Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę I miejsce w Literackim Konkursie Olimpijskim

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 13-10-08, 12:20   #1
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie I miejsce w Literackim Konkursie Olimpijskim

Sportowa rywalizacja czyli zachowanie równowagi.

Późnym wieczorem, niedaleko Terytoriów Neutralnych, w siedzibie Zakonu Innosa odbywało się tajne zebranie. Oprócz Kapituły Zakonu udział w nim brali najważniejsi członkowie Królestwa. Wszyscy słuchali relacji jednego z magów.
- Nasz wywiad doniósł, że w czasie najbliższych Igrzysk na Khorinis beliarowcy mają zamiar dopuścić się wielkiego oszustwa na jakie nikt się dotąd nie poważył! –
- A o co chodzi? – padło pytanie z sali.
- Dowiedzieliśmy się, że postanowili postawić cały swój zakonny majątek na wygraną jednego z zawodników. Oczywiście nie będą liczyć na szczęście, tylko w niecny sposób pomogą mu wygrać! Dzięki temu wielekroć pomnożą swój majątek i będzie ich stać na najecie najemników. A dzięki nim będą mogli pokonać nasze skromne oddziały. Nie możemy na to pozwolić! –
- Co zatem proponujecie? – zapytał Wielki Mistrz Ognia.
- Doszliśmy do wniosku, że musimy ich przechytrzyć. Wybierzemy wojownika, któremu my pomożemy wygrać igrzyska. Dzięki temu Podziemie straci wszystkie swoje pieniądze i nie będzie w stanie nam zagrozić. – Usłyszawszy to zebrani zaczęli wznosić okrzyki radości.
- Czy wybraliście już tego wojownika? To musi być ktoś nieznany i nie związany z naszym Zakonem – odezwał się Wielki Mistrz.
- Mamy taką kandydaturę…-
Po skończonym zebraniu Wielki Mistrz Ognia wezwał do siebie Skarbnika Zakonu.
- Mam dla ciebie bardzo ważne zadanie. Tylko pamiętaj, aby zachować je w tajemnicy. Nawet nasi współbracia nie mogą się o tym się dowiedzieć. –
- Co ma zrobić, mój mistrzu? – Skarbnik skłonił się z pokorą.
- To że Podziemie przegra zakłady, to zbyt mało. I tak nie będziemy w stanie ich pokonać w walnej bitwie. Pojedziesz na Igrzyska incognito i zabierzesz ze sobą cały nasz skarbiec. Po przybyciu na wyspę postawisz cały majątek na zawodnika, któremu będziemy pomagać. Dzięki temu nie dość, że Podziemie zbankrutuje, to jeszcze my zdobędziemy wielki majątek, dzięki któremu stać nas będzie na wynajęcie zaciężnego wojska! A wtedy zetrzemy beliarowców z powierzchni ziemi! I my i oni postawimy podobne kwoty. Zatem my wygramy na zakładach ich pieniądze! Sami sfinansują własną klęskę. –
- Genialny plan, mój mistrzu! – Skarbnik giął się w pokłonach.
***
Baruk zszedł z pokładu okrętu na portowe nadbrzeże. Miał serdecznie dosyć pływania po morzu, tym bardziej że okręt, którym podróżował, trafił na sztorm i przez trzy dni męczyła go choroba morska. Poprawił przewieszony przez ramię marynarski worek, w którym trzymał swój dobytek i rozejrzał się.
Port w Khorinis tętnił życiem. Cumowało tu mnóstwo statków z całego znanego świata, mrowił się gęsty tłum poubierany w najdziwniejsze stroje, może modne tam skąd pochodzili podróżni, ale tu niektóre wyglądały dość dziwacznie.
Miasto było wielkie i bogate. Do ruin w Górniczej Dolinie, gdzie przed wiekami Bezimienny pokonał Śniącego przybywały tysiące pielgrzymów. Tu swoje reprezentacyjne ambasady miały trzy zakony Świętego Przymierza, gdzie przybywali z najbliższych krain chętni do wstąpienia w szeregi bractw.
Baruk, który po raz pierwszy przebywał tak daleko od domu, jeszcze przez chwilę stał zauroczony wpatrując się w barwny korowód ludzi poruszających się po porcie. W ciągu tego krótkiego czasu jaki spędził na brzegu był już trzykrotnie zaczepiony przez domokrążców oferujących swoje towary i dwukrotnie przez portowe ladacznice oferujące mu miłosne usługi.
Nie skorzystał z żadnej z ofert. W końcu nie po to uciekł z domu aby zabawiać się z ladacznicami. Do Khorinis przywiodła go ciekawość świata i, co najważniejsze, chęć wystartowania w wielkich sportowych igrzyskach, które co cztery lata organizowano na wyspie ku czci Trójcy Bogów. Nie było przecież większej chwały niż zostać ich zwycięzcą.
Baruk pochodził z małej wysepki położonej o kilka dni żeglugi od Khorinis i od małego wysłuchiwał opowieści o herosach, którzy pokonywali setki przeciwników aby zdobyć wieczną chwałę. Czuł, chociaż sam nie wiedział dlaczego, że i jemu będzie pisany podobny los. Toteż gdy skończył dwadzieścia wiosen uciekł z osady rybacką łódką. Prawie się utopił gdy wielka fala wywróciła ją na morzu. Na szczęście zauważył to przepływający opodal okręt i zabrał rozbitka na pokład. W ten sposób szybko dotarł tam gdzie zamierzał, co uważał za dobry omen.
Z daleka zauważył punkt rejestracyjny zawodników nad którym powiewała charakterystyczna biała flaga z trzema kołami. Czarne oznaczało Beliara, czerwone Innosa a spinające je niebieskie symbolizowało Adanosa. Baruk przepychając się przez tłum ruszył w kierunku flagi.
W pewnym momencie spostrzegł idącego przed sobą młodego maga w czerwonej szacie, wskazującej na specjalizację w Magii Ognia. Obok zauważył niewysokiego rzezimieszka, który korzystając ze ścisku jaki panował w porcie sprytnie podciął kozikiem rzemyki podtrzymujące sakiewkę maga i schowawszy ją do rękawa chciał się oddalić.
- Stój złodzieju! – Baruk złapał do za rękę. Złodziejaszek wyszarpnął się jednak i dał drapaka w tłum. Nie zdołał jednak uciec, bo mag, zaalarmowany okrzykiem, trafił go zaklęciem obezwładniającym. Rzezimieszek wywinął efektownego kozła i zarył gębą w kupę końskiego nawozu. Mag podszedł do niego i zabrał swoją sakiewkę.
- Dziękuję ci przybyszu – odezwał się do Baruka. - To niesłychane, aby próbowano okraść maga… Pewnie ktoś mu to zlecił. O mało nie straciłem sakiewki z bardzo cennymi runami… Należy ci się nagroda. –
- Nic mi się nie należy. – Żachnął się Baruk. – Nie zrobiłem tego dla nagrody. Każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo… -
- Nie każdy, nie każdy… Większość poszłaby w ślad za tym złodziejem, aby podzielić się łupem. Zaskoczyła mnie twoja uczciwość. Może jednak będę miał jeszcze okazję aby ci się odwdzięczyć. – powiedział mag i odszedł.
Baruk ruszył przed siebie i dotarł w koncu do miejsca zapisów na igrzyska. Stał tam stół za którym siedziało trzech dostojnych starców. Po lewej odziany w bogato zdobioną czarną szatę mag nekromanta. Po prawej mag Ognia w krwistoczerwonym stroju, wyszywanej złotem i drogocennymi kamieniami. Pomiędzy nimi siedział w skromnej błękitnej szacie mag Wody. Przed nimi kłębiła się spora kolejka chętnych do zapisania się do startu w igrzyskach. Młodzieniec stanął na jej końcu. Z zaciekawieniem przyglądał się zapisom.
- Imię? – Mag Wody zapytał stojącego przed nim wysokiego wojownika w dziwnym hełmie ozdobionym wianuszkiem orkowych kłów.
- Marakas. – odparł zapytany. Mag zapisał odpowiedź na leżącym przed nim pergaminie.
- Skąd? –
- Wyspy Południowe, konkretnie to z Harapados. –
- Masz dziesięć sztuk złota na wpisowe? –
- Mam. –
- Zgłaszasz własną dyscyplinę? To kosztuje 50 sztuk złota. –
- Nie, nie zgłaszam. –
- Trzymaj, oto twój numer startowy. Jutro w południe losowanie dyscyplin i potem pierwszy start. Jak się nie stawisz zostaniesz ogłoszony banitą i rozpocznie się na ciebie polowanie. Zrozumiałeś? –
- Zrozumiałem. – odparł wojownik.
- Następny proszę! –
Kolejka przesunęła się o jedną osobę do przodu.
- O co chodzi z tą opłata za dyscyplinę? Ja nie mam aż tyle złota. – zagadnął Baruk do stojącego przed nim odzianego w wilcze skóry Nordmarczyka.
- Ty pierwszy raz na igrzyskach? – zapytał ten domyślnie.
- Tak. –
- Każdy startujący ma prawo zgłosić własną dyscyplinę do wieloboju, o ile stać go na opłatę. Jutro w południe będzie losowanie dyscyplin. Spośród wszystkich zgłoszonych zostanie wybrane dziesięć w których będziemy startowali. – wyjaśniał Nordmarczyk.
- Tak, zgłaszam nową dyscyplinę! – dobiegło do nich od stolika.
Wszyscy spojrzeli tam z zaciekawieniem. Zgłaszającym był wielki ork o pokrytej bliznami gębie.
- Przecież to ork! – wyszeptał zaaferowany Baruk. – Czemu nikt go nie zabije? –
- Zgłupiałeś? – zdziwił się Nordmarczyk. – W czasie zawodów nie można z nikim walczyć. Każdy kto chce wystartować ma prawo przebywać tu bezpiecznie. Najwięksi nawet wrogowie muszą swoje spory odłożyć na później. Widzisz ile tu straży? Kto złamie to prawo od razu jest ścinany. – wyjaśnił.
- Jaka dyscyplinę zgłaszasz? – zapytał orka mag Wody.
- Orkowy taniec! –
Nordmarczyk usłyszawszy to splunął i zaklną pod nosem.
- Mam nadzieje że tego nie wylosują. –
- A na czym to polega? – zapytał Baruk.
- Rozpala się wielkie ognisko, takie na cały plac. Zawodnicy wchodzą na rozżarzone węgle i ten, który ustoi tam przez wyznaczony czas wygrywa. Ten cholerny ork ma skórę na stopach grubą jak pancerz, jemu będzie łatwiej niż ludziom. -
Do wieczora skończono zapisywać chętnych. Baruk otrzymał swój numer i skierowano go do koszar straży miejskiej gdzie na czas igrzysk zakwaterowano wszystkich startujących.
Korzystając z wolnego czasu zaraz po zakwaterowaniu ruszył na zwiedzanie miasta. Szczególnie zainteresowała go Izba Pamięci w siedzibie ratusza. Mógł tu obejrzeć portrety wszystkich kolejnych zwycięzców igrzysk, aż od tych pierwszych, sprzed wieków. Z ciekawością też wysłuchał przewodnika, który za drobną opłatą opowiedział mu kilka historii z dziejów Świętego Przymierza z jego początków. Wysłuchał opowieści o legendarnym Advocate i innych herosach sprzed setek lat. Oglądał rzeźby i portrety najsławniejszych członków zakonów w czasach gdy dopiero one powstały. Pełen wrażeń wrócił do koszar na nocleg. Rankiem zjadł śniadanie i zabrał się za przygotowywanie swojego oporządzenia. Wyczyścił broń, dokładnie sprawdził swoje ubranie. Na tych czynnościach zeszło mu kilka godzin.
Zbliżało się południe. Rynek w Górnym Mieście był pełen gapiów i zawodników stojących tak gęsto, że spokojnie dało by się chodzić po ich głowach. Baruk stał obok młodego maga w czerwonej szacie. Dopiero gdy ten kiwną mu głową rozpoznał w nim maga, którego uratował przed okradzeniem w porcie. W oddali było widać jak na podium wszedł gubernator Khorinis i zaczął przemawiać. Tłum szemrał i do Baruka dobiegały tylko strzępy przemowy.
- …jak zawsze co cztery lata…już od dwóch wieków ta szlachetna rywalizacja… Święte Przymierze zorganizowało… ponad ośmiuset zawodników… -
Nagle odgłosy tłumu ucichły jak nożem uciął. Na podium weszło trzech magów reprezentujących wszystkie zakony Świętego Przymierza. Wniesiono ogromne koło, którego brzeg pokryty był runicznymi znakami. Mechanizm ustawiono pionowo i trzech magów rzuciło jednocześnie zaklęcia wprawiające go w ruch. Koło zaczęło się obracać i po chwili zatrzymało. Umocowana strzałka wskazywała jeden ze znaków. Herold spojrzał na niego, wyprostował się i zawołał na całe gardło:
- Pierwszą dyscypliną będzie Mocna Głowa! –
Tłum zaryczał.
- Mocna Głowa? Co to jest? – Baruk zapytał stojącego przy nim maga.
- Jedna z bardziej lubianych dyscyplin. Wokół placu stawia się wysokie na dwóch ludzi słupy, cztery stopy jeden od drugiego. Wokół nich układa się deski ze sterczącymi w górę ostrzami pik. Zawodnik musi przebiec po tym palach wokół placu. Tylko że na starcie musi wypić trzy garnce napoi przygotowanych przez Zakony. Jeden garniec zawiera ulubiony napitek Beliarowców, jeden Innosowców i ostatni jest od Adanosa. Trzeba mieć mocną głowę, aby potem przebiec po palach i nie spaść. – wyjaśnił mu uprzejmie zapytany.
Tłum zamilkł, bo ruszone koło znów zaczęło zwalniać.
- Kolejną dyscypliną będzie Nordmardzka Wycieczka! – obwieścił herold.
- A to na czym polega? – zapytał Baruk.
- Zawodnicy muszą dobiec od bramy miasta do Słonecznego Kręgu w lesie. Każdy z nich będzie trzymał w ręku kawałek mięsa. Gdy odbiegną na strzelanie z łuku od bram miasta, z klatek zostaną wypuszczone watahy głodnych wilków, które ruszą za nimi w pości zwabione zapachem mięsa. Odpadną ci, do dadzą się złapać wilkom. – usłyszał wyjaśnienie maga.
- Jako trzecia Morska Kąpiel! – dobiegł głos herolda.
- A to na czym polega? –
- Zawodników zawozi się na wyspę naprzeciw portu. Ci co dopłyną do miasta startują dalej. –
- A co w tym takiego niebezpiecznego? – zdziwił się Baruk.
- Do zatoki wlewana jest krew z jatek. A każdy zawodnik ma przywiązaną do pasa świeżo zarżniętą kurę. Przyciąga to rekiny z całej okolicy. Ostatni raz ta dyscyplina odbywała się na przedostatnich zawodach, osiem lat temu. Wtedy pojawił się nawet zwabiony krwią kraken. Widowisko było nie lada. Dlatego teraz od trzech dni cech masarzy i rzeźników zamiast produkować kaszanki całą juchę wylewa do morza. – usłyszał w wyjaśnieniu.
- …Złamana Strzała! – rozległo się nad tłumem.
Mag nawet nie czekał na pytanie tylko zaczął wyjaśniać.
- Zawodnicy stają opodal miejskich murów. Nie mają tarcz, tylko po dwa miecze. Na dany znak biegną w stronę fosy. Na murach stoją zaś łucznicy. Cała sztuka polega na tym, aby nie dać się trafić i dobiec do fosy. –
- A łucznicy dobrze celują, czy strzelają tylko na pokaz? – zapytał Barak z nadzieją w głosie.
- Każdy ma oznaczone strzały i potem łucznikom płaci się w zależności od tego ile razy trafił. Nie martw się. To najlepsi łucznicy i będą naprawdę się starać, aby uatrakcyjnić zawody. –
- Piątą dyscypliną będzie Górska Ścieżka! – wydarł się herold.
I tym razem mag odezwał się nie pytany.
- Zawodnicy będą musieli przebiec poprzez góry stąd do Jarkendaru. Zawsze na ten dzień magowie przywołują deszcze aby skały były śliskie. Ci co dotrą do mety przechodzą do następnego etapu. –
- Kolejna dyscyplina to Ciuciubabka! –
- Ciuciubabka? Nie przesłyszałem się? – Baruk był zaskoczony.
Mag uśmiechnął się pod nosem.
- Zawodnicy wchodzą na arenę i zawiązuje się im oczy. A potem każdy z nich dostaje okutą żelazem pałkę i ma dotrzeć do wyjścia… -
- A, już rozumiem. -
- Na siódmym miejscu Orkowy Taniec! –
Tłum jęknął, tylko kilkunastu obecnych na rynku orków wyrzuciło w górę ramiona i ryknęło z zadowoleniem.
- Akurat wiem na czym to polega – Baruk uprzedził wyjaśnienia maga.
- Walka z kretoszczurami! –
- Eeee… To chyba łatwa dyscyplina? Kto mógł coś takiego zgłosić? – Baruk podrapał się w głowę.
- Nie taka łatwa, bo na czas. Wrzucają cię nagiego z zawiązanymi oczami do dołu gdzie jest dziesięć kretoszczurów. Do obrony masz tylko kozik z krótkim ostrzem. Wygrywają ci co zdążą je wytłuc zanim one go zjedzą. –
- I na koniec wylosowano Dwa Ognie! –
- Będziemy się piłką rzucać? –
- No, ale nie taką zwykłą. – odparł mag. - To niewielki skórzany worek nabity kolcami i wypełniony ołowianymi kulkami. Zawodnicy stają wokół placu i każdy dostaje po kilka takich piłek. Na dany sygnał zaczynają w siebie rzucać. Gra trwa tak długo aż na ziemię padnie połowa startujących. –
- Dzięki za wyjaśnienia – Baruk skłonił się magowi. Już miał odejść przeciskając się przez tłum gdy nagle coś mu się przypomniało i odwrócił się.
- Zaraz. Słyszałem że w zawodach zawsze jest dziesięć dyscyplin, a wylosowano o jedną mniej! –
- To już taka tradycja. Na pamiątkę jednej z bitew jaką w zamierzchłych czasach przeprowadzili między sobą członkowie Świętego Przymierza. Ostatnia dyscyplina zawsze jest taka sama. To Zbieranie Uszu. –
- Zbieranie uszu? Nie rozumiem. –
- Ci co dotarli do ostatniego etapu wypuszczani są rankiem do lasu. Każdy z nich ma przy sobie nóż. O zachodzie słońca zawodnicy mają się zgłosić przy miejskiej bramie. Ostatecznym zwycięzcą zostaje ten, który przyniesie najwięcej uszu, wliczając w tym swoje własne… - zaśmiał się mag.
- A jak dwóch zdobędzie tyle samo tych trofeów? –
- Na to też znaleziono rozwiązanie. Wtedy obaj pretendenci grają w ulubioną grę legendarnego Smutasa. –
Baruk pokiwał głową. Akurat gra w Siedzącego Trola była doskonale mu znana. Dwaj rywale siadali na taboretach naprzeciw siebie i na przemian okładali się pięściami po mordach. Ten, który pierwszy padł na ziemię przegrywał.
Losowanie dyscyplin zakończyło się. Teraz zawodnicy mieli przerwę na obiad i zaraz po nim dźwięk dzwonu wezwał ich na przygotowany do pierwszej konkurencji plac. Przy placu stał podest, na który prowadziło kilka stopni. Tam sędziowie wręczali kolejnym zawodnikom po trzy butelki z napojami i pilnowali aby wszystko z nich zostało wypite. Po tym zawodnicy wkraczali na ustawione wokół placu wysokie pale. Baruk nie miał nic do roboty ponieważ otrzymał dość wysoki numer startowy, więc musiało upłynąć jeszcze kilka godzin zanim nadejdzie jego kolej. Zatem przyglądał się zawodom. Na razie pierwsza konkurencja nie pochłonęła zbyt wiele ofiar. Na skutek wypitych trunków z pali na sterczące ostrza spadał co czwarty, piąty zawodnik. Przy każdym upadku tłum głośno wiwatował. Podobnie zresztą ludzie reagowali gdy kolejny zawodnik kończył start bez szwanku.
Ciała przegranych sprawnie usuwano z placu i ślady krwi zasypywano świeżym piaskiem.
- Jak samopoczucie przed startem? – usłyszał za sobą. Odwrócił się i spojrzał prosto w oczy poznanego maga Ognia.
- Zobaczymy jak mi pójdzie. Może bogowie będą mnie mieli w swojej opiece? – odparł.
- Masz mocną głowę? –
- Nie wiem. Nigdy jeszcze nie wypiłem na raz więcej niż dwa kufle piwa. –
- No to nie masz żadnych szans. Spadniesz na samym początku. – zafrasował się mag. – Ale mam pomysł jak ci pomóc. Chodź za mną… - kiwnął na niego dłonią.
- Taka pomoc jest dozwolona? – zapytał Baruk.
- Zawodnicy mogą korzystać z magicznych artefaktów i zaklęć, ale tylko bojowych. Wszystkie inne sposoby pomagania sobie są dozwolone. A ja wiem jak ci pomóc. –
Baruk zaciekawiony ruszył za magiem. Poszli niedaleko, do najbliższej karczmy. Tam mag przez chwilę poszeptał z właścicielem i odezwał się do młodzieńca.
- Siadaj, zaraz wszystko przygotują. –
Zanim na dobre rozsiedli się za stołem podszedł karczmarz i postawił przed Barukiem kufel z parującą zawartością.
- Wypij to do dna póki ciepłe. –
- A co to jest? – zaciekawił się młodzieniec.
- Łój ścierwojada. – odparł mag.
- No co ty? Przecież ja się od tego porzygam! –
- Nie tak od razu… A łój ścierwojada w żołądku zneutralizuje alkohol jaki wypijesz. Dzięki temu przetrwasz pierwszą dyscyplinę. No chyba, że chcesz zginąć. –
Baruk krzywiąc się wypił śmierdzący tłuszcz. Mag spojrzał na niego z zadowoleniem.
- Idź teraz na start. I oddychaj głęboko, to ci się nie odbije. –
Baruk łykając napływającą do gardła ślinę wstał i wyszedł z tawerny. Mag też wstał, ale poszedł w kierunku zasłoniętego kotarą wejścia do małej izdebki na zapleczu tawerny. Czekał tam na niego nobliwy starzec ukrywający swoją szatę pod szerokim płaszczem.
- Zrobione mistrzu. – mag skłonił się przed Wielkim Mistrzem Ognia.
- Czy aby ten młodzian nie domyślił się niczego? – padło pytanie.
- Nie. Myśli, że mu pomagam z wdzięczności za uratowanie mnie przed okradzeniem. –
- To bardzo dobrze. Nasi wywiadowcy potwierdzili wcześniejsze informacje. Beliarowcy postawili w zakładach cały majątek swojego zakonu. Jak wygra ich zawodnik, to zdobędą mnóstwo złota. Nie możemy na to pozwolić. Musimy puścić ich z torbami. –
- Czy już wiadomo, któremu zawodnikowi będą pomagać? – zapytał młody mag.
- Tego jeszcze nie wiemy. Musisz za wszelką cenę nie pozwolić aby igrzyska wygrał kto inny niż ten, którego wybraliśmy. Pamiętaj, od ciebie zależy los naszego zakonu. –
***
Baruk czekał na swoja kolej. Zbliżał się wieczór i wokół placu zapalono pochodnie. W końcu nadszedł czas na jego start. Wszedł na podest i wziął do ręki pierwszą butelkę. Wypił jej zawartość duszkiem. Podobnie uczynił z dwoma następnymi. W ustach miał wciąż ohydny smak łoju i nawet nie czuł co było w butelkach. Ostrożnie ruszył skacząc po palach. Okazało się to nawet nie tak bardzo trudne jak na początku podejrzewał. Gdy zeskakiwał z ostatniego tłum, zmęczony wielogodzinnym kibicowaniem niemrawo zawiwatował.
Baruk skłonił się publiczności i w tym momencie jego żołądek nie wytrzymał. Odbiło mu się i rzucił prosto w widzów potężnego pawia. To zachowanie wzbudziło wiekszę reakcje niż udane przejście po palach. Ci, których opryskał wściekali się, natomiast ci, stojący z tyłu, zaśmiewali się do rozpuku. Trzymając się za brzuch młodzieniec niemrawo poczłapał do koszar na swoją kwaterę. Chciał odpocząć przed kolejną dyscypliną.
Rankiem razem z pozostałymi startującymi udał się pod miejską bramę, gdzie zawodnikom przywiązywano rzemieniem do dłoni kawałki mięsa. Od herolda usłyszał, że do drugiej dyscypliny dotarło ponad sześciuset zawodników z ośmiuset startujących na początku.
- Schowaj to do kieszeni – usłyszał nagle za sobą. Odwrócił się i zobaczył przed sobą znajomego maga, który wciskał mu w dłoń niewielki mieszek.
- Co to jest? – zapytał.
- To zioła, których zapach zniechęci głodne wilki. Pobiegną za innymi. –
Baruk wsunął mieszek do kieszeni. Zauważył zresztą że nie tylko on chował coś pod ubraniem. Niektórzy z zawodników również mieli przy sobie różne przedmioty, których zapach miał odstraszać wilki. Dlatego też nie miał większych wyrzutów sumienia skorzystania z pomocy maga.
Sam bieg nie był zbyt męczący. Jak się potem dowiedział na tym etapie odpadło raptem około pięćdziesięciu zawodników, tych zagryzionych i tak poranionych, że nie mogli dalej samodzielnie startować. Ponieważ do wieczora pozostało sporo czasu poszedł do portu przyjrzeć się miejscu gdzie jutro będą pokonywać wpław dystans dzielący niedaleka wysepkę od nadbrzeża.
Humor mu się popsuł gdy zobaczył co dzieje się w wodzie. Akurat z barki wylewano do wody kolejne beczki bydlęcej krwi. Całe lustro wody było wzburzone od gęstwy rekinich płetw.
- Patrzcie ludzie, ile tego napłynęło! Jakby się człowiek rozpędził, to skacząc po ich grzbietach suchą nogą by do tej wyspy dobiegł! Ale będzie widowisko! – skomentował ten widok stojący obok gruby kupiec.
Baruk najchętniej przywaliłby w jego tłustą gębę, ale się powstrzymał, bo zobaczył nadchodzącego znajomego maga.
- Nie podziękowałem ci jeszcze za okazaną pomoc. – odezwał się do niego uprzejmie uprzejmie.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Ustrzegłeś mnie przed wielką stratą i ciągle czuję się dłużny wobec ciebie. – odparł mag.
- Naprawdę nie musisz czuć się zobowiązany… -
- Ależ muszę! Gdyby nie ty, Zakon Innosa poniósłby niepowetowaną stratę. W tej sakiewce były cenne kamienie teleportacyjne. A dzięki tobie nie zostały skradzione! – mag uśmiechał się przyjaźnie. - A właśnie! Mam coś dla ciebie w związku z jutrzejszym pływaniem. – poszperał po kieszeniach i wyjął pękaty mieszek.
- Nie mów mi tylko, że mam to zjeść. – Baruk popatrzał na niego podejrzliwie. – Jeszcze mi się odbija po tym łoju, a wczoraj ledwo biegłem, takiej sraczki dostałem. –
- Nie, tego się nie je. To są sznurki nasączone w specjalnym wywarze. Poprzywiązuj je sobie wszędzie gdzie się da. Gdy wejdziesz do wody będą odstraszać rekiny. –
- Magicznie? –
- Nie! Taka magia jest zakazana. To stary sposób poławiaczy pereł z Wysp Południowych. – mag poklepał go przyjacielsko po ramieniu.
***
Kolejny dzień rozpoczął się od śniadania, które podano zawodnikom w ich kwaterach. Potem wszystkich przewieziono łodziami na niewielką wyspę opodal portu. Tam każdemu z nich przywiązano do pasa żywą kurę. Gdy stanęli wzdłuż brzegu trzech sędziów szybkimi cięciami poodcinało głowy kurczakom. W ten sposób rozpoczęła się kolejna dyscyplina.
Baruk, który kilka godzin spędził na przyszywaniu do ubrania otrzymanych od maga sznurków odważnie wszedł do wody i ruszył wpław do brzegu. Obok niego płynęło kilkuset innych zawodników. Gdzieniegdzie kotłowała się woda i kolejny nieszczęśnik niknął topiony przez rekiny. Baruka zatokowy prąd zniósł trochę na bok i właśnie to uratowało mu życie. W centrum portu, tam gdzie płynęło najwięcej uczestników, wytrysnęła nagle w niebo struga spienionej wody a od wybrzeża dobiegł ryk rozentuzjazmowanego tłumu. Wylewanie od kilku dni całych beczek krwi do morza dało nadspodziewane efekty, bo pojawił się kraken. I to nie jeden, ale dwa od razu. Gigantyczne potwory młóciły wodę mackami łapiąc nimi i wsuwając do swych paszczy kolejnych pływaków.
Gdy zdyszany Baruk wyszedł w końcu na brzeg i siedział odpoczywając, dobiegł do niego głos herolda ogłaszający wyniki. Stawka zawodników zmniejszyła się do niecałych trzystu zawodników. Herold ogłaszał, że wieczorem odbędzie się pogrzeb czterech, którzy wykrwawili się z ran już na brzegu. Kilkanaście poobcinanych rąk i nóg przekazano magom, którzy mieli zidentyfikować do kogo należały. Tak minął kolejny dzień igrzysk.
Od świtu następnego dnia zawodnicy przygotowywali się do startu w Złamanej Strzale. Baruk sprawdzał swoją zbroję gdy nagle jakiś cień przesłonił mu słońce. Podniósł głowę i zobaczył, że przed nim stoją dwie osoby. Znajomy mag i obok niego drugi, o wiele starszy i dostojniej wyglądający.
- Pozwól że ci przedstawię, oto Wielki Mistrz Ognia Zakonu Innosa. – odezwał się młodszy z magów.
Baruk zerwał się na równe nogi i głęboko pokłonił.
- Posłuchaj młodzieńcze. – odezwał się starzec. – Chciałem ci osobiście podziękować za to coś uczynił. Uratowałeś nasz zakon przed wielką stratą. Dlatego przynieśliśmy ci na dzisiejszy start zbroję, która od wieków jest w naszym posiadaniu. –
Baruk wytrzeszczył oczy ze zdumienia i całkiem odjęło mu mowę.
- To magiczna zbroja – kontynuował starzec. – Wykonano ją z magicznej rudy i pokryto łuskami ze smoczych skrzydeł, które odbijają światło. Posiada również dodatkowe magiczne właściwości. Nie przebije jej żadna strzała. –
- Nie mogę przyjąć tak drogiego prezentu. – Baruk był oszołomiony.
- To nie prezent, my ci ją tylko wypożyczamy na zawody. – Starzec uśmiechnął się pod nosem.
Złamana Strzała okazała się dość krótkotrwałą dyscypliną. Zawodnicy popędzili ile sił w nogach w stronę miejskich murów, machając przy tym mieczami i zygzakując, aby uniknąć strzał. Baruk odziany w pożyczoną zbroję błyszczał oślepiająco odbitym słonecznym światłem. Żaden łucznik nie ryzykował celowania w niego, nie chcąc osłabiać sobie wzroku. Gdy pod wieczór ogłaszano wyniki, podano, że do następnej dyscypliny dotarło niecałe dwustu pięćdziesięciu startujących.
Mag odebrał zbroję od młodzieńca i pogratulował mu wyniku. Baruk poszedł potem na plac koło koszar, gdzie wywieszono mapę trasy jutrzejszego wyścigu przez góry. Na wielkim kawale wołowej skóry narysowano zarys wyspy i przerywaną czerwoną linią zaznaczono drogę, którą jutro będą pokonywać. Młodzieńcowi nic ona nie mówiła, bo nigdy wcześniej nie był w Khorinis i nie znał wyspy, ale stojący obok niego dryblas splunął na ziemię i odezwał się:
- Chyba powariowali! Wyznaczyli trasę, która biegnie obok legowiska czarnych troli a potem przez doliny gdzie są mateczniki cieniostworów! Jak przeżyje nas połowa to będzie dobrze! –
Baruk usłyszawszy to poczuł jak po plecach przebiegły mu ciarki. Zawrócił na pięcie i ruszył w kierunku portu. Do wieczora było jeszcze sporo czasu, postanowił więc połazić po targu i pooglądać towary, które sprowadzano tu z najdalszych nawet stron znanego świata. Szedł wolnym krokiem i zbliżał się powoli do targowiska. Nagle zaklną pod nosem. Niedaleko przed nim stał znajomy mag i uśmiechał się do niego. Poczuł niepokój. Ciągle miał w pamięci opowieści starych rybaków ze swojej wioski, którzy zawsze mu powtarzali, że nie można się zadawać z magami, bo oni tylko po to rozmawiają ze zwykłymi śmiertelnikami aby ich wykorzystać. Baruk sam nie wiedział co myśleć. Nie był do końca przekonany w szczerość wdzięczności maga za uratowanie go przed okradzeniem. Obawiał się, że przyjmując pomoc zaciąga u niego dług, co do którego nie miał pewności czy zdoła go kiedykolwiek spłacić. Odmówić przyjmowania dalszej pomocy trochę się obawiał. Dobrze pamiętał przestrogi swojej babki, która mówiła, że „łatwiej jest człowiekowi urazić maga niż trolowi zerwać pajęczą sieć”. A większość bajek, które słuchał w dzieciństwie traktowała o mściwości i złośliwości magów.
– Co bym nie zrobił, to zawsze dupa z tyłu. – pomyślał.
Uśmiechną się więc na pokaz i podszedł do maga.
- Jeszcze raz chciałem podziękować za okazaną mi pomoc. – rozpoczął rozmowę. – Ale chyba nie jestem godny tak wielkiego zainteresowania z twojej strony. Teraz już sam dam sobie radę, nie chcę cię więcej fatygować swoją osobą. –
- Ależ to dla mnie żaden kłopot. Bardzo się spodobałeś mojemu Mistrzowi i polecił mi roztoczyć nad tobą opiekę. Czynię to z prawdziwą przyjemnością. – odparł mag.
Baruk pobladł.
- No to po mnie. – przebiegło mu przez głowę. – Do końca życia będę się musiał im rewanżować za okazane przysługi… -
- Dlatego cię szukałem – kontynuował mag. – mam coś dla ciebie. Na pewno ci się jutro przyda. –
Mówiąc to wręczył mu niewielką paczkę.
- Co w niej jest? – zapytał obdarowany.
- Peleryna niewidzialności, dzięki której nie zobaczy cię żadne dzikie zwierzę oraz buty z podeszwami zrobionymi ze skóry języka trola. Dzięki temu nie pośligniesz się nawet na lodzie. No i jeszcze fiolka z ekstraktem ze smoczych odchodów. –
- Buueeee…. Ze smoczego gówna? A do czego to służy? – zapytał Baruk zaskoczony tym ostatnim podarunkiem.
- Rozsyła ona silny zapach smoka, który spłoszy każde dzikie zwierzę. Dzięki temu nic cię nie zaatakuje. Zatem powodzenia! – mag chciał odejść, ale nagle zatrzymał się, jakby coś sobie przypomniał.
- Acha! Jeszcze jedno. Zgłoszę się do ciebie po wyścigu aby odebrać pelerynę i buty. –
Baruk nie mógł zrobić nic innego jak wziąć tobołek i podziękować. Humor całkiem mu się popsuł i zdecydował wrócić do koszar. Gdy dotarł na miejsce zjadł kolację i położył się spać.
***
W jednej z tajnych komnat ambasady Zakonu Innosa w Khorinis odbywało się spotkanie. Mag, który miał nadzorować postępy Baruka w zawodach zdawał relację przed grupą swoich zwierzchników.
- Jak na razie nasze działania kończą się sukcesem. Wybrany przez nas zawodnik szczęśliwie zaliczył wszystkie konkurencje. Jesteśmy też przygotowani do wspomożenia go w następnych. – zakończył swoją wypowiedź.
Wielki Mag Ognia pokiwał głową i spytał siedzącego obok wysokiego maga z wielką łysiną na głowie.
- Czy już wiadomo na którego zawodnika stawiają beliarowcy? –
- Jeszcze się nam nie udało dowiedzieć. Bukmacherzy, którzy przyjęli od nich zakłady zostali obłożeni silną klątwą i próba ujawnienia przez nich potrzebnych nam informacji zakończy się śmiercią. Ale nasi szpiedzy wytypowali czterech startujących, którym magowie z Podziemia pomogli w ukończeniu dotychczasowych dyscyplin. Uważam, że wśród tej czwórki znajduje się ten, którego zwycięstwo przyniesie im fortunę. –
- Bardzo sprytne. Na razie pomagają kilku, abyśmy nie znaleźli ich faworyta. Pewnie dopiero na sam koniec przestaną pomagać pozostałym. Pamiętajcie, nasz kandydat musi wygrać igrzyska. Zbyt wiele od tego zależy. Nie możemy ryzykować, musimy mieć pewność. – Wielki Mistrz nie był zadowolony.
- Przygotowaliśmy wariant ratunkowy. – odezwał się milczący dotąd gruby mag.
- Na czym, on polega? –
- Możemy doprowadzić do nieszczęśliwych wypadków całej tej czwórki w następnych dyscyplinach. –
- Idioci! – zdenerwował się Wielki Mistrz. - Oni są na pewno pod takim nadzorem Podziemia, że nawet na krok nie zbliżycie się do nich niezauważeni! Nie możemy sobie pozwolić na dekonspirację! Po prostu wasza pomoc naszemu zawodnikowi musi być skuteczniejsza od tego co robią dla swoich beliarowcy! A teraz kończymy spotkanie i jutro chcę usłyszeć same dobre wiadomości. –
Magowie rozeszli się w milczeniu.
***
Nazajutrz zawodnicy wystartowali zaraz o świcie. Baruk dotarł do mety późnym wieczorem, nielicho zmęczony, ale bez większych problemów. Potem dowiedział się, że tego etapu wyścigu nie ukończyło prawie osiemdziesięciu uczestników. Tylko niewielka część z nich zginęła spadając w przepaść czy łamiąc kark na skałach. Pozostali zginęli na skutek ataków troli i cieniostworów. Baruk miał wyrzuty sumienia, bo dwukrotnie był świadkiem, jak spłoszone zapachem smoka cieniostwory uciekły na drugą stronę kotliny, skąd potem dobiegł go krzyk zarzynanego człowieka.
Noc przespał niespokojnie. Rankiem przez posłańca odesłał do ambasady Zakonu Innosa pelerynę i buty. Kazał mu przekazać wiadomość, że jest tak zmęczony marszem przez góry, że chce wypocząć. Postanowił nie wysuwać nosa nawet na krok za bramę koszar, aby nie natknąć się na namolnego maga i jego propozycje niesienia mu pomocy.
Siedział tak na łóżku i zastanawiał się nad kolejną dyscypliną, którą miała być Ciuciubabka, gdy poczuł lekkie dotknięcie na ramieniu. Podniósł wzrok i zobaczył przed sobą sprzątacza, który codziennie kilka razy zamiatał tu podłogi.
- Mam ci to przekazać, panie – odezwał się i położywszy na łóżku mały pakunek szybko odszedł.
Zaskoczony Baruk ostrożnie sięgnął po pakunek. Na papierze zobaczył namalowany farbą znak Innosa. Zaklną pod nosem, ale rozpakował przesyłkę. W środku były dwa ochraniacze na przedramiona wykonane z jakiejś dziwnej skóry, całe nabijane kolorowymi kamieniami. Nawet się ucieszył, bo nie miał swoich. Ponieważ do startu pozostawało już niewiele czasu założył je i poszedł na otoczony palisadą plac, gdzie zbierali się startujący w Ciuciubabce zawodnicy.
Gdy go wywołano wziął ze stojaka solidną okutą żelazem pałkę i dał zawiązać sobie oczy. Potem poczuł, że zakręcono nim kilka razy i usłyszał gromki okrzyk: „Zaczynajcie!”. Niewiele się zastanawiając zaczął wymachiwać pałką we wszystkie strony i stawiając ostrożnie kroki ruszył przed siebie. Poczuł, że kilka razy kogoś trafił, raz czy dwa coś lekko stuknęło go w głowę. W końcu zatrzymał się na palisadzie. Skręcił w bok i wkrótce doszedł do wyjścia. Tam zdjęto mu opaskę i pogratulowano szczęśliwego ukończenia rozgrywki. Obejrzał się za siebie. Wewnątrz palisady kręciło się jeszcze sporo zawodników. Na ziemi leżało kilkanaście nieruchomych ciał tych, którzy mieli pecha.
Baruk ruszył w stronę koszar przepychając się przez tłum widzów. Jeden z nich złapał go za ramię.
- Wspaniały występ! – zawołał. - Możesz powiedzieć skąd masz te ochraniacze? Od pokoleń moja rodzina handluje magicznymi artefaktami, ale tak skutecznych dawno nie widziałem! –
- O czym ty mówisz? – Baruk niezbyt zrozumiał o co mu chodziło.
- O twoich ochraniaczach! Ten na lewym ręku to Smoczy Łeb. Ochroni swojego posiadacza przed każdym ciosem w głowę. Aż miło było popatrzeć, jak pękały te pałki, którymi cię trafili. A ochraniacz na prawym ręku to przecież Trolowy Zgniatacz! Daje nadludzką siłę! Sam zobacz, tam leżą ci, których powaliłeś jednym ciosem! – kupiec ze znawstwem opisywał mu zalety ochraniaczy.
Baruk dopiero teraz wszystko zrozumiał.
- Eeee… To rodzinne pamiątki… - odpowiedział i szybko się oddalił. Nie odszedł jednak daleko gdy wpadł na znajomego maga.
- Gratuluję! Widzę, że otrzymałeś moją przesyłkę! Teraz możesz mi je oddać. – Mag wyciągnął rękę. - A tu masz prezent na jutrzejszy Orkowy Taniec. To buty ze skóry ognistego jaszczura. Dzięki nim ogień ci nic nie zrobi. –
Zanim Baruk zdążył zareagować, mag zabrał ochraniacze, zostawił mu buty i zniknął w tłumie.
Na drugi dzień ci co ocaleli stanęli przed kolejnym zadaniem. W nocy rozpalono wielkie ognisko i rozsypano na placu grubą warstwę żarzących się węgli. Baruk na początku nie miał zamiaru korzystania z otrzymanych butów bo uważał to za niezbyt uczciwe. Ale gdy spojrzał co go czeka od razu naciągną je na nogi. Skóra ognistego jaszczura spisywała się nadzwyczajnie. Wcale nie było przez nią czuć żaru. Przeszkadzało tylko rozgrzane powietrze pozbawione wystarczającej ilości tlenu. Gdy po godzinie zakończono rywalizację ilość startujących zmniejszyła się do osiemdziesięciu.
Baruk znów przez posłańca odesłał buty i biegiem poleciał do koszar. Schował się w kiblu i postanowił przez cały dzień się stamtąd nie ruszać. Miał nadzieję, że w ten sposób uniknie krępującej pomocy.
***
Tego dnia po południu w ambasadzie Zakonu Innosa odbywało się kolejne zebranie.
- I co dziś się wydarzyło? – zapytał Wielki Mistrz.
- Prawdziwy sukces! – zawołał jeden z magów. - Dzięki starożytnym artefaktom, które od nas dostał, nie dość, że nic mu się nie stało, to załatwił w czasie rozgrywki dwóch spośród tych, którym pomagali beliarowcy! Teraz została tylko para wojowników wspieranych przez Podziemie. Jutro z pewnością się dowiemy na zwycięstwo którego z nich postawili wszystkie swoje pieniądze! Wtedy znajdziemy sposób aby ostatnią konkurencję wygrał wytypowany przez nas zawodnik! –
Wielki Mistrz pokiwał z uznaniem głową.
***
Tymczasem Baruk opuścił na chwilę kryjówkę. Pędem dopadł swego posłania i zabrał postawioną tam miskę z kolacją. Posiłek zjadł zamknięty w toalecie. Nawet tam spał, choć było to strasznie niewygodne. Zaraz o świcie jako pierwszy zawodnik zgłosił się u sędziów. Był zadowolony że nareszcie udało mu się uniknąć przyjęcia pomocy od maga. Kazano mu rozebrać się do naga, wręczono krótki nóż i zawiązano oczy. Potem sprowadzono go do głębokiego dołu i tam pozostawiono. Usłyszał zbliżający się kwik kretoszczurów.
- Zaraz je tu wrzucą. Muszę być szybki jak nigdy – pomyślał.
W chwilę potem zwaliły się na niego cielska zwierząt. Baruk zaczął na oślep zadawać ciosy. Spieszył się by zabić jak najwięcej stworzeń, zanim go zaatakują. Jednak, ku jego zdziwieniu, żaden kretoszczór go nie ugryzł. Na domiar wszystkiego czuł, że zwierzaki go liżą! Toteż rozprawił się z nimi dość szybko i nietknięty wylazł z dołu. Sędziowie pozwolili mu się ubrać i patrząc na niego dziwnym wzrokiem stwierdzili że zakwalifikował się do kolejnej konkurencji.
Gdy wracał do koszar nadal nie rozumiejąc w jaki sposób pokonał kretoszczury nie doznając nawet jednego ukąszenia, wpadł prosto na znajomego maga.
- Wspaniale dałeś sobie radę! –
- I tym razem bez waszej pomocy – wyrwało się Barukowi.
- Mylisz się. Wczorajszą kolację miałeś doprawioną olejem wyciśniętym z macic samic kretoszczura, które były w rui. Dzięki temu twój pot wydzielał charakterystyczny zapach, dzięki któremu samce się na ciebie nie rzuciły. Raczej traktowały cię jak swoją samicę. Pewnie czułeś jak cię lizały? To ich gra wstępna. No i nie martw się jutrzejszym startem. Tez ci pomożemy. – mag poklepał go po ramieniu i odszedł.
Baruk pozostał w miejscu. Dowiedziawszy się co zjadł wczoraj na kolację, zwracał właśnie zawartość żołądka prosto pod nogi.
Rankiem kolejnego dnia był zrezygnowany. Wiedział, że nie zdoła schować się przed magami. Zastanawiał się tylko o co po wszystkim poprosi go poznany mag. Wiedział dobrze, że nie będzie mógł odmówić takiej prośbie. Chyba, że zechce aby jego dalsze życie było krótkie i nadzwyczaj bolesne. Szedł więc ociężałym krokiem w stronę boiska, na którym miały odbywać się dwa ognie. Obok niego szedł w tym samym kierunku tłum widzów. Gruby rzeźnik narzekał, że tylko czterdziestu startujących dotarło do dzisiaj i w Zbieraniu Uszu weźmie udział tylko połowa z nich. Idący obok mieszczanin odburknął mu, że gdyby rzeźnicy nie lali tyle krwi do zatoki, to trakeny nie zżarłyby tylu zawodników.
- Jak samopoczucie? – usłyszał z za pleców pytanie. Odwrócił się i zobaczył znajomego maga, który trzymał w ręku duży pakunek owinięty w płaszcz.
- Co masz dla mnie tym razem? – zapytał.
- Coś w sam raz dla ciebie do gry w Dwa Ognie. – rozwinięty płaszcz odsłonił dziwną zbroję i hełm. Obie rzeczy były wykonane z grubej skóry, do której przymocowano spore klocki z dziwnej substancji.
- Nie wygląda to na pancerz, w którym będę się mógł żwawo poruszać – zauważył Baruk.
- Nie będzie takiej potrzeby. – mag wskazał palcem na klocki. – Widzisz to? To bardzo rzadki metal o niespotykanych właściwościach. Można go zakląć w taki sposób, że będzie przyciągał lub odpychał żelazo. Ta zbroja została tak zaczarowana że odpycha. Rzucone w twoja stronę piłki wypełnione żelaznymi kulkami będą wytracać cały swój impet a nawet zmieniać kierunek loty i cię omijać. Trzymaj, pomogę ci się w nią ubrać. I pamiętaj, potem masz mi ją zwrócić. –
Gdy rozpoczęto Dwa Ognie Baruk nawet nie rzucał otrzymanymi pociskami. Stał obojętnie pomiędzy pozostałymi zawodnikami i patrzał jak kolejni z nich padaja na ziemie ogłuszeni celnymi rzutami. Sam dostał tylko dwa razy, ale tak lekko, że nawet się nie zachwiał. Zresztą rywale szybko zorientowali się co potrafi jego zbroja i wcale w niego potem nie celowali. Gdy na ziemie padł nieprzytomny kolejny zawodnik rozległ się gong i grę przerwano. Na nogach trzymała się jeszcze połowa z tych co weszła wcześniej na boisko. Do jutrzejszego Zbierania Uszu przetrwało tylko dwudziestu jeden zawodników. Przeszło ośmiuset odpadło na wcześniejszych etapach.
- Najbardziej z tych igrzysk to muszą być zadowoleni grabarze – przemknęło Barukowi przez myśl.
Prosto z boiska poszedł pod siedzibę ambasady Zakonu Innosa. Gdy zbliżał się do niej z bocznej uliczki wyszedł mu na spotkanie znajomy mag. Pomógł Barukowi zdjąć zbroję i wręczył mu małe zawiniątko. Po jego rozwinięciu ukazała się zawartość. Był to złoty łańcuszek z wisiorkiem przypominającym rozdeptaną psią kupę.
- Cóż to takiego? – zapytał Baruk.
- To bardzo cenny magiczny amulet. Powieś go sobie na szyi i schowaj pod koszulą. – usłyszał polecenie.
- A co on robi? Sam obcina uszy, czy jak? –
- Nie. – roześmiał się mag. – To Amulet Dobrego Dnia. On po prostu przynosi szczęście każdemu kto go nosi. A tobie jutro szczęście będzie bardzo potrzebne aby wygrać. –
Młodzieniec ukrył wisiorek pod koszulą i udał się w kierunku koszar. Jego rozmówca udał się do ambasady gdzie czekał już na niego Wielki Mistrz Ognia. Mag wszedł do komnaty i nisko się ukłonił.
- Czy już wiadomo który z zawodników został przez Podziemie wyznaczony do zwycięstwa? – zapytał.
- Tak. To ork. Wielka i silna bestia. A do tego niezły tropiciel i myśliwy. Naszemu kandydatowi przyda się jutro dużo szczęścia, żeby nie stracic własnych uszu i wygrać. – padło z ust Wielkiego Mistrza.
- Czy będziemy starali się przeszkodzić orkowi? Czy tylko ograniczymy się do pomagania Barukowi? – zapytał młody mag.
- Dziś w nocy nasi agenci rozsypią po całym lesie gdzie jutro odbędą się zawody sproszkowane odchody harpii wymieszane ze specjalnie spreparowanym bagiennym zielem. Orkowie są na tę mieszankę uczuleni. Zawodnik beliarowców będzie cały dzień kichał i nie uda mu się niepostrzeżenie do nikogo zbliżyć. Podziemie może robić co zechce, ale przed tym nie uda się im zabezpieczyć swojego zawodnika. Ale najważniejsze jest teraz aby żaden inny zawodnik nie zebrał więcej uszu niż Baruk. –
- Ale dlaczego? Przecież wystarczy aby ten ork nie zwyciężył. Po co więc pilnować aby wygrał Baruk? – zdziwił się mag.
- Teraz mogę ci zdradzić pewien sekret. – odparł Wielki Mistrz. – Aby ostatecznie pokonać Podziemie potrzebne nam jest mnóstwo złota aby wynająć zaciężne wojska. Kazałem opróżnić cały nasz skarbiec i postawić wszystko na Baruka. Dzięki temu beliarowcy stracą wszystko a my się wzbogacimy. Nareszcie będziemy mogli ostatecznie ich pokonać! –
***
Przed rozpoczęciem ostatniej dyscypliny igrzysk zawodnicy otrzymali skórzane mieszki, do których mieli zbierać obcięte rywalom uszy. Każdy z nich został zaprowadzony przez przewodnika w określone miejsce do lasu, skąd mieli wystartować na dźwięk gongu.
Baruk usiadł na pniaku zwalonego przez burzę drzewa. Nie miał wcale zamiaru komukolwiek obcinać uszu. Miał tylko nadzieje, że sam swoich nie straci. Przestało zależeć mu na zwycięstwie. Czuł, ze korzystając z pomocy magów nie wygrałby tych igrzysk w uczciwy sposób. Zastanawiał się nad tym, czy wszystkie dotąd odbywające się zawody miały podobny przebieg. Nie mógł odgadnąć jaki cel mieli jego poplecznicy w tym aby mu pomagać. Co mogliby zyskać na jego zwycięstwie? Przecież nie chodziło im o ten duży mieszek złota, który mistrz igrzysk otrzymywał na końcu. Zakon Innosa był wielekroć bogatszy.
Siedział tam już kilka godzin zastanawiając się nad tym co go tu, na Khorinis, spotkało. Jak dotąd żaden z zawodników nawet się do niego nie zbliżył. Tylko kilka razy dobiegł do niego z oddali dziwny odgłos, jakby ktoś kichał.
Minęło południe i jeszcze nic się nie wydarzyło. Słonce powoli sunęło ku zachodowi. Baruk postanowił wstać i powoli iść w stronę miasta, gdzie przy bramie czekali za zawodników sędziowie. Ledwo zdążył podnieść się z pniaka gdy usłyszał za sobą szelest. Odwrócił się i staną oko w oko z wielkim orkiem. Wyglądał on dość dziwnie, nawet jak na orka, bo w nozdrza miał wepchnięte dwa ułamane kawałki grubej gałęzi. Dzięki temu jego szeroka gęba przypominająca kolorem krowi placek, wyglądała nawet zabawnie. Ork szykował się do skoku gdy rozbawiony jego widokiem Baruk parsknął śmiechem. Jego przeciwnik właśnie przeskakiwał w jego kierunku przez zwalony pień drzewa, gdy spojrzał w bok zaciekawiony co też tak rozśmieszyło młodzieńca. Dzięki temu nie spojrzał pod nogi i zahaczył nogawką o wystająca z pnia gałąź. Ork stracił równowagę, zamachał łapami i wywalił się jak długi, waląc przy okazji łbem o leżący obok kamień, aż zadzwoniło. Pękaty mieszek oderwał mu się od pasa i potoczył prosto pod nogi Baruka. Ten podniósł go i zajrzał do środka. Było tam pełno obciętych i jeszcze krwawiących uszu.
- Rzeczywiście mam szczęście. – pomyślał.
- Pozwolisz, że sobie go zabiorę? – zapytał nieprzytomnego orka.
Baruk ruszył w stronę miasta. Gdy dotarł do bramy wręczył sędziom mieszek z uszami i odszedł na bok aby poczekać na wyniki. Oprócz niego z lasu przed zachodem słońca wyszło jeszcze trzech zawodników, z tego jeden miał był cały poraniony i miał świeżo obcięte lewe ucho. Młodzieniec spuścił głowę i siedział w milczeniu. Nagle rozległ się krzyk wiwatującego tłumu. Baruk poderwał się aby zobaczyć kto też ostatecznie wygrał igrzyska. W jego stronę pędził jakby go wargi goniły rozradowany mag Ognia.
- Wygrałeś! Wygrałeś! Indosowi niech będą dzięki! – darł się przy tym jak opętany.
Osłupiały Baruk dał się złapać pod ręce sędziom i zaprowadzić przez szpaler wiwatującego tłumu wprost przed siedzibę gubernatora, gdzie ogłoszono jego zwycięstwo i wręczono mu nagrodę. Po tym wszystkim rozpoczęła się przy ustawionych na rynku Górnego Miasta wielka pijatyka. Bohater tego dnia nawet się nie uśmiechał, tylko z poważną mina wychylał kielich za kielichem i wkrótce osuną się nieprzytomny pod stół.
***
W czasie gdy Baruk upijał się na smutno do nieprzytomności w ambasadzie Zakonu Innosa wrzało jak w wywróconym ulu.
- Idioci! Banda owcojebców! Skretyniałe gównojady! Żeby was ścierwojady wydupczyły! Jak mogliście do tego dopuścić! – wydzierał się na cały głos wściekły jak pijany drwal Wielki Mistrz Ognia. – Gówno nam z tego przyszło! Czemu nikt się nie zorientował że podziemie obstawiło zwycięstwo naszego zawodnika? Przez to zakłady były prawie jednostronne i wypłacono nam stawkę jeden do jednego! A mieliśmy się wzbogacić! Podziemie miało zbankrutować! –pieklił się starzec rozdając solidne kopniaki czmychającym na boki członkom zakonu.
***
W ambasadzie Podziemia też nie było spokojnie. Wielki Czarny Mistrz, który przybył tu przed kilkoma dniami w przebraniu, o mało nie dostał ataku apopleksji, gdy wrócili skarbnicy zakonu z pieniędzmi od bukmacherów. Ze złości kazał wbić na pal szefa zakonnego wywiadu.
- Czemu ten dureń nie zorientował się że innosowcy też obstawią zakłady? Postawiliśmy na tego samego zawodnika! A to my mieliśmy ich przechytrzyć! A tak nie zdołaliśmy uzyskać żadnej przewagi! – żalił się swojemu zastępcy.
***
W ambasadzie Klasztoru panował zgoła inny nastrój niż w dwóch pozostałych. Wielki Mistrz Wody popijał z zadowoleniem wino z kielicha. Skinął ręka na szefa klasztornego wywiadu, dając mu do zrozumienia aby się zbliżył.
- Udało się nam, co? – zapytał.
- Tak mistrzu. Ani innosowcy ani beliarowcy nawet się nie zorientowali kto pokrzyżował ich plany. –
- To była mistrzowska operacja. – uśmiechał się Wielki Mistrz. – I pomyśleć, że jak dowiedzieliśmy się o zamiarze Podziemia na obstawienie zawodnika, któremu mieli pomóc wygrać igrzyska, to uważaliśmy, że im się to uda. Twój plan był genialny. Możesz być pewny awansu. –
- Dziekuję mój mistrzu – szef wywiadu przyklęknął na jedno kolano.
- Wstań, nie klękaj. Opowiedz mi wszystko jeszcze raz. Z przyjemnością tego posłucham. –
- Gdy nasi tajni agenci donieśli nam o zamiarach beliarowców postanowiłem aby informacja ta dotarła do szpiegów wywiadu Królestwa. Wiedziałem, że innosowcy na to nie pozwolą. Nawet się nie zorientowali gdy nasi agenci podsunęli im pomysł z wystawieniem własnego zawodnika, który miał pokonać tego wytypowanego przez Podziemie. Potem wystarczyło poprzez przekupionych informatorów podpowiedzieć beliarowcom aby w widoczny sposób wspomogli kilku losowo wybranych zawodników, a sami postawili wszystko na zawodnika popieranego przez innosowców. Bo tego, że Wielki Mistrz Ognia postawi wszystkie pieniądze na swojego zawodnika byłem pewny od samego początku. Jedni chcieli przechytrzyć drugich i dali się zapędzić w kozi róg. –
- Ile na tym stracili? – zapytał Wielki Mistrz Wody.
- Niewiele. Oba zakony postawiły potężne pieniądze na zwycięstwo tego samego zawodnika. Wiadomo było, że w porównaniu z ich środkami pieniądze, które zwykli hazardziści postawią na innych będą niewielkie. Toteż wypłacano pulę nagród w stosunku jeden do jednego. Po odliczeniu prowizji dla bukmacherów oba zakony straciły na zakładach po jakieś pięć tysięcy sztuk złota. To niedużo. Ale nauczka im pozostanie. –
- I bardzo dobrze. Po raz kolejny dzięki naszemu zakonowi równowaga została zachowana. Nie będzie kolejnej wojny pomiędzy nimi. Nie stać ich na to. A my musimy dopilnować aby tak już pozostało… -
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Ulubione miejsce fighter Dyskusja 102 01-06-13 12:50
Wymarzone miejsce.... Assasyn Dyskusja 105 05-02-12 12:49
nie odkryte miejsce Artur9 Porady i triki 3 13-08-06 12:55
tajemne miejsce Broof24 Porady i triki 2 02-08-06 09:35
Miejsce zamieszkania Corristo Hyde Park 47 04-12-04 11:25


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.