanta z więźniem. Wyciągnął swój sztylet, choć funkcjonariusze spokojnie mogliby go zabić z dystansu - ten młodszy miał kuszę.
- Spokojnie - powiedział Sawer zauważając gwałtowny ruch chłopaka. - Nie zamierzam z tobą walczyć. Już nie.
Nowy opuścił gardę zdezorientowany.
- Myślałem trochę ostatnio - kontynuował starzec. - Cierpienie Laury, choć nieme przykuło mnie zupełnie, jakby była moją własną córą. Chyba nie mamy prawa odbierać jej szansy na szczęście...
Oczy chłopaka zabłysnęły. Przetarł palcem najpierw jedno ucho, potem drugie by sprawdzić czy na pewno słuch go nie myli.
- Nie myśl jednak, że otrzymasz jej rękę tak po prostu. Jeśli faktycznie zależy ci na Laurze, musisz to udowodnić, zerwać z przeszłością.
Nowy tego nie zauważył, ale towarzyszowi Sawera na słowa o możliwych zaręczynach zadrżały nieco ręce skrzyżowane na klatce piersiowej, a on sam spojrzał w stronę swojego szefa z uniesionymi brwiami.
- T-tak? - Radowit odważył się zapytać drżącym od podniecenia głosem.
- Wiem, że związałeś się z ludźmi Veronima Sadei, samozwańczego Króla półświatka. Ich sprawa bardzo mnie martwi. Są niebezpieczni. Sam rozumiesz, że mogą zagrażać bezpieczeństwu Laury. Jest moją wnuczką, ale też córką jednego z najbogatszych kupców na wyspie. Może zostać porwana dla okupu, lecz także dla zablokowania mojej działalności jako Komendanta.
- Tego może dokonać każda inna banda - zauważył Nowy.
- Niekoniecznie. Inni są zbyt słabi. Ludzie Veronima nie bez powodu określają siebie najlepszymi przestępcami na wyspie. Wiedzą, że mają rację i są z tego dumni. Ich herszt jest przecież nazywany Królem Półświatka - manipulował starzec. Wiedział, że aby przekonać chłopaka musi balansować na granicy prawdy i kłamstwa. - Tylko oni mają wtyki pozwalające im na wejście do Górnego Miasta...
- Ma pan rację... - powiedział cicho Radowit.
- Słucham? Co chcesz przez to powiedzieć?
- No... więc... - młodzieniec zastanawiał się chwilę. Szybko jednak doszedł do wniosku, że nie ma sensu nic ukrywać. To już się przecież stało. - No, bo oni dziś wieczorem to zrobili. Dostali się do Górnego Miasta na włam.
- Sam widzisz, że mam rację. Więc? Zgadzasz się pomóc mi się ich pozbyć? Zerwać z przeszłością? Gdy ich unieszkodliwimy, będziesz wolny, żaden z nich nie będzie się mścił. Ani na tobie, ani na Laurze...
- A mam pańskie słowo, że dostanę rękę Laury? - odważył się zapytać młodzieniec.
- Nie jestem jej ojcem, ale myślę, że kiedy on się dowie o tym co zrobisz, by pokazać, że ją miłujesz, zgodzi się na wasze małżeństwo.
- Pytam, czy pan daje mi słowo.
- Naturalnie - rzekł nieco zaskoczony uporem chłopaka. Jego przyboczny znów drgnął nerwowo.
- A więc zgadzam się - powiedział Nowy. - Dostarczę panu wszystkich potrzebnych informacji.
- Doskonale - ucieszył się Sawer. - Oczekuję cię za trzy dni w jaskini za koszarami Straży. Tymczasem wracaj już do swoich towarzyszy.
- Chwila! - odezwał się towarzysz Komendanta. - Nie chce się pan dowiedzieć, gdzie ludzie Sadei mają swoją norę?
- Spokojnie, Bogirze, spokojnie. On mi to powie, prawda? - zwrócił się z pytaniem do Radowita. - Ale to za trzy dni - dodał nie czekając na odpowiedź. - Ufam mu.
Nowy kiwnął głową na potwierdzenie, po czym wyminął ich przy wyjściu z zaułka. Gdy już nieco się oddalił Komendant spojrzał wymownie na swojego podwładnego.
- Tak jest - powiedział Bogir, salutując, po czym udał się za Radowitem.

Ostatnio edytowane przez Mika 123 : 02-07-19 o 14:35.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 11-08-19, 17:06   #12
 Mika 123
Strażnik Miejski
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Khorinis
Posty: 2 052
Domyślnie

Rozdział V Dzień obławy


Świt już nastał. Veronim wszedł do swojego pokoju, trzaskając drewnianymi drzwiami. Nie dbał o to, czy kogoś obudzi. O tej porze bowiem wstawali nieliczni. Szlachcic usiadł przy stole i postawił na nim swój blaszany kubek. Wziął pierwszy lepszy alkohol i nalał sobie. W międzyczasie Antonio śpiący na jego łóżku usiadł, obudzony hałasem.
- Jesteś - powiedział lekko nieprzytomnie. - Jak widzę nie wyszło.
Sadea wypił jednym haustem zawartość swojego kubka. Nalał sobie kolejną kolejkę. Milczał.
- Przynajmniej strażnicy cię nie złapali.
- Kubek mnie ochronił - burknął Veronim unosząc przedmiot do góry, po czym wypił jego zawartość.
- Ech, przestań w to wierzyć. Ten kubek nie ma w sobie nawet grama mocy magicznej.
- Gówno mnie to obchodzi. Przynosi mi szczęście i tyle - młodzieniec wychylił następną kolejkę. Wstał i zwrócił w kierunku Asasyna. - To była pułapka, Antonio. Gdy byliśmy w domu Mulgo na placu pojawili się strażnicy. Chcieli nas osaczyć i cudem udało nam się uciec - szlachcic wyminął rozmówcę i usiadł na swoim łóżku. Stwierdził jednak, że ta pozycja mu nie odpowiada, więc położył się na wznak. - Żądełko jest ranny - dodał obojętnie. - Plan nie wypalił. Jesteśmy osaczeni.
- A Nowy? - zapytał ostrożnie wąsacz.
- A twój nowy wychowanek prawdopodobnie żyje i ma się dobrze. Kazałem im się rozdzielić, ale powinni tu niebawem być - Veronim znowu usiadł. - Nie bój się o niego, nie brał udziału w walce.
- Widzę, że tracisz już wiarę... może to już czas, a może tylko chwilowy kryzys?
- Przestań mówić zagadkami! - krzyknął Sadea nagle wstając. - Nie, ja się nie poddam! Nie dam Chudemu tej satysfakcji! - mężczyzna wyciągnął miecz.
Antonio złapał go gwałtownie za ramię.
- Co zamierzasz zrobić?!
Herszt spojrzał na Asasyna, a następnie na klingę swej broni. Oglądał ją chwilę spokojnie.
- Jeszcze nic. Chociaż... mam ochotę go zabić. Zabić i nie interesować się tym, co tu będzie dalej. Zabrać co się da i uciec gdzieś. Gdzieś... Może na Kontynent, chociażby do Faring? Albo na Wschodni Archipelag? Tyle możliwości...
- Nie myśl tak! Da się coś jeszcze zrobić...
- Nie... Strażnicy nas zniszczą... Ta akcja to była klapa.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
- O, pewnie przyszli - powiedział nieco obojętnie Veronim. - Wejść!
Weszło dwóch mężczyzn. Grzybek i Nowy. Ten pierwszy był wyraźnie ranny. Jego koszula była rozcięta po ukosie na klatce piersiowej, z wargi wolno sączyła się krew, w dodatku kuśtykał. Asasyn i jego wychowanek spojrzeli na przybyszy. Sadea wydawał się być zaintrygowany.
- Szefie... - powiedział słabo Grzybek. Spojrzał pytająco na szlachcica, jednak Radowit nie czekał i pomógł mu usiąść przy stole. W tym samym czasie zielonooki kiwnął aprobująco głową. - Dziękuję. Szefie, po pierwsze, Żądełko nie żyje. Po drugie Ignis prawdopodobnie siedzi w pace...
- Jak to się stało? - spytał Antonio.
Grzybek spojrzał na niego.
- Spotkaliśmy się w dzielnicy portowej... - zaczął. - Pomogliśmy Ignisowi w walce z ludźmi Verdena. Chcieliśmy się już zmywać, gdy zobaczyliśmy, że koszary płoną. Żądełko powiedział, że Mirus zwariował... - Grzybek uśmiechnął się słabo. - Ignis powiedział, że najlepiej byłoby go zlikwidować...
- Mirusa? - zapytał zaskoczony Veronim. Po chwili zmarszczył brwi. Miał podejrzenia, że to on jakoś dowiedział się o ich akcji i ich wydał. Odwróciłby tym samym uwagę Straży od koszar i mógł sprawniej zaatakować więzienie, by uwolnić swoich ludzi.
- Tak - potwierdził Grzybek. - I miał rację... całe to wydarzenie sprowadziło na nas kłopoty. W całym mieście zaczęło się roić od strażników szukających wody do gaszenia pożaru. Trafiliśmy na jeden z takich oddziałów - mężczyzna zakaszlał. Antonio szybko nalał do kielicha jakiegoś przypadkowego trunku i podał opowiadającemu. - O, dziękuję - rzekł, po czym napił się. - Było ich czterech. Ignis prędko zabił dwóch, Żądełko zajął się jednym, ja mu pomogłem. Ostatni zaatakował Ignisa od tyłu, lecz ten odwrócił się i sparował cios. Nieco za późno, bo sztych miecza strażnika zdążył go już sięgnąć i kiedy Ignis odpychał jego klingę od siebie, ta rozcięła mu skórę. Potem z tyłu przyszli kolejni strażnicy. Tych było już trzech. Jeden strzelił z kuszy i powalił Żądełko. Ten próbował się jeszcze poturlać do nich i zaatakować, ale ubiegłem go. Nie chciałem, by coś mu się stało, więc podbiegłem i wytrąciłem strażnikowi kuszę. Reszta rzuciła się na mnie... - jęknął. Wspomnienie wywołało fizyczny ból. - Ignis poszedł mi w sukurs, gdzieś w pobliżu leżał Żądełko i krwawił. Próbowałem się do nieco przedostać, ale jeden ze strażników stanął na mnie, może przypadkiem. Przewrócił się, potem widziałem jak Ignis go dobija. Przeczołgałem się do Żądełko, ale musiało być za późno... leżał z zamkniętymi oczami, zaś z jego ran tworzyła się kałuża krwi. Ledwo wstałem, Ignis dał mi eliksir leczniczy. Trochę mi się wówczas polepszyło. Postanowiliśmy zostawić Żądełko... ale za następnym zakrętem czekali kolejni strażnicy. Krzyknąłem, żeby uciekać. Biegłem, jakby gonił mnie sam Verden, dobiegłem do drabiny, ale kiedy wspiąłem się na mur i odwróciłem, Ignisa nie było. Wolałem się tam już nie wracać... zszedłem na dół i wróciłem tutaj.
- A ty, Nowy? - zapytał Veronim.
- Eee... ja stałem pod drzwiami. Sam nie chciałem przeszkadzać - odpowiedział zaskoczony pytaniem chłopak.
- To prawda.
- Nie o to pytałem, ale już nieważne. Możecie wracać - Sadea machnął obojętnie ręką. Usiadł na łóżku. - Odpocznijcie.
- Chętnie - uśmiechnął się niemrawo Grzybek. Nowy pomógł mu wstać.
- Antonio, ty też już idź. Chcę zostać sam - powiedział herszt kładąc się na łóżku.
- Jak sobie życzysz, Wasza Wysokość - Asasyn kiwnął głową i wyszedł za Grzybkiem i Nowym.

***


Następne trzy dni minęły szybko. Za szybko w mniemaniu Radowita. Przez ten cały czas zbierał dyskretnie informacje dla Sawera Mulgo. Wbrew pozorom nie było to takie trudne. Jednocześnie starał się zachowywać naturalnie przed Antonio, Czarną Wdową, Grzybkiem i innymi. Czuł się też podle. Dostał od tych ludzi schronienie, uczyli go też walki sztyletem, a on chciał ich zdradzić. Drugi głos w jego głowie mówił jednak, że to są obcy ludzie, w dodatku przestępcy. Nie są warci jego litości, zwłaszcza jeśli stawką za ich życie jest błogosławieństwo Komendanta Straży w sprawie ożenku z jego wnuczką. Nie mógł się już doczekać, kiedy ją znów zobaczy, obejmie... Potrząsnął nieznacznie głową. Odpłynął. A właśnie grał z Antonio, Czarną Wdową i trzema innymi bandytami w kości.
- Znowu wygrałem! - ucieszył się Łokieć, wykonując swój charakterystyczny gest zwycięstwa: przyklepanie otwartą prawą dłonią lewego zgiętego łokcia.
- Ja się jeszcze odkuję - zagroził Antonio.
Nowy spojrzał na niego, potem na Czarną Wdowę, która właśnie ukradkiem podbierała sąsiedniemu graczowi, niejakiemu Dymkowi, kilka monet z jego wygranej. Naprawdę było mu ich żal. Także z graczem numer trzy, Kuflem, zdążył nawiązać sympatię. A tymczasem wkrótce mieli oni zostać napadnięci przez Strażników Miejskich. Ale wiedział, że to co robi ma sens, że dzięki temu ożeni się z Laurą. To było warte każdego poświęcenia.
- A tak z innej beczki - zaczął Kufel - wiecie, że przy przełęczy na południu widziano tych wielkoludów, tych, no... Orków! Właśnie, Orków. Tych wielkich i niebezpiecznych.
- Wiem, o czym mówisz, stary - odezwał się Antonio. - Blady mi mówił. On jako Nordmarczyk miał z nimi do czynienia.
- Ale tutaj to już nam nie zagrożą. Tu zostali pokonani ostatecznie i nie będą stanowić zagrożenia - rzekł Łokieć. - W roku 212, w tej słynnej bitwie, kiedy to zginął sam Mistrz Miecza Dietmar Ukara... Ej, ej! Chwila, nie odwracajcie uwagi od gry, cwaniaki. Jeszcze raz!
- Ja już jestem spłukany - wymigał się Nowy, wstając. - Przejdę się trochę, muszę się odlać.
Chłopak otrzepał się z ziemi i odszedł. Wiedział, że idzie nieco dalej, na spotkanie z Sawerem Mulgo, by zdać mu raport. Źle się z tym czuł. Ale nie mógł się już wycofać. Zresztą, nie chciał. Nie chciał tracić szansy na szczęście z ukochaną. Mimo to szedł niepewnym krokiem.

- Sztyletniku, jestem już zdesperowany - powiedział Veronim krążąc po jaskini.
- Widzę - odparł bezczelnie, lecz lekko się uśmiechając mężczyzna.
- Tak... Liczę, że się tego podejmiesz, to nasza ostatnia szansa.
- Istotnie... Jasne, zrobię to.
- Tylko trzymaj gębę na kłódkę. Idź już. Czegokolwiek będziesz potrzebował, powinieneś otrzymać to od Igły i jego ludzi. Moich ludzi... Daj mu to pismo.
Sztyletnik kiwnął ze zrozumieniem głową i wyszedł. Prędko skierował się w stronę wyjścia z obozu. Zamierzał jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Gdy znalazł się już na górze dostrzegł idącego ścieżką chłopaka. Rozpoznał go od razu. To był Nowy, protegowany Antonio. Murzyn przyspieszył kroku zaciekawiony gdzie młodzieniec się wybiera. Blondyn ominął miasto i poszedł dalej, w stronę wzniesienia. Starzec przypomniał sobie jednak o swoim zadaniu, toteż zignorował chłopaka i wkroczył do miasta, pokazując im glejt ukradziony niegdyś pewnemu kupcowi.

- Doskonale - rzekł zadowolony Sawer. U jego boku stał Bogir, który zapisywał informacje od Radowita. - Świetnie się spisałeś. Bogirze, zanotuj jeszcze, że obława nastąpi za trzy dni.
- Wszyscy zginą? - zapytał niepewnie Nowy.
- Cóż, ci którzy zostaną schwytani żywcem zostaną publicznie powieszeni. Nie ukrywam, iż liczę że wśród nich znajdzie się Sadea... Chyba ci ich nie szkoda, chłopcze?
- Nie... chy... nie.
- A jednak coś cię martwi... Spokojnie, chłopcze, wiem co cię trapi. Boisz się. Boisz się zemsty. Słusznie. Jednak nikt nie powiąże cię z tą sprawą. Bogir, zwiąż mu ręce.
- C-co?! - zaskoczony chłopak aż się cofnął.
- Spokojnie - powiedział opanowany Sawer. - Zostaniesz aresztowany za kradzież i do czasu obławy będziesz siedział w celi. Nie obawiaj się, będziesz sam. Wszystko zostanie wiarygodnie przeprowadzone.
- No dobrze... - zgodził się niepewnie Radowit. Czy mógł tak ryzykować? To wszystko coraz mniej mu się podobało. Ale miał przecież słowo Sawera Mulgo. Komendant Straży nie złamałby przecież słowa...

Następnego dnia nikt za bardzo nie zauważył zniknięcia Nowego. Dopiero wieczorem, gdy Łokieć chciał zebrać wszystkich, by zagrać w kości zauważył jego nieobecność. Postanowił powiadomić o tym Antonio.
- Nie, Łokieć, nie zagram z tobą w kości - powtórzył swoje wcześniejsze stanowisko, gdy zobaczył, że mężczyzna do niego podchodzi.
- Nie o to chodzi, Antonio - odparł tamten. - Szukałem Nowego. Ale nigdzie go nie ma.
- Schował się przed tobą! Że też ja na to nie wpadłem!
- No cóż, ja bym tak tego nie bagatelizował na twoim miejscu. Ale w porządku, mam już czyste sumienie.
- Akurat! - zaśmiał się Asasyn.
Łokieć odszedł bez słowa.

Kolejnego dnia Antonio zaczął się już niepokoić. Zaczął wypytywać ludzi, czy nie widzieli gdzieś Nowego, lecz nikt nic nie wiedział. Asasyn uznał wówczas, że należy kontynuować poszukiwania w mieście. Pomyślał, że chłopak pewnie zechciał spotkać się z tą swoją ukochaną w mieście. Śniadoskóry nie wiedział, że jest nią wnuczka Sawera Mulgo.
Po drodze minął się z wyraźnie zaaferowanym Chudym. Ten zaczął wręcz biec, aż dotarł do pokoju Veronima. Miał pewność, że musi przekazać hersztowi swoje informacje, mimo iż go nie lubi. Tu stawką było przetrwanie bandy, więc jego zdaniem na chwilę obecną należało odłożyć na bok prywatne spory. Sadea nawet nie zdążył zareagować, bowiem natychmiast usłyszał słowa łucznika:
- Słuchaj, strażnicy planują obławę, wiem z pewnego źródła! Chcą zaatakować za dwa dni o zmroku!
Szlachcic potrzebował chwili by przetrawić tę informację. Nie wiedział czy może wierzyć rozmówcy. Jednak prewencja nikomu nie zaszkodzi.
- Więc zawołaj mi tu natychmiast Antonio i Bladego. Trzeba obmyślić plan obrony.
- A co ze Sztyletnikiem?
- Sztyletnika nie ma w obozie, nie musisz się nim martwić.
- Oczywiście - powiedział, po czym wyszedł.
Veronim usiadł przygarbiony na łóżku i sięgnął po wino. Nalał sobie alkoholu do blaszanego kubka i napił się. Wpatrywał się w bordową ciecz nie myśląc o niczym konkretnym. Nie wiedział ile czasu mu na tym upłynęło, ale gdy zobaczył już dno naczynia usłyszał, że drzwi otwierają się. Do jego pokoju wszedł Sztyletnik.
- Zadanie wykonane, Wasza Wysokość - powiedział, kłaniając się pośpiesznie, karykaturalnie.
- Już sobie nie kpij - odparł Sadea wstając. - Jesteś pewien, że Jarkendarczycy się o tym dowiedzą?
- Owszem. Zadbałem o to.
- Świetnie - uradował się Veronim, zaczynając krążyć po jaskini z rękoma splecionymi za plecami. - Jeśli coś powstrzyma krucjatę Feliksa przeciwko nam, to tylko wojna z Jarkendarem. A nawet jeśli nie, to będzie to wyśmienita zemsta.
- Taaak... tylko jest jedna mała przeszkoda. Jarkendarczycy to dziwny lud. Nie mają jednego władcy. O ich państwie decydują przywódcy wszystkich kast, więc trochę może im zejść zebranie się w jednym miejscu i podjęcie decyzji.
- Wiem o tym - szlachcic kiwnął głową. - Pozostaje nam jedynie mieć nadzieję, że zbiorą się szybko.
- Ryzykownie. Ale szanuję.
- Możesz już odejść.
Sztyletnik skinął głową i wyszedł. Spotkał się jednak w drzwiach z Chudym i Bladym.
- O, jesteś - powiedział łucznik. - Chodź, Veronim z pewnością chce cię widzieć.
- Przecież właśnie od niego wracam, baranie - odparł czarnoskóry starzec.
- Ale kazał się nam zebrać. Mamy rozmawiać o planie obrony przeciwko strażnikom.
- Strażnikom? O czym ty mówisz? - zdziwił się mężczyzna obracając głowę przez ramię, zaglądając do pokoju Sadei, który miał za plecami. - Planują obławę?
- Tak! - zniecierpliwił się łysy. - Właź!
Sztyletnik, Chudy i Blady wkroczyli do pokoju herszta bandy.
- Nie powiedziałeś mi o obławie - powiedział murzyn z lekkim wyrzutem.
- Bo wiedziałem, że prędzej czy później się dowiesz - odparł zielonooki. Rozejrzał się po zebranych. - A gdzie Antonio?
- Niestety, nie mogłem go nigdzie znaleźć - odpowiedział Chudy. - Musimy zacząć bez niego.
Veronim zamyślił się. Wolał mieć Antonio przy sobie. Co do jego lojalności nie miał wątpliwości. Pozostali wzbudzali jego wątpliwości, zwłaszcza Chudy. Ale musieli współpracować.
- Niech będzie - zgodził się herszt.

Antonio wracał pośpiesznie z miasta, kierując się w stronę bramy. Nie znalazł chłopaka, a pytał niemal wszystkich w porcie. Parę razy spotkał się jednak nawet z pogardą rozmówców mówiących, że ludzie Veronima nie mają już czego szukać w mieście, bo są skończeni. Drążył temat i dowiedział się o planowanej obławie Straży na ich kryjówkę. Chciał natychmiast przekazać te wieści Veronimowi, myśląc że ten jeszcze nie wie.
Tymczasem chłopak, którego szukał Asasyn znajdował się już w więzieniu. Zdążył przywyknąć do niewielkiej, lecz zgodnie z obietnicą Sawera Mulgo jednoosobowej celi, do której został wrzucony. Potwornie mu się nudziło. Wszystkie ściany były z cegieł, toteż nie miał żadnego widoku na to, co było na zewnątrz. Jedynie w drewnianych drzwiach znajdowało się przesuwane okienko, otwierane jednak od zewnątrz.
Nagle poruszył się niespokojnie. Jedna z cegieł w ścianie się poruszyła, wydając charakterystyczny chrobot, a następnie wypadła uderzając głucho o podłogę. Z zewnątrz cisza, żadnych kroków, więc chyba strażnik tego nie usłyszał. O ile w ogóle tam był. Nowy zajrzał przez nowopowstałą dziurę w ścianie. W sąsiedniej celi panował ten sam półmrok, co u niego. Nie odezwał się nie chcąc zwracać uwagi strażnika. Skulił się tylko w przeciwległym kącie celi i z niecierpliwością wyczekiwał dnia obławy.

W tym samym czasie Antonio dotarł do kryjówki i przekazał swe informacje Veronimowi. Ten oznajmił, że o wszystkim wie i właśnie opracowują plan obrony. Herszt nakazał mu więc usiąść i nawet nie chciał, by Asasyn się tłumaczył ze swej nieobecności. Minęło kilka godzin i w końcu mężczyźni wszystko ustalili.
- No dobrze - zaczął Sztyletnik. - A co jeśli będzie ich zbyt wielu? Musimy opracować plan ewakuacji - dodał. Po chwili jednak widząc zdziwiony spojrzenia reszty, sprostował: - Naszej ewakuacji z zagrożonego terenu. W międzyczasie nasi będą walczyć, dając nam osłonę.
- W taki plan musi być wtajemniczenie jak najmniej osób - powiedział Chudy. - Wyobraźcie sobie, co powiedzą chłopcy na wieść, że chcemy ich wystawić.
- Macie rację - przyznał Veronim. - Jakich zaufanych ludzi proponujecie? Przypominam, że ma ich być najmniej jak to możliwe.
Zaczęła się dyskusja. Każdy dodawał kogoś lub coś od siebie. I w końcu plan obrony przed obławą został w pełni ukończony. Czekał jedynie na realizację...

Następnego dnia wszyscy przygotowywali się do czekającego ich starcia. Każdy wiedział, że to starcie na śmierć i życie. Przecież jeśli nie zginą tutaj, to zostaną pojmani i straceni w mieście. A ucieczka nie wchodziła w grę. Tak byłoby z pewnością w przypadku zwycięstwa strażników, toteż przestępcy dawali z siebie wszystko, by jak najbardziej być gotowymi.
Tymczasem Veronim stał wraz z Antonio w swoim pokoju, gotów do walki, ale także do ewakuacji. O tym, co uczyni miały zdecydować wieści od Grzybka wysłanego do miasta. Sztyletnik dał mu swoje pozwolenie na wejście do miasta, by nie wzbudzał podejrzeń łapówką.
- Oby go nie złapali... - powiedział Antonio.
- Tak, jego informacje są kluczowe. Bo kiedy zaatakują to wiemy. Ale nie wiemy ilu ich będzie - potwierdził Sadea.
Wtedy ktoś zapukał do drzwi.
- Wejść! - zawołał lekko zniecierpliwiony szlachcic.
Wszedł Grzybek, kładąc glejt na stole. Antonio wziął papier i schował go, porozumiewawczo kiwając głową.
- Szefie... - zaczął Grzybek. - Ich jest mnóstwo! Stali wśród zgliszczy koszar, a część na Placu Wisielców. Ma im przewodzić jeden z synów Feliksa Ukary, chyba...
- Dietmar Ukara Młodszy - wyszeptał Veronim. - Tylko on ze wszystkich potomków Feliksa poszedł do Straży. Antonio, Grzybek, idźcie po resztę. Realizujemy plan ewakuacyjny.
- Tak jest! - odpowiedzieli niemal jednocześnie, po czym wyszli z pomieszczenia.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Ilja chce artefakt waza Piksel112 Pomoc 1 12-01-17 21:03
Problem z zadaniem starożytny artefakt. Melothar1 The Returning 0 30-10-16 13:32
Sarkeras - Artefakt Przodków Scholar Publikacje modderów 0 12-08-14 13:50
Jak zdobyć ten artefakt Mario618 Pomoc 15 06-08-11 15:15


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.