Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę Feshyr

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 07-09-10, 17:52   #1
Nederland
Black Swan
 
Nederland awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2009
Skąd: Ragnarock
Posty: 3 621
Domyślnie Feshyr

Spoiler 

Obudziłem się. Słońce dopiero wstało, odsłaniając piękno Feshyr, które w nocy swą zimną kołdrą przykrywa zdradliwa ciemność. Musiałem wstać tak wcześnie – byłem rybakiem, a na łowy najlepiej wybrać się wcześnie rano. Wyszedłem z chatki, przywitałem się z kilkoma znajomymi. Jeden z nich nie odpowiedział na pozdrowienie. Dziwne – słyszał na pewno, a utrzymywał się ze mną w pozornie dobrych stosunkach. Nie rozmyślając dłużej nad tym – sądziłem błahym zdarzeniem, kontynuowałem marsz do niewielkiego portu. Zwykle łowiłem ryby wraz z bratem Markiem, który mieszka po drugiej stronie wioski, w porcie właśnie.

Stanąłem przed drzwiami domu swojego brata. Zapukałem. Brak odpowiedzi. Zapukałem ponownie i ponownie spotkałem się z głuchym brakiem odzewu – myślicieli przyprawiającego o refleksję, ale tak prosty człowiek jak ja wysunął tylko jeden wniosek – Mark śpi. Kopnąłem w drzwi kilkukrotnie, myśląc, że hałas go obudzi. Jedyne, co mnie po tym spotkało, to krzyki jakiejś staruszki, żebym zachowywał się ciszej. Pociągnąłem za klamkę. No jasne. Drzwi były oczywiście otwarte. Przeszedłem do sypialni brata. Moim oczom ukazał się straszliwy widok – Mark leżał na łóżku, a w pierś wbity miał sztylet, który przytwierdził do ciała pokrwawioną karteczkę. Złotymi zgłoskami napisane było na niej „już po was płyniemy”. Byłem wtedy osobą silną psychicznie, dlatego nie lamentowałem. Płakało moje wnętrze. Oczywiście nie czułem się szczęśliwy. Nie myślałem w tym momencie o sobie i swoim cierpieniu, ale o ciężko chorej matce, która na wieść o śmierci syna załamałaby się psychicznie, a jej stan pogorszyłby się. Tym bardziej, że obecnie w wiosce nie ma żadnego lekarza. Przed kilkoma dniami wysłany został posłaniec z listem-prośbą o rychłe przybycie uzdrowiciela do wioski. Do tej pory nie wrócił. Innos wie, czy w ogóle wróci. Pewno zjadły go wilki.

Priorytetem było wtedy odnalezienie mordercy brata. Mark chciał startować w wyborach na sołtysa. Jakiś konkurent zazdrosny o jego poparcie mógł go po prostu sprzątnąć. W dodatku mój brat nazwał środowisko swojego głównego rywala „post-komuną”, co mogło dodatkowo rozzłościć podejrzanego – to określenie trudno zakwalifikować do pochlebstw. Ten scenariusz był jednak mało prawdopodobny, gdyż na pierwszy rzut oka widać było, że zrobił to ktoś o ciężkiej sakiewce. Sztylet był bogato zdobiony wizerunkami jakiegoś mrocznego pajaca. Ponadto akt morderstwa dokonany został po cichu, więc podejrzenia nasuwają się na jakiegoś skrytobójcę, być może Asasyna. W wiosce mieszkali praktycznie sami pokraczni ludzie, a tylko aktualny sołtys, baron pszenny miał na tyle pieniędzy, że stać go na zlecenie zabójstwa. Jednakże był starym, mądrym i rozsądnym człowiekiem i nie byłby na tyle głupi, żeby na stare lata zawisnąć na szubienicy. Zakładając oczywiście, że króla, który ewentualnie mógłby wszcząć postępowanie karne o morderstwo obchodzi życie prostego rybaka. Wątpiłem w to. I miałem ku temu pewne podstawy. Król Wysp Południowych i Rhobar III, władca pobliskiej Myrthany od kilku miesięcy toczą wojnę o wpływy w świecie.

Nagle najczarniejszy scenariusz zakłębił moje myśli. Intuicja. Ta kartka… ten napis… to może być król… ale nie. To nie może być prawda. Czego niby miałby szukać człowiek tak potężny na takim zadupiu? Poprzez podbicie tych terenów nie zyskałby praktycznie nic, panowała tu bieda. Slumsy, można powiedzieć. Rhobar nie był już honorowym, uniżonym sługą Innosa. Nie był już tym samym człowiekiem, który zlikwidował Barierę, pokonał Armię Ciemności i wyzwolił Myrtanę spod władzy orków. Stał się tyranem. Tajemnicą pozostaje jednak, dlaczego tak się stało. Krążą plotki, że to nie tylko zasługa jego samego. Nowy władca potrafił mordować z zimną krwią, co udowodnił niejednokrotnie. Bądź co bądź, poprzedni król został zabity właśnie przez niego. Poskładałem myśli. Starałem nie wspominać o kartce, jednak tylko jeden scenariusz dobijał mi się do głowy, łamiąc wszelkie zabezpieczenia stawiane przez umysł. Okoliczności okazały się silniejsze. Niedługo potem było już lepiej. Odetchnąłem, ale nie poczułem się o wiele lepiej. Czułem pustkę.
Następnego dnia odbył się pogrzeb Marka. Spoczął, gdy Słońce wzbijało się nad widnokręgiem, w mogile niskiej jakości, gdyż nie stać mnie było na wysokiej jakości grób marmurowy. Na taki luksus mogli sobie pozwolić jedynie bogacze. Ceremonia odbyła się w iście grobowym nastroju, lecz nikt nie płakał. Mark nie należał bowiem do ulubieńców ludu, ale myślałem, że jednak społeczeństwo zjednoczy się w bólu. Widać oczekiwałem po nich hipokryzji i się zawiodłem. Zdecydowałem się pokazać światło dzienne notatce, którą znalazłem przy truchle brata. Część osób zbagatelizowała tę sprawę, machnęła na to ręką, odchodząc w pełnym spokoju i bez żadnych obaw.
- To bzdury. Owszem, zamordowano go, ale o żadnej konspiracji nie może być mowy. – mówili.
- Pewnie jakiś żartowniś podrzucił tę kartkę, ona o niczym nie świadczy. - wtórowali im inni.
Znaleźli się jednak i ci, którzy uznawali spisek za prawdopodobny. Nie mieli tylko pojęcia, komu aż tak wybitnie wadziła egzystencja Marka.

Przez następny miesiąc wioska żyła swoim życiem. Nic specjalnego się nie działo. Kilka kradzieży, próba gwałtu, napad na wiejską kasę oszczędności z widłami w ręku. Rutyna. Odbyły się wybory na sołtysa. Wygrał drugi z moich braci, Unne. Nie pałam do niego zbytnią miłością, być może dlatego, że nigdy się nie dogadywaliśmy, a w przeszłości prowadziłem z nim często ożywione dyskusje, lecz orężem naszym nie było słowo, lecz pięść i okoliczne przedmioty codziennego użytku. Ponadto oziębiły się stosunki z naszymi przyjaciółmi ze wschodu, jakimś zacofanym plemieniem. W tej chwili nie pamiętam nawet ich nazwy. Unne za nimi nie przepadał, wręcz nie szczędził oszczerstw w ich kierunku. Całe szczęście, że połowy z nich nigdy nie usłyszał wódz, bo mimo, że spokojny i tolerancyjny, to do szczęścia brakuje nam jeszcze ataku na naszą wioskę. Unne od dwóch tygodni zajmował się sprawą jakichś żółtków na południu wioski, chciał nawiązać z nimi jakiś kontakt dyplomatyczny i handlować bananami. Nie wtrącałem się w ich sprawy, ale rozważałem możliwość zamachu tego wschodniego plemienia na życie Marka, bo poglądami to on się za bardzo od Unne'a nie różnił.
Kilka dni później zamordowano kolejną osobę. Tym razem była to zwykła dziewka lekkich obyczajów, ale bynajmniej nie została zabita przez klienta niezadowolonego z zakresu jej usług. Wszystko wskazywało na to, że zgon nastąpił w wyniku strzału z łuku z bliskiej odległości. Klarik, najbardziej doświadczony myśliwy w wiosce ocenił, że narzędziem zbrodni był krótki łuk.
- Strzała była zatruta. – usłyszałem od niego.
- Jak to? Czym? – spytał Legholt, narzeczony denatki. O ile lafirynda może mieć normalnego narzeczonego. Mi w każdym razie wydawało się to abstrakcyjne.
- Śmierdzi jak wyciąg ze skarpetek Unne'a. – stwierdziłem gładząc brodę, po czym oberwałem bananem od swojego kochanego braciszka. Tak, słyszał wszystko.
- Wygląda mi to na wyciąg z kwiatu kaktusa, ale nie jestem pewien. Asasyni z odległej pustyni robią z tego wódkę, ale za pomocą palnika usuwają silną truciznę, jaka zawarta jest w tej roślinie. Wysoka temperatura pozwala pić ten trunek bez obaw o własne życie.
- Chodź na stronę. – usłyszałem szept. Jego autor pociągnął mnie za ramię. Był nim Daghart, strażnik gminny, brat Legholta.
- O co ci chodzi? – zapytałem.
- Widziałem jakiegoś pajaca. Znaczy jego nogę. Był ubrany na czarno, w jakiś obcisły kombinezon.
- Lateks? To pedał?
- Nie wiem, o czym mówisz, ale możliwe. W każdym razie powinniśmy wziąć kilku chłopaków i podążyć jego tropem. Może nas zaprowadzić do mordercy twojego brata. O ile sam nim nie jest.
- Albo nas zabić.
- Nie bądź pesymistą.
- Nie potrafię.
Nie wiem, jak Daghart to zrobił, ale przekonał mnie do poszukiwań. Było nas razem pięciu. Całą drogę umilałem grupie swoim narzekaniem. Dostałem jednak w twarz od jednego ze strażników, więc się nieco uspokoiłem. Wędrowaliśmy dosyć długo, do momentu kiedy ujrzeliśmy polanę. Znajdowało się na niej czterech knypków w czarnych wdziankach. Jeden stał na wieżyczce obserwacyjnej, drugi śpiewał jakieś pieśni pochwalne na cześć Beliara i strasznie fałszował, pozostali dwaj piekli kiełbaski przy ognisku.
- To na pewno oni? – zapytałem.
- O to, czy zabiliśmy właściwe osoby będziemy się martwić później. – warknął Daghart.
- Mamy przewagę liczebną. – wyszeptał jakiś mięśniak ze straży.
- Ale tamci mają zatrute noże i łuki, a my tylko zardzewiałe miecze, które mogą się rozpaść, gdy tylko machniemy nimi mocniej. – rzekł drugi z wyraźną niższością.
- Broń biała to nic. – powiedziałem ze stoickim spokojem. Ich największym atutem bojowym jest ten śpiew.
- Czy to jest śpiew, to sprawa mocno dyskusyjna. – Daghart zwrócił się w moją stronę, wziąwszy strzałę z kołczanu i napinając cięciwę łuku. Niestety, zauważył nas ten na wieżyczce i zaczął dąć w swoją trąbkę na alarm. Daghart jednak nie spudłował i trafił go prosto w szyję. Skojarzyłem, że jednym ze strażników jest żółtek z południa. Dałbym głowę, że już kiedyś słyszałem historię o żółtkach i przerwanej melodii. Niestety, przed śmiercią bandzior wyświadczył znajomym przysługę. Oczywiście nas zauważyli. Na nasze szczęście jeden z naszych przeciwników przestał śpiewać. To wydarzenie ustawiło nas w roli faworytów. Dobyliśmy broni i po niezbyt ciężkiej walce wygraliśmy. Sam nie wiem, dlaczego jedną rękę trzymałem za plecami. Widać pogłoski traktujące o tym, że w bezpośredniej walce większość skrytobójców kuleje, okazały się prawdą. Nie wierzyłem, że wygrana była zasługą naszych umiejętności, bo połowa naszej kochanej straży z trudem utrzymywała łopatę w rękach, a jakiekolwiek manewry z nią związane były już dla nich za wysokim progiem.
Gdy już opuszczaliśmy polanę, tuż nad moją głową świsnęła strzała. Taka sama, jak ta, która zabiła wiejską ladacznicę. Odwróciliśmy się wszyscy i niewiele myśląc pognaliśmy ku jeszcze jednemu skrytobójcy, który umknął naszej uwadze. Widząc naszą reakcję zaczął uciekać, omijając jak w transie wszystkie konary. Wzrok jego wbity był w ziemię, wypatrywał ewentualnych przeszkód. Uważał po prostu, by się nie potknąć. Nasz przyjaciel z południa zdecydował się na karkołomny krok – rzucił swój miecz w nogi wroga. Nie wywołał większego uszczerbku na jego zdrowiu uciekiniera prócz bólu. Osoba, która przed chwilą chciała mnie zabić przewróciła się. Miecz strażnika rozleciał się w pył. Korozja zrobiła swoje. Nie zabiliśmy go. Zamierzaliśmy wyciągnąć z niego informacje odnośnie morderstw na Feshyr, ponieważ poprzednich agresorów zlikwidowaliśmy zbyt pochopnie.
- Gadaj, co wiesz na temat morderstw. – wysapał Daghart łapiąc delikwenta za fraki.
Nie wiedziałem, czy to sapanie jest wynikiem złości, która skumulowała się w strażniku, czy też po prostu jest zmęczony, bo przebiegliśmy sprintem spory kawałek drogi. Jednak to nie było istotne.
- Nie wiem, o czym mówisz. – bronił się skrytobójca, ale widać było po nim, że łże. Kiedy Daghart miał już uderzyć go w twarz, w torturach wyręczył go mięśniak, rzucając niewielkim kamieniem w twarz siedzącego jeńca. Strażnik od słów szybko przeszedł do czynów i przyłożył miecz (trudno było nazwać to mieczem, to raczej rdza z pozostałościami klingi) do gardła skrytobójcy. Ten pocił się ze strachu, w końcu wydusił z siebie:
- Dobrze, powiem już wszystko.
Widać, że honorem nie grzeszył, bo po niewielkim nakładzie sił z naszej strony zaczął wszystko śpiewać. Daghart odłożył broń.
- To był rozkaz króla.
- Łżesz. – powiedział Daghart wyjmując z ust skręta, którego chwilę wcześniej zapalił z nerwów. – Król jest wybrańcem Innosa, nasz bóg przez niego przemawia.
- Przysięgam, mówię prawdę. Wasz król trochę się ostatnio zmienił. Niestety nie wiem, co go do tego zmotywowało. Po prostu przysłał posłańca, do mojego pana, Alerada - nowego władcy Varrantu. Sam się zdziwiłem, jak przebył tak długą drogę. Od czasu śmierci Zubena my, Asasyni zobowiązani jesteśmy poddawać rewizji wszystkich, którzy chcą przekroczyć przełęcz. Te działania mają na celu ograniczyć możliwość ponownego zamachu na nasze miasta. Ostatni, który tę przełęcz przekroczył wyzwolił całą pustynię spod naszego panowania i oddał ją z powrotem w ręce pierwotnych jej właścicieli - Koczowników. Musieliśmy się dokładnie przegrupować i wzmocnić, by po długich walkach ponownie zapędzić ich do jaskiń. Alerad nie chce swojej śmierci, chyba, że zechce jej sam Beliar. Widać myrthański goniec nie był zwykłym wieśniakiem, którego zabrano z farmy, wepchnięto do rąk list i kazano iść, tłumacząc mu, że niby taka jest wola ich fałszywego boga.
- Jeszcze raz obrazisz Innosa, a zginiesz. – zagroził mu Daghart.
Asasyn spojrzał na niego pogardliwie, po czym kontynuował:
- Tym razem wysłano Paladyna. Nie szeregowca, tylko jakiegoś dowódcę. Przekazał on Aleradowi propozycję współpracy. Mój pan zgodził się od razu. Widocznie maczał palce w tak diametralnej przemianie waszego króla. Sądzę jednak, że to sam Beliar go opętał. Nie jestem jednak uczony w piśmie i nie powierzane mi są tajemnice wyższego rzędu. Musielibyście się spytać nekromantów. Oni być może wiedzą, co się tak naprawdę stało w Vengardzie, czy jak tam się nazywa wasza stolica.
- To wszystko?
- Nie, jeszcze nie.
- Przejdź zatem do zakończenia, streszczaj się.
- Będzie na was atak. Dzisiaj.
- Jaki atak?
- Atak paladynów.
- CO?! – ten okrzyk wydarł się z naszych piersi w niemal identycznym momencie.
- Król zamierza zrównać całą tę wyspę z ziemią. Spalić wszystkie budynki i całą roślinność. Zabić każdego. Oprócz mnie i kreta oczywiście.
Chwila ciszy.
- Innymi słowy, zrównać Feshyr z ziemią. – zakończył.
- Dlaczego? – tylko ja zachowałem spokój, reszta moich towarzyszy przeżywała naprzemiennie ataki paniki i złości. Żółtek przeklinał swojego boga. Jakiegoś Allaha.
- Ponoć znajdują się tu pokłady jakiegoś surowca. Magicznej rudy albo jakiejś ropy. Nie pamiętam dokładnie.
- Skoro masz przeżyć, a my i tak zginiemy, to nie poniosę kary za skręcenie ci karku. - wyszeptałem.
Jak powiedziałem, tak zrobiłem.
Zdecydowaliśmy się na powrót do wioski. Nie panikowaliśmy już, nie rozmyślaliśmy, co z nami będzie. Po prostu milczeliśmy przez całą drogę. Widać były z nas "wyluzowane" chłopaki. Myślałem, że nigdy w życiu nie użyję słowa "wyluzowany", ale w tamtym momencie życie przeleciało mi przed oczami. Ujrzałem wszystkie wydarzenia ze swojego żywota i wszystkich ludzi, których spotkałem. Zawsze chciałem obejrzeć streszczenie swojego życiorysu, ale kiedy się to dokonało, uznałem, że jest on kiepskim materiałem na sztukę teatralną. Przypomniałem też sobie o Murzynie ze wschodnich Wysp Południowych (tam jest takich pełno, byłem tam kiedyś z Markiem – sprzedawałem ryby), który dziennie wypalał roczne zapasy ziela obozu na bagnie z Kolonii Karnej. Miał dziwnie poskręcane włosy do kolan i wygrywał dziwne melodie na lutni. Na każdego mawiał "bradrin". Nigdy się nie dowiedziałem, co to dziwne słowo oznacza. Nazywał się chyba Narley... czy jakoś tak.
Mój przyjaciel Daghart był przez kilka lat strażnikiem w Starym Obozie, ale gdy obecny król zabił połowę skazańców i jakimś cudem doprowadził do upadku Bariery, po pewnym czasie został schwytany wraz z innymi ocalałymi przez orków, a gdy ten sam bezimienny bohater został królem, mój znajomy przypłynął na Feshyr kogą kupiecką. Wrócił tu dopiero niedawno, wywołując ogólną falę entuzjazmu, gdyż dawniej mówiło się, że zesłanie za Barierę oznacza dożywotnią pracę w kopalni. Podobno wcale tak nie było z tym górnictwem, ale o tym Daghart nigdy nie chciał mi opowiedzieć. I nie zdążył.

Z rękami w kieszeniach weszliśmy do wioski. Walka trwała, nasi się jakoś bronili, choć nie widziałem żadnych szans w walce z paladynami. Widać wierni jak dotąd wojownicy Innosa ślepo wierzyli, że ich król wypełnia wolę bożą. Zresztą trudno było być optymistą, gdy po naszej stronie stoi kilkunastu strażników z nędznymi mieczykami i garść cywili uzbrojonych po zęby w łopaty, widły i tępe noże, a po drugiej drodze stoi chyba z setka świetnie wyszkolonych Paladynów z konsekrowanymi klingami i trzy wielkie królewskie fregaty, których armaty gotowe były w każdej chwili wystrzelić. Właśnie kula jednej z nich z zadziwiającą prędkością poszybowała w stronę naszej czwórki. Na szczęście zdołaliśmy odskoczyć w pobliskie chaszcze, jednak ten udany unik nie budził w nas waleczności. Ludność naszej wioski właśnie tą cechą nadrabiała braki w uzbrojeniu. Wstyd mi było za siebie, że nie wykazałem się podobnym hartem ducha.
Dalej milczeliśmy. Przyjaciel z południa wyciągnął z torby jakiś dziwny, stalowy przedmiot przypominający trochę banana. Powiedział, że idzie pomagać swoim i że nabije to coś jakimś prochem. Spostrzegliśmy, że pod nogami mamy zwłoki tej staruszki, która często na mnie wrzeszczała, wyzywała mnie od beliarowców, chodziła w dziwnym wełnianym nakryciu głowy i słuchała haseł propagandowych głoszonych przez jakiegoś przebierańca podającego się za maga. "To zła kobieta była" – pomyślałem, przysiadłszy na pniaku.
Daghart, mięśniak i jeszcze trzeci strażnik, którego imienia nie znałem, pożegnali się ze mną, kładąc mi w geście dodającym otuchy rękę na ramieniu, po czym rzucili się w wir walki. Wszyscy zginęli po jakimś czasie, potem widziałem ich ciała. Sam po jakimś czasie dobyłem miecza i poszedłem walczyć, zabiłem nawet trzech Paladynów. To jednak nie wystarczyło. Nikt poza mną nie przeżył. Kończę zapiski w tym notesie rzewnie płacząc, nie zasłużyłem na taki los. Widziałem martwych braci, martwą matkę, martwych przyjaciół. Ludzi, których znałem od zawsze. Chowam się teraz w chacie. Moja śmierć jest tylko kwestią czasu. Niedługo mnie znajdą. Mogę zostać też schwytany do niewoli, ale nie chcę żyć, a sam nawet nie mam na tyle odwagi, by popełnić samobójstwo. Nie wierzę już w potęgę żadnego boga. Bóg ma mnie w dupie, tyle. Widzę przez okno króla, tego parszywego s*urwiela. Śmieje się. On się śmieje. Ma jeszcze czelność. Po tym wszystkim, co zrobił.

Słyszę szarpanie za klamkę. Już czas. Nadchodzi mój koniec.

v. 1.6
__________________
Every time I rise I see you falling
Can you find me space inside your bleeding heart?

Ostatnio edytowane przez Nederland : 26-09-12 o 15:26.
RPG
Nederland jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Opis Wydarzeń z Feshyr Smutas WIP 1 01-10-10 12:10


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.