Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > WIP
Przeładuj stronę Rozszerzona powieść Gothic, by Hassan

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 09-04-17, 08:34   #1
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 656
Domyślnie Rozszerzona powieść Gothic, by Hassan

Witam, zgodnie z zaleceniem Mika 123 umieszczam tu powieść Gothic własnego autorstwa.


Na samym początku chcę zaznaczyć, że jest to moja interpretacja przebiegu zdarzeń serii Gothic autorstwa Piranha Bytes, zaś główną fabułę i najważniejsze oryginalne dialogi wykorzystałem w formie podstawy, na której buduję najbardziej prawdopodobny opis wydarzeń z serii Gothic. Pewne sytuacje, imiona i przedmioty są zainspirowane modem Gothic: Edycja Rozszerzona, który moim zdaniem jest jedynym właściwym (niemodyfikującym fabuły) modem do Gothica.


Z początku wiadomo, wprowadzam czytelnika w ten świat i zaznajamiam z moim stylem. Można powiedzieć, że jestem początkującym pisarzem i chcę się sprawdzić, dlatego zacząłem pracować nad opisaniem serii moich ulubionych gier (każdy wie, że Gothic kończy się na 3 ). W miarę rozwoju fabuły, z każdym kolejnym rozdziałem będzie coraz bardziej widoczny własny wkład, choć mam nadzieję, że już na początku zauważycie sposób rozwinięcia historii.

Zapraszam do czytania i dzielenia się opinią, wskazówkami, również hejtem (Każdy rozdział muszę podzielić, ze względu na limit znaków)

Zaczynamy.

Rozdział 1: Witamy w Kolonii! (cz. 1)


Cholerna sprawa.
Od kiedy zaczął padać deszcz zrobiło się jeszcze zimniej. Pożałowałem, że nie mam butów, gdyż zbierająca się pod moimi nogami deszczówka jeszcze potęgowała uczucie chłodu. Cienka narzuta, w którą byłem ubrany była zbyt krótka, bym mógł się nią owinąć. Jedyny plus tego, że tu byłem, to że nie czułem głodu. Czego by nie powiedzieć o więzieniu w Khorinis, karmili tu znakomicie.
Cholerna sprawa.
Podczas podróży miałem wiele czasu na myślenie. Może to głupie, ale w takich okolicznościach mimowolnie myśli się o rzeczach, które w toku codziennego życia nigdy się nie pojawiają. Leżenie i patrzenie w sufit, podczas gdy obijające się o pokład fale kołyszą statkiem w usypiającym rytmie, nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych, zwłaszcza mając przed sobą perspektywę tego co mnie czeka.
Prawdę mówiąc nawet się cieszyłem na wieść o podróży, bo ciągłe siedzenie w ciemnych celach doprowadzało mnie do szału. Z początku nawet miałem nadzieję, że pozwolą nam czasem wychodzić na pokład. Przeliczyłem się. Byłem pewien, że stał za tym ten sukinsyn sędzia, którego podczas mojej rozprawy nazwiska nie dano mi poznać. A szkoda. Ale przynajmniej nigdy nie zapomnę jego twarzy
Podróż statkiem trwała długo. W porównaniu do dwumiesięcznego siedzenia w lochu, to zdecydowanie postęp. Nikt z naszej trzydziestki nie wiedział który mamy dziś dzień. Czas zaczął dzielić się na przed wypłynięciem, a teraz. Wiadomo, im dłużej to trwało, tym wszyscy byli bardziej zaniepokojeni i powoli zaczynali się załamywać. Może w chwilach słabości bardziej docierała do nich świadomość losu, jaki ich czeka. Paradoksalnie, im dłużej trwała nasza podróż, tym dłużej wszyscy żyliśmy i byliśmy w miarę bezpieczni. Trzy razy dziennie schodził do nas jeden ze strażników i wydawał nam porcje żywieniowe. Solona ryba, suszona wieprzowina, czerstwy chleb i parę łyków cienkiej ryżówki. Naprawdę dbano tam o nas.
Teraz z trzydziestu chłopa z którymi spędziłem ostatnie kilka tygodni zostałem tylko ja. Wszystkim innym już dawno wykonano wyroki. Nie licząc tego jednego, który jeszcze na pełnym morzu zachorował na niewydolność jelit i szybko zmarł. Zanim wynieśli ciało, zapach był naprawdę obrzydliwy. Brano ich po dwóch, trzech, a czasem po pięciu i w kilka dni uporano się ze wszystkimi. Teraz, dziwnym zbiegiem okoliczności zostałem tylko ja, bo mój ostatni towarzysz zasnął w nocy by się już nie obudzić. Rozszarpał sobie żyły. Własnymi zębami.
Cóż, czy wyjdzie na tym lepiej, niż my wszyscy? Czas pokaże, ale póki co dla mnie życie jest wciąż bardzo cenne. Co by się nie działo, przetrwam.
Teraz właśnie zostało mi zaledwie kilka minut, bym miał szansę się przekonać ile to tak naprawdę znaczy. Za chwilę miał się zjawić tu drogi Pan Sędzia, razem z obstawą, by zakończyć rozładowywać transport i móc spokojnie wrócić na Kontynent.
Stało się. Przyszli.
Dwóch rosłych strażników szło po bokach Pana Sędziego. Za nimi czaił się trzeci.
- Odsuń się od kraty! - zawołał jeden z nich.
Zrobiłem to. Gdy strażnik otworzył oba zamki a potem drzwi, do środka wszedł Sędzia, rozglądając się po ścianach z obrzydzeniem i stąpając tak, by jak najmniej poplamić sobie drogocenne buty.
- Przebieraj się – nakazał, rzucając mi złożone w kostkę czyste ubranie.
Złapałem je i natychmiast zrzuciłem stare; przebrałem się przy strażnikach. Prywatność to nic w porównaniu z możliwością ogrzania się.
- Wychodź – polecił Sędzia. Już na statku słyszałem od współwięźniów, że zawsze towarzyszy odprowadzaniu więźniów, choć wcale nie musi. Najwyraźniej lubił swoją pracę.
Zrobiłem to, a wtedy jeden ze strażników związał mi ręce za plecami. Drugi do niego dołączył i we dwóch ustawili mnie w pozycji do drogi: kark ugięty na poziomie ramion, ręce mocno z tyłu.
- Idziemy.
Dość brutalnie popchnęli mnie, dając znać żebym się ruszył i nie miałem wyboru. Wyprowadzili mnie na zewnątrz, następnie wsadzili do ciemnego wozu i wywieźli daleko poza miasto. Nic nie widziałem, wóz był obudowany, ale słyszałem że towarzyszy nam o wiele więcej osób. Tuż przedtem, jak się zatrzymaliśmy usłyszałem szum wodospadu. Gdy pozwolono mi wyjść wiedziałem już gdzie jesteśmy.
Plac Wymian. Górnicza Dolina Khorinis. A także tajemnicza Bariera, polityczne samobójstwo Króla Rhobara.
Cholerna sprawa.
Wokół mnie krzątało się wiele osób, przygotowując towary do spławienia, lecz mój wzrok przykuła sama Bariera. Do tej pory jedynie słyszałem o niej plotki.
Była naprawdę ogromna. Iskrzyła się srebrzysto niebieskim blaskiem, którego promienie rozchodziły się zygzakiem po jej powierzchni. Dookoła widziałem tylko góry, a przed sobą, w miejscu gdzie się zaczynała skarpę, zaś niżej niewielkie jeziorko, nad którym stało kilkanaście osób.
Tuż obok mnie po prowizorycznej platformie przeleciała tratwa z bali, wyładowana beczkami z żywnością, ubraniami i alkoholem. Chwilę później kolejne dwie. Na szczycie trzeciej była kobieta.
Przywiązana do beczek, ubrana skromnie, zapewne była prostytutką. Przez krótką chwilę spojrzeliśmy sobie w oczy i dostrzegłem w nich to samo zrezygnowanie i poddanie się losowi, co u moich sąsiadów spod pokładu.
Ktoś szarpnął mnie brutalnie i upadłem na kolana przed Sędzią, z cichym stękiem. W międzyczasie poza barierę wyjechał transport z rudą.
- W imieniu Jego Wysokości Króla Rhobara II, pana Varantu, skazuję tego więźnia na...
- STAĆ! - zagrzmiał głos.
Podniosłem głowę i zobaczyłem, że biegnie ku nam wytwornie ubrany mag w podeszłym wieku. Zatrzymał się przede mną, całkowicie ignorując Sędziego.
- Skazańcze, mam dla ciebie propozycję. Ten list MUSI trafić do przywódcy Kręgu Magów Ognia.
Obrzuciłem go spojrzeniem, starając się pokazać nim, gdzie może sobie wsadzić swoje propozycje. Jednocześnie wyobrażałem sobie, jak wpycham mu ten list do gardła. Swoją drogą, fajne wdzianko. W Khorinis widziałem podobnie ubrane prostytutki.
- Marnujesz czas – powiedziałem, bo wyraźnie oczekiwał słownej odpowiedzi, a nie chciałem robić sobie kłopotów tuż przed zrzuceniem.
Ten tylko machnął ręką.
- Sam będziesz mógł wybrać sobie nagrodę. Magowie dadzą ci wszystko czego zażądasz.
Cóż, nic nie mówiłem. To zmienia postać rzeczy. Nagroda na pewno mi się przyda jak już będę za Barierą.
- Dobra, zaniosę wasz cenny list. - W tym momencie rozcięto mi więzy na rękach i pozwolono się wyprostować, a jednocześnie ktoś przylożył mi klingę miecza do szyi. - Ale pod jednym warunkiem – dodałem, odsuwając ostrze. Na twarzy maga zauważyłem cień oburzenia, który jednak szybko znikł.
- Oszczędźcie mi reszty tej paplaniny.
- Jak śmiesz... - Sędzia wyraźnie planował sypnąć mi parę słów, ale mag szybko sprowadził go na ziemię.
- Milcz! Dobra, zrzucajcie go!
Poczułem, jak ktoś wsadza mi coś pod koszulę a następnie te sukinsyny zepchnęły mnie ze skarpy, wprost na Barierę. Tak jak się spodziewałem, nic nie poczułem przenikając przez nią w tę stronę.
Zwaliłem się ciężko do jeziorka, które było tak płytkie, że nie zasługiwało nawet na tę nazwę. Podniosłem się z trudem na rękach i obolały podczołgałem się do brzegu, krztusząc i plując. Nade mną wyrosły trzy cienie. Jeden z nich, stojący pośrodku podniósł mnie za przód ubrania niczym szmacianą lalkę i na jego nieogolonej, pełnej blizn twarzy zagościł szeroki uśmiech.
- Witamy w Kolonii.
Dostałem pięścią w skórzanej rękawicy obitej metalem, prosto pod oko. Nie pamiętam, czy potem były jeszcze jakieś ciosy, bo na krótko straciłem przytomność.
- Dość tego! Zostawcie go. A teraz precz!
Ten rozkaz, wykrzyczany grubszym, chrapliwym głosem wykonali natychmiast, bo słyszałem jak się oddalają. Za trzecią próbą udało mi się otworzyć oczy i zobaczyłem pochylającego się nade mną faceta koło czterdziestki z dużymi wąsami. Ubrany był w czerwony pancerz, nieco odróżniający go od tamtych strażników.
- No już - rzucił niecierpliwie, gestem nakazując mu się pospieszyć. - Wstawaj.
Wygramoliłem się w końcu z wody i wstałem. Woda ciekła ze mnie ciurkiem, a pod okiem czułem bardzo duży guz. Na szczęście kość chyba się nie złamała. Otarłem krew z policzka i spojrzałem na tamtego faceta. Na placu wymian zostaliśmy tylko my dwaj.
- Nazywam się Diego – powiedział.
Zamrugałem szybko, bo wciąż kręciło mi się w głowie od uderzenia i miałem spory problem ze skupieniem myśli.
- Jestem...
- Nie interesuje mnie kim jesteś. Jesteś tu nowy, a do mnie należy dbanie o nowych. Na razie to tyle... Jeśli chcesz jeszcze trochę pożyć, słuchaj się mnie... ale oczywiście nie będę ci przeszkadzał w ewentualnej próbie samobójstwa. To jak będzie?
Najwidoczniej plotki o Kolonii nie wzięły się z niczego, pomyślałem. Diego miał u pasa krótki miecz, a zza jego ramienia wystawał długi, sfatygowany łuk i pełen kołczan. Zdecydowanie dobrze będzie się go trzymać.
- Dobra. Co powinienem wiedzieć o tym miejscu?
Diego uśmiechnął się spod wąsa.
- Przeprowadzasz tę rozmowę z każdym kto tu trafia? - zapytałem jeszcze.
- Nie zawsze mogę być na miejscu, gdy przychodzi transport. Ale ostatnio kazano mi bardziej tego pilnować, bo zbyt wielu nowych ginęło zanim dotarli do któregoś z obozów.
- Wygląda na to, że opowieści o tym miejscu nie były przesadzone.
- Nazywamy je Kolonią. Wiesz już, że wydobywamy rudę dla króla. Cóż.... w każdym razie tak robią ludzie ze Starego Obozu.
To wiedziałem. Zachłanność Rhobara, po udanym zdobyciu Varantu doprowadziła całą Myrtanę na skraj przepaści. Rhobar błyskawicznie stał się z kochanego władcy despotą, który nie cofnie się przed niczym by doprowadzić do końca swoje plany. A potem wszystkie jego uczynki stały się niczym wobec pomysłu stworzenia Bariery. I od przeszło dziesięciu lat Rhobar, jest zmuszony płacić skazańcom za wydobywaną rudę. Można powiedzieć, że przegrał na obu frontach, które sam zresztą stworzył. Teraz przyjdzie mi się dowiedzieć, jak sprawa wygląda od środka.
- Wewnątrz Bariery powstały trzy obozy – kontynuował Diego. - Największym i najstarszym jest tak zwany Stary Obóz.
- Dlaczego mi pomogłeś?
- Bo potrzebowałeś pomocy. Gdybym nie interweniował, Bullit i reszta mogliby cię wykończyć, a ja jestem zbyt miły by się temu spokojnie przyglądać. W końcu przeszedłem taki kawał drogi po to, by złożyć ci propozycję.
- Propozycję?
- Tak, po tym zajściu z Bullitem i jego ludźmi powinieneś się domyślić, że przyda ci się ochrona. W Kolonii są trzy obozy i prędzej czy później będziesz musiał do któregoś dołączyć. Jestem tu, by udowodnić wszystkim nowym, że najlepszym miejscem dla nich będzie Stary Obóz.
W jego tonie było coś dziwnego, jakby to była wyuczona fraza, którą powtarzał zbyt wiele razy.
- Dołączyć, żeby przeżyć?
- Dokładnie.
- Gdzie jest teraz Bullit?
Diego zmarszczył brwi.
- On i jego ludzie przenoszą towary z zewnątrz do zamku. Tam go znajdziesz. Ale jeśli szukasz zemsty, muszę cię ostrzec. To doświadczony wojownik. Skądś przecież ma te blizny.
Pokiwałem głową na znak, ze rozumiem i zadałem kolejne pytanie.
- Jak w takim razie dojdę do Starego Obozu?
Diego wskazał palcem na drogę za jego plecami, na której widniały odciśnięte ślady kół.
- Podążaj tą ścieżką, w dół zbocza. Stary Obóz to pierwsze, mniej więcej bezpieczne miejsce jakie napotkasz po drodze. Gdy dojdziesz do mostu, strażnicy cię pokierują.
- Nie będziesz mi towarzyszyć? - zapytałem, starając się, by zabrzmiało to zdawkowo.
- Może kawałek, mam jeszcze coś do załatwienia poza obozem. - Zmierzył mnie spojrzeniem z góry na dół i dodał: - Radzę ci postarać się o jakąś broń. Na drodze do obozu można czasem spotkać wiele niebezpiecznych zwierząt.
- To znaczy jakich?
- Zwykle są to tylko ścierwojady, ale bez broni nawet ich dzioby mogą zrobić z ciebie stertę poszarpanego mięsa.
Nie brzmiało to zbyt optymistycznie. Miał rację, potrzebowałem czegoś do obrony. Czegokolwiek. Rozejrzałem się po opuszczonym już placu wymian, ale nie zostało tu nic, co mogłoby mi się przydać.
- Skąd mogę wytrzasnąć jakąś broń?
- Rozejrzyj się trochę w okolicy opuszczonej kopalni. Tylko nie rzucaj się zbyt pochopnie uzbrojony w głupi kilof! Masz dotrzeć do obozu cały i to jest dla ciebie priorytetem. No, to chyba na tyle.
Diego odwrócił się, by odejść, a ja przypomniałem sobie o tym, co właśnie znajduje się pod moją koszulką. Dotknąłem tego ręką, na szczęście nie przemokło.
- Mam list do Arcymistrza Magów Ognia - powiedziałem do jego pleców.
Diego odwrócił się powoli i spojrzał mi w oczy.
- Czyżby?
- Jakiś mag dał mi go, zanim mnie tu wrzucono.
Przez krótką chwilę miałem wrażenie, że dostrzegłem błysk w jego oku, lecz chwilę później Diego wybuchnął krótkim śmiechem.
- Twoje szczęście, że nie mogę pokazywać się więcej u magów. Ktoś inny mógłby poderżnąć ci gardło za taki list.
- Dlaczego? Jest tak cenny?
- Magowie hojnie opłacają swoich posłańców, a większość z tutejszych ludzi nie ma absolutnie nic. Dobrze ci radzę, nie mów o tym głośno, aż do momentu, gdy nie spotkasz któregoś z magów. Choć szczerze mówiąc wątpię by ci się to udało.
- A to dlaczego?
- Magowie rezydują w zamku, gdzie wstęp mają tylko ludzie Gomeza. Tacy jak ty mogą poruszać się tylko po Zewnętrznym Pierścieniu.
- Kim jest Gomez?
Na twarzy Diego znów zagościło coś w rodzaju pełnego niedowierzania uśmiechu.
- Gomez jest najpotężniejszym człowiekiem pod Barierą. To on kieruje całym handlem rudą i ma najwięcej do powiedzenia w całej Kolonii.
- Zakładając, że chciałbym zostać jednym z jego ludzi...
- To możliwe, lecz bardzo trudne. Przed bramą do zamku spotkasz człowieka imieniem Thorus. Powiedz mu, że Diego cię przysłał.
- I to tyle?
- Reszta będzie zależeć od ciebie.
- Dzięki za pomoc. I radę.
- Nie ma sprawy. Chodźmy już, kawałek przejdę z tobą.
Szedłem obok Diego, ścieżką pomiędzy dwoma warstwami skalnymi i czułem się bardzo dziwnie. To, że nie będzie łatwo przeżyć w Kolonii wiedziałem już dawno, ale gdy już tu trafiłem wszystko wyglądało jeszcze mroczniej niż zakładałem.
- Wspomniałeś, że są trzy obozy. Opowiesz mi o pozostałych?
Diego pogładził swoje bujne wąsy, najwidoczniej odruchowo.
- Cóż, jako drugi powstał Nowy Obóz. Nie żyjemy z nimi w dobrych stosunkach. Są tam ludzie, którzy odeszli ze Starego Obozu i teraz napadają na nasze karawany, by przejąć choć część towarów z zewnątrz. No i są jeszcze świry z sekty...
- Sekty?
- Taak, założyli obóz na bagnie na wschodzie, ale o nich nie chcę sobie strzępić języka. W Starym Obozie spotkasz kilku jego członków, ich zapytaj.
Właśnie minęliśmy zakręt i stanęliśmy przed drewnianą strażnicą. Dwójka strażników pilnujących przejścia właśnie zamykała bramę za pomocą kołowrotu. Była już zamknięta do połowy.
- To Orry i... cholera nie wiem kto. Co chwila się zmieniają – powiedział Diego.
- Co tak późno, Diego? Zwykle zajmuje ci to mniej czasu!
- Płacą mi za godziny, Orry – odpowiedział spokojnie Diego. Następnie zwrócił się do mnie: - Tu nasze drogi się rozchodzą. Pamiętaj, żeby rozglądać się za bronią.
- Dzięki za pomoc.
Diego uśmiechnął się pod wąsem. Zaczynałem go lubić.
- Spotkamy się w Starym Obozie.
Wspiął się po drabinie nad bramę i kilkoma zwinnymi susami znalazł się na półce skalnej po lewej stronie. Chwilę później znikł im z oczu.
- Nowy, co? - zagadnął Orry. Drugi strażnik stał w milczeniu przy kołowrocie.
- Jak widać.
- Skoro rozmawiałeś z Diego to pewnie wiesz już co i jak? Tak? No, to teraz do obozu. Diego mówił ci o broni i słuchaj się go, bo bez niej możesz tam nie dotrzeć. Tu nic nie mamy, ale przy opuszczonej kopalni na pewno coś znajdziesz. To chwila drogi stąd.
Mówił bardzo dużo i szybko, co zapewne było skutkiem pracy na odludziu z milczącym towarzyszem. Skoro miałem okazję, postanowiłem go nieco podpytać.
- Gdy tu wylądowałem, jeden z waszych uderzył mnie w twarz...
- Mówią na to "Chrzest Wody". Robią tak z każdym nowym.
- Czy w Starym Obozie dużo jest takich zawadiaków?
- Jego kilka czarnych owiec, ale nic ci nie zrobią, jeśli zapłacisz im za ochronę. Gdy dotrzesz do obozu, trzymaj się Diego, a wszystko będzie dobrze.
- Gdy mnie wrzucano, widziałem jakąś kobietę...
Orry machnął ręką i pokręcił głową, nie dając mi skończyć.
- W zamian za rudę, magnaci dostają wszystko, czego sobie zażyczą. Naturalnie, te kobiety trafiają tu również prosto z więzienia, gdyby nie miały trafić do Gomeza, nadal tkwiłyby w jakimś śmierdzącym lochu. Sam nie wiem, co dla nich gorsze...
W sumie mogłem się tego spodziewać. Zostawiłem Orry'ego i poszedłem dalej drogą, czując się strasznie odsłonięty. Za moimi plecami brama opadła z hukiem.
Dosłownie kilkadziesiąt kroków dalej natrafiłem na dwójkę kolejnych strażników, którzy siedząc na pieńkach pili coś z drewnianych kubków. Widząc mnie przerwali rozmowę i jeden z nich wstał.
- Kolejny żółtodziób! Podejdź, napijemy się za twoją przyszłość! Później może już nie być okazji!
Obaj ryknęli śmiechem, a ja czując się trochę głupio stanąłem przed nimi, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.
- Widzę, że Bullit już cię ochrzcił – zauważył ten drugi. - No, niezła robota, poprzedniego to ledwo pogłaskał. Będziesz miał pamiątkę na dobre kilka tygodni! Ha ha!
Gdybym był w trochę innej sytuacji to zdzieliłbym go w pysk. Ale cóż, pewnie jeszcze nie raz przyjdzie mi przełknąć dumę. Postanowiłem sobie, że cokolwiek by to nie oznaczało, nie dam się pokonać Kolonii. Cholera, choćby nie wiem co.
- Powiedz coś, chłopie! Siadaj z nami, opowiesz nam co słychać za Barierą. Masz, łyknij się.
- Dzięki – odezwałem się po raz pierwszy, biorąc parę łyków ciepłego piwa, które mi zaoferował. Miła to była odmiana po więziennym menu. - Szukam jakiejś broni. Powiedziano mi, że znajdę coś przy opuszczonej kopalni...
- TU jest opuszczona kopalnia, człowieku. Spójrz tam.
Kawałek dalej widniała dziura w skale i nic więcej.
- To jest ta kopalnia?
- Tak, pełno wciąż tam zardzewiałego sprzętu, możesz sobie coś wziąć. Jeśli uda ci się znaleźć coś, co się nie rozpadnie przy pierwszym użyciu.
Idąc za jego przykładem wszedłem do jaskini, a oni mnie obserwowali, najwidoczniej śmiejąc się z czegoś, czego nie rozumiałem. Jaskinia do której wszedłem miała ledwie kilkanaście kroków długości, dalej wielkie głazy uniemożliwiały dalszą drogę. Na ziemi pełno było zużytych pochodni, starych kilofów, drobnych bryłek rudy
, a także parę niezdatnych do użytku noży. Bryłkami rudy napchałem kieszenie, wziąłem w jedną rękę pochodnię, ale po zastanowieniu wyrzuciłem ją. Nie będzie mi potrzebna, planuję dotrzeć do obozu przed zmrokiem. Wypatrzyłem i zabrałem za to wyglądający na w miarę użyteczny kilof. Lepsze to niż nic.
- No proszę, jaki wyposażony - zawołali, gdy wynurzyłem się z jaskini. - Mało rozmowny jesteś facet, jak każdy kto tu trafia.
- Co się stało z tą kopalnią? - zapytałem.
- Kilka lat temu po prostu się zawaliła. Podobno podpory nie wytrzymały i zgniotło prawie wszystkich, którzy byli w środku. Ale jakby kto mnie spytał, to powiedziałbym że to wina pełzaczy. Czasem w nocy słychać jak kopią. Mówię ci, coś okropnego.
- Nocujecie tu?
Wzruszył ramionami.
- Pilnujemy drogi na plac wymian, póki chłopaki nie skończą przewozić towarów. Różne szumowiny lubią atakować nas by przejąć towar.
Skinąłem głową. Spojrzałem na słońce, które było już coraz niżej na niebie. Czas iść.
- Dobra, idę szukać obozu.
- Łap – powiedział jeden z nich, rzucając mi piwo. - Na drogę. Na dobry początek w Kolonii.
Złapałem je w locie i spojrzałem na niego, naprawdę zaskoczony.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy.
Zostawiłem ich, a piwo schowałem do kieszeni. Przyda się na później. Cholernie dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz je piłem.
- Ej! - usłyszałem za plecami.
Odwróciłem się jeszcze. Jeden ze strażników wskazywał ręką na mostek biegnący kilka metrów nad moją ścieżką.
- Przypomniało mi się, że tam są towary uznane za chwilowo nieprzydatne. Może znajdziesz coś lepszego, ale nie zaglądaj do skrzyń, bo jak zobaczę, ze coś jest otwarte to w obozie cię odnajdę i pozbawię ręki!
Poszedłem za jego radą. Wszedłem po stromiźnie i stanąłem na moście. Rozpościerał się stać niezwykły widok, dotąd nie zdawałem sobie sprawy z tego jak wysoko jestem. Moja dalsza droga biegła bardzo stromo w dół, a daleko na horyzoncie widać było las. Nie tracąc więcej czasu na oglądanie krajobrazu przeszedłem na drugą stronę mostu i zamarłem. Usłyszałem dźwięk, jakby świński kwik i po chwili zza porozstawianych pod zboczem beczek wyszło zwierzę, które pierwszy raz widziałem na oczy, ale po tym dźwięku wiedziałem już z czym mam do czynienia.
Ciężko było je opisać. Czworonożny, niezbyt duży, tłusty, o grubej, pofałdowanej skórze i świńskim pysku. Mówiono mi, że kretoszczury to jedne z najsłabszych stworzeń w Kolonii, ale jednocześnie agresywnych. Słyszałem też, że stanowią tu jeden z głównych dostawców mięsa. Miałem tylko nadzieję, że nie smakują tak jak wyglądają.
Wyciągnąłem kilof. To moja pierwsza walka pod Barierą. I z pewnością nie ostatnia. Jeśli mam przeżyć, muszę nabrać wprawy. Traktowałem to jako pewnego rodzaju test. Przeszukam te towary i żadna kwicząca bestia mnie od tego nie odwiedzie.
Wedle oczekiwaniom, bestia była bardzo powolna. Ja prawdę mówiąc też. Zbyt długo nie miałem możliwości rozprostowania kości i moje ruchy były bardzo ślamazarne. Straciłem też sporo na sile. Zdołałem jednak z prostego doskoku uderzyć stwora w bok. Celowałem w głowę. Kretoszczur wydał potworny kwik i ledwo udało mi sie wyszarpnąć kilof z jego cielska i uniknąć rozorania pazurami mojego uda. Bestia zaatakowała znów i znów miałem szczęście. Cofnąłem się do mostu, a on szedł za mną, brocząc krwią. W momencie, gdy chciał zaatakować, odskoczyłem w stronę jego rannego boku i tym razem celnie zdzieliłem w głowę. Kwik ucichł. Z kilofa sączyła się krew i fragmenty mózgu. Odrzuciłem go i zabrałem się za przeszukiwanie tego placu.
Nie znalazłem nic, prócz paru bryłek rudy i starego, pordzewiałego miecza, który jednak wciąż zdawał się być dość mocny. Cale szczęście. Zostawiłem kilof i zszedłem na dól, po drodze pokazując strażnikom spod kopalni swoje znalezisko. Jeden z nich skomentował to machnięciem ręki. Nie tykałem beczek. Ręce będą mi jeszcze potrzebne.
Ruszyłem ostro w dół, a po jakimś czasie ścieżka zaczęła biec wzdłuż krawędzi urwiska.
Bardzo wysokiego urwiska. W pierwszej chwili poczułem zawroty głowy, ale szybko się otrząsnąłem. Z prawej strony miałem cholernie wysoką górę, z drugiej cholernie głęboką przepaść. I parę belek mających symulować coś na kształt barierki. W dole przepaści widać było rzekę, opływający skałę, która była niemal tak wysoka jak położenie ścieżki na której stałem, zaś za rzeką zamek, otoczony palisadą. Zgadywałem, że to właśnie jest Stary Obóz.
Tak jak sądziłem, na ścieżce spotkałem kolejne zwierzę. Tym razem ścierwojad. Na szczęście młody, sięgał mi ledwie do pasa. Nie znosiłem ich długich dziobów. Stworzenia te nie miały praktycznie węchu i wzroku i kierowały się niemal wyłącznie słuchem i to stawiało mnie w lepszej sytuacji. Doskoczyłem to niego, i jednym uderzeniem miecza zepchnąłem go w przepaść. Sam się zdziwiłem jak łatwo mi poszło.
Droga była bardzo stroma i śliska, co zapewne było skutkiem wczorajszego deszczu, za to widoki niezwykłe. Jakoś udało mi się nie poślizgnąć i doszedłem na sam dół, gdzie daleko przede mną zobaczyłem wspomniany przez Diego most. Po mojej lewej stronie płynęła rzeka, na jej drugim brzegu kręciło się kilka topielców. Po prawej stronie znajdowała się polanka, ogrodzona od drogi barierką, a kawałek dalej rósł las. Na polance, niedaleko mnie stało dwóch facetów, którzy zauważyli mnie wcześniej i teraz obserwowali. Ich ubiór różnił się od stroju Diego i strażników. Były zafarbowane na niebiesko i wyglądały bardziej dziko i drapieżnie, będąc prawdopodobnie uszyte z fragmentów jakiegoś futra.
- Hej, ty!
Nie było wątpliwości, kogo woła ten ochrypnięty głos. Nie mając wyboru podszedłem do nich, czując się o wiele bardziej niepewnie niż przy rozmowie ze strażnikami na górze.
- O co chodzi? - zapytałem.
- Chcę cię tylko ostrzec – powiedział ten, który mnie zawołał. Miał bujne wąsy i czarną czuprynę, w przeciwieństwie do towarzysza, który był niemal całkiem łysy, ale za to spojrzenie zdecydowanie bardziej nieprzyjemne. - Jesteś tu nowy, co? Chcę cię tylko ostrzec. Idąc dalej, trafisz na nasze tereny łowieckie. Lepiej trzymaj się ścieżki, żebyśmy omyłkowo nie wzięli cię za zwierzynę.
Cóż, dość jasno się chyba wyraził.
- Na co polujecie?
- Głównie na ścierwojady. Da się je zjeść, no i nietrudno je zabić. Jeśli wie się jak to zrobić.
- Naprawdę? Są na to jakieś specjalne metody? Prócz ciosu w łeb rzecz jasna.
- Nie znasz się na myślistwie, co? Zapytaj mojego kumpla, Draxa, nikt nie wie więcej o ścierwojadach niż on.
Jego kompan wzruszył tylko ramionami.
- Jesteś myśliwym? - zapytałem
- Rathford tak twierdzi, wiec chyba to prawda.
- Mógłbyś opowiedzieć mi coś o polowaniu?
- Mógłbym co nieco ci opowiedzieć, ale to będzie kosztować.
- Ile?
- Na początek wystarczy dobre piwo. Potem zobaczymy.
Miałem je zostawić na później, ale co tam. Z żalem jednak pożegnałem butelkę. Krótko ją miałem, ale wiem, że będzie mi jej brak.
- Za porządne piwo dałbym się posiekać – powiedział Drax, ocierając usta, gdy wypił całą butelkę w paru łykach. - Choć raz jakaś odmiana od tej paskudnej ryżówki, którą przynosi Rathford.
- Ryżowka ci nie pasuje? - oburzył się Rathford. - A może sam byś się pofatygował do Obozu po coś lepszego? A ja tu postoję i ponarzekam?
- Ścierwojady należy atakować pojedynczo. Te wielkie ptaszyska są prawie całkiem ślepe, ale gdy podejdziesz za blisko, zaatakują całym stadem. Lepiej byś miał wtedy broń w pogotowiu. Jeśli uda ci się trafić go, zanim dziobnie, wygrałeś. Jeśli on pierwszy dziobnie ciebie... cóż, lepiej żeby nie dziobnął.
- Złota rada, nie ma co – zadrwiłem. Wygląda na to, że zmarnowałem piwo.
- Ej, czegoś ty oczekiwał za zwykłe piwo? Mogę nauczyć cię zdejmować skóry, pazury i kły różnych zwierząt. Nie jest to łatwe, ale kilka dni spędzimy na polowaniu i w mig połapiesz. Zastanów się, bo to dość opłacalne. Każdy kupiec chętnie kupi od ciebie skóry. Powiedzmy na początek pięć bryłek rudy, potem zobaczymy jak wiele będziesz chciał się nauczyć.
- Nie mam żadnej rudy. Dopiero mnie tu wrzucono.
- Zawsze możesz przyjść później. Postaraj się jak najszybciej o jakąś pracę. Będąc myśliwym szybko zarobisz nawet na własną chatę w Obozie. Polować będziesz musiał tak czy siak, a nie potrafiąc zagospodarować zwierzyny, ona po prostu zgnije. A to zwyczajne marnotrawstwo. Tylko musisz uważać, gdzie zamierzasz polować. Dla żółtodzioba nie jest tu bezpiecznie.
- Dlaczego ten teren jest taki niebezpieczny?
Rathford włączył się do rozmowy:
- W całej Kolonii jest masa mniej lub bardziej niebezpiecznych miejsc. Ścieżki pomiędzy obozami są dość bezpieczne, ale nawet tam można natknąć się na stado wilków, które będą chciały zjeść cię na kolację... Dlatego lepiej nie ruszać sie nigdzie bez odpowiedniego ekwipunku. Weź sobie tę radę do serca, jeśli chcesz tu trochę pożyć.
- Skąd mogę wziąć jakiś ekwipunek?
- Najlepiej w Starym Obozie. Idź tą ścieżką, obóz znajdziesz za mostem. Na pewno trafisz. Ale lepsze ceny znajdziesz u nas, w Nowym Obozie, pod warunkiem że znasz odpowiednich ludzi. Kiedy trafisz do Starego Obozu odszukaj faceta imieniem Mordrag. Za kilka bryłek rudy można u niego kupić wiele wartościowych rzeczy.
- Powiesz mi coś więcej o Kolonii?
- Jeśli zamierzasz podróżować między obozami, przyda ci się mapa. Nie znając drogi łatwo jest tu się zgubić, albo co gorsza trafić na istoty na które... lepiej nie wpadać.
- Co to za istoty?
- Rożne, a większość z nich kręci się w okolicach starych ruin. Niektóre pamiętają jeszcze pierwszą wojnę z orkami, albo są pozostałościami po ich osiedlach. Często kręcą się tam orkowie i jeszcze gorsze poczwary. Na twoim miejscu unikałbym tych miejsc jak ognia. I jeszcze jedna rada: nie wchodź do lasu.
- Gdzie mogę zdobyć jakąś mapę?
- Popytaj w Starym Obozie. Mieszka tam jeden kartograf, ale zapomniałem jego imienia. Może uda ci się gwizdnąć jakąś. Przy okazji mógłbyś zwinąć jedną dla mnie.
- Jego mapy nie są na sprzedaż?
- Cóż, jeśli stać cię na taki wydatek...
Chyba nieprędko jakąś zdobędę. Uśmiechnąłem się cierpko.
- Jeśli uda mi się zabrać je bez płacenia wezmę tyle ile dam radę udźwignąć.
- Równy z ciebie gość! - ucieszył się Rathford. Drax najwidoczniej stracił zainteresowanie rozmową, bo odwrócił się, obserwując pobliskie stado ścierwojadów. - Powinieneś pomyśleć o dołączeniu do naszego obozu. Jeśli tam kiedyś trafisz pytaj o Laresa – on zajmuje się nowymi. Na pewno znajdzie dla ciebie jakieś zajęcie.
- Dzięki za pomoc.
- Tylko nie myśl sobie, że wszyscy są tu tacy mili. Niewiele można znaleźć w kieszeniach nowego, ale są tu tacy, co potrafią rozbić komuś czaszkę za stary kilof.
- Będę o tym pamiętał.
Ruszyłem dalej ścieżką, mijając rozwidlenie w prawo, prowadzące do lasu i po chwili, za kolejnym wzniesieniem w końcu zauważyłem most i strzegących go dwóch strażników, oraz bramy Obozu za ich plecami. Czułem się trochę niepewnie, podchodząc do nich. Obserwowali mnie czujne, jednocześnie dziwnie się wykrzywiając, ale żaden nie powiedział ani słowa.
- Czy to stary Obóż? - zdecydowałem się odezwać.
- Nie, Nowy. Stary znajduje się pod mostem.
Cóż, ironia chyba nie wychodzi mu najlepiej. Sumując to z dość tępym spojrzeniem, nie dziwi mnie to, że przydzielono go do pilnowania mostu.
Znalazłem się w końcu przed bramą Obozu, których strzegło kolejnych dwóch strażników. Ci przy bramie wyglądali nieco poważniej, może dlatego dostali nieco lepszą fuchę. Obserwowali mnie czujnie odkąd przekroczyłem most. Dostrzegłem jeszcze jednego, w podobnym pancerzu, który właśnie załatwiał potrzebę pod pobliskim drzewem.
- A ty dokąd się wybierasz? - zaskrzeczał jeden z nich.
- No, do Obozu.
- I myślisz, że możesz tak sobie po prostu wejść? Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem.
- Diego powiedział, ze mam się z nim spotkać w Obozie – powiedziałem, z nadzieją, ze to pomoże. Na szczęście pomogło.
- Żółtodziób, co? No, to właź, tylko nie sprawiaj kłopotów, bo cię szybko naprostujemy.
Wolałem nie zastanawiać się, co oznacza owo "naprostowanie". Nad moją głową znajdowała się potężna brama zrobiona z grubych, zaostrzonych bali. Cały Stary Obóz otoczony byl sześciometrowym ogrodzeniem, okopanym z zewnątrz czymś w rodzaju fosy.
Ledwie zdążyłem zrobić parę kroków, gdy ktoś za moimi plecami krzyknął:
- Ej, ty!
Odwróciłem się, by zobaczyć jak macha do mnie ręką, w biegu dopinając rozporek.
- Dopiero cię zrzucili, co? - wyrzucił z siebie jak tylko się zbliżył. - Widzę, że już cię urządzili. Na pewno chcesz tam iść? By znowu dostać w pysk?
Facet, mimo pancerza był chudszy ode mnie. Na jego nieogolonej twarzy widać było blizny po ospie. Strażnik, który mnie przepuścił przez bramę najwidoczniej sie wkurzył, bo podszedł do niego i złapał go za ramię.
- Nie przesadzaj Gamal. Jak Thorus się dowie, że rekrutujesz ich już pod obozem, to sam wylądujesz w kopalni.
- Tylko kilka słów Sven. Słuchaj, żółtodziobie. Mam dla ciebie ofertę. Olej to, co mówił Diego, w Obozie nie czeka cię nic więcej niż kolejny łomot od Strażników. W końcu nie masz rudy, co nie?
- A jaką mam niby alternatywę? - zapytałem z ciekawości, choć od samego początku mi się to nie podobało.
- Chodź ze mną do Starej Kopalni. Jest niedaleko, zaraz za lasem. Jako Kopacz szybko dorobisz się jakiejś rudy, a wtedy będziesz miał czym zapłacić Strażnikom w Obozie za ochronę. Pomogę ci dostać się szybko do kopalni, dostaniesz kilof, ubranie, coś do żarcia i miejsce do spania. To chyba dużo jak na kogoś kto dopiero tu trafił, co nie?
- Najpierw muszę porozmawiać z Diego – powiedziałem. - Miałem się z nim spotkać w Obozie.
Gamal wyglądał jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Sven praktycznie wykopał go poza bramę. Ponownie się odwróciłem i wszedłem do Obozu.
Nie powiem, zaskoczyło mnie to co tam zastałem. Obóz rozciągał się dookoła zamku, którego brama znajdowała się na górce, całkiem blisko mnie. Były tu jakby dwa poziomy, niższy bliżej zamku, zaś wyższy na niskiej skarpie pod zewnętrznym ogrodzeniem. Wzdłuż ścieżek stały liczne chaty, zrobione z desek, słomy i gliny. Wokół kręciło się mnóstwo ludzi, wyróżniali się głównie rodzajami noszonych ubrań. A były ich trzy: Strażnicy, w czerwonych zbrojach identycznych jak u Svena i Bullita, drudzy ubrani jak Diego i Gamal, a także trzecia grupa w prostych, brązowych kombinezonach, w większości brudnych. Oczywiście sami mężczyźni.
A więc zaczyna się. Muszę szybko znaleźć jakąś pracę, bo przyjdzie mi tu umrzeć z głodu i zimna. Ruszyłem ścieżką w lewo, pod górę w stronę bramy zamku. Wydawało sie to być najlepszym miejscem, by rozpocząć
Przy bramie stało pięciu Strażników i to był jednoznaczny sygnał, że nie będzie tak łatwo jak myślałem. Jeden z nich, stojący na przedzie wyróżniał się. Był to potężnie zbudowany facet o ciemnej karnacji i krótkich, czarnych włosach. Miał na sobie lśniący w kolorze srebra i czerwieni pancerz z wysokim kołnierzem. Zza jego pleców wystawał fragment klingi i rękojeść wielkiego dwuręcznego miecza. Przypatrywał mi się od momentu gdy przekroczyłem bramę. Zacząłem się zastanawiać, czy rozmiar posiadanej broni nie świadczy tu o hierarchii społecznej. Zatrzymałem się niepewnie w odległości kilku metrów, a on wciąż na mnie patrzył.
- Zakładam, że nie będziesz chciał wpuścić mnie do zamku? - odezwałem się.
- Tylko ludzie Gomeza mają tam wstęp.
Jego głos był niski, stanowczy, jakby przyzwyczajony do wydawania rozkazów. Teraz byłem już pewien z kim rozmawiam. Skoro Diego mi go wskazał, to może warto zaryzykować.
- Muszę się dostać do zamku – powiedziałem. - Mam list do Arcymistrza Magów Ognia.
- I myślisz, że wpuszczę cię tak po prostu do środka? Żebyś oddał list i zgarnął nagrodę?
- Coś w tym stylu.
Zmarszczył gniewnie brwi i potarł dłoń w metalowej rękawicy.
- Dobra, pokaż ten list.
- Nie ma mowy, zapomnij o tym.
- W porządku, już zapomniałem – wzruszył ramionami.
Od początku byłem pewien, że nie ma drogi na skróty, ale byłbym głupi gdybym nie spróbował.
- Chcę pracować dla Gomeza.
- Czyżby? A czemu myślisz, że Gomez chciałby by ktoś taki jak ty dla niego pracował?
- Diego powiedział, że to ty podejmujesz takie decyzje...
- Hę? Jeśli Diego uważa, że jesteś w porządku to dlaczego sam się tobą nie zajmie? No dobra, słuchaj uważnie. Diego podda cię najpierw testowi. Jeśli on uzna, że się nadajesz, wtedy ja wpuszczę cię na spotkanie z Gomezem. Co się stanie potem będzie zależało wyłącznie od ciebie. Jasne?
- Jak słońce. Porozmawiam z Diego. Wiesz, gdzie mogę go znaleźć?
- To jego chata. - Thorus wskazał na najbliższą chatę, przed którą stała krótka ławeczka, oddaloną o zaledwie kilka metrów. - Zwykle kręci się w pobliżu.
- W porządku, zaczekam na niego – odpowiedziałem i zamierzałem odejść, gdy wpadło mi jeszcze coś do głowy. - Dlaczego sam nie poddasz mnie testowi?
- To nie takie proste, chłopcze. Każdy nowy, który chce tu do czegoś dojść potrzebuje opiekuna. Może nim być tylko jeden z zaufanych ludzi Gomeza i to właśnie on podda cię próbie. A jeśli narobisz kłopotów to on poniesie tego konsekwencje. Takie panują tu zasady i weź je sobie do serca.
- A ty nie miałbyś dla mnie jakiegoś zadania?
- Nie. Rzeczy, którymi zajmują się Strażnicy przerastają twoje możliwości, a ja nie chcę mieć ciebie na sumieniu. Zajmij się najpierw tym co zleci ci Diego to może kiedyś uda ci się dołączyć do Cieni. Większość nowych zaczyna jako Kopacze, zawsze możesz do nich dołączyć.
- Potrafię sprostać każdemu zadaniu jakie mi powierzysz – powiedziałem śmiało. Jeśli alternatywą ma być kopalnia, będę musiał zrobić wszystko, by jak najszybciej dołączyć do Cieni.
- Aż tak ci zależy na wpadce już pierwszego dnia? Hmm...
Pokazał gestem bym się zbliżył. Spojrzał mi głęboko w oczy, jakby mnie oceniał, zaś pozostali Strażnicy udawali że nie słuchają. Thorus zniżył głos niemal do szeptu.
- Jest jedna rzecz, którą może się zająć wyłącznie człowiek nie będący w służbie Gomeza. Ale uprzedzam cię: jak to schrzanisz, będziesz miał nie lada kłopoty.
Spodziewałem się tego. W końcu w Kolonii każdy dzień to walka o przetrwanie. Jeśli nie będę w stanie wykonać tego zadania, to będzie znak, że nie zasłużyłem by przeżyć w tym miejscu.
- Jestem gotów.
- To co ci teraz powiem ma zostać między nami – rzekł, jeszcze bardziej ściszając głos. - Pewien gość z Nowego Obozu sprawia nam problem. Nazywa się Mordrag i przywłaszczył sobie kilka rzeczy należących do Magnatów. Oczywiście, można to powiedzieć o wielu Szkodnikach z Nowego Obozu, ale Mordrag ma czelność zjawiać się w NASZYM obozie i odsprzedawać NASZE rzeczy NASZYM chłopcom. A to już za wiele. Niestety łajdak wie, że nie mogę z tym nic zrobić.
- Dlaczego?
- Bo jest pod opieką magów.
I tu mamy haczyk. Żeby dostać się do magów, muszę się najpierw im narazić...
- Dlaczego magowie chronią Mordraga?
- Bo służy im za posłańca. Nasi magowie utrzymują kontakt z tymi z Nowego Obozu i często wymieniają się informacjami za pośrednictwem gońców. Sami nigdy nie opuszczają swoich siedzib. Zapewne nieźle się wkurzą na wieść, że coś przydarzyło się ich kurierowi.
- A co ze mną? Co magowie mogą mi zrobić?
- Jesteś tu nowy, nic ci nie będzie. Ale to ja odpowiadam za wszystko co robią moi ludzie, dlatego musisz trzymać język za zębami.
Ani trochę mnie to nie uspokoiło.
- Widzę, że masz trochę problemów z magami.
- Tak, i to problemów, które niełatwo rozwiązać. Kilka lat temu jeden z Cieni próbował zasztyletować we śnie Arcymistrza Magów Ognia. Faceta znaleziono potem w Zewnętrznym Pierścieniu. Żeby było jasne: rozsmarowanego po CAŁYM Zewnętrznym Pierścieniu.
Jeszcze lepiej. Dało mi to bardzo mocno do zrozumienia, co tu oznacza "łatwe rozwiązanie problemu". Zaczynałem się ponownie zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Postanowiłem postawić sprawę jasno.
- Chcesz żebym go zabił, tak?
- Chcę, mieć pewność, że już nigdy więcej się tu nie pojawi i żeby przestał nam szkodzić. Jak to załatwisz, to już twoja sprawa.
- Gdzie znajdę Mordraga?
- Kreci się przy południowej bramie po przeciwnej stronie zamku. Tuż przy wyjściu. Sukinsyn boi sie pokazywać bliżej centrum.
Kiwnąłem głową. Miał rację, nie będzie to łatwe.
- Zajmę się tym. Ale może to trochę potrwać.
- Rób jak chcesz.
Oddaliłem się, zostawiając Thorusa, ale prawdę mówiąc nie miałem pojęcia co ze sobą zrobić. Nie chciałem czatować przed chatą Diega, za bardzo zwracałbym na siebie uwagę. Jako że do zmroku zostało jeszcze trochę czasu, postanowiłem rozejrzeć się po Obozie. Okrążyłem zamek, omijając większe skupiska ludzi i starając się być niezauważonym. Niestety moja obita twarz, a do tego ubranie i przełożony przez pasek spodni pordzewiały miecz wyraźnie świadczyły o tym, skąd przychodzę. Pierwszym, który mnie zaczepił był facet, który przed swoją chatą miał kilka skrzyń z wystawionymi towarami. Zauważyłem, po stroju, że jest Cieniem. Miał bardzo ponury wyraz twarzy i strasznie drażniący głos.
- Witaj! - zaskrzeczał, przeciągając sylaby. - Jestem Fisk. Handluję najróżniejszym towarem. Gdybyś kiedyś czegoś potrzebował, zgłoś się do mnie.
Po wypowiedzeniu tych kilku słów odwrócił się i znów mnie ignorował. Zupełnie jak maszyna.
Dwa stoiska dalej kolejny Cień obserwował mnie, opierając się o drzwi chaty. Właśnie minął go facet w znacznie wyróżniającym się stroju, przypominającym raczej przepaskę biodrową, z dorobionymi elementami zbroi płytowej. I ten właśnie facet gdy tylko mnie zobaczył podszedł wyciągając szeroko ramiona, jak by chciał mnie powitać.
- Nowa twarz! Niech Śniący będzie z tobą nieznajomy!
Wyjaśniło się, to zapewne członek Sekty, o której mówił Diego. Sam nie wiem jak to się stało, ale dałem się odciągnąć na bok i usadzić na ławce, a on wciąż gadał.
- Jestem Baal Parvez. Jestem tu, by wskazać ci właściwą ścieżkę.
- Właściwą ścieżkę? - powtórzyłem, czując się strasznie głupio.
- Jedyną prawdziwą! Ścieżkę Śniącego oczywiście! Pozostałe zaprowadzą cię do głuszy bez wyjścia. Tylko on może nas stad uwolnić! Guru przygotowują w naszym Obozie rytuał Wielkiego Przyzwania. Zamierzają nawiązać kontakt ze Śniącym! Do tej pory przemawiał do nas wyłącznie za pomocą wizji, ale już wkrótce objawi nam się w całej swojej chwale! Jednak aby to osiągnąć potrzebujemy jak największej rzeszy wyznawców. Dzięki zjednoczeniu naszej energii duchowej uda nam się nawiązać z nim kontakt!
Był tak podekscytowany i mówił z takim przejęciem, że zacząłem sie zastanawiać, czy nie puka ludziom po nocach do chat, zapraszając do rozmowy o Śniącym. Nie chciałem się narażać na samym początku, ale jego otwartość i to sadzanie mnie na ławce było mocno wkurzające. Musiałem jakoś z tego wybrnąć. Nie musiałem nic mówić, bo on jeszcze nie skończył.
- Nasz obóz znajduje się dość daleko stąd, na wielkim bagnie. Mogę cię tam zaprowadzić jeśli chcesz.
Rzeczywiście, najłatwiej dołączyć do Sekty. Przynajmniej jest jakaś alternatywa. Jeśli wszyscy tam są tak wylewni jak Baal Parvez, to musiałbym być naprawdę bardzo zdesperowany.
- Kim jest ten Śniący? - zapytałem.
- Śniący przemawia do nas poprzez sny i wizje – odpowiedział głosem wręcz wyniosłym. - Przewodzi nam, odkąd nawiązał pierwszy kontakt z naszym wielkim duchowym przywódcą, Y'berionem, pięć lat temu. Wszyscy członkowie Bractwa wyrzekli się trzech bogów, teraz modlimy się o zbawienie do Śniącego...
- Zbawienie od czego?
Po raz pierwszy dostrzegłem błysk w jego oku.
- Od tego przeklętego miejsca, naturalnie! Śniący wskaże nam drogę do wolności... Uwolni nas wszystkich... a ci, którzy w niego zwątpią przepadną, jako niegodni.
- Co wam powiedział Śniący?
- Zaprowadził nas na bagna, gdzie zbudowaliśmy nasz Obóz przy ruinach starej świątyni. Dał nam niezależność. Pokazał nam jaka moc drzemie w bagiennym zielu. Teraz żaden z nas nie musi juz pracować. Zbieramy tylko ziele i wymieniamy z innymi obozami na wszystko czego nam potrzeba. Dla siebie mamy tego więcej niż bylibyśmy w stanie spalić! Do tego obdarzył niektórych z nas darem magii. Magii starożytnej i potężnej., różnej od tej, którą wykorzystują magowie Myrtany.
- Co to za magia?
- Pozwala ona kontrolować i oddziaływać na rzeczy siłą twojej woli. Jednak tylko wtajemniczeni Guru i niektórzy strażnicy świątynni potrafią ją kontrolować. Może okażesz się jednym z tych wybranych? Albo dołączysz do najlepszych wojowników tworzących świątynną straż? Musisz tylko zaufać Śniącemu... Jak widzisz nasze bractwo otwiera przed tobą wielkie możliwości! Nie musisz wcale marnować życia i zdrowia w kopalni. Możesz być wolny, prawdziwie wolny!

Ostatnio edytowane przez Hassan1 : 10-04-17 o 09:24.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 09-04-17, 08:36   #2
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 656
Domyślnie

Rozdział 1: Witamy w Kolonii (cz. 2)

Tymi słowami zakończył rozmowę, mrugając do mnie na koniec. Wstał i odszedł, a ja odetchnąłem z ulgą. Wróciłem do myślenia, jak wypatrzyć tych wpływowych Cieni. Już prawdę mówiąc zauważyłem kilka osób, które mogą być ważniejsze niż pozostałe, ale muszę najpierw parę razy rozejrzeć się po Obozie. Poczekam do zmroku i spróbuję znaleźć Diego. Tymczasem Cień, który patrzył na mnie od momentu gdy wszedłem na targowisko nadal mi się przypatrywał.
Wolałem nie zatrzymywać się dłużej w jednym miejscu. Nie chciałem rozmawiać z kimkolwiek, nim nie dowiem się wszystkiego od Diego. Rozmowa z Thorusem dała mi do zrozumienia, że panują tu bardzo specyficzne zasady. Kręciłem się wokół zamku, nabierając orientacji. Wyglądało to tak, jak się spodziewałem, choć nie sądziłem, że będzie tu aż tyle ludzi. Robiło się już ciemniej i zauważyłem, że wiele osób udaje się w okolice południowej bramy. Znajdowała się tam arena, ale nie poszedłem tam. Zamiast tego wróciłem pod bramę zamku, korzystając z tego, że zostało tu tylko kilkanaście osób, wliczając Thorusa, usiadłem na jednej z wolnych ławek niedaleko wygasłego ogniska. Diego wciąż nie było nigdzie widać, a z tego miejsca miałem dobry wiok na bramę Obozu. Najwidoczniej teraz kwartę pełnił ktoś inny, gdyż nie zauważyłem Svena wśród Strażników. Robiło się coraz ciemniej, a ja zaczynałem być głodny. Do jutra, jakoś wytrzymam, a potem spróbuję znów zrobić użytek z tego pordzewiałego miecza. Jakoś dam sobie radę. Naprawdę miałem wiele pytań do Diego i nie mogłem doczekać się jego powrotu. Przeszło mi przez myśl, że jeśli nie wróci dziś, ani jutro, a może nawet przez kilka dni, to może będę jednak zmuszony dołączyć do Bractwa. Cóż, jutro będę nad tym myślał. Z samego rana zacznę zaczepiać ludzi w Obozie, muszę dowiedzieć się jak najwięcej o tym miejscu, jeśli mam zamiaru tu przeżyć.
Cholerna sprawa.
- Ej, ty, nowy!
Podniosłem głowę. Przede mną stał facet ubrany jak Kopacz, z drewnianą maczugą przy pasku. Wydawało mi się, że gdzieś już go widziałem
- To ciebie dziś tu zrzucili, co nie? Nazywam się Grim, też jestem tu od niedawna.
Na dowód tego odgarnął włosy z czoła, by pokazać mi resztki niemal zagojonego zielonego sińca.
- Pamiętam cię. Byliśmy razem w transporcie.
- Dokładnie tak! Byłem w celi z takim jednym facetem bez jednego ucha, kojarzysz go? Nazywał się Mauro, czy jakoś podobnie.
Faceta nie kojarzyłem, ale to imię słyszałem niedługo przed zrzuceniem, jeszcze w celi, z ust strażników.
- Kojarzę. Miał być zrzucony tuż przede mną.
- Cholera, widziałem wszystkich nowych, nie było go.
- I nie będzie. Kilka godzin przed planowanym zrzuceniem przegryzł sobie żyły.
Grim skrzywił się, chyba nawet szczerze.
- Szkoda faceta, wydawał się w porządku. Mogę się przysiąść?
- Jasne. Długo juz tu jesteś?
- Czas tu dziwnie płynie, nie wiem dokładnie ile czasu minęło. Na pewno tydzień, może trochę dłużej.
- Jak wygląda życie w Kolonii?
- Nie jest źle, jeśli zapłacisz Strażnikom za ochronę. Zrobiłeś to już?
- Najpierw muszę zdobyć rudę.
- Fakt, mi też ciężko było na początku. Strażnicy biorą dziesięć bryłek i mówię ci, jeśli będziesz tyle miał od razu im zapłać. Lepiej przegłodować kilka dni, niż chodzić po Obozie bez opłaty.
- Co mi to da?
Grim zaśmiał się, wyraźnie nabijając się ze mnie.
- Zapytaj się lepiej, co ci się stanie jeśli nie zapłacisz.
- Więc?
- Prawie wszyscy nowi, a także Kopacze płacą za ochronę. Jeśli wejdziesz z kimś w spór, a wierz mi że o to niełatwo, Strażnicy pomogą temu, kto zapłacił.
- A jeśli pobije się dwóch, którzy zapłacili za ochronę?
- Przyglądają się i czekają, aż któryś z nich zginie. Wtedy zabijają drugiego.
Milczałem chwilę, nie wiedząc co powiedzieć.
- A ty, jak sobie radzisz? - zapytałem w końcu
- Gdy tu trafiłem, od razu podjąłem decyzję, żeby zostać Cieniem. Choć facet przy bramie próbował mnie zwerbować do Starej Kopalni. Po tym, że tu jesteś wnioskuję, że też tak pomyślałeś. Dobrze zrobiłeś, dowiedziałem się, że ten koleś dostaje kasę za każdego nowego, którego sprowadzi do kopalni. A stamtąd ciężko jest się wydostać.
- Co w takim razie powinienem zrobić, żeby dołączyć do tego obozu?
- Proste. Każdy żółtodziób zanim zostanie przyjęty do Obozu musi mieć swojego opiekuna, który wyjaśni mu co w trawie piszczy. Na twoim miejscu trzymałbym się Diego, ja tak zrobiłem i nie żałuję. Najważniejsze są dwie rzeczy: zdanie testu zaufania i zdobycie szacunku w obozie. Wystarczy, że kilku wpływowych Cieni będzie cię dobrze kojarzyło i to wystarczy.
- A ty zdałeś już test zaufania?
- Tak, ale nie powiem ci na czym polegał. O takich rzeczach lepiej nie mówić głośno. Myślę, że niedługo zostanę przyjęty, rozmawiałem już z Dexterem, Rączką i paroma innymi, Diego chyba jest ze mnie zadowolony.
- Oo, nowi chcą przyłączyć się do Cieni!
Aż podskoczyłem, gdy usłyszałem ten głos tuż nas głową. Zerwaliśmy się z Grimem równocześnie, by spojrzeć w oczy facetowi z zbroi Cienia, który uśmiechał się pokpiewająco.
- Co wy tacy strachliwi? Skoro chcecie do nas dołączyć, powinniście mieć więcej odwagi. Trzeba wam wiedzieć, że Gomez nie toleruje błędów - Nagle spoważniał i położył dłoń na rękojeści krótkiego miecza przy pasku. - Musicie być gotowi pójść za nim choćby w ogień. Tylko niecałą połowa z tych, którzy próbowali została przyjęta.
- A co się stało z tymi, którym się to nie udało? - zapytałem
- Pewnie siedzą w Nowym Obozie i pałaszują ryż, hehe... Wiecie co? To oznacza, ze jeden z was nie zostanie przyjęty. Albo obaj. Hehe...
Po tych słowach odszedł. Spojrzałem na Grima, ale był jakiś dziwnie zamyślony. Zapadł już półmrok, a Diega wciąż nie było widać. Kilku Kopaczy rozpaliło w pobliżu ognisko, przy którym siedzieli, piekąc coś na zaostrzonych patykach. Grim wskazał w ich stronę.
- Chodź, przedstawię cię pierwszej osobie, którą warto poznać. Panowie – powiedział, gdy podeszliśmy do ogniska. Siedzący przy nim dwaj Kopacze byli znacznie starsi ode mnie. Jeden miał nawet całkiem białe włosy i sporo zmarszczek na twarzy. - Mamy nowego! Żółtodziobie, to jedna z najważniejszych osób z Obozie, oto Gravo!
- Przestań włazić mi w tyłek, Grim – odpowiedział Kopacz w białych włosach. - Nudzą mnie twoje odzywki.
- Możemy się dosiąść?
- Tego zabronić wam nie mogę.
Głos miał zmęczony, lecz stanowczy. Drugi Kopacz patrzył w ziemię odkąd przyszliśmy, dłubiąc palcem w dziurawej podeszwie buta. Najwyraźniej niezbyt był zadowolony z nowego towarzystwa.
- Jak leci, Gravo? - zagaił znów Grim.
- Odkąd rzuciłem robotę w kopalni, nie mogę narzekać.
- To może powiesz nowemu czym się zajmujesz? Co, żółtodziobie, chciałbyś wiedzieć,czemu Gravo jest taki ważny? No, Gravo, powiedz, nowy chce się dowiedzieć.
- Póki co nie słyszę, żeby się w ogóle odezwał, za to zdecydowanie słychać nadmiar bezsensownego mielenia ozorem, Grim.
W tym momencie poczułem odrobinę sympatii dla tego starego Kopacza. Ja też miałem dość błazenad Grima, ale postanowiłem sobie, że nie będę się odzywał, jeśli nie będzie takiej potrzeby. Jednak chciałem wiedzieć, czym tak bardzo zaimponował Grimowi, że zapytałem:
- Czym się zajmujesz? Teraz pytam osobiście.
- W sensie co robię na codzień? Czy z czego się utrzymuję?
- Jedno i drugie – spróbowałem się uśmiechnąć, ale chyba niezbyt mi to wyszło. Gravo miał taką dziwną powagę w oczach, że chyba warto było próbować.
- Zwykle przesiaduję przed swoją chatą, wpatrując się w Barierę. W nocy wygląda naprawdę niesamowicie. Za kilka godzin zrozumiesz o czym mówię. A jeśli chodzi o to drugie... cóż, pomagam ludziom w rozwiązywaniu ich problemów. Tak to nazwijmy. Jeśli podpadniesz któremuś z wpływowych osobistości, zgłoś się do mnie. Razem coś wymyślimy.
- Gdybym miał kłopoty ty mógłbyś mi pomóc? W jaki sposób?
- Żartujesz sobie? - wtrącił Grim. - On zna tu wszystkich, wystarczy...
- Załóżmy, że nadepnąłeś na odcisk Thorusowi – rzekł Gravo na tyle głośno, by uciszyć Grima. - Co prawda, lepiej nigdy nie włazić mu w drogę, ale wypadki się zdarzają. Thorus potrafi być bardzo uparty. A mówiąc bardzo uparty mam na myśli naprawdę bardzo uparty – Odruchowo odwróciłem się w stronę bramy zamkowej, ale Thorusa tam nie było. - Jak raz się na ciebie wkurzy, w najlepszym wypadku nie będzie chciał zamienić z tobą słowa. A to bardzo niedobrze, bo jako żółtodziób musisz mieć go po swojej stronie. Wtedy przychodzisz do mnie. Znam wiele osób, z których zdaniem liczy się nawet Thorus. Pni szepną o tobie dobre słówko, lub dwa i Thorus przestanie się boczyć. Oczywiście nikt nie zrobi tego za darmo, a ja pilnuję by ruda trafiła do właściwych osób. Pobierając małą opłatę rzecz jasna.
- Idzie z tego wyżyć?
- I to nawet nieźle. W tym obozie ludzie dość często się sprzeczają. I na szczęście od czasu wprowadzenia opłaty za ochronę Strażników, nie zawsze kończą się one krwawo. Wtedy mam więcej klientów.
Jakiś czas siedzieliśmy, wpatrując się w zgodnym milczeniu w strzelające płomienie.
- Hej, żółtodziobie, jesteś głodny? - odezwał się nagle Grim.
Spojrzałem na niego, ale nie odpowiedziałem. Musiało się jednak coś odbić na mojej twarzy, bo natychmiast wstał.
- W chacie mam jeszcze parę grzybów i kawałek mięsa, przyniosę je to je odgrzejemy, póki dobrze się pali.
- Nie mam rudy – powiedziałem wprost.
Grim machnął ręką.
- Nie martw się o to. Przecież wiem jak to jest na początku. Też głodowałem, póki nie dostałem pierwszej roboty. Mi też pomogli.
- Umiesz polować? - zapytałem go.
- Ha, myślałem tak samo. Pierwszy dzień głodówka, zeby się rozeznać, a drugiego dnia na samotne polowanie, by zaspokoić głód za darmo. Przyznam, ze chociaż udało ci się znaleźć lepszą broń niż mi, ja przez kilka dni nie miałem nic poza kilofem! Ale umówmy się tak: dziś jemy to co przyniosę, a jutro pomożesz mi coś upolować. Pasuje?
- Jasne, wchodzę w to.
- No ja myślę. Zaraz wracam.
Gdy znów odwróciłem się ku ognisku zauważyłem, że Kopacz, który do tej pory nie odezwał się ani słowem patrzy na mnie, szybko odwracając wzrok gdy go na tym przyłapałem. Nie podobało mi się to.
- Co się dzieje? - zapytałem.
- Sam się dowiesz w swoim czasie. Od kilku dni nie wyspałem się porządnie, a w tej przeklętej kolonii kto nie śpi, ten pracuje na dwie zmiany.
- Co sądzisz o tym obozie? Żałujesz, że tu dołączyłeś? - zapytałem wprost. Może niezbyt taktownie, ale chciałem poznać wszelkie możliwe opinie.
- Jestem zwykłym Kopaczem, moje zdanie się nie liczy. Miej oczy szeroko otwarte, zwłaszcza w nocy.
Ledwie powiedział te słowa, a juz go nie było. Zacząłem się zastanawiać, co się pod tym kryło i czy miała to być groźba czy ostrzeżenie. Przecież dopiero dziś tu trafiłem, nie mogłem się jeszcze nikomu narazić. O co tu chodzi?
- Słyszałeś to? - zapytałem Gravo, ale ten udawał, że nic nie słyszy.
Minie jeszcze sporo czasu, nim przyzwyczaję się do zachowań ludzi z Kolonii. Żeby zatrzeć myśli o tamtych słowach postanowiłem zapytać Gravo o coś bardziej konkretnego.
- Możesz mi powiedzieć, które Cienie należą do najbardziej wpływowych?
- Chcesz mieć po swojej stronie największe szychy, co? Nie powiem, że mnie to dziwi. Jesteś młody i zapewne ambitny. Nie dla ciebie jest praca w kopalni.
- Postanowiłem dołączyć do Cieni. Nie chcę spędzać większości czasu pod ziemią, kopiąc rudę, której i tak nie zobaczę.
Gravo przyglądał m się przez chwilę, po czym powiedział:
- Cóż, najpotężniejszym z Cieni jest Diego. To jego zaufanych ludzi należą Rączka, Świstak i Zły...
- To ich imiona?
- Ty tak poważnie? - Nie spodziewałem się u niego ironii, ale fakt, że moje pytanie było bardzo głupie. - Niewielu używa tu prawdziwych imion, możesz domyślić się dlaczego. Co do innych... Dexter i Fisk handlują na targowisku. Mają szeroką klientelę, do której należą nawet niektórzy Strażnicy, więc są dość wpływowi. No i jest jeszcze Scatty. On rządzi na arenie, w końcu sam ją otworzył, teraz ustala zakłady, organizuje walki i takie tam. Właśnie w tej chwili jakaś trwa, pewnie dlatego jest tu tak pusto. Ludzie lubią oglądać walki. Czasem nawet sam Gomez wychodzi żeby popatrzeć. Wiele osób winnych jest Scatty'emu pieniądze, więc on również jest sporą szychą.
- Dzięki za pomoc.
- Nie ma sprawy. Ta forma była za darmo.
Zjawił się Grim, z kilkoma bezkształtnymi kawałkami solonego mięsa, które nadział na dwa patyki i podał mi jeden. Podziękowałem mu, ale powstrzymałem się od wąchania mięsa, żeby nie zepsuć sobie smaku. Byłem bardzo głodny.
- Grzyby musiałem wyrzucić, jakieś robactwo się do nich dobrało – powiedział. - Wybacz Gravo, ale nie mam tego zbyt wiele.
- Martw się o siebie Grim. - W tym momencie zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi, co zapewne oznaczało, że walki na arenie dobiegły końca. - Ja was zostawiam.
Wstał i odszedł, zaś Grim przesiadł sie na jego miejsce.
- Stąd jest lepszy widok na zamek. Spójrz, kto idzie.
Pod bramą zamku zatrzymał się mały tłum osób. Czterech Strażników w zbrojach podobnych do tej Thorusa, z naciągniętymi kuszami w rękach obserwowało otoczenie, a wszyscy wokół przyglądali się trzem osobom, które otaczali Strażnicy. Dwie z nich były postawnymi osiłkami, któych pancerze obite były brązowym futrem, a ich miecze lśniły nawet z tej odległości. Twarzy nie widziałem w panującym tu mroku. Jeden z nich trzymał zapaloną pochodnię, której blask oświetlał kolejnego olbrzyma. Ten miał o wiele wytworniejszy strój, który sprawiał wrażenie jakby miał pęknąć gdyby osobnik napiął mięśnie. Na plecach miał ogromny miecz, z pięknie zdobioną i lśniącą kolorowo rękojeścią. Przez chwilę gapiłem się jak urzeczony na sam miecz, a jego właściciel rozmawiał z Thorusem. Po minie Thorusa i całej tej obstawie domyślałem się kim jest ów posiadacz tej niezwyklej broni.
Minęło kilka chwil, zanim nie zorientowałem się, że wśród tych wielkich facetów jest jeszcze jedna osoba, niemal niezauważalna ze względu na swoją drobną posturę. Nie powiem, żeby mnie to zaskoczyło, ale poczułem się dziwnie, gdy zobaczyłem tę samą kobietę, którą dziś zrzucono tu razem ze mną, przywiązaną do tratwy. Miała na sobie długie futro i patrzyła cały czas w ziemię u swych stóp.
- Dziś ją przywieźli, trafiła prosto do Gomeza – odezwał się Grim, jak zobaczył na kogo patrzę.
- Wiem, widziałem jak ją zrzucano.
- Nie gap się tak na nich!
Odwróciłem natychmiast wzrok. W momencie gdy Grim wypowiedział te słowa, ja również zauważyłem, że jeden ze Strażników z kuszami spojrzał się w naszą stronę, zakładając bełt. Zajęliśmy się na powrót pieczeniem mięsa, zerkając tylko od czasu do czasu w stronę bramy.
- Musisz uważać na co się gapisz – ostrzegł mnie Grim. - Parę dni temu widziałem jak jeden z Kopaczy patrzył o sekundę zbyt długo na jednego ze strażników Gomeza, tego łysego z blizną. Jego głowa poleciała aż na dach następnej chaty.
Gomez. Największa szycha w całej Kolonii, osoba, przed którą trzęsie portkami cały Stary Obóz, a prawdopodobnie inne również. Trzymająca żelazną ręką za mordę swoich ludzi. A ja mam do nich dołączyć i spędzić tak resztę życia.
Rozmowa najwidoczniej się skończyła, gdyż Gomez, dwóch jego ochroniarzy, Thorus i Strażnicy z kuszami weszli do zamku i znów zrobiło się cicho, a jedyne światło dochodziło z ognisk, rozpalonych co kilkanaście metrów, przy których grzali się Kopacze i Cienie. Kilku Strażników pełniło wartę na dachach chat, tuż przy zewnętrznym ogrodzeniu, ale kusze mieli w pokrowcach na plecach. Nie ma możliwości, żeby zrobić tu coś niezauważonym.
Mięso szybko się przypiekło i razem z Grimem zaczęliśmy je powoli ogryzać. Było gumiaste, ale w gruncie rzeczy nawet nie takie złe. Przez jakiś czas, gdy zaczęło już pachnieć, nie mogłem, opanować obfitego ślinienia i teraz pałaszowałem je, nie bacząc na to, ze parzę sobie język. Grim był bardziej powściągliwy, a przynajmniej najpierw długo dmuchał na mięso, by je ostudzić.
- Heej, więc jeszcze żyjesz! Gratuluję dotarcia do Obozu.
Po raz kolejny ktoś zawołał nad moją głową, ale ten glos już znałem. Nade mną stał Diego, przysiadł się do naszego ogniska i rozłożył wzdłuż ogniska, grzejąc ręce.
- Znalazłem miecz obok Opuszczonej Kopalni i zabiłem parę bestii. Poza tym bez przeszkód. I rozmawiałem z Thorusem.
- I co ci powiedział?
- Że będę mógł dołączyć do Obozu, jeśli ty uznasz, że się nadaję.
- Widzę, że czeka mnie dodatkowa robota.
- Cześć Diego – powiedział Grim – masz ochotę na mięso?
- A co tam masz, pewnie znów jakieś szczurze gluty? Nie, nie chcę, po ostatnim twoim posiłku spędziłem w krzakach dobrą godzinę. Ale łapcie, to dla was.
Wyciągnął z podróżnej torby cały bochenek chleba, przełamał go na dwie części i wręczył nam.
- Wielkie dzięki Diego – powiedzieliśmy jednocześnie. - Nie ma sprawy, w końcu jesteście pod moją opieką. Nie znaczy to, że muszę wam pomagać, o nie, ale nie znaczy też, że nie mogę tego zrobić. Grim, jak ci idzie?
Grim wyraźnie się zmieszał.
- Rozmawiałem z kilkoma osobami. Chyba niedługo mnie poprą...
- Gówno prawda. Też rozmawiałem. Popiera cię tylko Rączka z wiadomych powodów, a pozostali albo o tobie nie słyszeli, albo mają cię za tchórza, bo boisz się wyjść poza Obóz.
- Jutro wyjdę,. Razem z nowym idziemy na polowanie. Nie złość się, Diego, naprawdę się staram.
- Z takim staraniem się to powinieneś trafić do kopalni, albo najlepiej do Sekty. A ty – spojrzał na mnie – mam nadzieję, ze nie okażesz się tak leniwy jak Grim, to ja za was odpowiadam i póki co jesteście pod moją ochroną, ale mogę z tego zrezygnować. Chcesz dołączyć do Obozu? Od jutra zacznij pracować. Najpierw jednak powinieneś dowiedzieć się kilku rzeczy.
- To znaczy? Może opowiesz mi o Starym Obozie?
Wziąłem duży kęs chleba, który choć twardy, nadwał się do zjedzenia i smakował o wiele lepiej niż mięso.
- Mówiłem ci już, że Stary Obóz to największy i najpotężniejszy wśród obozów. Gomez i jego ludzie kontrolują kopalnię, a przez to cały handel ze światem zewnętrznym. Raz w miesiącu, czasem częściej, król przesyła nam wszystko czego potrzebujemy. Broń, mięso, chleb, wino... Mamy staruszka w garści, kapujesz? Wy też mżecie mieć w tym swój udział, jeśli dołączycie do Obozu.
Grim wydawał się jakoś przygaszony po reprymendzie od Diego i skupił całą swoją uwagę na jedzeniu.
- A co z pozostałymi? Z Nowym Obozem i Bractwem Śniącego?
- Radziłbym ci o nich zapomnieć. Te dwa obozy zamieszkują szaleńcy, którzy chcą za wszelką cenę się stąd wydostać. W zachodniej części Kolonii znajduje się Nowy Obóz. Rezydują tam magowie, którzy myślą, ze uda im się wysadzić Barierę, jeśli tylko zgromadzą dostatecznie dużo rudy. No i świry z Sekty... na wschodzie. Ich obóż znajduje się na środku bagna. Oni z kolei wierzą, że ich bóstwo pomoże im się stąd wydostać i wyczekują tego. Wygląda na to, że jeszcze trochę sobie poczekają... - dodał, mrugając do mnie. Zrozumiałem, że ma na myśli przechodzącego w pobliżu Baal Parveza. - Na twoim miejscu nie traciłbym czasu na zadawanie się z szaleńcami.
- A możesz mi powiedzieć coś więcej o Barierze?
Diego westchnął.
- Nie ma tu za bardzo o czym opowiadać. Jest nie do sforsowania.
- A co się stanie, jeśli po prostu spróbuję stąd wyjść?
- Nawet tym nie myśl. Ostatni, który tego próbował dotarł na drugą stronę jako trup. Przez to przeklęte magiczne pole można wejść, ale już nigdy się stąd nie wydostaniesz.
- Jeśli istnieje jakiś sposób... jeśli jest stąd jakieś wyjście, znajdę je.
Diego spojrzał na mnie zupełnie inaczej niż dotąd. Miałem wrażenie, jakby na nowo mnie oceniał. A może tylko mi się wydawało. Grim natomiast prychnął i rzucił tylko:
- Nigdy się stąd nie wydostaniesz, pogódź się z tym. Wszystkim przyjdzie nam tu umrzeć, jako wyrzutki, zapomniani przestępcy.
- Tak spieszno ci się stąd wyrwać? - Diego całkiem zignorował Grima. - Dopiero co tu trafiłeś.
- Co nie znaczy, że mam zamiar się z tym pogodzić.
- Widziałem już kilku takich jak ty. Żaden z nich nie przeżył w Kolonii dłużej niż miesiąc. Z takim nastawieniem ty też możesz tak skończyć. Wyrób sobie najpierw reputację w Obozie, załatw pozycję. Dopiero potem przyjdzie czas na szukanie wyjścia. Będziesz miał wtedy dość czasu i o wiele większy wachlarz możliwości. Rzecz jasna nie wierzę, by coś takiego jak wyjście istniało, ale to jest tak jak z planem magów z Nowego Obozu – nikt nie wierzy, ale jeśli jakimś cudem się uda, wszyscy na tym skorzystają.
Zdecydowanie miał rację. Nie mogę tracić zdrowego rozsądku.
- Co powinienem wiedzieć, zanim zostanę przyjęty do Obozu? - zapytałem.
- Żeby zostać jego członkiem, musisz najpierw zaplusować sobie u kilku osób. W Zewnętrznym Pierścieniu możesz spotkać paru wpływowych ludzi. Jeśli uda ci się ich do siebie przekonać, twoje szanse wzrosną. Potem będzie czekał cię test zaufania... i nie będziesz mógł przystąpić do niego, póki nie zdobędziesz poparcia wśród Cieni. To był zły pomysł, pozwalać Grimowi zrobić najpierw test, teraz obija się, bo przeszedł test, ale nie chce mu się zapracować na szacunek. Dlatego będziesz tu tkwił jeszcze długo, Grim. Póki nie weźmiesz się w końcu do roboty. No i oprócz tego musisz się jeszcze wiele nauczyć. Im więcej potrafisz, tym będziesz dla nas cenniejszy. Dobrze widziane są również znajomości zarówno w Obozie jak i poza nim. Krótko mówiąc, musisz się pokazać z dobrej strony wpływowym osobom.
- A gdzie znajdę te wpływowe osoby?
Diego pogładził wąsy i powiedział z uśmiechem:
- Cóż, na jedną z nich właśnie patrzysz. Poza tym jest też Thorus, jego już znasz. Co do pozostałych, sam musisz ich rozpoznać. Jeśli nie jesteś w stanie tego zrobić, i tak nie masz tu czego szukać. Najlepiej przejdź się po Zewnętrznym Pierścieniu i porozmawiaj z ludźmi.
Chyba rozumiałem już na czym to polega. Cenny jest ten, kto coś potrafi, lub kogoś zna. Lub też ma dużo rudy. A kto jest cenny, jest też i ważny. Jeśli ważna osoba coś potrafi, poprze mnie, gdy będę potrafił coś z jej dziedziny, gdy będę jej przydatny. Wszystko pasowało do tego, co powiedział Gravo. Prawdę mówiąc było to dość dobrze przemyślane.
- Kto może mnie tu czegoś nauczyć?
Diego znów się uśmiechnął. Chyba jestem na dobrej drodze.
- Najlepiej zacznij od Rączki. To najzręczniejszy człowiek w Obozie. Miej oczy szeroko otwarte, a na pewno znajdziesz wiele takich osób. Wbrew pozorom większość ludzi w tym miejscu lubi dzielić się swoimi umiejętnościami.
- Gdzie go znajdę?
- Zapewne w jego chacie. Stojąc na wprost bramy do zamku idź w lewo, jego chata mieści się nieco na uboczu, przed areną, przylega do murów zamku.
- Dzięki za pomoc.
- Nie ma sprawy, uważaj na siebie. Ja uciekam, powodzenia. Grim, jutro nie ma siedzenia w Obozie. Masz w końcu coś zrobić. Pamiętajcie, że mam na was oko.
- Trzymaj się – powiedziałem, a Diego odszedł do swojej chaty.
Ognisko wygasało, a ja z Grimem siedzieliśmy jeszcze jakiś czas, nie rozmawiając ze sobą. Po jakimś czasie i on poszedł do siebie, a wokół zrobiło się dość pusto. Byłem już jedyną osobą, która została przy ognisku. Wyglądało na to, że przyjdzie mi tu zasnąć. Na szczęście noc była bardzo ciepła. Przekręciłem się na plecy i wpatrywałem jakiś czas w niebo. Gravo miał rację. Wyglądało niesamowicie. Co jakiś czas rozbłyskało wyładowaniami magicznymi w miejscu, w którym była Bariera. Wyglądało to jakby co raz uderzał w nią piorun i rozbijał się na wiele mniejszych, dając krótki blask. Przeklęta kopuła, najgorsze więzienie jakie można było sobie wymyślić. I przeklęci magowie, którzy zgodzili się na ten proces. I tysiąckroć przeklęty Rhobar.
Przekręciłem się na bok i zamknąłem oczy, czując zbliżający się sen.
Cholerna sprawa.

Ostatnio edytowane przez Hassan1 : 10-04-17 o 09:35.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 09-04-17, 09:30   #3
 Mika 123
Towarzysz
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Moskwa
Posty: 1 670
Domyślnie

Będę chyba pierwszym komentującym Przepraszam na wstępie, że jeszcze w sumie nic nie przeczytałem tylko wstęp. Autorze, zauważyłem między nami takie jakby podobieństwo. Jak też, jak słusznie zauważył użytkownik Fexo, opierałem się głównie na Edycji Rozszerzonej. Bunt Zbieraczy, Łowcy Orków, itd. Również na wstępie napisałeś, że z każdym rozdziałem będziesz się coraz bardziej przykładał i tak samo mam ja. Wystarczy spojrzeć na Prolog Przeznaczenia i ostatni opublikowany rozdział z niego, no ja nie mam pytań Tak, więc zabieram się do czytania i akurat sobie ogrywam wyżej wymienionego moda, więc będę patrzył Ci na ręce Nie no żartuję, czas wniknąć w mroczne arkana Kolonii Karnej.
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 09-04-17, 15:06   #4
 Mika 123
Towarzysz
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Moskwa
Posty: 1 670
Domyślnie

Przeczytałem. Całkiem niezłe... Oby tak dalej No dobra, ja idę swoje opko teraz kontynuować
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 09-04-17, 15:39   #5
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 656
Domyślnie

Dzięki
Już poprawiłem czcionkę i parę błędów, ale nic nie można chyba zrobić z akapitami. Niedługo wrzucę 2 rozdział i biorę się za pisanie trzeciego.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 09-04-17, 19:12   #6
 Mika 123
Towarzysz
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Moskwa
Posty: 1 670
Domyślnie

Z akapitami akurat nic się zrobić nie da, ale to nie kuje za bardzo w oczy
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 10-04-17, 08:11   #7
 Ancoron
Bękart diabła
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Skąd: I tak za daleko
Posty: 6 935
Domyślnie

Nie będę wypisywał wszystkiego co wypatrzę, przy takiej ścianie tekstu za długo by to trwało . Zajmę się typami błędów.
Cytat:
Leżenie i patrzenie w sufit, podczas gdy obijające się o pokład fale kołyszą statkiem w usypiającym rytmie nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych
Wtrącenia zamykamy w przecinkach z obu stron. Sam zobacz jak to brzmi czytane bez przecinka drugiego, jako dwa zdania. Nie pasuje po prostu. Przed 'nie należy' musi być interpunkcja.
Cytat:
i w kilka dni upornano
Szybkie pisanie, tyle na ten temat . Tak samo jak końcówki wyrazów bez polskich znaków. Większość wyłapałeś, ale... No właśnie: 'ale'.
Cytat:
Na ziemi pełno było zużytych pochodni, starych kilofów i parę noży i drobnych bryłek rudy.
Gdy 'i' pojawia się w zdaniu więcej niż raz, to każde kolejne musi być poprzedzone przecinkiem.
Ogółem polecam przeczytać swobodnie, zdanie po zdaniu, bez problemu powinieneś wyłapać wszystko co trzeba . A więcej satysfakcji ci to dostarczy, niż jakby ktoś ci palcem wskazał :P.
Sam tekst jest dobry, w miarę ciekawy, lecz brakuje w nim, moim zdaniem, ekspresji. Skoro zastosowałeś narrację pierwszoosobową, to warto się skupić poważnie na odczuciach postaci, na odkryciu jej psyche.
__________________
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 10-04-17, 09:20   #8
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 656
Domyślnie

Dzięki za pokazanie błędów. Wiesz jak to jest, można czytać ten sam, swój tekst dziesiątki razy, ale nie wyłapiesz wszystkich błędów. Drugiej osobie jest to zrobić o wiele łatwiej. Jest też tak jak pisałeś, pośpiech daje się we znaki. Gdy jest wena, piszę na szybko, żeby nic nie zapomnieć, a potem trudno mi wyłapać machnięcia.

Co do emocji i psyche postaci - wszystko będzie stopniowo rozwijane. Póki co sytuacja jest nowa, niepewna, pierwszą rzeczą jest tu przedstawienie świata i postaci.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 12-04-17, 17:35   #9
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 656
Domyślnie

Postanowiłem wrzucić już kolejny fragment. Drugą część dołączę jutro lub w piątek.

Rozdział 2 - Stary Obóz (cz. 1)


Obudził mnie mocny kopniak w żebra. Odturlałem się na bok, kuląc odruchowo, a gdy odzyskałem oddech spojrzałem na napastnika. Był nim wysoki Strażnik w takim samym pancerzu jak Thorus, ale o wiele brudniejszym. Pomijając ubiór można było powiedzieć, że był przystojny, niemal elegancik, gdyby nie oczy. Wygłodzone spojrzenie, można by nawet powiedzieć, że wręcz dzikie. I te wykrzywione wargi, w okrutnej parodii uśmiechu. Obity metalem but cofnął się, jakby znów miał ochotę zetknąć się z moimi żebrami. Nie wiedziałem kim jest ten facet, ale w tej chwili byłem pewien jednego: nie będę miał z nim łatwo.
- Ej ty! Jeśli chcesz spać na ziemi jak pies, równie dobrze możesz to robić poza obozem!
Wstałem, otrzepując się z ziemi.
- Dopiero tu trafiłem. Nie mam własnej chaty.
- No proszę, teraz widzę. Chłopaki ładnie cie oznaczyli, choć kiedy ja się tym zajmowałem, wyglądało to dużo lepiej. Jednemu kolesiowi do dziś nie zrosła się szczęka. No, chłopcze, idź szukać roboty.
- Mówisz do mnie? - zapytałem najłagodniej jak umiałem. Od momentu gdy go zobaczyłem, wkurzało mnie w nim wszystko, od wypucowanej buźki po barwę głosu.
- Ostrzegam cię, chłopcze. Tacy jak ty mogą napytać sobie biedy, w końcu większość tutejszych ludzi to straszne zbiry. Wydaje się im, że mogą tu robić co im się żywnie podoba, no ale my im na to nie pozwalamy.
Teraz już wiedziałem na pewno co ma na myśli. Szybko się upomnieli.
- Gomezowi zależy na spokoju w Obozie, a do nas należy dbanie o ten spokój i porządek. Rzecz jasna to bardzo wyczerpujące i kosztowne – mógłby darować sobie ten głupi uśmiech – zajęcie, dlatego chciałbym cię prosić o drobne wsparcie finansowe. Wiesz, na znak przyjaźni. Ty pomożesz nam, a my pomożemy tobie. W końcu wszyscy jesteśmy tu przyjaciółmi, musimy jakoś współpracować. Jeśli będziesz miał kłopoty możesz na nas liczyć.
- Czy to groźba?
Próbował zrobić oburzoną minę, co zupełnie mu nie wyszło.
- Przeciwnie, oferuję ci pomoc. Ranisz mnie takimi pytaniami.
- To znaczy, że mam ci zapłacić za ochronę? Ile?
- Marne dziesięć bryłek rudy. Toż to niewiele w porównaniu do oferowanej pomocy.
Nawet jakbym miał te bryłki nie zapłaciłbym mu. Mogłem mieć przez to poważne kłopoty, ale gdy odmówię, przynajmniej będę miał satysfakcję.
- Dzięki, ale nie. Sam sobie poradzę.
- Jak sobie chcesz chłopcze – jak się spodziewałem, ton jego głosu zmienił się natychmiastowo. - Ale wkrótce pożałujesz, że odrzuciłeś tę przyjacielską propozycję.
- Dlaczego? Przecież jesteśmy tu wszyscy przyjaciółmi.
Mam zdecydowanie za długi język. Idiota, mogłem chociaż wstrzymać się z takimi uwagami aż zostanę przyjęty do Obozu. Błysk w jego oku w pierwszym momencie upewnił mnie, że ten człowiek nosi w sobie żądzę mordu większą niż dotychczas widziałem.
- Trzymaj się, kolego – rzucił na odchodne.
Stałem kilka minut w miejscu nie mogąc uwierzyć w swoją głupotę. Cholera, jeśli w tym tempie będę pozyskiwał wrogów, to nie przeżyję do jutra. Przecież nikt nie trafił tu za niewinność. Zapamiętałem rejon w który oddalił się Strażnik i postanowiłem unikać go jeśli tylko będę mógł.
Nigdzie w okolicy nie widziałem Grima, więc polowanie musiało zaczekać. Zamiast tego postanowiłem rozejrzeć się po obozie. Przedtem nabrałem wody ze studni nieopodal bramy i orzeźwiłem się nieco. Jako że musiałem unikać tamtego Strażnika, zdecydowałem się obejrzeć arenę. Przy bramie zamku znów stał Thorus, rozmawiając z jednym z Cieni. Cień szybko skończył rozmowę i minąłem się nim w pobliżu chaty Diego.
- Hej ty, nigdy wcześniej cię tu nie widziałem! - zawołał do moich pleców. Odwróciłem się. - Jesteś tu nowy, co? Jestem Zły i mam robotę dla takiego żółtodzioba jak ty.
Przez chwilę miałem ochotę parsknąć śmiechem. Naprawdę, kto im wymyśla te pseudonimy? Był nieco starszy ode mnie i najwidoczniej miał nawyk gładzenia swojego pokaźnego wąsa podczas rozmowy.
- Masz dla mnie robotę? Jaką?
Miałem tylko nadzieję, że to nie kolejne zlecenie. Zapewne mordercy na zlecenie też nie pociągną tu zbyt długo.
- Masz szansę, żeby się wykazać. Zaginął jeden z naszych Strażników. Nazywa się Nek. Bardzo możliwe, że dał nogę do Nowego Obozu, ale trzeba to sprawdzić. Jesteś tu nowy i zaglądasz w różne miejsca, po prostu miej oczy szeroko otwarte. Jeśli uda ci się go znaleźć, będziesz mógł liczyć na moje poparcie, gdy przyjdzie do mnie Diego.
- Masz na myśli, że mnie poprzesz w kwestii dołączenia do Obozu?
- Taak, przecież mówię. Jeśli szepnę o tobie dobre słowo, Diego spojrzy na ciebie przychylniej.
- W porządku, postaram się go odnaleźć.
- Jakbyś spotkał Fletchera możesz go zapytać o Neka. Kumplują się a poza tym Fletcher przejął jego rewir po tym zniknięciu.
- Gdzie go znajdę?
- Na rewirze Neka. To znaczy w pobliżu areny. Rozejrzyj się, na pewno na niego trafisz.
Wyglądało na to, że każdy Strażnik ma własny rewir i tylko z niego zbiera czynsz. To mi pomoże, jeśli tylko dowiem się ilu ich jest i jaki teren patroluje tamten psychopata.
Zły odszedł, a ja poszedłem wzdłuż zewnętrznego ogrodzenia, mijając rzędy chat oraz wielu Cieni i Kopaczy. Po jakimś czasie trafiłem na arenę. Niewysoka skarpa, którą szedłem była na poziomie prowizorycznych trybun areny. Wokół postawiono ogrodzenie zbite z kilku desek o które opierał się jakiś facet ubrany jak Kopacz.
Chyba wszyscy tu lubią zaczepiać nowych, albo po prostu moja obita twarz aż tak bardzo się wyróżnia. No, zdecydowanie to drugie.
- Cześć żółtodziobie! - zawołał. - Nie sądziłem, że cię dziś zobaczę.
- Widzieliśmy się już? - zapytałem zbity z tropu.
- Ja ciebie widziałem, jak spałeś przy ognisku. Ha, odważnie! Nikt nie mówił ci, że Strażnicy są na tym punkcie mocno wyczuleni?
- Jakoś nikt nie wspomniał.
Wyciągnął z kieszeni pogiętego skręta i odpalił za pomocą hubki i krzesiwa. Zaciągnął się kilka razy zanim znów się odezwał.
- Masz fart, zasnąłeś w rejonie Bloodwyna, a to kawał sukinsyna. Zakładam, że nie połamał cię tylko dlatego bo myślał, że zgarnie od ciebie rudę. Zapłaciłeś mu?
- Nie – odpowiedziałem trochę zbity z tropu. Dym śmierdział paskudnie i na pewno nie był to tytoń, sądząc po jego rozbieganym wzroku. Gdy tylko złapał pierwszego bucha, na jego twarzy zagościł błogi uśmiech.
- Z takim podejściem długo nie pożyjesz. Guy! Ej, Guy!
Stojący w pobliżu straszy Kopacz podszedł do nas. Pierwsze co zrobił, to zabrał tamtemu skręta i zaciągnął się kilka razy. Ten dym nie pachniał tak źle jak podejrzewałem.
- Słuchaj żółtodziobie. To jest Guy i zajmuje się podziałem chat. Guy, młody trafił tu wczoraj i noc spędził na ziemi. W rejonie Bloodwyna.
Guy spojrzał na mnie po raz pierwszy i po chwili patrzenia sobie w oczy złapał się uderzył się dłonią w czoło, mocno zażenowany.
- Jesteś idiotą – powiedział. - Ale jednocześnie masz cholerne szczęście. W sumie to chyba dobre połączenie. Parę dni temu zwolniła się chata, możesz ją sobie wziąć. I trzymaj się z daleka od Bloodwyna, a najlepiej zapłać mu od razy rudę.
- Którą mogę zająć?
- Tamtą, z niewielkim baldachimem – pokazał, wskazując palcem. - I zrób jak powiedziałem, jeśli chcesz chodzić o własnych siłach.
Pierwszy Kopacz wyraźnie się pobudził po wypaleniu skręta.
- Ta chata przynosi pecha, żółtodziobie! Odkąd została zbudowana, jej właściciele zmieniali się najdalej co miesiąc!
- Dlaczego? Co się nimi stało?
- A jak myślisz? Kilku zjadły pełzacze w kopalni, kilku zadarło jak ty ze Strażnikami, paru zwiało do innych obozów... Ciekawe jak to będzie z tobą.
- Pewnie cię zawiodę, ale będę musiał przerwać tę klątwę.
- Pewność siebie nie zaszkodzi, chyba że jest przesadna – odezwał się Guy. Jego oczy zrobiły się przekrwione i widać było, że palenie mocno weszło mu w głowę. - Idź uprzątnąć chatę po starym właścicielu i nie waż się nawet zaglądać do jakiejkolwiek innej, jeśli nie chcesz dostać bełtu w plecy.
Zostawiłem ich i poszedłem obejrzeć mój nowy dom. Nieco problemów sprawiło mi otworzenie drzwi na mocno przerdzewiałych zawiasach, ale w końcu odało się to, a drzwi wbrew oczekiwaniom nie rozsypały się.
W środku nie było żadnych okien i panował zaduch. Śmierdziało wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, co modkryłem dopiero po przestawieniu drewnianego łóżka w inne miejsce. Pod ścianą leżało tam kilka bardzo mocno zgniłych jabłek, w dodatku cuchnących tak, jakby ktoś na nie nasikał i wystawił w pełne słońce na kilka dni. Wywaliłem je bez ogródek na zewnątrz. Pozostałym wyposażeniem tej jednoizbowej chaty była prócz łóżka drewniana skrzynia, o dziwo, zabezpieczona solidnym zamkiem, do którego jednak nie mogłem nigdzie znaleźć klucza. Skrzynia była najsolidniejszym przedmiotem jaki tu znalazłem. Nieopodal na podłodze były też drewniane sztućce i parę brudnych misek. Wydawały sie w porządku, jeśli by je przedtem porządnie umyć.
Wyszedłem na zewnątrz, zostawiając drzwi otwarte, z zamiarem znalezienia Fletchera. Dopóki nie odnajdzie się Grim, postaram się pokazać jakoś wśród pozostałych Strażników. Tuż nad areną, za drzwiami prowadzącymi do wyższej loży, przeznaczonej zapewne dla Gomeza stał jeden ze Strażników. Kręcił się niespokojnie i wyglądał na dość zdenerwowanego. Zakładałem, że to właśnie on.
- Jeśli chcesz pozbyć się swojej rudy za ochronę, to wybrałeś zły dzień – powiedział, ledwie się zbliżyłem.
- Tak? A dlaczego?
- Bo mnie tu nie ma!
- Doprawdy? A gdzie jesteś?
- W tej chwili siedzę w zamku i popijam zimne piwo!
- To jakim cudem z tobą rozmawiam?
Westchnął.
- Nek gdzieś zniknął, a dopóki nie raczy się tutaj zjawić, Thorus kazał mi mieć oko na wszystko.
- Więc nie wiesz, gdzie może się podziewać?
- Nie i raczej się tego nie dowiem. Jeśli komuś coś o tym wiadomo to pewnie tutejszym Kopaczom, ale oni nie rozmawiają ze Strażnikami, a zwłaszcza ze mną, bo wiedzą, ze brzydzę się ich robotą.
- Brzydzisz się kopania rudy?
- Brzydzę się zatęchłymi, ciemnymi i wilgotnymi kopalniami. I nie ma w tym nic dziwnego. Założę się, że podśmiechują się za moimi plecami.
- No, ale to nie wyjaśnia, dlaczego nie zbierasz pieniędzy za ochronę.
- Nek zebrał już co było do zebrania. Więcej z nich nie wycisnę.
- Wiesz, Zły podejrzewa, że Nek zwiał do Nowego Obozu.
- Bzdura, Nekowi było tu dobrze. Uwierz mi, znam go dobrze i... zaraz. Zły kazał ci znaleźć Neka?
- Tak, spotkałem go niedawno, jak rozmawiał z Thorusem...
- Sukinsyn! - krzyknął Fletcher, aż kilka osób obejrzało się. - Pieprzony sukinsyn!
- O co ci chodzi?
- Nakablował na mnie! Thorus dowiedział się od kogoś o zniknięciu Neka i specjalnie pofatygował się do zamku, żeby mnie tu przyprowadzić! Chciałbym móc mu po prostu przy...
- Ale przecież Thorus i tak by się dowiedział o jego zniknięciu – zauważyłem
- Nie dowiedziałby się, Thorus rzadko tu zagląda, a obowiązki Neka bez problemu przejąłby Szakal. On lubi swoją robotę i nie byłby to dla niego problem. Pieprzony kapuś!
- Nie denerwuj się tak. Jeśli dowiem się czegoś o Neku, dam ci znać. W porządku?
- Dzięki. Informuj mnie na bieżąco.
Wszystko wskazuje na to, ze Strażnicy i Cienie niespecjalnie sie lubią. Muszę uważać, żeby za bardzo nie podpaść żadej z tych grup. Jak na niecałe dwa dni narobiłem sobie wystarczająco dużo kłopotów.
Zszedłem ze skarpy obok zawalonej wieży, przy wschodniej bramie. Nie poszedłem dalej, bo obawiałem się, że na tym terenie mogę spotkać już Bloodwyna, więc zawróciłem i poszedłem w stronę areny, tym razem dołem.
Przedtem jednak zauważyłem pewną osobą, stojącą niedaleko bramy z dwoma Cieniami. Wyróżniała się strojem identycznym jak ten, który nosił Rathford.
Mordrag.
Był dobrze zbudowanym facetem koło czterdziestki, ponadto nieźle uzbrojonym. Muszę przyznać, że wybrał sobie niezłe miejsce, ma stąd kilka kroków do bramy, gdyby sprawy przybrały zły obrót. Póki co nie wiedziałem jeszcze co z nim zrobię. Czy chcę go zabić, tak jak sobie życzył Thorus? Raczej nie, tym bardziej, że prawdopodobnie nie byłbym w stanie tego zrobić. Muszę się nad tym porządnie zastanowić, a potem porozmawiać z nim, powołując się na Rathforda.
Przy arenie spotkałem kilka osób. Domyśliłem się, że łysy facet z bliznami na twarzy, który przed chatą rozstawił stół z przymocowanymi licznymi skrzyneczkami i szufladami to zapewne Scatty, właściciel areny. Na ławce, tuż przy wejściu na arenę siedział facet z Nowego Obozu, łypiąc na mnie złowieszczo. Jeszcze nawet się nie odezwałem, a już widzę, że coś jest nie tak. Co oni wszyscy do mnie mają? Facet miał dziwny, brązowy kolor skóry, który mówił, że prawdopodobnie nie pochodzi z Myrtany. Drugim był kolejny wyznawca Śniącego, który stał niedaleko Scatty'ego i gapił się w niebo. Zapewne modlił się, odprawiał jakiś rytuał czy coś w tym stylu. Różnił się jednak od Baal Parveza. Był niewątpliwie bardziej umięśniony, a na ogolonej głowie i szyi widniały dziwne tatuaże. Scatty i facet z Nowego Obozu wciąż bacznie mnie obserwowali, zwłaszcza że od jakiegoś czasu stałem jak wryty. Wybrałem Scatty'ego.
- Czym się tu zajmujesz? - zapytałem niepewnie.
- Nowy, co? Zwiedzasz Obóz? - Gdy przytaknąłem dodał: - Organizuję walki na arenie. Wiesz, przyjmuję zakłady, pozyskuję nowych zawodników i takie tam.
- Chcę dołączyć do Obozu...
- I szukasz poparcia, tak? - Nie dał mi skoczyc.
- To chyba jasne. Pomożesz mi?
- Jasnę, że ci pomogę. Ale pod warunkiem, ze zrobisz na mnie odpowiednio dobre wrażenie. Tu jest Stary Obóz, nie potrzebujemy tu tchórzy i męczydupy, takiej jak chociażby ten... no... mniejsza o to, mieszka obok Rączki. Takich właśnie ludzi tu nie będziemy tolerować.
- Co mam zrobić?
- Najlepsi wojownicy ze wszystkich obozów przybywają tu, żeby walczyć na mojej arenie. Wyzwij któregoś z nich na pojedynek i pokaż się z dobrej strony. Pokaż, ze potrafisz walczyć! Zobaczę na ile cię stać. I jeśli twoja walka mi sie spodoba szepnę dobre słówko w twoim imieniu do Diego.
- Nie ma znaczenia kogo wyzwę? To znaczy – dodałem, zerkając przez ramię – myślalem że Stary i Nowy Obóz nie dogadują się najlepiej. Dlaczego pozwalacie obcym walczyć na waszej arenie?
Scatty zaśmiał się głośno.
- To proste. Raz w tygodniu organizujemy walki, a nasi ludzie lubią patrzeć jak Szkodniki z Nowego Obozu dostają po głowie.
Jeden z Cieni, który właśnie przechodził niedaleko nas odwrócił się do Scatty'ego i zaklaskal krótko, zaś dziwny facet z Nowego Obozu podniósł głowę i tak na nas spojrzał, że nie zdziwiłbym sie jakby zaraz wyciągnął broń i zaczął robić tu krwawą sieczkę. Scatty w ogóle się tym nie przejął.
- Gdy walczy któryś z nich dostaję więcej zakładów, a to dobrze wplywa na interesy. Osobiście nienawidzę tych wieprzy z Nowego Obozu, ale... w tych trudnych czasach żaden pieniądz nie śmierdzi.
- Na razie chyba się wstrzymam, dawno nie miałem broni w ręku.
- Widzę – pokiwał glową Scatty, rzucając pogardliwe spojrzenie na pordzewiały miecz u mojego pasa. - Z takim czymś prędzej zrobiłbyś sobie krzywdę niż kogoś pokonał. Zadbaj najpierw o jakąś broń.
- Broń to nie jedyny problem. Zajmujesz się też szkoleniem?
- Tak, szkolę niektórych Cieni we władaniu bronią jednoręczną, ale nie za darmo. Musisz mi najpierw zapłacić.
- Ile sobie liczysz?
- Sto bryłek rudy za podstawowy trening.
Zostawiłem Scatty'ego. Zapewne prędko nie będę miał wystarczająco dużo rudy, by się podszkolić. Powinienem najpierw nazbierać jakoś dla Draxa i nauczyć się polować. A skoro o tym mowa robię się strasznie głodny. Miałem nadzieję, że Grim już wrócił.
Tak jak się spodziewałem, wyznawca Śniącego zastąpił mi drogę, stając między chatami.
- Bądź pozdrowiony nieznajomy! Jestem Gor Hanis i walczę na arenie ku chwale Wielkiego Śniącego! Widzę, że twa dusza błądzi i mój mistrz kazał mi porozmawiać z tobą, by pokazać ci ścieżkę prawdy.
Westchnąłem ciężko, ale chyba tego nie zauważył. Wyglądało na to, ze nie da mi przejsć bez rozmowy.
- Zakładam że chodzi o ścieżkę Śniącego?
- Tak! Proszę, poszukaj w Starym Obozie naszych braci, którzy będą potrafili lepiej niż ja ukazać ci jego nauki. Powiem ci tylko tyle: Śniący będzie naszym zbawicielem. Przyprowadził nas tutaj i z jego pomocą uda nam się stąd wyjść!
- Chcesz przez to powiedzieć, że czekacie aż wasz bóg zwróci wam wolność?
- Tak! I nasze oczekiwanie wkrótce dobiegnie końca! Szykujemy się do rytuału Wielkiego Przyzwania! Dlatego grzesznicy mają coraz mniej czasu na nawrócenie się! Pamiętaj o tym, gdy będziesz myślał nad wyborem obozu.
Wydawał się tak zafascyowany swoimi słowami, że wyglądał jak naćpany. Albo może rzeczywiście był, bo wokół niego leźało kilka niedopałków.
- Co tak właściwie tu robisz? Walczysz na arenie?
- Zostałem wybrany przez moich mistrzów, by bronić na arenie honoru Obozu na Bagnie. Przyświeca mi więc wyższy cel, walczę by pokazać wszystkim niewiernym, jak wielka jest potęga Śniącego!
- Więc jesteś najlepszym wojownikiem w swoim obozie?
- Nie! Jestem co najwyżej najlepszy wśród nowicjuszy. Nie jestem nawet godzien mierzyć się ze Strażnikami Świątynnymi. Najlepszym wojownikiem w Obozie Bractwa i prawdopodobnie w całej Kolonii jest Cor Angar. To jest mój cel i największe marzenie. Dlatego walczę na arenie, by zdobyć słąwę. Pragnę być przez niego zauważony i przyjęty do zaszczytnego grona Strażników Świątynnych, by móc pobierać u niego nauki.
- Kim jest ten Cor Angar?
- Naszym guru! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Słucham, słucham. Kto jeszcze prócz ciebie walczy na arenie?
Gor Hanis zrobil obrażoną minę, ale odpowiedział mi normalnie.
- Wczoraj odbyły się walki i wygraliśmy je we trzech. Ja, Kharim – to ten facet, który ciągle się na nas patrzy – i jeszcze Kirgo. Tylko że on akurat gdzieś zniknął. Teraz nasza trójka musi zostać blisko areny, przez tydzień, do następnych walk ludzie mogą rzucać nam wyzwania. Taka jest tu zasada.
- Rozumiem. Czy zmierzyłbyś się ze mną na arenie? Nie teraz – poprawiłem szybko, gdy zobaczyłem jego pełną politowania minę. - Jak tylko się jakoś przygotuję.
- Jeśli potrenujesz to zawalczę z tobą, żeby dać ci parę lekcji. Zostanę na tę jedną walkę twoim mentorem.
Tak bym tego nie ujął, ale cóż.
- Wielkie dzięki. Niedługo się zgłoszę.
- Niech Śniący będzie z tobą.
Mając nadzieję, że nie będę miał już dziś styczności z członkami Sekty, ruszyłem dalej. Pamiętalem, że gdzieś tu powinien być dom Cienia, o którym mówił Diego, Rączki. Z drugiej strony miałem na uwadze też słowa Fletchera, żeby dowiedzieć się czegoś od Kopaczy o Neku. Właśnie zobaczyłem Cienia w starszym wieku siedzącego na ławeczce przed chatą, postawioną przy samym murze na wzniesieniu. Ruszyłem szybkim krokiem w jego stronę, mijając grubego Kopacza w bialym fartuchu, który mieszał długą łyżką w wielkim kotle na prowizorycznym palenisku. Gdy go mijałem odniosłem wrażenie, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale nie zatrzymałem się. Może u Rączki pójdzie mi lepiej. Muszę dziś zrobić coś produktywnego, żeby nie zawieść Diego.
- To ciebie nazywają Rączką? - zapytałem stając przed nim.
- A jaki masz interes w tym, żeby wiedzieć?
- Chcę zostać Cieniem.
- Jesteś tu nowy? Czy może obrzydła ci robota w kopalnii? I co z tego?
- Możesz mi pomóc?
Machnął ręką i wrócił do badania wzrokiem stanu swoich butów.
- Nie mam pojęcia jak to zrobić.
- W zasadzie to szukam kogoś, kto mógłby mnie czegoś nauczyć.
- To dlaczego przyszedłeś z tym do mnie?
Rozmowa z nim była naprawdę trudna.
- Przysłał mnie Diego.
Rączka wyraźnie sie ożywił. Zauważyłem, że imię Diego otwiera bardzo wiele drzwi w Zewnętrznym Pierścieniu.
- Trzeba było tak od razu. Jeśli chcesz dołączyć do naszego obozu powinieneś być dobrym wojownikiem albo zręcznym złodziejem. Zauważyłeś pewnie, że z początku wplywowi ludzie z obozu mogą mieć dla ciebie różne zlecenia, dlatego proponowałbym ci z początku podszkolić się w fachu złodziejskim.
- Złodziejem? - powtórzyłem niepewnie.
- Taak, co w tym takiego dziwngo? Jesteśmy pod Barierą, tu każda dobra umiejętność się liczy. A zdolności złodziejskie wymagają zręczności, sprytu i inteligencji, a te cechy są pomocne w każdym zleceniu. Zupełnym przypadkiem tak się składa, że jestem najlepszym złodziejem w Starym Obozie.
Wygląda na to, że niektórzy po wrzceniu za Barierę nie musieli się nawet przebranżowić, żeby zyskać szacunek. Ale miał rację, takie umiejętności są bardzo przydatne.
- Czego możesz mnie nauczyć? I ile sobie za to bierzesz?
- Wszystkiego co ma związek z moim fachem. Skradanie, otwieranie zamków, kradzież kieszonkowa... A co do zapłaty, umówmy się tak. Ja cię czegoś nauczę, a gdy to opanujesz zyskasz moje poparcie. Za to ty w ramach zapłaty będziesz winien mi przysługę.
Spiąłem się. Za dużo się kryło pod tymi słowami. Nie lubię niejasnych sytuacji.
- Nie jestem zabójcą.
Rączka pokręcił gwaltownie głową.
- Źle mnie oceniasz. To będzie drobna przysługa, nic co mgloby wplynąć na twoją pozycję w Starym Obozie i z pewnoscią nie będzie to żadne zlecenie. Czy to ci odpowiada?
A co mi tam, może nie będzie tak źle.
- Tak.
- Świetnie. W takim razie nie czekajmy. Co chciałbyś wiedzieć?
Zastanowłem się chwilę pod kątem umiejętości, które będą mi przydatne w najbliższym czasie. Pomyślałem o polowaniu z Grimem i później być może z Draxem.
- Chciałbym nauczy się skradać i chodzić niepostrzeżenie.
- Myślę - bez żadnej fałszywej skromności - że jestem jednym z najlepszych złodziei zrzuconych do tej przeklętej Kolonii. Może nawet najlepszym, nie licząc pewnej osoby z Nowego Obozu... Jednak jeśli chodzi o skradanie się, powinieneś porozmawiać z Cavalornem.
- Gdzie go znajdę?
- Poza obozem. Ma domek myśliwsi po drodze do Nowego Obozu i tam spędza większość czasu.
- A która umiejętność według ciebie może być dla mnie najbardziej przydatna?
- To proste. Jesteś tu nowy, z tego co widzę też ambitny. Będziesz zwiedzał Kolonię i trafisz do rożnych miejsc, w których na przestrzeni lat urzędowali różni ludzie. Najlepszą opcją będzie wyuczenie sie otwierania zamków, w całej Kolonii jest pełno pozamykanych skrzyń, których właściciele juz nigdy ich nie otworzą. Kiedyś sam takich miejsc szukałem i powiem ci, że w taki sposób można się naprawdę nieźle obłowić. Problem w tym, że starzeję się, nie mam już sił i chęci na podobne wyprawy.
- W takim razie naucz mnie otwierania zamków.
- Dobrze. Ale wróć do mnie jutro rano. Przygotuję kilka specjalnych kufrów i załatwię parę wytrychów. Myślę, że szybko to opanujesz.
- Dzięki. Do zobaczenia jutro.
Dość dawno już minęło południe, a Grima wciąż nie było nigdzie widać. Kiszki zaczynały grać mi marsza. Chcąc wyruszyc jak najwcześniej wróciłem pod zamkową bramę i siadłem na ławce w tym miejscu co wczoraj, obserwując okolicę, jednocześnie będąc bacznie obserwowany przez Thorusa. Nie bój się, nie zapomniałem o naszej umowie.
Minęła dobra godzina zanim w końcu zobaczyłem Grima. Nadszedł z sektora zajmowanego przez Bloodwyna, szedł powoli ze spuszczoną głową, zauważyłem, że prócz maczugi ma jeszcze krótki łuk i kilka strzał za paskiem. Zobaczył mnie dopiero gdy dzieliło nas tylko kilka kroków.
- Cześć żóltodziobie! - zawołał bardzo dziarsko, natychmiast porzucając zasępioną minę. - Szukam cię od kilku godzin! Jesteś gotów?
Kłamie, ale w tym momencie niezbyt mnie to obchodziło. Byłem głodny, a czekało nas jeszcze trochę roboty.
- Jasne. Idziemy?
- Zbieraj się. Nie musisz nic brać, wszystko mam ze sobą, ale przez to ty będziesz miał najbrudniejszą robotę.
- Dokąd idziemy? - zapytałem, wstając.
- Do lasu po drodze do Starej Kopalni. Chodźmy, to może wyrobimy się do wieczora.
Ruszyliśmy na moje pierwsze polowanie, mając nadzieję, że dopisze nam szczęścia na tyle by na jakiś czas zaspokoić puste żołądki.

***
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 13-04-17, 09:06   #10
 Mika 123
Towarzysz
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Moskwa
Posty: 1 670
Domyślnie

Wyczuwam, że Grim będzie musiał przygotować pułapkę na bohatera... Ogólnie rozdział niezły, brak wielkiej liczby błędów
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 18-04-17, 20:01   #11
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 656
Domyślnie

Rozdział 2 - Stary Obóz (cz.2)


***

- Dobra, stąd zaczniemy.
Staliśmy na skraju lasu, na ścieżce wiodącej do Starej Kopalni, całkiem niedaleko miejsca w którym wczoraj spotkałem Draxa i Rathforda.
- To oczywiste, że będziemy musieli zejść ze ścieżki.
Z każdym wypowiedzianym słowem stawał się coraz mniej pewny siebie.
- Co jest naszym celem? Jakie zwierzęta żyją w tym lesie?
- Nie wiem do końca, byłem tu tylko raz i to w dodatku z jednym myśliwym.
- Chcesz mi powiedzieć, że jesteś tak samo zielony jak ja?
- Nie, naprawdę dużo się wtedy nauczyłem!
Cholera, pięknie. Naprawdę pięknie.
- Jesteśmy w dupie – stwierdziłem, niespecjalnie zresztą zaskoczony. - Wiesz chociaż na co tu możemy trafić?
- Noo, ostatnio upolowaliśmy dzika. Ale wiem, ze można tu trafić też na ścierwojady i wilki.
- Dobra, musimy być po prostu ostrożni. Idziemy?
- Tak. Lepiej wyciągnij miecz.
Miałem tylko szczerą nadzieję, że nawet jeśli jest to zwykłe polowanie, nie będzie to ostatnia rzecz jaką zrobimy w życiu. Zachowanie Grima pokazało wyraźnie, że czegoś się obawia. Prawdę mówiąc wolałem tego nie wiedzieć. Jak pogłoduję jeszcze kilka dni będę gotów wejść do tego lasu i rozszarpać pierwsze lepsze zwierzę gołymi rękami.
Grim założył strzałę i ruszył pierwszy.
- Przejdziemy kawałek ścieżką, a potem wejdziemy głębiej. Spójrz, po lewej stronie widać jeszcze rzekę. Podobno spływa z gór przy Nowym Obozie.
- Wiesz – dodał po chwili – z początku jak tu trafiłem, zastanawiałem się dlaczego nie ma tu zbyt wiele zwierząt, a ludzie boją się wchodzić do lasu i chodzić sami szlakami między obozami. Jednak po kilku dniach zrozumiałem. Wyobrażasz sobie kilkuset facetów zamkniętych na małej przestrzeni, z ograniczonymi zasobami, nie tylko jedzenia? To było oczywiste, że w końcu żarcie się skończy, a ludzie zaczną szukać mięsa. W ciągu prawie dziesięciu lat istnienia Bariery przetrwały tylko te zwierzęta, które albo są niejadalne, albo potrafią się wystarczająco dobrze bronić. Myślę, że tu będzie dobrze.
- W porządku. Ty obserwuj prawą a ja lewą stronę. Zachowajmy lekki dystans.
- Dobra.
Grim ciężko przełknął ślinę i razem zeszliśmy ze ścieżki. Było już tu dość gęsto i niewiele światła dostawało się przez korony drzew. Szliśmy wolno, bacznie obserwując i nasłuchując otoczenie lecz wciąż najgłośniejszym dźwiękiem był odgłos naszych kroków po ściółce. Co jakiś czas jakiś owad przeleciał mi przed twarzą, ale nic więcej. Im głębiej się zapuszczaliśmy tym bardziej bezużyteczny wydawał się mój przerdzewiały miecz w przypadku, gdy coś wyskoczy na nas z krzaków. Jednak w końcu udało mi się coś dostrzec. Syknąłem na Grima, pokazując mu stojącego tyłem do nas niewielkiego, samotnego dzika, ryjącego w ziemi. Grim kiwnął głową i gestem kazał mi zaczekać sam zaś podszedł kilka kroków bliżej, uklęknął na jednym kolanie i starannie wymierzył.
Udało się. Strzała pomknęła idealnie, najwidoczniej trafiając w ważny narząd, gdyż dzik w zupełnej ciszy upadł, znikając za niewielkim krzakiem. Grim poszedł go sprawdzić, a ja wyluzowałem się nieco, czekając aż wróci. Dzik nie wydawał się duży, ale może być ciężko zanieść go we dwóch do obozu. Chyba że Grim chce go sprawić na miejscu, ale to mogłoby przyciągnąć drapieżniki.
- Spieprzaj do rzeki! Już!
Grim minął mnie w pełnym sprincie. Nie miał już łuku, a gnał na złamanie karku, nie bacząc na to, że zgubił jeden but.
- Nie oglądaj się!
W takich wypadkach nie myśli się "po co?", po prostu się biegnie. Dogoniłem go i razem przecięliśmy ścieżkę, biegnąc w stronę rzeki. Całe szczęście, ze po zabiciu dzika schowałem miecz za pasek, bo inaczej bym się nim pociął. I tak musiałem trzymać jedną rękę na głowicy, żeby sobie nie pokaleczyć nogi.
Grim dosłownie wskoczył do rzeki, a ja za nim. Dopiero gdy wygramoliliśmy się na drugi brzeg, ociekając wodą ten odwrócił się i spojrzał za siebie.
- Dzięki ci, Innosie – wysapał.
- Co to było?
- Cieniostwór. Jasna cholera, ten dzik stał kilka kroków od cieniostwora! Innosie, Adanosie, Beliarze i wszyscy, którzy się do tego przyczyniliście, dzięki wam, że wolał zjeść dzika niż mnie.
Cieniostwór! Miałem ochotę go zatłuc. Zaprowadził nas do tego lasu, wiedząc, że grasuje tu taka bestia!
- I tyle z naszej kolacji.
- Masz ochotę na rybę? - zapytał.
- Jeśli to kolejny idiotyczny pomysł i ta ryba ma dwa metry długości i zęby jak noże, to przysięgam, że sam cię pokroję i będę ją karmić po kawałku.
- O co tak się złościsz, to nie moja wina, że trafiliśmy akurat na niego! Jak chcesz to wróć się po tego dzika! I spytaj cieniostwora, może ci zostawi kawałek.
- Straciliśmy łuk i nie za bardzo mamy z czego zrobić wędkę – zauważyłem.
- Wiem, ale nie zrobimy tego tu – obaj zerknęliśmy na małe stado krwiopijców na drugim brzegu, które na szczęście nie wydawało się nami zainteresowane. - Znam jedno miejsce, gdzie woda jest dość płytka byśmy sobie poradzili bez wędki.
- Dobra. Gdzie to jest?
I tak oto przez kolejną godzinę robiliśmy z siebie głupków, bo miejscem, które miał na myśli Grim był most przed Starym Obozem. A właściwie to woda przepływająca od tym mostem.
Strażnicy, których spotkałem poprzedniego dnia zostali najwidoczniej zmienieni i nie było pana Mistrza Ironii. Ci woleli przyglądać się naszym wysiłkom w milczeniu, co było dobre bo łatwiej wtedy było skupić się na rybach, ale z drugiej ich uśmieszki sprawiały, że miałem ochotę komuś przyłożyć.
Woda w tym miejscu rzeczywiście była płytka i razem z Grimem próbowaliśmy złapać przepływające ryby gołymi dłońmi. Aby ułatwić sobie pracę ściągnęliśmy nasze koszulki i w ten sposób dość szybko złapaliśmy kilka sporych ryb. Mimo wszystko zadowoleni z siebie oprawiliśmy je na miejscu nożem Grima i nadziane na patyk przynieśliśmy do obozu. W samą porę, bo słońce powoli zbliżało się do horyzontu.
Rozpaliliśmy ognisko w tym samym miejscu co wczoraj i na zmianę trzymaliśmy ryby na ogniem. Wkrótce zaczął się roznosić dość przyjemny zapach, a kilku Kopaczy patrzyło na nas z wyraźną zazdrością. Od przygodny z cieniostworem Grim wydawał się być wyraźnie przybity i praktycznie się nie odzywał. Zakładałem, że nie chodzi o brak buta.
- Co jest? - zapytałem po zdecydowanie zbyt długim czasie gapienia się w ogień.
- To znaczy?
- Aż tak cię przestraszył ten cieniostwór? Daj spokój, przecież żyjemy.
- Nie.
I to było wszystko co od niego usłyszałem.
Ryby dopiekały się powoli, a do nas podszedł facet ubrany jak Kopacz, lecz w porównaniu do innych których widziałem jego ubranie było niemal nieskazitelnie czyste.
- Witam panowie – powiedział. - Do mojej chaty – to ta zaraz przy bramie – dotarł miły zapach, a ja bardzo dawno nie jadłem ryby. Co powiecie na mały handel?
- Wyciągnął zza pleców butelkę prawie pełną przezroczystego płynu.
- Jedna ryba za parę łyków ryżówki? - zapytał, machając butelką.
- Wchodzę w to – powiedziałem, zaś Grim – o dziwo – milczał.
- Nazywam się Graham – przedstawił się nieznajomy, siadając obok. Kolejna osoba o której mówił Rathford. - Wy zapewne jesteście nowi? Da się to poznać na pierwszy rzut oka.
- Nie jesteś Kopaczem?
- Jasne że nie, te spodnie po prostu są wygodne. Z moim zawodem na szczęście nie musiałem nigdy pracować w Kopalni.
- To znaczy?
- Jestem kartografem – oznajmił z dumą. - Robię mapy i sprzedaję w obozie. Prawdę mówiąc nie tylko w naszym, mam klientów też w innych obozach, a nawet wśród myśliwych.
- W takim razie pewnie sporo podróżujesz po Kolonii?
- Sam nigdy. To niebezpieczne, a ja nie potrafię walczyć. Mam układ ze Strażnikami i Cieniami. Gdy mają do wykonania zadania z dala od obozu czasem zabierają mnie ze sobą, a ja mam wtedy okazję porobić szkice, które dopracowuję po powrocie do obozu. Oni dostają jedną kopię i tak nasz układ trwa. Te ryby chyba już się nadają.
Rzeczywiście, nie zauważyłem. Na kiju było siedem ryb, zdjąłem sobie jedną i podałem cały rożen Grimowi, który zrobił to samo również bez słowa. Ta jego markotność była bardzo dziwna. Ostatni nałożył sobie Graham i zanim spróbował, powąchał ją demonstracyjnie.
- Cóż za piękny zapach.
- Oddałbym wiele za szczyptę soli – powiedziałem, ocierając brodę.
- Ciężko ją tu dostać. Chyba że dostaniesz się na zamek. Strażnicy mają wszystko, co przychodzi ze świata zewnętrznego.
- Jakie mapy sporządzasz? - spytałem między kęsami.
- Zależy jakie jest zapotrzebowanie. Na chwilę obecną mam kilka kopii planu Starego Obozu, drogi do Starej Kopalni, drogi do Brac... a nie, zapomniałem, że ta się zniszczyła, muszę zrobić nową. No i mam jeszcze mapę całej Kolonii. Cholera, zrobienie jej zajęło mi dobry miesiąc, ciężkiej pracy, a i tak jest niekompletna.
- Zamierzasz ją kiedyś skończyć?
- Ha, dobre sobie. Czy zamierzam skończyć? Pewnie że tak! Jeśli tylko zrobisz mi pewną przysługę.
- Przysługę?
- Idź na ziemie orków i zabij wszystko co się tam rusza.
Uśmiechnąłem się pod nosem, za to Grim w końcu wydał z siebie jakiś głos, mimo że było to tylko parsknięcie śmiechem.
Wziąłem rybę i podałem Grimowi. Na rożnie zostały jeszcze dwie i po krótkim zastanowieniu zaproponowałem Grahamowi, ale odmówił.
- Dzięki, nie chcę wam ich zabierać, to wy je złowiliście.
W końcu otworzył butelkę i podał mi. Wyplułem kilka ości i wziąłem solidny łyk.
Gorzałka nie byłą zbyt mocna, nawet nie paliła w gardło, chociaż muszę przyznać, że nie była zła. Podałem butelkę Grimowi, a następnie znów wróciła do Grahama, który ocenił ilość pozostałego trunku i skrzywił się nieznacznie.
- Skąd masz ryżówkę? - zapytał nagle Grim.
- Od takiego faceta z Nowego Obozu. Tam wyrabiają ją na potęgę.
Zakładam, że ma na myśli Mordraga. Widać handluje nie tylko rzeczami z przejętych konwojów.
- Wiecie co, miałem w sumie już lecieć, ale będę miał dla was chyba jeszcze coś. Łapcie, napijcie się jeszcze trochę. Dziś jak byłem na targowisku doszły mnie słuchy, że jeden z Cieni ma robotę dla żółtodzioba. Dziś jest chyba już trochę za późno, ale jutro możecie spróbować.
Graham odszedł, a ja postanowiłem, że jutro jak tylko wyjdę od Rączki udam się na targowisko. Spojrzałem na Grima i postanowiłem nie poruszać tego tematu. Kto pierwszy ten lepszy.
Zjedliśmy ostatnie ryby, krztusząc się i plując, bo okazały się być bardziej wredne niż poprzedniczki. Zauważyłem, że Grim co jakiś czas zerka niespokojnie na obszar za moimi plecami, czyli część obozu, pilnowaną przez Bloodwyna. Zupełnie jakby się czegoś bał. Może właśnie o niego chodzi?
Po jakimś czasie wstał, mówiąc, że idzie do siebie, dziękując mi za wspólne polowanie. Zostałem sam, było już ciemno, a jutro czekała mnie lekcja u Rączki. Zamierzałem poczekać aż ognisko nieco przygaśnie i odejść. Właśnie minął mnie, zataczając się kolejny Kopacz, wyglądający na mocno pijanego.
Cóż, dzisiejszy dzień chyba nie był taki zły. Jeśli się postaram za kilka dni Diego będzie ze mnie zadowolony.
To był instynkt. Ułamek sekundy. Zrobiłem jedyną rzecz jaką w tym momencie mogłem – rzuciłem się twarzą w dogasające ognisko i przetoczyłem na bok, rozsypując wszędzie skry i parząc sobie boleśnie tułów. Natychmiast zerwałem się i wyciągnąłem broń, zanim napastnik – którym był zataczający się Kopacz – wyrwał nabitą kolcami maczugę z miejsca w którym przed momentem siedziałem.
Jego spojrzenie było dzikie tak jak jego uśmiech. Zastanawiałem się, czy w moim obecnym stanie dam mu radę i czy lepiej zaatakować go od razu, czy poczekać na jego ruch. W mig zdałem sobie sprawę, że ta pierwsza opcja odpada, bo z pewnością widzi mnie jakiś Strażnik, a jeśli on zapłacił za ochronę, to praktycznie już jestem trupem.
Nie zaatakował jednak ponownie. Odwrócił się i odbiegł, znikając w ciemnościach.
Wciąż spięty do granic rozejrzałem się, czy napastników nie ma przypadkiem więcej. Zobaczyłem jedynie Strażnika stojącego nieopodal chaty Diego. Po przyjrzeniu się poznałem go. Był to Fletcher. Wsunąłem miecz za pasek i chciałem odejść w stronę chaty. Przechodząc obok niego powiedziałem:
- Wygląda na to, że mi pomogłeś.
- Tak? Cóż, nie miałem takiego zamiaru. Ale jeśli już to zrobiłem, możesz się odwdzięczyć, znajdując Neka.
- Wiem. Pracuję nad tym.
Gdy byłem już w chacie, przed położeniem się musiałem naprawić odpadającą zasuwę. Niezbyt mi to wyszło, ale może przynajmniej zatrzyma wiatr przed wepchnięciem drzwi do środka. Drugi dzień w Kolonii dobiegł końca, a ja wciąż żyję. I zamierzam poprawić ten wynik.
Rankiem Rączka czekał na mnie przy studni pośrodku ścieżki, naprzeciw swojej chaty.
- Wszystko już przygotowałem. Wejdźmy do środka.
W środku pod ścianą ustawione były trzy zbite wyglądające dość solidnie kufry. Obok na ziemi leżała sterta wytrychów.
- Nie potrwa to długo, ale skup się i słuchaj – powiedział. - Mam tu prosty zamek, głównie takie są tu używane. Pod Barierą znajdzie się może paru ślusarzy, potrafiących zrobić coś solidniejszego. W każdym razie spójrz.
Rzucił mi rozebrany zamek, razem z wytrychem, które złapałem i obejrzałem dokładnie.
- Jak widzisz, zamek składa się z niewielkich bolców, które dopasowują się do wyżłobień w kluczu, powodując otwarcie. Zapoznaj się z tym dokładnie. Znajomość budowy zamków to podstawa gdy chce się je otwierać.
Następnie wziął ze stosu kolejny wytrych i pokazał mi na dłoni.
- Zamki otwiera się wytrychem i polecam ci zawsze mieć kilka przy sobie. Chociaż nie jest to skomplikowana rzecz i spokojnie możesz zrobić go na przykład z gwoździa. Składa się z dwóch części. Na tę mówimy obracacz. Schemat działania jest bardzo prosty. Obracaczem stymuluje się zamek w stronę, w którą się otwiera, a następnie tą częścią próbujesz ustawić bolce we właściwej kolejności. I to wszystko. Spróbuj najpierw na tym zamku, a jak ci się uda to na skrzyniach. Twoim zadaniem jest otworzyć wszystkie trzy.
- Strasznie tu ciemno.
- Tym lepiej, tu nie liczy się twój wzrok, tylko wyczucie i zręczność. Musisz uważać, żeby nie złamać wytrycha, co się czasem zdarza niewprawionym. Cierpliwość jest tu cechą kluczową. To bardzo subtelna sztuka – W tym momencie wytrych pękł mi w dłoni. Nie sądziłem, że jest tak delikatny. - Właśnie o tym mówię. Delikatność! Musisz się z nim obchodzić jak z kobietą, a nawet jeszcze łagodniej. Teraz oczyść zamek z resztek wytrycha i spróbuj kolejnym.
Minęło dobre kilka godzin nim w końcu udało mi się otworzyć pierwszy zamek. Za to gdy pierwszy się poddał, z kolejnymi poszło mi zadziwiająco szybko. Rączka cały czas obserwował mnie z łóżka, czasem dopowiadając jakieś wskazówki.
Gdy zbierałem się do odejścia zapewnił mnie, że teraz poprze mnie u Diego.
- Zręcznych złodziei nigdy za wiele – powiedział na odchodne, uśmiechając się pogodnie.
Zdobyłem już pierwszy głos poparcia i byłem z siebie bardzo zadowolony. Ośmielony zdecydowałem się udać na targowisko, by sprawdzić to, co mówił Graham. Przedtem nabrałem wody ze studni i przemyłem sobie twarz. Prawdę mówiąc przydałaby mi się też kąpiel.
Przed pierwszą chatą przed targowiskiem siedział Cień, pogwizdując sobie wesoło. Miał łysą głowę, a na czole cienką bliznę. Według Grima w tej chacie mieszkał niejaki Świstak, który również był wpływową osobą.
- Cześć, jestem tu nowy – zagadałem.
- Czego chcesz? - zapytał, jakby zdziwiony.
- Chciałbym zostać Cieniem....
- I szukasz ludzi, którzy cię poprą, tak? Jeśli chcesz, żebym cię poparł musisz najpierw coś dla mnie zrobić.
- Co takiego?
Świstak zerknął na targowisko, po czym wstał i stanął obok chaty, by nie być widzianym z tamtej strony i gestem kazał mi podejść.
- Chcę jedną z broni, którą ma na swoim składzie Fisk, ale on nie chce mi jej sprzedać. To miecz, bardzo dobry miecz. Dam ci sto bryłek rudy, a ty kupisz ten miecz dla mnie.
- Czemu Fisk nie chce ci go sprzedać?
- Trochę się posprzeczaliśmy.
- I?
- I to wszystko co musisz wiedzieć – zmarszczył brwi, nagle rozeźlony. - Jesteś strasznie wścibski.
- A przyszło ci do głowy, że mógłbym po prostu zwiać z twoją rudą? - zapytałem niepewnie.
Świstak tylko wzruszył ramionami.
- Nie zapominaj, że to jest mała kolonia. Prędzej czy później bym cię znalazł.
- Spokojnie, pytam czysto hipotetycznie. Daj mi te bryłki, a kupię go dla ciebie. Powiedz tylko, jak rozpoznam ten miecz?
- Jest bardzo bogato zdobiony. Z pewnością go poznasz. - Wręczył mi sporą sakiewkę, którą schowałem do kieszeni. - I jeszcze jedno. Nie idź od razu do Fiska. Pokręć się najpierw po targowisku, pogadaj z kimś. Rób tak, żeby się nie domyślił, że kupujesz go dla mnie.
- W porządku, zrozumiałem.
Wedle zaleceń połaziłem trochę po targowisku, udając, że przyglądam się rzeczom wyłożonym na stołach. Prócz Fiska handlowały tu jeszcze cztery osoby. Trzech Cieni i jeden facet w ubraniu różniącym się od pancerzy gildii z obozu. Jego strój składał się z pozszywanych skór i tkanin, a sprzedawał niemal wyłącznie skóry, rogi i inne zwierzęce trofea, więc zakładałem, że jest niezrzeszonym myśliwym. Jeden z Cieni, mający swoje stanowisko na samym skraju, tuż przy skarpie, gdy byłem tu pierwszy raz obserwował mnie bacznie i teraz robił to samo. Jako jedyny nie miał wystawionego towaru przed swoją chatą. Gdy tylko znalazłem się dostatecznie blisko zawołał:
- Hej ty! Sprzedaję bagienne ziele i różne wywary z obozu na bagnach. Może czegoś potrzebujesz?
- Co o jest bagienne ziele? - zapytałem. Już kolejna osoba o tym wspomina o tej roślinie.
- Jesteś tu nowy, co? - powiedział, przyjmując minę wszechwiedzącego nauczyciela. - Bagienne ziele można palić. To baaardzo relaksujące.
Puścił mi oko, a ja dopiero dostrzegłem, że oczy ma mocno przekrwione i szczerzy się jak idiota.
- W zasadzie to chciałbym dołączyć do obozu i zostać Cieniem.
- No proszę, i szukasz pewnie okazji żeby pokazać na co cię stać, tak?
Wzruszyłem ramionami.
- Dobra. Możesz wyświadczyć mi pewną przysługę. Jeśli dobrze się spiszesz to wstawię się za tobą u Diego. Jestem Dexter i Diego bardzo liczy się z moim zdaniem.
- O co chodzi?
- W obozie Sekty mieszka mężczyzna imieniem Kalom. To wielka szycha, jeden z najważniejszych Guru całej tej pomylonej zgrai. - Urwał na sekundę, by rozejrzeć się, czy nikt nie stoi wystarczająco blisko by go usłyszeć. - Kalom jest alchemikiem, posiada przepis na niezwykle skuteczny napój uzdrawiający. Chciałbym go od niego odkupić, wtedy sam mógłbym zacząć produkować ten napój. A to byłaby wielka korzyść... dla Starego Obozu rzecz jasna. Ale jest w tym mały problem, mianowicie do Kaloma trudno się zbliżyć, zwłaszcza ludziom z zewnątrz.
- Więc czego oczekujesz ode mnie?
- Te świry z Sekty bez przerwy szukają nowych ludzi. Jesteś tu nowy, nikt cię nie zna. Pokręć się trochę wśród nich, udawaj że chcesz do nich dołączyć. To właśnie Kalom sprawdza nowych kandydatów, więc będziesz miał świetną okazję by się do niego zbliżyć. Jeśli uda ci się z nim spotkać, spróbuj zdobyć te recepturę. Czy za nią zapłacisz czy nie, to już twoja sprawa.
Muszę przyznać, cwany był. Ale nie dam się tak łatwo wrobić.
- To łatwe nie będzie. Co będę z tego miał?
- Zgadnij od czego będzie zależała moja odpowiedz, gdy Diego zapyta mnie...
- Nie o to mi chodzi – przerwałem mu niecierpliwie. - Bardzo prawdopodobnie będę musiał zapłacić za tę recepturę. Potrzebuję zaliczki. Powiedzmy jakieś pięćdziesiąt bryłek rudy.
- Nie ma mowy!
- Trudno. Nie ma rudy, nie ma receptury.
Dexter wyraźnie był nieco skołowany. Wiedziałem, próbował mnie wykiwać. Ale dobrze, że się postawiłem, może uda mi się uzyskać trochę rudy na początek.
- No dobra... - wydusił w końcu. - Ale rudę dostaniesz dopiero po przyniesieniu przepisu.
- Nie – zaprzeczyłem stanowczo, zgrywając twardego biznesmena. - Albo zapłacisz mi z góry, albo sam biegaj sobie na bagna.
- Jest tu wielu żółtodziobów. Może jednak powinienem zlecić to któremuś z nich.
Gówno prawda. Jeśli by było tylu chętnych to już dawno by o tym wspomniał.
- Świetnie – powiedziałem, pokazując, że mam zamiar się odwrócić. - Zapomnijmy o całej sprawie.
- Zaraz, poczekaj! - Zgodnie z moimi oczekiwaniami zawołał, łapiąc mnie za ramię. - Chciałem tylko zobaczyć jak daleko się posuniesz. Pięćdziesiąt bryłek to trochę dużo jak na żółtodzioba, nie sądzisz? - Nie odpowiadałem, wiedząc, że wygrałem już tę licytację. - A niech cię szlag, masz tu swoje pięćdziesiąt bryłek. Tylko nie próbuj mnie wykiwać, mały.
- Gdzie jest ten cały obóz na bagnie? - zapytałem, chowając sakiewkę do drugiej kieszeni. Obie były już wyraźnie wypchane. Dwóch Cieni w kilka chwil dało mu sto pięćdziesiąt bryłek! Wzbudzam aż takie zaufanie czy co?
- Wyjdź przez południową bramę a potem idź ścieżką na wschód. Chociaż może lepiej jakbyś poprosił któregoś z Nowicjuszy w obozie. Na pewno chętnie cię zaprowadzą. A najlepiej będzie jak weźmiesz mapę. Tak się składa, ze mam tu jedną. Kosztuje... pięćdziesiąt bryłek rudy.
Cwaniak. Zapewne dostał jedną z kopii Grahama. Ale mi nie będzie ona potrzebna. Nie zamierzam iść na bagna póki nie załatwię poparcia pozostałych Cieni.
- Południowa brama to ta przy zawalonej wieży, tak?
- Dokładnie.
- W porządku. Uprzedzam tylko, że to zadanie trochę mi zajmie.
- Ważne, żebyś przyniósł recepturę. Będę cię obserwował.
Dobra, udało mi się załatwić trochę rudy na kredyt. Na pewno się przyda. Teraz Fisk.
- Chciałbym kupić miecz – powiedziałem, gdy podszedłem do jego stoiska. - Tylko nie taki zwykły. Myślałem o czymś, bardziej eleganckim. Coś bogato zdobionego.
- Dobrze trafiłeś chłopcze – zaskrzeczał. - Mam tu coś w sam raz dla ciebie. Osobiście nie znoszę takiego psucia dobrej broni, ale interes musi się kręcić. Spójrz.
Tak, to musiał być ten. Prosta, ale pozłacana rękojeść, błyszczący kamień w głowni i klinga pokryta symbolami.
- Nadaje się idealnie. Ile kosztuje?
- Masz szczęście, bo Cień, który go zamówił już nigdy więcej się tu nie pojawi. Kosztuje jedyne sto dziesięć bryłek rudy. Zainteresowany?
Możliwe, że się domyślił. Trudno. Nie pobiegnę teraz po te dziesięć bryłek do Świstaka, bo wszystko się wyda. Odliczyłem dziesięć bryłek rudy z sakiewki Dextera - który na szczęście tego nie widział, bo znikł wewnątrz chaty – i dorzuciłem do tamtych stu.
- Biorę go – powiedziałem, dając mu sakiewkę.
Fisk schował ją do kieszeni i wręczył mi miecz.
- Trzymaj, jest twój.
- Nie przeliczysz?
- Zrobię to później. To mały obóz, a ty z pewnością nie chciałbyś mnie oszukać. Więc nie mam się co z tym spieszyć, prawda?
Prawda. Uczciwość nie jest tu cechą, jest po prostu jedyną możliwością, jeśli chce się przeżyć.
Pokręciłem się jeszcze chwilę w okolicy, oczekując aż Fisk pójdzie na dłużej do chaty i gdy w końcu tak się stało wróciłem do Świstaka, który już na mnie czekał.
- Masz miecz, świetnie!
- Tak, ale Fisk żądał teraz za niego stu dziesięciu bryłek rudy.
- I pewnie mam oddać ci te dodatkowe dziesięć bryłek?
- Myślałem, że zależy ci na tym mieczu.
- Dobra. Trzymaj – wygrzebał z kieszeni kilka bryłek i odliczył równo trzynaście. - Masz, napij się czegoś w karczmie, za moje zdrowie.
- To jest tu karczma? To znaczy poza zamkiem.
- Jest, choć nie zasługuje na tę nazwę. Przy zawalonej wieży, a w zasadzie w niej. Wejście jest przy południowej bramie. W każdym razie to nie było trudne zadanie. Jednak pomogłeś mi, a ja teraz pomogę tobie. Gdy Diego mnie zapyta, możesz liczyć na moje poparcie. Póki co, muszę zapoznać się bliżej z tym cudeńkiem. Trzymaj się!
Dzisiejszy dzień jest zdecydowanie pierwszym naprawdę dobrym. Nie chciałem jednak za bardzo chwalić go przed zachodem, jak to mówi popularne powiedzenie i zmierzając w stronę bramy zamku zastanawiałem się jak spożytkować rudę.
Gdy doszedłem do swojej chaty już wiedziałem. Nie pójdę z tym do Draxa., nie opłacę Strażników, niech się chrzanią. Wybrałem trzydzieści trzy bryłki, a pozostałe schowałem w jedynym miejscu w chacie, które wydawało mi się jako tako bezpieczne – zakopałem w ziemi pod łóżkiem.
Udałem się prosto do Scatty'ego, którego spotkałem w tym samym miejscu co wczoraj.
- Witaj ponownie – powitał mnie.
- Czy twoim zdaniem ważniejsza jest broń, czy umiejętność posługiwania się nią?
Zmarszczył brwi, zaskoczony tym pytaniem.
- To zależy. Prawie zawsze bardziej istotniejsze są umiejętności, choć nie zawsze.
- Gdybyś miał trzydzieści bryłek, spróbowałbyś kupić nieco lepszą broń, czy nauczyć się nią posługiwać?
- Podoba mi się twój tok myślenia.
- Więc?
- Cóż, gdybym miał taką możliwość i dysponował jedynie przerdzewiałym brzeszczotem, wtedy zainwestowałbym w miecz, bo zawsze pewnych rzeczy można nauczyć się samemu. Poza tym trzydzieści bryłek rudy to kwota wystarczająca na proste i pewne ostrze, ale na porządną naukę już nie.
- Dzięki, to mi wystarczy.
Zamierzałem odejść, gdy znów się odezwał:
- Jeśli miałbym wybierać, udałbym się do kowala Huno, z kuźni nad areną.
- Dobra.
- I...
- Tak?
- Liczę, że wkrótce zobaczę cię na arenie
Kuźnię Huno mijałem już wcześniej i teraz nie było mi trudno ją znaleźć, nawet pomijając głośne odgłosy stukania młotem o kowadło.
Kuźnia była tylko niezbyt dużą wiatą, pod którą stało kowadło, piec, duża kamienna ostrzałka i kilka wiader wypełnionych po brzegi wodą. Kowal właśnie rozbijał na kowadle kawałek stali, podśpiewując przy tym skoczną melodię. Na rękach miał grube rękawice.
Stałem jakiś czas, obserwując go. Spojrzał na mnie dopiero, gdy rozbił całe ostrze i wrzucił je do wody, która momentalnie zaczęła parować. Stanął przede mną, milcząc oczekująco.
- Widać, że znasz się na swoim fachu – zacząłem.
- Jeszcze nikt nie miał powodu do narzekania. I lepiej, zeby nikt tego nie robił. Każdy dureń potrzebuje miecza i to ode mnie je dostają.
To mówiąc rzucał co chwila pogardliwe spojrzenie na mój przerdzewiały miecz. Przez ten wzrok nawet ja zacząłem się wstydzić za jakość tej broni.
- Jak długo zajmuje ci wykucie jednego miecza?
- To zależy – wzruszył ramionami. - Najprostsze ostrza można zrobić w kilkadziesiąt minut. Oczywiście, pod warunkiem, że jestem odpowiednio zmotywowany finansowo. Są co prawda świry pokroju Świstaka, którzy muszą czekać na swoje cacka nieco dłużej.
- Dlaczego? Świstak mało płaci?
- Nie, wręcz przeciwnie. Za ostatni miecz zapłacił mi całe sto pięćdziesiąt bryłek. Ale facet lubi bogate zdobienia i takie tam babskie fanaberie. Okropność, ale kosztowna. Swoją drogą ciekawski z ciebie facet, kolego.
Uśmiechnąłem się. Nie pierwszy raz to słyszę.
- A jak stoisz z pracą?
- Prawdę mówiąc, co ciebie to obchodzi?
- Być może będę miał dla ciebie zamówienie.
- Czyżby? A cóż takiego?
- Potrzebuję miecza. Jak najlepszego, za trzydzieści bryłek rudy.
Huno podrapał się po brodzie i rozejrzał po kuźni.
- Prawdę mówiąc nie mam wiele roboty. Trzydzieści bryłek to niezbyt wiele, ale myślę, że coś by się udało zrobić. Na kiedy byś go chciał?
- Jak najszybciej.
- No dobra. Niech będzie.
Wręczyłem mu równo trzydzieści bryłek, a Huno zmierzył mnie wzrokiem.
- Jesteś praworęczny? - zapytał, a gdy przytaknąłem dodał: - Chwyć mnie za przedramię. Chcę poznać twój chwyt, by dopasować rękojeść.
Ramię miał grube i bardzo umięśnione, za to gładkie jak u niemowlaka, pewnie od pracy nad ogniem.
- Daj mi teraz spokój. Możesz przyjść wieczorem.
Odszedłem, zmierzając w stronę południowej bramy. W końcu zostały mi jeszcze całe trzy bryłki, które zamierzałem wykorzystać zgodnie z zaleceniem Świstaka.

Ostatnio edytowane przez Hassan1 : 30-04-17 o 11:58.
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 19-04-17, 11:45   #12
 Mika 123
Towarzysz
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Moskwa
Posty: 1 670
Domyślnie

No niezły rozdział. Zdarzyło się tylko kilka literówek, ale jestem pewien, że sam je odnajdziesz, a potem poprawisz A jednak przeczucie mnie zawiodło, bo myślałem, że Grim zwabi bohatera w pułapkę z "pozdrowieniami od Bloodwyna". Jednakże niektóre momenty wydawały się mi monotonne, nie wiem jak z innymi czytelnikami... Tak czy inaczej wychodzi na plus Pozdrawiam i niech Innos ma Cię w swojej opiece
RPG
Mika 123 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Powieść Gothic Hassan1 Dyskusja 17 24-02-18 12:39
Gothic Edycja Rozszerzona Asayer Pomoc techniczna 2 20-07-15 10:08
Powieść Gothic! Eru Iluvatar WIP 14 23-09-13 22:28
gothic 3 edycjia rozszerzona. charlie120 Pomoc Techniczna [G3] 0 16-07-11 22:03
Gothic 3 edycja rozszerzona slawek_46b Pomoc Techniczna [G3] 4 26-12-10 12:11


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.