Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę Praca na KnOUS

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 01-09-06, 19:52   #1
piters2005
Pan Cienia
 
piters2005 awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2006
Skąd: Poznań
Posty: 202
Wyślij wiadomość przez Skype™ do piters2005
Domyślnie

Postanowiłem zamieścić tu moją pracę na KnOUS, poniewaz jest to moja pierwsza tak poważna praca konkursowa, i chciałbym poznać opinie innych, co im się nie podoba, bym w przyszłości mógł pisać lepiej Zależe mi szczególnie na ocenach sędziów konkursu

Upadek Salvetarionu
Praca pitersa2005

Namiestnik Rabittous siedział na wielkim, pozłacanym tronie w cytadeli Salvetarionu. Rozmyślał o ciężkiej sytuacji miasta. Jak zwykle, gdy był pogrążony w myślach, nie zwracał uwagi na nic, co działo się wokół niego, prawdopodobnie nawet, gdyby się obok niego paliło, on nie zwróciłby na to uwagi. Jednak zdecydowanie wolał rozmyślać w ciszy. Nic wtedy nie zakłócało jego myśli, płynących swobodnie po labiryncie rozwiązań, w poszukiwaniu tego właściwego. Dlatego też straż, przebywająca w zamku, oraz prawa ręka Namiestnika, mincerz Smutas, siedzący na nieco mniejszym tronie po prawicy Arcymaga, przyzwyczajeni do długich rozmyślań Rabittousa, starali się zachować absolutną ciszę, by pozwolić władcy rozmyślać w spokoju. Jednak niewiele to dawało. Rabittous pierwszy raz czuł się zupełnie bezradny, wobec wszechogarniającego miasto braku zainteresowania ze strony Świętego Przymierza. Miasto powoli pustoszało. Choć nie działo się to jeszcze w tempie zwiastującym rychły upadek miasta, to jednak Namiestnik nie należał do tych osób, które siedzą spokojnie, i czekają na dalszy rozwój wypadków. Mimo to na razie nie mógł nic więcej zrobić. Zastanawiał się, po co właściwie utrzymuje gwardię, skoro i tak nic mu nie zagraża. Praktycznie gwardzistów było więcej, niż członków Świętego Przymierza, odwiedzających miasto. Zastanawiał się, po co powołał straż miejską, skoro w mieście nie ma przestępstw. Zastanawiał się, po co buduje potężne mury i baszty, skoro gdyby doszło do niebezpieczeństwa, nie miałby kto bronić miasta. Mimo wszystko coś uciskało serce Namiestnika. Żal mu było Salvetarionu, w którego tworzenie on, jego poprzednicy, oraz niektórzy członkowie Świętego Przymierza włożyli tyle serca i ciężkiej pracy. Niestety jednak prognozy nie były dobre. Niemal wszystkich wyznawców Beliara Salvetarion nie obchodził. Ludzie z Klasztoru i Królestwa odwiedzali jeszcze miasto, jednak ich zainteresowanie też zdawało się słabnąć z każdym dniem. Namiestnik rozpaczliwie usiłował znaleźć rozwiązanie, jednak ilekroć intensywnie o tym myślał, w myślach pojawiała mu się smutna wizja miasta opuszczonego przez wszystkich, z jednym tylko Namiestnikiem siedzącym samotnie na pozłacanym tronie, wokół pustych budowli, rozsypujących się na oczach.
Wstał, i bez słowa podszedł do wielkiego okna, po drugiej stronie sali tronowej. Z cytadeli, najwyższego budynku w mieście, roztaczał się wspaniały widok na okolicę. Westchnął głęboko. Miasto było ciche i puste. Postanowił samotnie przejść się ulicami. Wziął długą, złotą laskę, z mosiężną kulą na górze. Na kuli tej wygrawerowany był herb i symbole Salvetarionu. Laska ta była symbolem władzy Namiestnikowskiej, prócz tego Rabittous używał jej do podpierania. Arcymag nie był już najmłodszy, i mimo, że wciąż świetnie się trzymał, a w razie potrzeby z pewnością ruszyłby nawet do walki, to jednak starość pociągała za sobą pewne konsekwencje. Po prostu z laską było wygodniej.
Ruszył w stronę wrót. Nie odezwał się ani do strażników, ani do Smutasa. Był zbyt zamyślony, a ponadto w takich chwilach nie lubił się odzywać. Gestem nakazał strażnikom otwarcie drzwi, i przepuszczenie go. Gdy Smutas zauważył, że Namiestnik ma zamiar wyjść, chwycił topór, i dogonił go jeszcze na marmurowych schodach.
- Nie. – odezwał się Rabittous, zanim jeszcze Smutas zdążył powiedzieć choćby słowo. – Muszę przespacerować się w samotności. Wróć do sali, lub pozałatwiaj swoje sprawy, a o mnie się nie martw.
Łatwo było powiedzieć. Jednak gdy Namiestnik był w takim stanie, wszyscy się o niego martwili. W zamyśleniu nogi mogły go poprowadzić w zupełnie niespodziewane miejsce, lub też nieświadomie Arcymag mógł zrobić coś nieodpowiedzialnego. Jednak Smutas nie mógł sprzeciwić się bezpośredniemu rozkazowi Namiestnika. Wrócił więc do sali, Rabittous zaś wyszedł powoli z zamku, i zaczął się przechadzać ulicami na wpół wymarłego miasta. Wszedł do Świątyni Równowagi. Postanowił, że tutaj w spokoju porozmyśla nad problemami miasta. Opiekun świątyni, Lokos, modlił się przy ołtarzu. Arcymag nie chciał mu przeszkadzać, nie chciał też zwracać na siebie uwagi. Ukląkł na klęczniku przy końcu sali, i zaczął modlić się do Adanosa. Modlił się, by bóg podał mu jakieś rozwiązanie, które uratuje miasto. Namiestnik znów pozwolił swym myślom swobodnie błądzić, w poszukiwaniu rozwiązania. Chociaż co jakiś czas znajdował sposób, na urozmaicenie jakiejś części miasta, lub jego funkcjonowania, ale nie mógł wymyślić nic, co z pewnością uratowałoby miasto.
Po blisko godzinie wyszedł ze świątyni. Przez ten czas udało mu się wymyślić kilka mniejszych rozwiązań, jednak byłoby dużo lepiej, gdyby były one tylko częścią dużego planu. A taki nie mógł mu przyjść do głowy. Chociaż czuł, że jest on na wyciągnięcie ręki, że wystarczy jeszcze trochę się postarać...
Ruszył znów ulicami miasta, opierając się na mosiężnej lasce. Obserwował mijane po drodze zakłady. One jeszcze jakoś funkcjonowały, miały klientów... Doszedł do centrum, gdzie stała wielka Fontanna Szczęścia. Pamiętał, jak jeszcze niedawno ustawiały się przy niej tłumy, czekające, aż chochlik wyrzuci sakiewkę z fontanny. Teraz nie było tu nikogo. Kolejny raz Namiestnik westchnął – problem zaczynał być poważniejszy, niż mu się wydawało. Doszedł w końcu do bramy miejskiej, po drodze mijając tylko strażników miejskich, i kilku ludzi z Królestwa. Przynajmniej wiedział, że jeszcze ktoś odwiedza Salvetarion. Strażnik z bramy dostrzegł Namiestnika.
- Panie! Panie! – krzyczał. – W naszą stronę galopuje jakiś jeździec. Z tej odległości ciężko rozpoznać kto to, ale nie wygląda na przyjaciela ani zwiedzającego. Jest cały ubrany na czarno.
Gdy Namiestnik to usłyszał, pomyślał przez chwilę z nadzieją, że może to jakiś Beliarowiec wreszcie postanowił odwiedzić miasto. Nie robił sobie jednak wielkich nadziei na to. Obserwował, jak czarna kropka w oddali staje się coraz większa, aż w końcu zmienia się w czarnego konia, z jeźdźcem ubranym również na czarno.
- Chyba istotnie to ktoś z Podziemia. – Powiedział do siebie. Jeździec podjechał pod bramę, zsiadł z konia, i ruszył w stronę Rabittousa. Ten nie mógł dostrzec jego twarzy, gdyż była w całości zakryta kapturem. Nieznajomy podszedł bliżej, i zdjął kaptur. Oczom Rabittousa ukazała się twarz Alastora. Nadzieje Namiestnika rozwiały się – wątpił, by Alastor zjawił się tu z własnej woli.
- Witaj, czcigodny Namiestniku. – Alastor pokłonił się nisko. Choć był przeciwny całemu Salvetarionowi, miał szacunek do Rabittousa jako człowieka i członka Świętego Przymierza.
- Przybywam z rozkazu Rady Kapituł Świętego Przymierza. Proszą, byś wraz z najważniejszymi obywatelami miasta, jak najszybciej się z nimi spotkał. Oto oficjalne pismo. – Alastor wręczył Arcymagowi zapieczętowany pergamin. Rabittous otworzył go, i przeczytał:

Czcigodny Namiestniku
W imieniu Rady Kapituł Świętego Przymierza proszę, byś wraz z mincerzem, skarbnikiem, opiekunem Świątyni Równowagi oraz dowódcą straży miejskiej zjawił się w zamku Podziemia Beliara, gdzie wspólnie omówimy dalsze losy Salvetarionu. Sprawa jest pilna, dlatego prosimy o jak najszybsze stawienie się na spotkaniu. Jeśli jakieś powody przeszkadzają Ci w natychmiastowym wyruszeniu, prześlij odpowiedź przez mojego posłańca, Alastora.
Wielki Czarny Mistrz Seziel


Znów coś ścisnęło Namiestnikowi serce. Czyżby decyzja już zapadła? Czy zamierzają zamknąć miasto? Muszę temu zapobiec.
- Powiedz swemu Mistrzowi, że jeszcze dzisiaj zjawię się na spotkaniu ze wszystkimi zaproszonymi. Wyruszę kiedy tylko się da. – rzekł Rabittous do Alastora. Ten kolejny raz pokłonił się nisko, założył kaptur, wsiadł na konia, i pogalopował na północ. Namiestnik pozostał sam na sam z myślami. Postanowił bezzwłocznie wyruszyć. Być może uda się jeszcze przekonać Radę Kapituł, by nie zamykali miasta. Szybkim krokiem ruszył w kierunku cytadeli. Niemal wbiegł po marmurowych schodach, i wpadł do sali tronowej.
- Smutas! Gotuj się do drogi, niedługo wyruszamy na północ. – powiedział, gdy tylko wszedł do sali.
- A można wiedzieć dokąd dokładnie jedziemy? – spytał berserker.
- Do Podziemia. – odpowiedział Namiestnik krótko. Gdy Smutas usłyszał te słowa, uśmiechnął się lekko, i wziął do rąk wielki, oburęczny topór.
- Nie, odłóż to. – poprosił Namiestnik. – W Podziemiu zebrała się Rada Kapituł, a my jedziemy tam w charakterze posłów, mam zamiar przekonać Kapituły, że są jeszcze jakieś szanse dla miasta. – Rabittous usiadł przy biurku, i napisał trzy identyczne notki, zaadresowane do trzech najważniejszych (oprócz niego i Smutasa) osób w Salvetarionie: Skarbnika Rexa, opiekuna Świątyni Równowagi, Lokosa, oraz Sentenzy, który był przywódcą straży miejskiej. Lokos i Sentenza byli jednymi z tej garstki wyznawców Beliara, którzy udzielali się w Salvetarionie, i którym na mieście zależało. Na każdej z notek Namiestnik napisał:

Uprzejmie proszę o stawienie się za pół godziny na placu przy Fontannie Szczęścia. Proszę także o przygotowanie się do długiej podróży, gdyż wyruszamy na północ. Szczegóły przedstawię osobiście, przy Fontannie.

Następnie trzy pergaminy włożył do trzech kopert, a każdą z nich dał jednemu z trzech posłańców.
- Odnajdźcie tych obywateli i doręczcie im notki. – rozkazał Rabittous, wręczając posłom koperty. – Najlepiej dopilnujcie, by na czas zjawili się przy fontannie, jeśli coś ich zatrzyma, bezzwłocznie mnie o tym poinformujcie.
Posłańcy zasalutowali sprężyście, po czym biegiem opuścili zamek. Rabittous zwrócił się teraz do jednego z gwardzistów.
- Jako, że posłańcy są zajęci, idź do stajni, i każ stajennemu przygotować pięć najszybszych i najwytrzymalszych koni, i jak najszybciej przyprowadzić je pod fontannę szczęścia.
- Tak jest, Panie. – gwardzista zasalutował i oddalił się. W sali zostali już tylko on i Smutas. Rabittous usiadł przy biurku, i zamyślił się znów. Smutas wytrwale stał przy biurku, gotów natychmiast zareagować na rozkaz Namiestnika.
- Chodź, Smutas, ruszajmy już pod fontannę. Być może inni będą gotowi wcześniej, bo przecież nie musimy nic ze sobą zabierać. I tak nic już nie wymyślę, może na radzie pojawi się jakiś pomysł na uratowanie Salvetarionu. – powiedział Namiestnik, wstając z miejsca. Smutas nie odezwał się, obaj wyszli z zamku.
Na miejscu czekał już Sentenza, siedzący na kamieniu, stajenny z przygotowanymi końmi, oraz gwardzista, który postanowił przypilnować, czy konie dotrą na miejsce na czas. Widząc Namiestnika zasalutował. Sentenza również wstał, i pokłonił się.
- Możesz odmaszerować, strażniku. – rzekł Rabittous. – Wracaj do cytadeli. Kiedy tylko strażnik się oddalił, przy fontannie pojawił się Rex. Pokłonił się Namiestnikowi.
- Już wszyscy jesteście? To czekamy jeszcze na Lokosa... – odezwał się skarbnik. Lokos pojawił się po pięciu minutach.
- Posłuchajcie mnie wszyscy. – rzekł Rabittous podniesionym głosem. – Otrzymałem dziś wieści, że Rada Kapituł pragnie, bym ja, z najważniejszymi obywatelami miasta, którymi jesteście wy, zjawił się na terenach Podziemia. Tam razem z Radą mamy omówić przyszłość miasta, i tam też się teraz udajemy. Czy macie jakieś pytania?
Zapadło milczenie. Wszyscy zebrani domyślali się, co może znaczyć wezwanie ich na zebranie w sprawie przyszłości Salvetarionu. Kapituły zakonów zapewne chciały zamknąć miasto.
- W takim razie jedźmy! – Rabi wskoczył na jednego z koni, zrobili to także inni. – Jedziemy jak najszybciej, być może każda chwila jest ważna! – Rabittous ruszył na północ, za nim ruszyli inni.

* * *

Przy długim, prostokątnym stole siedzieli już Mistrzowie wszystkich trzech zakonów. Pięć krzeseł stało wolnych. Zajęło je pięciu gości z Salvetarionu. Głos zabrał Seziel, Wielki Czarny Mistrz, i gospodarz spotkania.
- Namiestniku Rabittousie... – zaczął powoli. Wstał z miejsca, i zaczął chodzić po sali. – Jak wszyscy widzimy sytuacja w Salvetarionie nie jest ciekawa. Miasto cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem ze strony członków Świętego Przymierza...
- Jak przypuszczam, postanowiliście zamknąć miasto. – przerwał Namiestnik. – Dajcie mu jeszcze jedną szansę, postaram się doprowadzić miasto do dawnej świetności, mam już pomysły...
- Nie, Rabittousie. Postanowiliśmy jeszcze nie zamykać miasta. – Seziel podszedł do okna, i wyjrzał przez nie. Wyglądał, jakby nie chciał patrzeć na Rabittousa. – I chociaż uważam, że i tak nie ma już dla miasta nadziei... i że to nie jest twoja wina... to jednak rada postanowiła dać miastu jeszcze jedną szansę.
- Nie do końca rozumiem. – zaczął Rabittous, oglądając patrząc na pozostałych Mistrzów. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby unikali wzroku Namiestnika, nikt też nie kwapił się do powiedzenia czegoś. – Czy wezwaliście nas tutaj tylko po to, by powiadomić nas, że miasto ma jeszcze jedną szansę?
- Nie... Rada postanowiła usunąć cię ze stanowiska Namiestnika. Salvetarion dostanie jeszcze jedną szansę, ale Namiestnik musi się zmienić. Jeśli w ciągu miesiąca sytuacja się poprawi, miasto będzie mogło istnieć, jeśli nie – zamkniemy je. – Seziel odwrócił się od okna i spojrzał na Rabittousa. Twarz byłego Namiestnika nie wyrażała nic. – Kto jest najważniejszy w mieście oprócz Ciebie?
- Smutas... – rzekł Rabittous bezbarwnym głosem.
- Smutasie, przejmujesz od dzisiaj obowiązki Namiestnika. Zaś twoje obowiązki przejmie...
- Nie, Panie! – odrzekł Smutas stanowczo.
- Słucham? Odrzucasz propozycję?
- Tak, odrzucam!
- No cóż, mogłem się tego spodziewać... ale przypuszczałem, że będziesz chciał uratować miasto. – odrzekł Seziel. – Lokos! Ty zostaniesz Namiestikiem.
- Niestety, również musze odrzucić propozycję, Mistrzu.
- To jest rozkaz! Jako twój Mistrz rozkazuję ci przejąć obowiązki Namiestnika!
- Nie mogę, Mistrzu, nie mogę tego zrobić Rabittousowi, po wszystkim, co on zrobił dla mnie.
Złość powoli wzbierała w Wielkim Czarnym Mistrzu.
- Rex. Jesteś skarbnikiem, przejmiesz...
- Nie, Seziel. Przykro mi, nie mogę.
- Jak to? – Seziel nie ukrywał już wzburzenia. Rabittous zauważył, że reszta Mistrzów zaczęła szeptać między sobą, jednak nie mógł usłyszeć o czym rozmawiają. – Ty też odmawiasz? Rozumiem, że nie chcecie tego zrobić Rabittousowi, ale na Beliara, tu chodzi o Salvetarion, który podobno chcecie uratować! Rabittous na pewno by zrozumiał. – Seziel spojrzał na Sentenzę. – Jesteś dowódcą straży miejskiej, zostajesz mianowany Namiestnikiem miasta. I nie chcę słyszeć sprzeciwu!
- Niestety, muszę odmówić. – powiedział Sentenza, nie patrząc na swojego Wielkiego Mistrza. Rabittous z rosnącym zdziwieniem spoglądał na osoby kolejno odmawiające jego stanowiska. – Nie zostanę Namiestnikiem.
- Nikt z was nie chce? To może zorganizować nabór? – zapytał Seziel, – Albo, skoro nikt nie jest chętny, po prostu zamkniemy miasto, tak należało zrobić od początku.
- Ekhem... Seziel! – odezwał się po raz pierwszy Cypek, Wielki Mistrz Ognia. – Przed chwilą odbyliśmy naradę uzupełniającą, bez twojego udziału. Stwierdziliśmy, że zła sytuacja w Salvetarionie nie jest winą Rabittousa, dlatego pozostaje on na stanowisku Namiestnika. Dajemy mu miesiąc na poprawienie sytuacji. – Tym razem to twarz Seziela nie wyrażała nic, Rabi zaś odżył.
– Gdy tylko wrócę do miasta wprowadzę w życie mój plan, na pewno poskutkuje. Salvetarion znów będzie tętnił życiem. – mówił Namiestnik.
- Spotkanie zakończone. – przerwał Seziel. – Możecie wracać do swojego miasta...

* * *

Pięciu jeźdźców jechało już spokojnie, bez pośpiechu w kierunku miasta. Ogólnie wszyscy byli w dobrych humorach, w końcu Salvetarion dostał jeszcze jedną szansę. Jeźdźcy wjechali do zacisznego, spokojnego lasku, już nieopodal Salvetarionu.
- Panowie, jedźcie już do miasta. – powiedział Namiestnik. – Chciałby tu jeszcze trochę zostać, i porozmyślać, może w ciszy i spokoju wymyślę coś jeszcze, dla uratowania Salvetarionu.
Towarzysze odjechali, Rabittous zaś skierował konia w głąb gaiku. Jadąc wolnym kłusem, szukał przyjemnego miejsca, w którym mógłby w spokoju usiąść i porozmyślać.
- Ach! Namiestnik Rabittous... spodziewałem się ciebie tutaj... – na dźwięk tego głosu, który brzmiał, jakby wydobywał się spod ziemi, Arcymag zaczął się nerwowo rozglądać. Kto mógł go wołać po imieniu na takim pustkowiu?
- Arcymagu... nie widzisz mnie? – tym razem Namiestnikowi wydawało się, że głos należy do starca, który ledwo ma siłę mówić. Spojrzał w dół. Na kamieniu, obok jego konia siedziała jakaś postać. Jej głowę w większości pokrywała bujna, siwa broda i długie włosy. Postać była ubrana w długą, czarną szatę, i patrzyła gdzieś w pustkę. Rabittous przyjrzał się dokładnie twarzy nieznajomego – z lekkim przerażeniem odkrył, że jego oczy nie mają źrenic. Ten człowiek był ślepy. Namiestnik zsiadł z konia.
- Kim jesteś? I skąd znasz moje imię? – zapytał Rabi, podchodząc do ślepca.
- Trudno nie znać twojego imienia, Namiestniku. A nazywam się Mordan. – odpowiedział, wyciągając dłoń. Namiestnik jej nie uścisnął.
- Nic mi to nie mówi. Poza tym skąd wiedziałeś, że ktoś tu jest, a przede wszystkim, że jestem to akurat ja? Wiem, że jesteś ślepy. – powiedział Arcymag. Mordan rozsiadł się na kamieniu.
- Nazywam się Mordan... – powtórzył. – Jestem nekromantą, który opuścił te ziemie wiele lat temu. A skąd wiedziałem, że to ty? Prawdą jest, że me oczy od wielu wiosen już nie widzą świata. Jednak magia pozwala mi patrzeć ciałem. Wyczuwam otoczenie ciałem, umysłem, oraz sprawnymi zmysłami. – powiedział, spoglądając Namiestnikowi prosto w oczy. Rabittous miał wrażenie, że mimo, iż oczy nekromanty nie mogą już spoglądać na świat, to jednak Mordan jakimś cudem widzi wszystko, nawet minę, jaką w tej chwili ma Namiestnik. – Skąd wiedziałem, że to ty? – kontynuował nekromanta. – Po pierwsze wyczułem, po drugie mogłeś być to tylko ty. Wiem, jaka sytuacja jest w Salvetarionie, wiem, że byłeś w Podziemiu, wiedziałem, że będziesz wracał tym gaikiem. I wiedziałem, że będziesz szukał spokojnego miejsca. Gdy usłyszałem odgłos kopyt, uderzających o miękką ziemię, wiedziałem już, że to ty. Poza tym pomógł mi nos.
- Dalej nie rozumiem... – Rabittous cały czas był czujny, w końcu był sam na sam z nekromantą, w dodatku, jak przypuszczał, nieobliczalnym. – Czego ode mnie chcesz? I co masz do Salvetarionu? Czy jesteś z Podziemia Beliara?
- Nie... nie jestem z Podziemia, jestem niezależnym nekromantą. I choć mym bogiem jest Beliar, to nie należę do tego całego... Zakonu Beliara. O nie... ja zawsze działałem, działam i będę działał sam. Pytasz zaś, co mam do Salvetarionu. Otóż dużo, przybywam tu właśnie w tej sprawie. I byłbym ogromnie rad, gdybyś zgodził się gdzieś ze mną pojechać, Rabittousie.
- Niby dokąd? – Namiestnik nie przestawał być czujny. W tym nekromancie było... coś przerażającego. Rabittous miał wrażenie, że za moment może zostać znienacka zaatakowany. – I w jakim celu?
- W celu omówienia na spokojnie naszych wspólnych spraw... spraw Salvetarionu. A dokąd? Czy wiesz o ruinach zamku De Mether, około dziesięciu mil na północ stąd?
- Oczywiście, że znam. Ruiny te są od wieków opuszczone, mówią, że zamek jest nawiedzony. Ale dalej nie rozumiem, Mordanie, co masz do Salvetarionu.
- Już mówiłem, Namiestniku, chciałbym to omówić w spokojnym miejscu. Takowym są ruiny De Mether. Jeśli się pospieszymy, w godzinę będziemy na miejscu, tam porozmawiamy. Zgoda?
Rabittous nie był pewien.
- Jakim cudem chcesz pojechać? Nie widzę, byś miał konia, mój zaś nie uniesie dwóch osób. A ja nie mam czasu podróżować na piechotę. – rzekł roztropnie Arcymag. Ku jego zaskoczeniu, nekromanta zaczął cicho pogwizdywać, Rabittous bardziej zobaczył to z ruchu jego warg, niż usłyszał. Po chwili spomiędzy drzew wyłonił się koń czarny, jak smoła.
- To mój koń. – powiedział Mordan wstając, i opierając się na potężnej chabecie. – Potrafi galopować, jak żaden inny. Z całą pewnością jest szybszy od twojego, dlatego dostosuje się do twojej prędkości.
Namiestnik nadal nie był pewien.
- Jakim cudem będziesz wiedział dokąd jedziemy, skoro nie widzisz? – zapytał.
- Ech... – westchnął Mordan. – Znam tą drogę na pamięć. Umiem poznać po zapachu każde drzewo i każdy kamień. Zresztą nawet, jakbym chciał zboczyć w złą trasę, mój koń zna tą drogę jeszcze lepiej, i na pewno poprowadzi nas wprost do zamku. Rabittousie... nie traćmy czasu, powiedz tylko, czy się zgadzasz.
Coś w środku kazało Rabittousowi jechać z tym nekromantą. Miał złe, przeczucia, lecz czuł, że chodzi o ważne sprawy. O sprawy Salvetarionu...
- Zgoda!
Gdy tylko to powiedział, Mordan z młodzieńczą zwinnością wskoczył na swojego konia. Arcymag również dosiadł swego.
- Jedźmy! – rzekł nekromanta, i pojechał naprzód, lekkim kłusem.

* * *

Galopowali przez las. Im dłużej jechali na północ, tym las stawał się gęstszy i wyższy. Niesamowite było, z jaką pewnością galopuje ten ślepy nekromanta, pomiędzy drzewami i krzewami. Musiał albo bardzo ufać swemu koniowi, albo naprawdę znać każde drzewo na tej drodze. Namiestnikowi wydawało się to niemożliwym.
Droga się nie dłużyła. Rabittous nie umiał ocenić, jak długo jechali, jednak wydawało mu się, że jeszcze przed chwilą odjeżdżał z zacisznego, małego gaiku, a już teraz, na wzgórzu, gdzieś w oddali powoli zarysowywały się kontury opuszczonej fortecy De Mether. Wyjechali już z lasu, teraz galopowali po zielonej równinie. Pędzili bardzo szybko, drzewa po bokach błyskawicznie znikały. Zamek przybliżał się na ich oczach. Koń Arcymaga już ledwo wytrzymywał takie tempo, galopował jednak wytrwale. Zaś potęzny, czarny koń Mordana wydawał się wciąż być w pełni sił.
Szybko zbliżali się do ruin. Po chwili Namiestnik ze zdumieniem odkrył, że to wcale nie są ruiny. Zamek był prawie w całości odbudowany. Cztery baszty stały na swoich miejscach, broniąc wejścia do fortecy od czterech stron. Zaś nad wszystkim górowała wysoka, smukła cytadela, która została zburzona kilka wieków temu. Od tego czasu nikt tu nie mieszkał, niewielu nawet było choć raz w zamku. Ludzie uważali, że jest nawiedzony Rabittous zastanawiał się, jak dawno tędy przejeżdżał. Ostatni raz – kilka lat temu. Kto jednak
Zechciał odbudować te ruiny tak szybko, i w jakim celu? Arcymag chciał o to zapytać Mordana, stwierdził jednak, że w takim pędzie lepiej na razie się nie odzywać. Zapyta, jak dojadą na miejsce.
Koń Mordana zatrzymał się w pewnej odległości od zamku. To samo zrobił Rabittous.
- Przed zamkiem lepiej zwolnić... – powiedział nekromanta. – Bo mogą nas nie rozpoznać.
- Kto maże nas nie rozp... – zaczął Arcymag, ale Mordan już jechał dalej, lekkim kłusem. Rabittous ruszył za nim. Przejechali przez główną bramę. Namiestnik stwierdził, że została niedawno odbudowana, jednak nie było na niej strażników. Wraz z Mordanem wjechali na zamkowy dziedziniec. Wszystkie budowle były odbudowane.
Arcymag usłyszał jakiś głośny odgłos za swoimi plecami. Odwróci się, i z przerażeniem odkrył, że brama jest zamknięta. Zewsząd, w jego stronę, zmierzały uzbrojone szkielety. Obrócił się do przodu – grupa szkieletów, dowodzona przez Pana Cienia podchodziła powoli w jego stronę.
- Ha! – krzyknął. – Wiedziałem, że to pułapka! Ale ja wam wszystkim pokażę, co to znaczy zadzierać z Rabittousem, Arcymagiem Wody!
- Wstrzymaj się, Rabittousie. – powiedział Mordan. Szkielety stanęły w miejscu. – Po prostu nie chciałem, żebyś stąd odjechał, zanim nie usłyszysz wszystkiego, co mam ci do powiedzenia. Obiecuję, że włos ci z głowy nie spadnie, jeśli sam nie rozpoczniesz walki.
- Przysięgasz? – przycisnął Rabittous. Mordan położył sobie lewą rękę na sercu, prawą zaś uniósł w górę.
- Na Beliara!

* * *

Konie zostawili na dziedzińcu. Mordan zaprosił swojego gościa do niewielkiej sali. Nie było w niej okien, światło padało jedynie ze świecznika, stojącego na małym, okrągłym stole. Stały przy nim dwa krzesła. Mordan gestem zaprosił Rabittousa do stołu. Sam usiadł z taką łatwością, jakby wszystko doskonale widział. Momentami Namiestnikowi zdawało się, że Mordan naprawdę udaje, że jest ślepy. Jednak ilekroć spojrzał w te białe, jak mleko oczy, jego podejrzenia się rozwiewały.
- Arran, podaj wina! – rzekł nekromanta. Z cienia wyłoniła się wysoka postać zombi, ubranego w czarny frak, z tacą w rękach. Postawił tacę na stoliku, i podał dwa kielichy pełne wina. Rabittous jakoś nie miał nastroju na wino od lokaja-zombie. – I zostaw nas samych. – dokończył Mordan.
- Żądam wyjaśnień! – powiedział Arcymag podniesionym głosem, gdy tylko zombie wyszedł. – Kim naprawdę jesteś? Co się dzieje na tym zamku? Czego chcesz ode mnie, i od Salvetarionu?
- Spokojnie, Namiestniku, nie unoś się tak. Zaraz odpowiem na wszystkie twoje pytania. Powiedz mi jednak najpierw... miasto Salvetarion zostało zbudowane niedawno, prawda?
- Bardzo niedawno. – odburknął Arcymag.
- W takim razie wszystko się zgadza. Pozwól, że opowiem ci pewną historię. Otóż kiedyś wzgórze, na którym obecnie leży twoje miasto, nie było całkiem puste. Wiele dziesięcioleci temu, pewien młody, samozwańczy nekromanta zbudował tam swoją wieżę. Przechowywał w niej swoje księgi, dokumenty, słowem: wszystko, co było dla niego cenne. Ale nade wszystko przechowywał w niech rzecz dla niego najważniejszą. Dwa klejnoty. Klejnoty te były głównym źródłem jego mocy. Zapewniały w pewnym sensie nieśmiertelność. Leczyły one wszelkie rany, schorzenia i choroby, a także pozwalały wskrzeszać zmarłych. Niestety tylko w postaci szkieletu lub zombie. Oba klejnoty razem miały wielką moc. Jednak pojedynczo nie były takie potężne. I właśnie, pewnego dnia owy nekromanta dowiedział się, że musi wyjechać na swego rodzaju wyprawę wojenną. Miał wyjechać daleko, jednak na krótko. Nekromanta bał się bardzo, że straci klejnoty, jednak najbardziej bał się, że oba trafią w jedne ręce. Wziął więc tylko jeden – ten, pozwalający wskrzeszać zmarłych – i wyruszył. Los jednak bywa złośliwy. Nekromanta miał wyruszyć na krótko – wrócił po prawie czterdziestu latach. Gdy zmierzał w kierunku swej dawnej wieży, zobaczył, że na jej miejscu stoi jakieś miasto. Dowiedział się, że przez lata wieża zamieniła się w ruinę, którą wystarczyło dotknąć, by się zawaliła. Zburzono ją przed budową miasta. Klejnot więc musiał być pod miastem, a jego zdobycie wymagało zburzenia wszystkich budynków. Po długich wojażach nekromanta był ranny, wręcz śmiertelnie. Musiał zdobyć klejnot, jednak sam nie był w stanie. Zamieszkał więc w ruinach De Mether, które w ciągu kilku miesięcy odbudował. I stworzył sobie potężną armię ożywieńców. Armię, zdolną podbić miasto. – Mordan przerwał na chwilę, wzdychając kilka razy. – Tym nekromantą oczywiście jestem ja...
- Żądasz więc, bym zburzył całe miasto, ze względu na jeden klejnot, którego pożąda nekromanta? – zapytał spokojnie Rabittous.
- Rabittousie! Czy ty nie widzisz, co zrobiła ze mną wieloletnia tułaczka? Jestem zupełnie ślepy, i choć potrafię sobie z tym radzić, to jednak wyczuwanie przedmiotów umysłem kosztuje mnie wiele energii. Nawet nie wiesz, jak trudno jest tak żyć! Ja już tak nie potrafię!
- Nie mogę poświęcić miasta, ze względu na twój wzrok! – zaoponował Namiestnik. – Inni także nie widzą, i jakoś z tym żyją.
- Dalej nie rozumiesz... nie wszystkie rany widać. Ciąży na mnie zaklęcie, Rabittousie. Zaklęcie, które powoli mnie uśmierca. Zaklęcie, przez które nie mogę żyć jak normalny człowiek, cały czas moje ciało wypełnia ból. I klejnot jest moją jedyną nadzieją, i jedynym lekarstwem. Domyślałem się jednak, że nie zgodzisz się poświęcić miasta. Być może moje postępowanie jest egoistyczne. Jednak teren, na którym leży miasto należał, i praktycznie nadal należy do mnie, choć dokumenty to potwierdzające dawno zaginęły. Jednak ja domagam się zwrócenia mi mojej własności. I daję ci ultimatum, Rabittousie: albo w ciągu dwóch dni wyprowadzisz z Salvetarionu wszystkich ludzi, i obiecasz, że nie będziesz próbował miasta odbijać, albo będę zmuszony miasto zaatakować, chociaż naprawdę tego nie chcę
- Sądziłem, że nekromanci pragną śmierci innych żywych. – zaczął Rabittous. – Jak widzę, jesteś wyjątkiem. Jednak to miasto jest dla mnie wszystkim, i nie mogę go ot tak zburzyć. Nie dam rady. Jeśli nie możemy dojść do kompromisu, będę bronił miasta! – wstał i zabrał się do odejścia.
- Zaczekaj! – powiedział Mordan. – Mógłbym cię zaatakować znienacka, jednak jestem honorowy, i dam ci możliwość przygotowania obrony. Pojutrze, w południe, moja armia zaatakuje miasto. I zaczekaj, odprowadzę cię do bramy, żeby moim... hmm... szkieletom nie przyszło do głowy cię zaatakować.
Obaj wyszli z sali, i weszli na dziedziniec. Na Namiestnika czekał tu jego koń, który wyglądał na wypoczętego.
- Ciekawym i miłym jesteś człowiekiem, Rabittousie. – rzekł Mordan. – Żałuję, że zmuszeni jesteśmy ze sobą walczyć. Ale widocznie takie jest nasze przeznaczenie... Żegnaj, mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się jeszcze, w przyjemniejszych okolicznościach.
- Również mam taką nadzieję. Żegnaj! – odparł Arcymag, i wyjechał z zamku. Polubił tego nekromantę. Był inny, niż reszta samozwańczych wyznawców Beliara, Rabittous zawsze sądził, że poza Podziemiem nie ma takich nekromantów. Teraz jednak nie miał czasu na rozmyślanie. Okrążył zamek i pogalopował na północ, wprost do siedziby Zakonu Beliara.

* * *

Namiestnik bez problemu dostał się na tereny Podziemia. Drogę do siedziby Seziela znał doskonale. Zostawił konia przed budynkiem, i wszedł do cytadeli. Zapukał do komnaty Kapituły.
- Proszę! – rozległ się wyraźny, gruby głos Wielkiego Czarnego Mistrza Seziela. Rabittous wszedł do komnaty. Seziel siedział przy masywnym biurku, naprzeciwko drzwi. Arcymag nigdzie nie dostrzegł Alchoriousa.
- Usiądź, proszę. – powiedział Seziel, wskazując krzesło po drugiej stronie biurka. – I powiedz, co cię do nas sprowadza, już drugi raz dzisiejszego dnia.
Rabittous nie za bardzo wiedział od czego zacząć.
- Więc... spotkałem nekromantę...
- Doprawdy? Czy należał do naszego zakonu?
- Otóż właśnie nie. Przedstawił się jako Mordan, i powiedział, że zawsze działał sam.
- Ach... Mordan... znam go. Należał kiedyś do Zakonu Beliara. Bardzo dawno. Gdy on odchodził z zakonu, ja właśnie się do niego dostałem.
- Hmm... więc jednak kłamał, mówiąc, że zawsze działał sam.
- Być może... jednak niedługo był w naszym zakonie. Być może uważa pobyt tutaj tylko za niewarty wspomnienia epizod w jego życiu. – Powiedział Seziel, wykrzywiając twarz w grymasie. – Jednak słyszałem, że zaginął. Wiele lat temu. Czy to możliwe, że powrócił?
- Tak, jeśli przedstawił swe prawdziwe imię. Najlepiej będzie, jak opowiem ci wszystko od początku.
Rabittous opowiedział dokładnie całą historię, Seziel zaś słuchał z większym lub mniejszym zainteresowaniem.
- Tak. To musiał być Mordan. – Powiedział, gdy Rabittous skończył opowiadać. – Taki jak zawsze: miły, honorowy. Zawsze szanuje wroga. I każdego wroga traktuje jak przyjaciela, zaś do każdego przyjaciela zachowuje dystans – jak do wroga. Wydaje mi się, że honoru nauczył się przez ten okres, kiedy był w naszym zakonie. N, ale cóż... przejdźmy do rzeczy. Czego ode mnie wymagasz?
- Byś pomógł bronić Salvetarion, ocalając tym samym honor Podziemia, i całego Świętego Przymierza! Pomóż bronić miasta.
- Nie mogę. Dla mnie ten projekt od dawna jest stracony. Niewielu z mojego zakonu jeszcze się tam w mieście. Salvetarion dla większości moich ludzi jest projektem, który ich w ogóle nie obchodzi. Nie będziemy walczyć za cudzą sprawę... Życzę ci jednak powodzenia, jeśli nie chcesz rzezi, wyprowadź ludzi z miasta, jak ci proponował Mordan. Jeśli to wszystko...
- Seziel, na Adanosa! Przecież sam tworzyłeś ten projekt! Sam pomagałeś w budowie miasta! Tworzyłeś tam miejsca pracy, otwierałeś pracownie, namawiałeś ludzi, by się tam udzielali! A teraz chcesz zaprzepaścić całą tą pracę? Chcesz zostawić Salvetarion na pastwę losu?
Seziel westchnął kilka razy.
- Tak, masz rację, udzielałem się w Salvetarionie... kiedyś. Kiedy jeszcze ten projekt nie był dla mnie spalony. Ale Salvetarion i tak nie przetrwa. Nie mogę poświęcić moich ludzi...
Namiestnik wstał.
- Seziel. Zawiodłem się na tobie... Żegnaj! – i wyszedł.
- Żegnaj, Rabi... – powiedział Seziel do siebie.

* * *

Salvetarion wyglądał jak zwykle. Ulice były niemal puste, strażnicy na wieżach przysypiali, co jakiś czas obok przechodziło kilku strażników miejskich, którzy salutowali jadącemu konno po ulicach Namiestnikowi. Słońce zaczynało już zachodzić, Rabittous zmierzał więc wprost do zamku. Zsiadł z konia, wbiegł po marmurowych schodach, i wpadł do sali obrad. Przy stole siedzieli najważniejsi obywatele miasta. Sentenza wstał.
- Nareszcie! Długo cię nie było, Rabittousie, już chcieliśmy wysyłać patrol konnych na poszukiwania, myśleliśmy, że coś się stało.
- Owszem, stało się! – odparł zdyszany Namiestnik. – Siadajcie, musimy omówić sytuację.
Zasiedli przy stole. Namiestnik w pośpiechu opowiadał reszcie całą historię.
- A więc wojna... – rzekł Sentenza, gdy Arcymag skończył. – Sądzę, że do jutra zdołam przygotować straż miejską do walki. Ale bez pomocy Świętego Przymierza możemy sobie nie poradzić. Rabittousie, czy chcesz, żeby straż walczyła z wojskami potężnego nekromanty?
- Gwardia Salvetariońska także będzie gotowa do walki. – rzekł Smutas, który jako zastępca Namiestnika, był także dowódcą Gwardii. – Poradzimy sobie... – powiedział, z blyskiem w oku.
- Wyślijmy posłów do Zakonu Innosa i Adanosa, może przyślą nam jakieś posiłki. – zaproponował Rex. – Zawsze będzie nam łatwiej.
- Tak, wyślę posłańców jeszcze dzisiaj. – odparł Namiestnik. – Pytanie brzmi: czy wy chcecie, i czy będziecie walczyli za Salvetarion?
- Taak! – odpowiedzieli wszyscy chórem.
- Do samego końca?
- Tak!
- No to bierzmy się do roboty! Sentenza! Iloma strażnikami dysponujemy?
- W mieście jest około pięćdziesięciu. Oprócz tego ponad dwudziestu konnych strażników patroluje tereny wokół miasta. Myślę, że jutro będziemy dysponowali mniej więcej sześcioma tuzinami strażników.
- Doskonale. Zbierz zatem ich wszystkich, wyjaśnij im sytuację, uzbrój ich, w miarę możliwości, i nakaż ćwiczyć. Zarządź też nadzwyczajny pobór do straży. Kto będzie chętny, niech wstępuje. Podziel potem strażników na oddziały, i rozlokuj w strategicznych punktach w mieście. Liczę tu na twoje zdolności taktyczne.
- Tak jest! – Sentenza zasalutował, i oddalił się.
- Smutas, ilu naszych Gwardzistów może walczyć?
- Trzydziestu, Rabittous, i nie zdołam już wyszkolić kolejnych do jutra. Gwardia to nie straż.
- Dobrze, również przedstaw im sytuację. Oni będą bronić zamku, jeśli wojska Mordana przedostaną się przez mury miejskie. Idź zatem, i przygotuj ich do walki. – rozkazał Namiestnik. Smutas oddalił się. Rabittous zwrócił się do Rexa i Lokosa.
- Wiem, że dobrze walczycie, będziecie więc wraz ze mną, Smutasem, i z Gwardią bronić zamku, jeśli samo miasto zostanie podbite. Przygotujcie się do wojny, albowiem wojska nekromanty pojawią się w mieście już pojutrze rano. Teraz wybaczcie, ale mam trochę zajęć...
Rex i Lokos także się oddalili. Rabittous został sam w komnacie. Usiadł przy biurku, i zaczął pisać dwa listy:



Drodzy Mistrzowie
Salvetarion jest atakowany. Nie mam czasu na wyjaśnienia. Jednak pilnie potrzebujemy pomocy. Proszę, przyślijcie nam chociażby kilku wojowników do walki. Być może każdy miecz będzie się liczył. Jeśli nie chcecie decydować za waszych ludzi, powiedzcie im po prostu, że miasto potrzebuje pomocy. Być może niektórzy sami postanowią pomóc nam w walce.
Namiestnik Salvetarionu, Rabittous


Włożył listy do dwóch kopert, zalepił je pieczęcią Salvetarionu, i przekazał listy posłańcom.
- Jeden z tych listów przekażcie Kapitule Zakonu Innosa, w Królestwie, drugi Kapitule Zakonu Adanosa w Algaroth. Pospieszcie się!
Posłańcy wybiegli z zamku, Rabittous zaś kolejny raz został sam w komnacie.

* * *

Obie odpowiedzi przyszły już nazajutrz rano. Ale Namiestnika jeszcze bardziej ucieszyła wieść, że razem, z odpowiedziami do Klasztoru przybyły dwa oddziały zbrojnych. Dwudziestu wojowników i magów z Algaroth, którymi przewodził GuRt, oraz prawie dwudziestu zbrojnych z Królestwa, pod przywództwem Łowcy Poszukiwaczy. Rabittous, gdy tylko się o tym dowiedział, wysłał heroldów, by ogłosili, iż za pół godziny wszyscy, którzy mają walczyć, powinni się zebrać na placu głównym, przy fontannie szczęścia. Akurat było krótko przed dwunastą, więc zgromadzenie mogło się odbyć w samo południe.
Gdy słońce było już w zenicie, Rabittous przyszedł na plac. Wszedł na przygotowaną dla niego mównicę. Rozejrzał się po zebranych. Z radością stwierdził, że chętnych do walki jest niewiele mniej, niż dwie setki. Z taką armią mają szanse pokonać wojska nekromanty. Jeszcze raz rozejrzał się po zgromadzonych, i zaczął mówić.
- Drodzy wojownicy! Obywatele Salvetarionu, członkowie Świętego Przymierza! Strażnicy i Gwardziści! Jak wiecie, stanęliśmy dziś w obliczu wielkiego zagrożenia. W obliczu wojny! Cieszę się, że stawiliście się tutaj tak licznie! Około stu strażników, trzydziestu gwardzistów, i czterdziestu członków Przymierza! Dziękuję także pospolitemu ruszeniu, które także przybyło licznie z okolicy! – Rabittous spojrzał na dość liczną grupę ludzi, uzbrojonych tylko w widły, siekiery i noże myśliwskie. – W takiej liczbie mamy duża szansę odparcia ataku nekromanty i obronienia Salvetarionu.
Przez tłum przeszedł głośny okrzyk, który świadczył o tym, że ludzie są gotowi i chętni do walki. Namiestnik kontynuował przemowę.
- Posłuchajcie! Dowódcą straży jest Sentenza. Podzieli on straż na mniejsze oddziały, które będą broniły poszczególnych strategicznych punktów w mieście. Gwardziści, pod dowództwem Smutasa, mają bronić zamku, jeśli miasto zostałoby zdobyte. Pospolite ruszenie: proszę, byście walczyli w mieście, jeśli wrogowie dostaliby się do środka. W przypadku oddziałów Innosa i Adanosa – nie mogę wam rozkazywać, od tego macie swych dowódców, i to, gdzie będziecie walczyć, zależy już od was. Chciałbym jednak, byście przede wszystkim postarali się uniemożliwić wojskom wroga wdarcie się do miasta! To już wszystko, dzielni wojownicy, na koniec chciałbym jeszcze poprosić dowódców, by stawili się w zamku, w celu omówienia strategii. Apeluję także, byście nie ustawali w ćwiczeniach, bowiem bitwa będzie trudna, i dobry trening z pewnością pomoże. Wypocznijcie także do jutrzejszej bitwy. To wszystko, możecie się rozejść! – skończył Namiestnik, i zszedł z mównicy. Tłum rozchodził się na różne strony. Rabbittous zauważył, jak kilka osób przeciska się w jego stronę przez tłum. Byli to: Łowca Poszukiwaczy, GuRt, Sentenza oraz Smutas. Rabittous gestem wskazał im zamek.

* * *

Pięciu ludzi zasiadło przy stole obrad w zamku Salvetarionu. Smutas przyniósł mapę miasta i okolic, i rozłożył ją na stole.
- Spójrzcie! – zaczął Rabittous, wskazując palcem miejsce na mapie. – Ta kropka to ruiny zamku De Mether, obóz wroga. Prawdopodobnie atak zostanie przeprowadzony z północy, czyli od strony bramy głównej. Oczywiście być może wróg będzie chciał nas zmylić, jednak przypuszczam, że zaatakuje od frontu. Dlatego też od północy, na murach musimy rozstawić jak najwięcej jednostek strzelających. Sentenza, ilu w straży potrafi strzelać?
- Prawie wszyscy, jednak jeśli chodzi o dobrych strzelców, to myślę, że będzie ich około czterdziestu.
- Świetnie, ich umieszczamy na murach od północy.
- Wielu moich ludzi także potrafi dobrze strzelać. – zaczął GuRt.
- Moich również. – dodał Łowca.
- To doskonale, jednak mimo to, wolałbym wasze oddziały umieścić nieco dalej. Wróćmy na razie do straży. Myślę, że dobrze będzie podzielić ich na około dziesięcioosobowe grupy, które rozlokujemy w północnej części miasta w pewnych odległościach od siebie. Gdyby w pobliżu działo się coś złego, szybko zleciałaby się tam reszta.
- Tak, dobry pomysł. Będziemy mieli wielu ludzi od północy, tak łatwo się przez nich nie przedrą. – stwierdził Smutas. – Wróćmy do Gwardii. To elitarne jednostki, najlepsi ludzie, świetnie walczą zarówno wręcz, jak i na odległość. Proponuję ich oszczędzać, i cały czas trzymać w zamku, jeśli wojska nekromanty przedarłyby się przez pierwszą linię umocnień, wszyscy cofną się do zamku, i tam utworzymy drugą linię obrony.
- Tak, ja zaś proponuję, żeby wszyscy, którzy znają się na magii, stali na początku na murach. – zaproponował GuRt. - Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w takim wypadku magowie przetrzebią wrogów, jeszcze zanim dostaną się oni w pobliże. Wystarczy puścić jeden Deszcz Ognia, i już jest o kilkanaście szkieletów mniej.
- Zgadzam się z GuRtem. – wtrącił Łowca. – Proponuję też, żeby jednak nasi najlepsi łucznicy i kusznicy stali z początku na murach, być może uda im się coś zdziałać. Zaś jeśli zacznie się robić gorąco, wycofają się do swych oddziałów. A co do naszych ludzi – może Klasztor i Królestwo połączyłyby się w jedną grupę, która w razie, gdyby wróg przedarł się przez pierwszą linię umocnień, zatrzymaliby go, do czasu, aż wszyscy ocalali wycofają się do zamku. Wtedy nasi także się tam cofną, i będziemy się bronić z drugiej linii umocnień.
- Znakomicie. – powiedział Namiestnik. – Tak będzie najlepiej. Została więc jeszcze jedna rzecz – pospolite ruszenie. Co z nimi zrobić?
- Hmm... – zaczął Sentenza. – Raczej nie będziemy mieli z nich wielkiego pożytku w walce, jednak ci ludzie przybyli tu z własnej woli. Z całej okolicy. Nie możemy im po prostu powiedzieć, żeby wracali do domu, szkoda marnować ich poświęcenie. Szkoda jednak także, by ginęli w nierównej walce.
- Mam pomysł! – powiedział Smutas. – Niech podzielą się na dwie grupy, i „bronią” Salvetarionu od wschodu i zachodu. Jak już mówiliśmy, od tamtej strony raczej nie zostanie przeprowadzony atak, a jeśli coś by się tam działo – mielibyśmy tam swoich ludzi, którzy szybko poinformowaliby resztę.
- Znakomity pomysł! Jeśli mogę was o to prosić, zajmijcie się tym. Poćwiczcie także trochę wypocznijcie dobrze, ja zaś muszę pomyśleć... i pomedytować. Spotkamy się jutro rano. O dziesiątej wszyscy ludzie mają być gotowi do walki, i ustawieni na swoich pozycjach. To wszystko, dziękuję wam, możecie odejść.
Dowódcy kolejno kłaniali się Namiestnikowi, i odchodzili. Gdy Rabittous został sam, pogrążył się w zamyśleniu...

* * *

Wybiła godzina jedenasta. Wszyscy obrońcy zajęli już swoje pozycje. Słońce niemiłosiernie paliło w karki obrońców, stojących na murach. W Salvetarionie jeszcze nigdy nie było tylu ludzi, jednak jednocześnie jeszcze nigdy nie było tu tak cicho, jak teraz, na godzinę przed bitwą. Wszyscy w skupieniu obserwowali las na północy, jakby obawiając się, że za chwile wyskoczy z niego horda szkieletów. Niektórzy starali się jeszcze nie myśleć o nadchodzącej bitwie, i dla zabicia czasu pożywiali się, mając nadzieję, że to nie ostatni posiłek w ich życiu, lub popijając alkohol, dla dodania sobie odwagi. Jednak ogólnie wśród obrońców panowała napięta atmosfera wyczekiwania.
Rabittous, Łowca Poszukiwaczy i GuRt stali na głównej, północnej bramie. Żaden z nich nie odezwał się ani słowem, każdy zaś myślał o czymś innym. Otaczali ich ludzie, umiejący strzelać z jakiejkolwiek broni dalekosiężnej. Choć wszyscy wątpili, by strzały coś zdziałały przeciwko szkieletom, to jednak umiejętny łucznik potrafił jednym strzałem odesłać zombie z powrotem w zaświaty. Południe zbliżało się szybko. Rabittous spojrzał w niebo – słońce było już prawie dokładnie nad nim. A więc za chwilę rozpocznie się bitwa. Na dwóch północnych basztach stali trębacze, którzy mieli zadąć w róg, kiedy tylko zobaczą wroga. W tej właśnie chwili rozległ się dźwięk jednego z tych rogów. Po chwili zagrał także drugi. Oczy wszystkich w skupieniu zwróciły się na lasek na północy.
Istotnie, z lasku zaczęły wychodzić rozmaite, przyzwane do życia istoty, głównie szkielety i zombie. Początkowo wychodzili w niezorganizowanych, małych grupach, jednak wszyscy zatrzymywali się tuż za lasem, poza zasięgiem strzał Salvetariońskich łuczników, i ustawiali coś w rodzaju wielkiej kolumny. Na jej przedzie ustawiały się szybsze szkielety, na tyłach kolumny – wolniejsze, lecz wytrzymalsze zombie. Z lasu wychodziło coraz więcej ożywieńców, w sumie było ich już co najmniej kilka setek. Z lasu wyjechało także kilkunastu jeźdźców, na czarnych koniach. W jednym z nich Rabittous rozpoznał Mordana, zaś towarzyszyli mu Upadli Paladyni.
Rabittous ze zdumieniem zauważył, że kilka szkieletów ciągnie coś za liny z lasu. Po chwili jego oczom ukazały się dwie, potężne katapulty. Przyciągnęli je nieco bliżej murów, lecz wciąż poza zasięg strzałÓ z łuku czy kuszy. Właściwie, nim ktokolwiek zdążył się zorientować, dwie katapulty wystrzeliły jednocześnie, a ogromne, kamienne pociski uderzyły w jedną z baszt. Po chwili kolejny pocisk uderzył w mury, zabijając dwóch strażników, następny zaś uderzył znów w basztę, która zachwiała się w posadach.
- Kryć się za blankami! – krzyczał Rabittous. – Strażnicy! Na koń! – dodał, odwracając się do oddziału strażników w mieście. Kolejne dwa kamienie uderzyły w basztę, która już ledwo stała. Strażnicy pobiegli do stajni, i po chwili wrócili na koniach. Rabittous nakazał otworzyć bramę, konni zaś wyjechali, i galopem ruszyli na katapulty. Było ich około dwudziestu. Nim wrogowie zdążyli się zorientować, jeźdźcy zniszczyli jedną z katapult. Ruszył na nich Mordan, z oddziałem Upadłych Paladynów na koniach. Walka trwała krótko, albowiem strażnicy mieli niewielkie szanse w starciu z nekromantą i oddziałem Panów Cienia.
Kolejny pocisk z ocalałej katapulty uderzył w basztę. Ta w końcu nie wytrzymała, i zawaliła się, grzebiąc pod gruzami kilku strażników. Gdy tylko baszta runęła, wszyscy ożywieńcy ruszyli w stronę wyrwy w murze, jedynie Mordan ze swymi przybocznymi pozostał na miejscu.
- Strzelać! Nie pozwólcie im dostać się do miasta! – krzyczał Namiestnik, jednocześnie odsyłając w zaświaty kilkanaście szkieletów zaklęciem „Lodowej Fali”. GuRt także puszczał w stronę nadciągającej watahy ożywieńców potężne zaklęcia. Każdy, kto był uzbrojony w broń dystansową, strzelał, choćby na ślepo, jednak mimo starań horda wrogów nie zmniejszała się prawie w ogóle, a właściwie coraz bardziej przybliżała się do murów. Szkielety biegiem ruszyły w stronę ruin dawnej baszty. Strażnicy zaczęli ciskać w nich kamieniami, odłamkami baszty, i w ogóle wszystkim, co było pod ręką, mimo to coraz więcej szkieletów dostawało się do miasta przez wyrwę. Wszyscy strażnicy zgrupowali się przy ruinach baszty, i starali się powstrzymać nawał ożywieńców. Strzelcy nadal usiłowali trafiać we wrogów, jednak nie przynosiło to zwykle zamierzonego skutku.
- Wszyscy dobyć mieczy, i na dół! – krzyknął Rabittous, widząc, że strzelanie z łuku nie przynosi efektów. – Będziemy walczyć wręcz!
Oddziały Innosa i Adanosa szybko zebrały się w dwie ciasne grupy, i otoczyły wyrwę. Powstrzymywali wpadający do miasta nawał szkieletów.
- Strażnicy, na zamek! – krzyknął tym razem GuRt, atakując szkielety „Lodową Lancą”. – Reszta powoli wycofuje się w stronę cytadeli!
Wielu strażników już padło, w nierównej walce z wojskami Mordana. Ci, którzy przeżyli, wycofali się do zamku, zaś wojownicy Świętego Przymierza zaczęli się powoli wycofywać, starając się przy tym rozsypać w pył jak najwięcej szkieletów. W końcu, gdy byli już blisko bramy, rzucili się biegiem w jej stronę, Rabittous zaś zatrzasnął ją, gdy tylko ostatni wojownik dostał się do środka. Wielu wrogów już zginęło, jednak jeszcze około dwustu szkieletów stało w dole, przed potężnym murem, zastanawiając się co zrobić.
- Haha, nie wiecie, co teraz zrobić! – zaśmiał się Arcymag, zabijając kilkanaście szkieletów czarem „Grom”. Tymczasem przez wyrwę przejechał Mordan, na swym czarnym koniu. Nim ktokolwiek zdążył się zastanowić, co on tu robi, ten wypuścił z ręki jakiś nieznany czar, który natychmiast zrobił wyrwę w murze do zamku.
- Wszyscy do broni! – krzyczał wzburzony Namiestnik. – Walczcie do samego końca.
Wszyscy, którzy byli jeszcze w stanie walczyć, zebrali się na dole. Szkielety i zombie powoli wdzierały się do zamku, jednak wojownicy Przymierza, walczący ramię w ramię z Gwardzistami i strażnikami Salvetarionu, radzili sobie nieźle. Jednak, chociaż nie zginał jeszcze żaden wojownik Innosa ani Adanosa, to jednak padalo coraz więcej strażników i Gwardzistów, a przez wyrwę wciąż wdzierali się kolejni ożywieńcy.
- Wycofać się pod stajnie! – krzyknął Rabittous. Stajnie znajdowały się przy cytadeli Salvetarionu. Pozostali przy życiu wojownicy zaciekle walczyli ze szkieletami, jednak było ich coraz mniej.
- To koniec... – powiedział do siebie Namiestnik, gdy przez wyrwę wjechał Mordan z Upadłymi Paladynami. Rabittous puścił w jego stronę „Bryłę Lodu”, jednak nekromanta odparował zaklęcie. Nagle poczuł uderzenie na potylicy – to jakiś szkielet uderzył go toporem. Obraz rozmazał mu się przed oczami, zrobiło się ciemno. Upadł na kolana.
- A więc to koniec... – pomyślał. Słyszał jeszcze odgłosy walki, słyszał szczęk żelaza. Wydawało mu się, że słyszy tętent kopyt, z początku odległy, potem coraz bliższy. Nie wiedział jednak, czy to słyszy naprawdę, czy tylko mu się wydaje. Nagle poczuł, że ktoś bierze go pod ramiona, i wciąga do góry. Powoli otworzył oczy.
- Seziel! – krzyknął z nagłym przypływem radości, widząc przed sobą Wielkiego Czarnego Mistrza. Rozejrzał się wokół. Wojownicy w czerni walczyli ze szkieletami. – A więc jednak nas nie zostawiłeś!
- Nie mogłem. – odpowiedział. – Znajdź jakiegoś konia, uciekamy stąd!
Stali tuż przy stajni, więc Rabittous pociągnął za uzdę pierwszego, lepszego konia i wsiadł na niego. Wszyscy członkowie Świętego Przymierza także siedzieli już na koniach, widocznie wiedzieli, że już po walce, i mają uciekać.
- Za mną! – krzyknął Seziel, i pojechał przodem, roztrącając wielkim mieczem szkielety na swej drodze. Za nim ruszył Rabittous, i reszta ocalałych. Bez problemu wyjechali z miasta, które oddziały Mordana niszczyły i podpalały. Rabittous ze smutkiem patrzył, jak Salvetarion upada.
- Seziel! – zaczął Rabittous, gdy już wszyscy odjechali na bezpieczną odległość od miasta. – Może teraz, skoro jest nas więcej wrócimy tam, i odbijemy miasto?
- Nie, Rabittousie. To nie ma sensu. Sam spójrz – wojska nekromanty zniszczyły już niemal całe miasto, większość budynków to już tylko kupa gruzu. Nie ma sensu odbijać miasta, to już stracone. Zapomnij o Salvetarionie, zapomnij, że kiedykolwiek istniał. Wszystkie wazne budynki, które tam się znajdowały, odbudujemy na Terytorium Neutralnym.
Rabittous jeszcze raz spojrzał na płonące miasto. Seziel miał rację – odbijanie go teraz mijało się z celem.
- Masz rację, Seziel. Powiedz mi: czy któryś z naszych zginął?
- Na szczęście nie. Przybyliśmy w samą porę. Rozkazałem moim ludziom zająć się szkieletami, a reszcie wsiąść na konie. Potem ocuciliśmy cię, i odjechaliśmy.
- Tak... głupi byłem, że ryzykowałem życie tylu ludzi, dla jednego miasta. Powinienem się cieszyć, że żaden z naszych nie zginął. Jednak poświęciłem życie wielu ludzi. Strażników, Gwardzistów...
- Nie przejmuj się teraz tym. – rzekł Seziel. – Odjedźmy stąd. Wracasz do Algaroth, Rabittousie, Arcymagu Wody!

* * *

Następnego dnia Seziel siedział w swej komnacie. Ktoś zapukał do drzwi. Po chwili wszedł Rabittous.
- A, witaj. – przywitał gościa Seziel. – Masz jakieś wieści?
- Owszem, ja właśnie w tej sprawie. Byłem dzisiaj z kilkoma przyjaciółmi z Algaroth zobaczyć to, co zostało z Salvetarionu.
- No i co zobaczyliście?
- Miasto jest zniszczone. Niemal doszczętnie. Ale nie to jest najdziwniejsze. Pośród trupów ludzi i ożywieńców, zobaczyliśmy ciało Mordana. Był martwy.
- Cóż, są więc dwie możliwości. Albo jego własna armia wystąpiła przeciw niemu, albo zaklęcie, które na nim ciążyło wreszcie go uśmierciło. W każdym razie w takim wypadku bezsensownie zginęły dziesiątki ludzi. I bezsensownie został zniszczony Salvetarion.
- Tak, wysłaliśmy tam kilkunastu ludzi, by wydostali z ruin wszystkie ważne rzeczy. Zaś ważniejsze budynki, jak Tawerna czy Sensorium, odbudujemy na Terytorium Neutralnym. – Rabittous westchnął. – Seziel, dzięki, że jednak nam pomogłeś. Wolę nie myśleć co by było, gdybyście się nie zjawili.
- Nie ma sprawy, nie mogłem was zostawić.
Arcymag zauważył, że Seziel grzebie w swoim biurku, co jakiś czas wyjmuje jakiś przedmiot, i chowa do torby.
- Można wiedzieć, co robisz?
- Zrezygnowałem ze stanowiska Wielkiego Mistrza. Dziś złożyłem stanowiska na ręce Alchoriousa, i właśnie biorę swoje rzeczy, bo to już w końcu nie jest moja komnata.
- Zaraz, jak to... rezygnujesz? Ale dlaczego? Chyba nie przez Salve...
- Nie. Po prostu zmęczyło mnie już to stanowisko, postanowiłem od tego wszystkiego odpocząć. Chociaż nie zawsze podejmowałem dobre decyzje, to jednak mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy będą mnie dobrze wspominali.
- Tak, z całą pewnością...
__________________
Dawny Członek Klasztoru
Kochający Mąż Małgosi :*
Poszukiwacz Podziemia Beliara
|Satyromaniak|Największy Fan Roberta Górskiego|
RPG
piters2005 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 24-09-06, 11:38   #2
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 153
Domyślnie

No to kosimy...

Na początek wszelkie sprzeczności.

Nie znalazłem.

Bardzo poprawnie napisane opko, ciekawa intryga, są też i opisy w wystarczającej ilości. Czyta się przyjemnie, raptem dwie, czy trzy dłużyzny trafiłem. Mimo to bardzo mi się spodobało.
Coś takiego naprawdę moglo się zdarzyc.

Dziwne, że praca zajeła tak niskie miejsce. Sam bym ją ocenił jako 9/10

__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 22-10-06, 14:52   #3
Abuyin
 
 
Abuyin awatar
 
Zarejestrowany: lipiec 2005
Skąd: Gotenhafen
Posty: 621
Wyślij wiadomość przez AIM do Abuyin
Domyślnie

Cytat:
Wziął długą, złotą laskę, z mosiężną kulą na górze.
Cytat:
Ruszył znów ulicami miasta, opierając się na mosiężnej lasce.
To ta laska jest złota czy mosiężna? :P

Cytat:
Zaś potęzny, czarny koń Mordana wydawał się wciąż być w pełni sił.
Literówka! xD

Cytat:
Odwróci się, i z przerażeniem odkrył, że brama jest zamknięta.
Brak "ł" na końcu słowa

Cytat:
Przyciągnęli je nieco bliżej murów, lecz wciąż poza zasięg strzałÓ z łuku czy kuszy.
Ke? :P

Cytat:
Wszystkie wazne budynki, które tam się znajdowały, odbudujemy na Terytorium Neutralnym.
Brak umlautu ;P

***

No, opowiadanie długie, ciekawe. Bardzo dużo opisó, uwielbiam to ^.^ Jednak zdziwiło mnie, że Seziel "opróżnia swoje biurko", o którym nigdy nie wspominałeś :P Ortografai dobra, interpunkcja też. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego upadł Salvetarion xD Świetna, świetna praca 9/10
__________________
http://img155.imageshack.us/img155/5413/abuyin1hq6.jpg
1000 posta napisałem 23-go marca 2007 r. o godzinie 06:56 !
|..::Święte Przymierze -> Algaroth -> Zwiadowca::..|
Korona Gór Polski 30.06.2007 r. => 20.07.2007 r.
Główny Szlak Beskidzki 27.06.2008 r. => 20.07.2008 r.
RPG
Abuyin jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Plenacoris - kolejna praca konkursowa Smutas FanFick 5 19-02-09 10:59
Praca na KnWLzG Sad Statue FanFick 4 10-04-07 09:44
Fiskus - praca na KnOUS Prosiaq FanFick 3 11-09-06 20:04
Czarna Krucjata - I miejsce KnOUS TheFlood FanFick 6 01-09-06 12:07


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.