Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę "Pamiętnik dyplomaty" - praca konkursowa

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 17-03-09, 09:59   #1
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 009
Domyślnie "Pamiętnik dyplomaty" - praca konkursowa

Dwanaście dni, które wstrząsnęły światem, czyli zapiski nieznanego dyplomaty

Wielki Mistrz Ognia siedział w swojej komnacie na ulubionym fotelu i z coraz większym zainteresowaniem czytał list jaki otrzymał od gubernatora Khorinis.
„… i właśnie wtedy, Mistrzu, mój bibliotekarz, któremu zleciłem inwentaryzację starego archiwum, odnalazł zabytkową skrzynię zawierająca jedne z najstarszych dokumentów jakie się w Khorinis zachowały. Wśród nich odkrył zapiski anonimowego autora o nader ciekawej treści. Sądząc po datach zachowanych na innych dokumentach ze skrzyni pochodzą one z czasów przed Pierwszą Wielką Wojną Międzyzakonną, która rozpoczęła się 435 lat temu i trwała prawie 80 lat. O ile historię samych zmagań wojennych znamy dość dobrze z najróżniejszych kronik, to już przyczyny jej wybuchu spowite są mrokami historii, bo dotąd nie odnaleziono żadnych dokumentów, które naświetlałyby tę sprawę. Do dziś nie wiadomo dlaczego beliarowcy wtedy zaatakowali Królestwo bez żadnego powodu. Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie gdy zapoznałem się z treścią odnalezionych notatek. Możliwe, że jest to pierwszy dokument, który wyjaśnia nam tę kwestię. Należy tylko dokładnie je zbadać, czy rzeczywiście pochodzą z tego okresu i czy można zaufać ich autorowi. Pozwoliłem sobie przesłać je w całości, żywiąc nadzieję, że rzucą trochę światła na nieznane nam meandry historii.”
Mistrz odłożył list gubernatora i sięgną po plik pergaminowych kart pokrytych równymi, kaligraficznymi runami i zagłębił się w ich lekturze…

***

Dzień pierwszy
Ku swemu zdziwieniu, jako nowy narybek z Zakonie Innosa, zaraz po zakończeniu okresu próbnego otrzymałem wezwanie do stawienia się przed samym głównym kancelistą Wielkiego Mistrza Ognia. Nie miałem pojęcia komu i czemu mogę zawdzięczać ten zaszczyt, więc nie zwlekając udałem się do zakonnej kancelarii, skąd zaprowadzono mnie przed oblicze dostojnika. W kancelarii panował straszny rejwach, bo kilka dni temu Wielki Mistrz Ognia ogłosił, ze już za dwa miesiące zamierza poślubić wybrankę swojego serca i rozpoczęto przygotowania do wesela. Z plotek wiedziałem, że miało to być wielkie wydarzenie, na które miano zaprosić wszystkich możnych i ważnych z całego świata.
Jakież było moje zdumienie, gdy poinformowano, że mam osobiście dostarczyć zaproszenie na wesele samemu Wielkiemu Czarnemu Mistrzowi z Zakonu Beliara. Od lat żyliśmy w pokoju i stosunki z tym rywalizującym z nami zakonem układały się coraz lepiej. Wręczono mi zalakowana kopertę z zaproszeniem i skierowano do jednego z urzędników po dalsze instrukcje. Jestem przekonany, że ten zaszczyt zawdzięczam swojemu opiekunowi, który przeprowadził mnie przez okres zakonnej próby. Musiałem zrobić na nim dobre wrażenie, bo często na mój widok krzyczał „Cóż za bezintelektualny idiotokretyn po lobotomii”. Nie wiem co dokładnie znaczyły te słowa, ale pasja z jaką je wymawiał przekonały mnie, że musiał być to nielichy komplement. Kancelista dał mi kwit do zakonnych magazynów skąd miałem pobrać zaopatrzenie na drogę. Dostałem też pismo do Skarbnika Zakonu, który miał mi wydać środki finansowe na drogę oraz drobne prezenty dla napotkanych beliarowców, bo, jak mi wytłumaczono, starym zwyczajem jest, że poseł Wielkiego Mistrza Ognia zawsze wręcza drobne prezenty napotkanym przedstawicielom zakonów, do których posłuje.
Gdy wszystko już załatwiłem przyszedł do mnie mój opiekun. Był bardzo zaaferowany tym, że to mi przypadł w udziale zaszczyt posłowania do Zakonu Beliara. Długo kręcił głową patrząc na mnie swym przenikliwym wzrokiem. W końcu przemówił do mnie tymi słowy: „Ty bezintelektualny idiotokretynie po lobotomii (znowu mnie pochwalił), mam nadzieję, że nic tym razem nie schrzanisz. Aby mieć tego pewność, masz codziennie pisać szczegółowe raporty z podróży i przesyłać je bezpośrednio do mnie.” Po czym wręczył mi wiązkę teleportacyjnych tulei pocztowych i wyjaśnił jak się nimi posługiwać. Mianowicie po napisaniu raportu miałem włożyć pismo do tulei i szczelnie ją zamknąć. Potem przekręcić znajdujący się na niej pierścień aktywujący zaklęcie i szybko rzucić ją na ziemię. Jak wyjaśnił mi mój opiekun, należało to uczynić, bo w przeciwnym razie teleportująca się tuleja mogła pozbawić dłoni trzymającą ją osobę. Wziąłem sobie te uwagi do serca, bo jestem nader przywiązany do swoich dłoni. Co jak co, ale to właśnie im zawdzięczam najpiękniejsze chwile swojego intymnego życia…

Dzień drugi
Od rana jestem w drodze. W ręku trzymam pergamin z narysowaną na nim podobizną drogowskazu pokazującego drogę do Zakonu Beliara. Mój opiekun kazał mi ciągle się w nią wpatrywać, abym nie zgubił drogi, bo mimo, że trakt prowadził bez żadnych rozwidleń, mój opiekun bardzo się przejmował tym, abym trafił na miejsce bez przeszkód. Bardzo mnie wzruszyła jego troska, bo musiała świadczyć o wielkim szacunku jakim musiał mnie darzyć.

Dzień trzeci
Dzisiaj nic się nie wydarzyło. Podróżuję bez przeszkód. Trochę tylko opóźnia mnie porównywanie napotkanych drogowskazów z otrzymanym rysunkiem. O ile same drogowskazy są kolorowe, to otrzymany rysunek przedstawia je jako czarno-białe. Nie wiem co o tym sądzić. Pewnikiem ktoś złośliwie je przemalował aby utrudnić mi drogę. Toteż zatrzymuję się przy każdym z nich i cierpliwie czekam tak długo aż pojawi się inny podróżnik i odpowie na moje pytanie czy na pewno podróżuję w odpowiednim kierunku. Nie rozumiem dlaczego pytani patrzą na mnie dziwnym wzrokiem i często po udzieleniu odpowiedzi pukają się w głowę. Czyżby ich bolała?

Dzień czwarty
Dalej poruszam się naprzód. Podróżuję tylko do południa, bo resztę czasu zajmuje mi pisanie szczegółowych raportów z podróży. Szczególny nacisk kładę na opis mijanej przyrody i napotkanych wędrowców. Mój opiekun zawsze powtarzał, że tylko bystry obserwator da sobie radę w życiu. A że jego nauki zawsze biorę sobie do serca, przykładam się do tych opisów z całych sił, upiększając je dodatkowo rysunkami co ładniejszych kwiatów i zwierząt jakie danego dnia napotkałem. Szczególnie trudno było mi narysować mrowisko na jakie dziś trafiłem, bo nijak jego obraz nie chciał się zmieścić na jednej karcie i musiałem w końcu skleić sześć z nich, aby dokończyć swój raport.

Dzień piąty
Moje raporty musiały wywrzeć na moim opiekunie nie lada wrażenie. Podobno mam wrodzone zdolności telepatyczne, objawiające się szczególnie w czasie snu. A tej nocy wyraźnie słyszałem przez sen wycie mojego opiekuna gdy zapoznał się z przesłanym raportem. Na pewno jego zachowanie było wyrazem podziwu dla mojej spostrzegawczości.
Dotarłem w końcu do jednej z tawern znajdujących się na Terytoriach Neutralnych. Tam niespodziewanie dowiedziałem się, że dzięki wstawiennictwu mojego opiekuna (jak wielce on musi sobie mnie cenić!) będę mógł skorzystać z teleportu, który przeniesie mnie pod samą granicę ziem beliarowców. Skróci to moją podróż, jak sobie obliczyłem, o jakieś trzy tygodnie. Nie wiem jak to możliwe, że w kancelarii poinformowano mnie, że bez korzystania z tego wynalazki kurier pokonuję trasę, w która mnie wysłano w dziesięć dni. Kiedy biedak ma czas na pisanie raportów? W nocy? I to po ciemku? Pewnikiem kancelista się pomylił.
W dalszą drogę wyruszę jutro. Resztę dzisiejszego dnia poświęcę napisaniu kolejnego raportu. Muszę się skupić, aby wiernie w nim oddać wizerunek jaskółek w locie, które to rano zaobserwowałem.

Dzień szósty
Jestem na granicy! Przede mną już niewiele drogi. Postanowiłem, że przyspieszę swoją podróż i tak jak to chyba czynią kurierzy, raporty będę pisał nocą, korzystając ze światła jakie daje ognisko.
Gdy wieczorem w końcu udało mi się je rozpalić (dopiero po kilkunastu próbach odkryłem, że należy do tego używać suchego drewna) usiadłem do pisania. I wtedy, koło północy, spotkałem pierwszego w swym życiu przedstawiciela Zakonu Beliara. Osobnik był dość dziwnie wyglądający. Wielki i cały porośnięty gęstym włosiem. Do tego zamiast twarzy miał coś, co nader przypominało wilczy pysk. Zauważyłem go, gdy stał i wył do księżyca.
Grzecznie go zawołałem. Osobnik, usłyszawszy mnie, pędem rzucił się w moim kierunku warcząc i szczerząc kły. Zanim dobiegł zdążyłem się mu przedstawić, jako emisariusz Wielkiego Mistrza Ognia podróżujący z poselstwem do samego Wielkiego Czarnego Mistrza. Zatrzymał się wtedy i chrapliwym głosem poinformował mnie że mam szczęście, że zdążyłem mu się opowiedzieć, kim jestem. Ciekawe dlaczego?
Nagle przypomniałem sobie o zwyczaju dawania prezentów napotkanym beliarowcom. Powiedziałem mu, że mam dla niego podarek. Wilkopodobny beliarowiec wyraźnie się ucieszył. Sięgnąłem więc do sakwy aby wyjąc jeden z drobiazgów jakie dostałem w tym celu od zakonnego skarbnika. Akurat trafiłem ręką na łańcuch z pięknym medalionem. Szybkim ruchem założyłem mu go na szyję. Reakcja obdarowanego trochę mnie zaskoczyła. Beliarowiec najpierw zawył tak głośno, że prawie mnie ogłuszyło, a z pobliskich drzew posypały się liście. Potem dostał drgawek, padł na ziemię i znieruchomiał. Przez chwilę myślałem, że to taki zwyczaj, ale czas mijał, a on się nie ruszał. Zbliżyłem się do niego i ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie żyje! Musiał, biedaczek, tak się przejąć pięknym podarunkiem, że serce nie wytrzymało wzruszenia. Zabrałem mu więc podarowany łańcuch. Szkoda go było zostawiać, w końcu wykonany był z czystego srebra. Zaciekawiło mnie tylko dlaczego wypalił on ślad na ciele wilkopodobnego osobnika, ale doszedłem do wniosku, że musiał on już wcześniej mieć tę bliznę i tylko jej nie zauważyłem. Skończyłem pisanie raportu i udałem się na spoczynek.

Dzień siódmy
Cały dzień przedzierałem się przez bagna. Pod wieczór, zdenerwowany tnącymi mnie komarami, postanowiłem cos z tym zrobić. Akurat jednym z nielicznych zaklęć, które udało mi się opanować, był czar ognia. Zdecydowałem się go użyć, aby odpędzić owady. Wyszedł mi nadspodziewanie dobrze. Ściana ognia popędziła we wszystkie strony paląc na popiół wszystko co napotkała na swojej drodze. Dobiegły do mnie jakieś dziwne piski i krzyki, gdy ogień trawił odległe zarośla, ale uznałem je za dźwiękowe omamy, które, jak kiedyś opowiadał mój opiekun, często spotykają wędrowców na bagnach.
Gdy się ściemniło usiadłem przy ognisku aby spożyć kolację. I wtedy spotkałem kolejnego przedstawiciela Zakonu Beliara. Jakiś strasznie zabiedzony był, straszna chudzina. Ubrany w długą czarną pelerynę, spod której widać było tylko jego łysą głowę. Skórę na twarzy miał strasznie bladą, aż siną. Jego gorejące dziwnym czerwonawym blaskiem oczy wpatrywały się we mnie, zupełnie jakby chciał mnie urzec. Nie mogło mu się to udać, bo mój opiekun stwierdził kiedyś, że mój rozwój intelektualny (nie wiem o co mu chodziło, ale pewnie jak zwykle mnie chwalił) nie pozwala na zdominowanie (cokolwiek to słowo znaczy) mojego umysłu. „Nie można zdominować, czegoś, czego nie ma” tak stwierdził mój opiekun poważnym głosem.
Przez dłuższy moment obaj wpatrywaliśmy się sobie w oczy z wielkim zainteresowaniem. W końcu zabiedzony osobnik, jakby rozczarowany, odwrócił wzrok i spytał mnie kim jestem. Gdy się przedstawiłem powiedział, że wskaże mi dalszą drogę. Ucieszyła mnie jego uprzejmość i przez chwilę zastanawiałem się nad obdarowaniem go jednym z prezentów. Jednak uznałem, że lepiej będzie tego nie robić. Skoro poprzednio spotkany beliarowiec miał tak słabe serce, a był z niego kawał chłopa, to jak zachowa się na chudzina o bladej cerze? Wolałem więc nie ryzykować. Usiadłem i zaprosiłem go do wspólnej kolacji. Blady ucieszył się wyraźnie. „Naprawdę chcesz mnie nakarmić?” zapytał ucieszony i szeroko otworzył gębę, nachylając się przy tym w moją stronę. Zauważyłem, że ma ostre i szpiczaste zęby. Szczególnie okazałe były jego oba kły, długie na palec. Niewiele się zastanawiając, szybkim ruchem wyjąłem z kieszeni pęto kiełbasy, którą sam miałem spożyć na kolację i wsadziłem mu do gęby. Obdarowany, zamiast zachować się jak na kulturalnego człowieka przystało, zakwiczał rozdzierającym głosem i upadł. Z ust zaczął wydobywać mu się gęsty dym. Piszczał przy tym głośno i oburącz złapał się za gardło. Po chwili ucichł i znieruchomiał.
Podszedłem do niego i stwierdziłem że jest martwy! Nic nie rozumiałem. Czyżby i jego serce nie wytrzymało wzruszenia obdarowania go posiłkiem? Byłem trochę zły, bo zmarnowało się całe pęto mojej ulubionej czosnkowej kiełbasy, ale mówi się trudno.
Będę musiał bardziej uważać na tych delikatnych beliarowców. Coś strasznie słabe mają serduszka, które nie wytrzymują nawet najmniejszych wzruszeń. Usiadłem i zacząłem spisywać dla mojego opiekuna szczegółowy raport i dzisiejszych wydarzeń.

Dzień ósmy
Dziś szczególnie ostrożnie rozglądałem się na boki aby w końcu spotkać któregoś z berliarowców, aby wskazał mi dalszą drogę. Niestety, nikogo nie udało mi się dostrzec. Koło południa uznałem, że chyba zabłądziłem. Przysiadłem na kamieniu i rozpocząłem pisanie raportu. Zakończyłem go prośbą o wskazówki, jak mam dalej postępować. Co prawda nie miałem pojęcia, jak mój opiekun miałby przesłać mi informację, ale uznałem, że wpadnie na jakiś pomysł. Gdy zakończyłem pisanie i włożyłem pergamin do tulei poczułem nagle z tyłu na szyi dotyk czegoś zimnego i ostrego. Delikatnie obróciłem głowę. Za mną stał potężnie zbudowany rycerz w czarnej zbroi i celował mieczem prosto we mnie. „Kim jesteś i co tu robisz?” zapytał tubalnym głosem. Wyjaśniłem mu, że jestem posłem i właśnie wysyłam raport z podróży do swojego byłego opiekuna. „Poseł wysyła raporty? Tylko szpiedzy tak robią!” zawołał i potem kazał pokazać sobie tuleję teleportacyjną. Nie mając innego wyjścia podałem mu ją. Rycerz wbił miecz w ziemię i wziął przesyłkę do rąk. Zaczął ja obmacywać. Zanim zdążyłem go ostrzec, obrócił na niej pierścień aktywizujący zaklęcie. W chwilę potem tuleja w rozbłysku jasnego światła zniknęła, razem z dłońmi rycerza. Ten krzyknął gromkim głosem i podniósł oba kikuty do oczu przyglądając się z osłupieniem krwi sikającej mu z nadgarstków. Rzuciłem się mu pomóc, ale za nim zdążyłem przypomnieć sobie zaklęcie powstrzymujące krwawienie, a muszę przyznać, że trochę to trwało, rycerz jęknął, oczy uciekły mu w głąb czaszki i zwalił się martwy wprost w błoto. Trochę mnie to zdenerwowało, bo musiałem tego samego dnia pisać kolejny raport opisujący całe zajście. Powiadomiłem w nim swojego opiekuna, że beliarowcy są jacyś dziwni. Albo chorują na serce, albo są dzikusami, którzy wcześniej na oczy nie widzieli tulei teleportujących. Ja za dzikusa już się nie uważałem, bo w końcu kilka dni wcześniej zobaczyłem je po raz pierwszy i nauczyłem się nimi posługiwać.

Dzień dziewiąty
Cały dzień przedzierałem się przez bagna. Wieczorem napisałem raport ozdobiony szczegółowymi rysunkami komarów i kilku gatunków mchów.

Dzień dziesiąty
Chyba bagna się kończą, bo komarów jakby mniej. A może dlatego, że po raz kolejny rzuciłem zaklęcie ognia aby się przed nimi ochronić. Dziwne, bo i tym razem usłyszałem z oddali dziwne krzyki z kępy płonących krzewów. Czemu omamy słuchowe występują tylko w tym przypadku?
Dzień jedenasty
Dzisiaj rano dostałem wiadomość od mojego opiekuna. List przyniósł tresowany jastrząb. Nie wszystko z niego zrozumiałem, bo pełen był dziwnych słów jakimi określał mnie mój opiekun. Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku ze słowa „imbecyl”, superultrakretyn” oraz „kawitacja” i „kastracja” są chyba wyrazem podziwu za mój upór i perfekcyjnie napisane raporty. Zrozumiałem z listu, że mam nie ruszać się dalej i czekać, bo wysłano w ślad za mną szybki patrol złożony z kilku ważnych królewiczów. Pewnie uznano, że powinna mi towarzyszyć należyta eskorta przy wręczaniu zaproszenia Wielkiemu Czarnemu Mistrzowi.
Usiadłem i czekałem. Jednak mimo tego dotarłem dziś do celu podróży. To znaczy zostałem złapany przez patrol uzbrojonych po zęby orków, którzy związanego mnie jak baleron szybkim marszem zanieśli do wielkiego zamku, który jak zrozumiałem, był ich główną zakonną siedzibą.
Tam, leżąc dalej związany koło jakiś drzwi, z uwagą przyglądałem się temu co działo się wewnątrz zamku. Trwała tam gorączkowa bieganina. Najpierw myślałem, że to przygotowania do przyjęcia tak ważnego posła jak ja, ale potem ze strzępów rozmów jakie do mnie dobiegły wywnioskowałem, że ktoś podstępnie ich zaatakował. Podobno jakiś potężny mag pozbawił życia jednych z największych ich wojowników pilnujących granicy. Usłyszałem, że zabił strażników: Wilkołaka (co za dziwne imię) i Drakula. Zarżnął też niejakiego Czarnego Barona. A do tego dwukrotnie spalił żywcem nadgraniczne patrole. Zaniepokoiłem się. Któż to mógł posunąć się do takich zbrodni?
Po jakimś czasie wniesiono mnie do wielkiej komnaty przed oblicze jakiegoś wściekłego wielmoży. Podszedł do mnie ubrany na czarno mag i przyłożył mi swoje dłonie do głowy. Odniosłem dziwne wrażenie, że coś szpera mi w myślach. Mag jeszcze chwilę jeszcze trzymał mnie za głowę. Musiałem zrobić na nim pozytywne wrażenie, bo powiedział o mnie prawie te same słowa, którymi komplementował mnie mój opiekun. „To jakiś idiota o intelekcie zupełnie jakby był po lobotomii” odezwał się do siedzącego na podwyższeniu wielmoży. Już miałem wyjaśnić cel swojego przybycia i, ponieważ byłem grzecznym chłopcem, pochwalić ciekawe zwyczaje przyjmowania posłów (pewnie to związanie było jakimś ich wewnętrznym rytuałem), gdy nagle drzwi od komnaty otwarły się na oścież i wbiegł zadyszany posłaniec. „Mistrzu, traktem od strony Terytoriów Neutralnych szybko posuwa się niewielki oddział wroga.” zawołał. „Zaatakowali już kogoś?” zapytał siedzący na podwyższeniu dostojnik. „Nie, gnają przed siebie co koń wyskoczy” odparł posłaniec. „To ich nowa taktyka!” – zawołał dostojnik. „Najpierw posyłają najlepszych magów aby zrobili wyłom w naszej obronie a w ślad za nimi szybki oddział dywersyjny, który ma oczyścić drogę przed głównymi siłami. A dla zmyłki podsuwają nam tego tutaj” kontynuował wskazując na mnie ręką. „Zabrać go stąd!” krzyknął na koniec. Zostałem wyniesiony z sali i ponownie rzucony na ziemię pod ścianą. Zaiste, dziwny protokół dyplomatyczny mają w tym zakonie!
Leżałem sobie spokojnie przyglądając się jak wokół mnie biegają posłańcy. „Rozkazy dla generałów!” krzyczeli. „Natychmiast wysłać grupę nekromantów w celu likwidacji oddziału dywersyjnego!” dobiegło mnie z oddali. „Wydać rozkaz natychmiastowego kontruderzenia!” krzyczał ktoś inny. Nie rozumiem wcale po co tyle zachodu z przyjęciem mojego poselstwa. Pewnie chcieli pokazać przede mną jak szybko poradzą sobie z atakującymi ich bandytami.
Dopiero późno w nocy musieli zakończyć przygotowania. Podszedł do mnie mag, który wcześniej trzymał mnie za głowę. Honorowa asysta orków, która cały czas mnie pilnowała szarpnięciem postawiła mnie na nogi. Mag wręczył mi pismo, które kazał natychmiast mi dostarczyć Wielkiemu Mistrzowi Ognia. Coś mi mówił o „wypowiedzeniu działań militarnych”, ale z matematyki byłem słaby i nie miałem pojęcia o co mu chodzi. Zanim zdążyłem się odezwać zdzielił mnie swoim kosturem po głowie i straciłem przytomność.

Dzień dwunasty
Dziś będę musiał napisać raport z dwóch dni, bo wczoraj nie zdążyłem. Gdy rankiem ocknąłem się, zauważyłem, że znajduję się niedaleko karczmy, z której kilka dni wcześniej teleportowałem się w kierunku granicy. O dziwo była zamknięta. Ciekawe dlaczego.
Raźnym krokiem ruszyłem w kierunku Królestwa aby dostarczyć odpowiedź beliarowców. Pomyślałem, że mają całkiem sprawnych dyplomatów, bo odpowiadają na zaproszenie na ślub nawet bez jego przeczytania. Pewnie dzięki magii zorientowali się o co chodzi.
Maszerowałem zadowolony z dobrze wypełnionej misji. Mój opiekun będzie na pewno ze mnie zadowolony. Wieczorem zdziwiło mnie tylko jedno. Dlaczego na niebie od strony Królestwa widać łunę, zupełnie jak od pożaru? Przez chwilę się zastanawiałem. W końcu doszedłem do wniosku, że pewnikiem testują sztuczne ognie, jakimi zostanie uświetniona weselna uroczystość. Bez zwłoki zatem ruszyłem dalej.
***
Wielki Mistrz Ognia doczytał ostatnią stronę zapisków. Przez długą chwilę się zastanawiał. „Nie ma innego wytłumaczenia. To MUSI być jakaś fałszywka” pomyślał w końcu i wrzucił zapisane karty do płonącego w kominku ognia.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 23-03-09, 21:53   #2
Russel
Persona non grata
 
Russel awatar
 
Zarejestrowany: maj 2006
Skąd: Sanktuarium
Posty: 266
Domyślnie

Zacznijmy od błędów. Głównie interpunkcyjnych:

Cytat:
która rozpoczęła się 435 lat temu i trwała prawie 80 lat
Powtórzenie

Cytat:
Do dziś nie wiadomo dlaczego beliarowcy wtedy zaatakowali Królestwo bez żadnego powodu
Bardziej pasowałoby: Nie wiadomo do dziś dlaczego beliarowcy zaatakowali wtedy Królestwo bez żadnego powodu

Cytat:
Mistrz odłożył list gubernatora i sięgną
sięgnął

Cytat:
Od lat żyliśmy w pokoju i stosunki z tym rywalizującym z nami zakonem układały się coraz lepiej.
"rywalizującym z nami zakonem" oddziel przecinkami

Cytat:
Nie wiem jak to możliwe, że w kancelarii poinformowano mnie, że bez korzystania z tego wynalazki kurier pokonuję trasę, w która mnie wysłano w dziesięć dni.
wynalazku, poza tym po "w którą mnie wysłano" powinien znaleźć się przecinek. To zdanie jest zdecydowanie zbyt długie.

Cytat:
(dopiero po kilkunastu próbach odkryłem, że należy do tego używać suchego drewna)
Rozumiem, że twój bohater jest głupi, ale tu już trochę przesadziłeś IMO.

Cytat:
Osobnik był dość dziwnie wyglądający.
Osobnik wyglądał dość dziwnie.

Cytat:
Osobnik, usłyszawszy mnie, pędem rzucił się w moim kierunku warcząc i szczerząc kły
Po kierunku przecinek.

Cytat:
Zanim dobiegł zdążyłem się mu przedstawić, jako emisariusz Wielkiego Mistrza Ognia podróżujący z poselstwem do samego Wielkiego Czarnego Mistrza.
Po "Wielkiego Mistrza Ognia" przecinek

Cytat:
Zatrzymał się wtedy i chrapliwym głosem poinformował mnie że mam szczęście
Przed "że" przecinek...

Cytat:
Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku ze słowa
Znowu...

Cytat:
Najpierw myślałem, że to przygotowania do przyjęcia tak ważnego posła jak ja, ale potem ze strzępów rozmów jakie do mnie dobiegły wywnioskowałem, że ktoś podstępnie ich zaatakował.
Przed "ze strzępów rozmów jakie do mnie dobiegły wywnioskowałem" przecinek.

Cytat:
Leżałem sobie spokojnie przyglądając się jak wokół mnie biegają posłańcy.
Przed "przyglądając się" brakuje przecinka

W opowiadaniu jest więcej takich błędów, ale to tylko przykłady. Dodatkowo zdarzają się literówki związane z brakiem polskich znaków, ale ich już nie cytowałem.

Co do samego opowiadania, to przyznam, że mnie wciągnęło i rozbawiło. Czytało się je jak z płatka, choć brakuje ci jeszcze trochę kunsztu do doskonałości, to nie jest źle. Trafiłeś tym tekstem w sedno. Przedstawiłeś ciekawą genezę konfliktu i rozśmieszyłeś czytelnika. Moja ocena to 7/10.
__________________
Uczeń Miecza Podziemia
Znawca Mrocznych Sztuk
RPG
Russel jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 24-03-09, 10:18   #3
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 009
Domyślnie

Dzięki za opinię.
Co do błędów. Tekst był pisany na tempo do konkursu i nie miałem czasu na jego finalne poprawianie, szczególnie literówek.
Najbardziej mi zalezy na opiniach o samym pomysle na opko i za to dziękuję.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Plenacoris - kolejna praca konkursowa Smutas FanFick 5 19-02-09 10:59
Regulamin "Quiz Gothic" i "Coś smiesznego" Donovan Hyde Park 1 17-03-06 14:30
Gra "Chrome" a serial "Kryminalni" Bubby Gry 10 13-06-05 21:57
Punkty i "praca" Ardhad Pomoc 33 11-07-04 21:36


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.