Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę Dziennik Hansa

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 07-03-09, 18:15   #1
xeroloth
 
 
xeroloth awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2009
Skąd: Necropolis
Posty: 600
Wyślij wiadomość przez AIM do xeroloth
Domyślnie Dziennik Hansa

Wklejam tu pracę która dawno temu zajęła II miejsce w podziemnym konkursie na dziennik Ponieważ to jedna z pierwszych prac napisanych przeze mnie w tamtym okresie czasu, liczę na opinie.

ARCHIPELAG CZASZEK

Nazywam się Hans. Należę, a raczej należałem do załogi kapitana Batho. Chciałbym opowiedzieć pewną historię, która zdarzyła się, gdy jeszcze byliśmy jednymi z najlepszych bukanierów pływających po wodach Morza Wschodniego.

Wszystko zaczęło się w jednej z tawern w portowym mieście Khorinis. Duże, bogate miasto, sporo statków w porcie. A to handlowe Galery, a to wojenne Fregaty. Piękne to były czasy, gdy można było swobodnie wypłynąć w morze po jakiś łup. Właśnie omawialiśmy z kapitanem kolejną wyprawę po bogactwa i skarby. Popijając rum, Batho wspomniał o jednej mapie, którą kupił od wędrownego kupca... Ów kupiec powiedział mu, że na mapie jest zaznaczone miejsce położenia przeklętego skarbu na jednej z wysp Archipelagu Czaszek. Kapitan obawiał się trochę klątwy, jednakże gdy usłyszał, że skarb ten, ogromny, bo ukryty przez Assasyńskich żeglarzy istnieje naprawdę, nie obawiał się już niczego. Chciał go koniecznie odnaleźć... Powiedział mi, że będziemy potrzebować około trzydziestu, może nawet czterdziestu dobrych marynarzy i ja mam się zająć ich sprowadzeniem na pokład. Potem wyruszymy... Następnego dnia, już w naszej kryjówce, zawitałem na piękny Galeon o wdzięcznej nazwie Wesoła Kostucha, który był statkiem naszego kapitana. Przyprowadziłem ze sobą dwudziestu jeden, dobrze zbudowanych wilków morskich.
- To za mało... Przyprowadź mi ich więcej! – wykrzyczał zły kapitan, chciał bowiem wypłynąć jak najszybciej, bardzo go do tego skarbu ciągnęło... Nie wiedział, że potem może tego bardzo żałować... Gdy po kilku dniach udało nam się zebrać potrzebnych ludzi do załogi, ładowanie zapasów jedzenia, wody i rumu były na ukończeniu. Kapitan powiedział, że nie bierzemy dużych zapasów, ponieważ chce mieć więcej miejsca w ładowniach na skarby. Powiedział też, że być może zajdzie taka potrzeba, aby w czasie podróży zejść na ląd uzupełnić zapasy. Pamiętam, że wypłynęliśmy dopiero następnego dnia, ponieważ Batho miał coś jeszcze do załatwienia. Na pokładzie zostałem oficjalnie przez niego wyznaczony do prowadzenia dziennika pokładowego... Po całej wyprawie zatrzymałem dla siebie ów dziennik, toteż przedstawiam go teraz...

***

Wyprawa na Archipelag Czaszek
Dzień 1

Dziś opuściliśmy port naszej pirackiej kryjówki. Kapitan kazał odpływać przy wystrzałach z dział, był to taki zwyczaj piracki, gdy załoga płynęła na wyprawę trzeba było wystrzelić ze wszystkich armat naraz, aby dodać sobie szczęścia w czekających niebezpieczeństwach. Morze było spokojne, pogoda piękna. Dzień zapowiadał się nudny, z wypatrywaniem jakichś znaków życia na morzu. Kapitan wysłał Billa na bocianie gniazdo, ten to ma szczęście... Siedzieć na takim upale, wysoko, bez rumu, to musi być katorga. Obraliśmy kurs na południowy-zachód. Dziś zostałem wyznaczony do warty nocnej, mam nadzieję, że nie czekają mnie jakieś niespodzianki...

Dzień 2

Noc minęła spokojnie. Żadnych niepokojów. Razem z Henrym i dwoma butelkami rumu stróżowaliśmy aż do białego rana. Później zmienił nas Hugo. Miałem trzy godziny czasu odpoczynku. Pogoda ciągle dopisywała, również wiatr wiał nam w żagle. Cały czas trzymamy ten sam kurs, lecz za dzień lub dwa będziemy chyba musieli podpłynąć do jakiejś wyspy po zapasy wody, której to wzięliśmy najmniej. Poza tym, jakieś szkodniki mamy w ładowni, pewnie szczury. Trzeba będzie się ich jutro pozbyć, ciekawe kogo Batho wyznaczy do tej parszywej roboty...?

Dzień 3

Jasne... Oczywiście znów ja. Jak ja nie cierpię tej szui! Mam razem z Henrym i Carlosem zlikwidować te szkodniki. Po czterech, może pięciu godzinach męczarni wytępiliśmy wszystko... Zapasy wody są na wykończeniu, to wszystko przez ten upał... Jutro powinniśmy przybić do jakiejś pobliskiej wyspy zaczerpnąć ze źródła... Dzisiaj wzmógł się wiatr, to nie wróży dobrze... Zmieniliśmy nieco kurs na wschód, aby dobić do Wyspy Żółwi, nazywanej przez żeglarzy tak, ponieważ swoje gniazda mają tam wielkie żółwie morskie, zwane potocznie szyldkrety.

Dzień 4

Przybiliśmy do wyspy. Kapitan wyznaczył dziesięć osób, które mają popłynąć po wodę. Wśród nich jest Henry i Hugo. Ciekawe jak im pójdzie? My w tym czasie zarzuciliśmy dodatkową kotwicę, ponieważ na horyzoncie malują się powoli ciemne chmury. Batho obawia się, że może przyjść sztorm...

Dzień 5

Cholerny sztorm... Kapitan miał rację, przyszła burza jakich mało... Mieliśmy szczęście, że zarzuciliśmy tą drugą kotwicę, gdyby nie to, już dawno fale roztrzaskały by nas o rafy... Tymczasem załoga zauważyła, że niedaleko plaży reszta ludzi, która poszła po wodę, rozbiła swój obóz. Wcale nie mieli lepiej od nas. Siedzieli jak takie dzikusy w szałasach zrobionych z liści palm kokosowych, oczekując polepszenia pogody. Znów zostałem wyznaczony na wartę. Tym razem sam. Coś czuję, że będę musiał zabrać ze sobą więcej rumu niż tylko jedna butelka...

Dzień 6

Burza ucichła. Niebo się wypogodziło, wiatr prawie nie wiał... Wreszcie mogli wrócić też przebywający na lądzie piraci. Oprócz wody, wzięli też ze sobą zapas orzechów kokosowych, które zdobyli przy okazji zrywania liści na szałasy. Ale ponieśli też stratę. Ten idiota Hugo został pokąszony przez tutejsze żmije i umarł w nocy w okropnych męczarniach... Mimo poniesionych strat, podnieśliśmy obie kotwice i ruszyliśmy dalej. Wiatr tym razem nie był naszym sprzymierzeńcem, żegluga szła wolno. Jedno jest pewne: jeżeli wszystko nie pójdzie dość sprawnie, to ten stary cap Batho się nieźle wkurzy...

Dzień 7

Przez tą burzę nabawiłem się choroby. Jedyny plus jest taki, że nie muszę siedzieć na tym zimnie, na dworze. Strasznie się ochłodziło dzisiaj, jedynie wiatr wezbrał na sile i znów wieje nam w rufę. Podróż idzie dość sprawnie, niedługo powinniśmy ujrzeć wyspy z Archipelagu Czaszek. Kapitan kazał zmienić nieco kurs na bardziej północny, aby uniknąć raf, które nie jeden statek już zatopiły. Tak więc powinniśmy dotrzeć do archipelagu od jego prawej strony.

Dzień 8

Nareszcie ląd. Z samego rana ujrzeliśmy dwie pierwsze, małe wysepki. Teraz tylko pozostaje nam odnaleźć tę prawidłową. Nie powinno być to jednak zbyt trudne, ponieważ na mapie kapitana wszystko jest zaznaczone bardzo dobrze. Nasze zapasy żywności wynoszą już tylko połowę tego, co było na początku... Podczas wizyty na wyspie powinniśmy nazbierać choć trochę bananów, bo tu pozdychamy... Jako, że spora dawka rumu pomogła mi, dzisiaj znów muszę trzymać straż nocną. Jak widać Batho mi ufa, gdyby choć wiedział, jak ja go nieraz nienawidzę... Otrzymałem również jego mapę, mam spoglądać, czy nie wypatrzę gdzieś wyspy.

Dzień 9

Z samego rana Bill spostrzegł z bocianiego gniazda, że ląd, o który chodzi kapitanowi znajduję się tuż przed nami. Kapitan kazał opłynąć wyspę dookoła, aby znaleźć dogodne miejsce do zejścia na wyspę. Widziałem po oczach niektórych piratów, że aż palą się do tego skarbu. Dzisiaj cały dzień trwały przygotowania do wyprawy w głąb wyspy, jutro powinniśmy wyruszyć!

Dzień 10

Zaraz schodzimy na ląd. Ciekawe co nas tam czeka, liczę na szybki powrót i znalezienie dużych bogactw. Kapitan kazał zostać na pokładzie piętnastu chłopakom, aby pilnowali naszego statku. Niektórzy z nich byli bardzo zawiedzeni...

***

Te wydarzenia działy się między 11, a 13 dniem naszej wyprawy, i zostały spisane po powrocie na okręt.

Jesteśmy na plaży. Wyspa wydaje się spora, ogromna dżungla zajmuje większą jej część. Kapitan podzielił nas na dwie grupy. Pierwsza ma iść przodem i sprawdzać teren, a druga ma pilnować tyłu i baczyć, aby nie zaatakowały nas jakieś dzikie stworzenia z piekła rodem. Batho co rusz spoglądał na mapę, aby sprawdzić, czy dobrze idziemy. Nieraz sam musiał odliczać kroki ze wskazówek umieszczonych na kawałku płótna. W czasie naszej wędrówki po wyspie nie widzieliśmy żadnych stworów, prócz jadowitych węży, które w takich lasach nieprzebytych, to rzecz normalna. Po blisko czterech godzinach błądzenia po chaszczach, wyszliśmy na jakąś polanę. Na jej końcu znajdowała się ściana skalna. Dowódca kazał nam iść w tamtym kierunku, uważał bowiem, że znajduje się tam wejście do jakiejś jaskini. Nie mylił się. Tyle, że to wejście znajdowało się około piętnaście metrów nad nami, trzeba będzie się wspinać.
- Cholera, wysoko – usłyszałem od jednego z majtków, którego imienia nie znałem. Henry i bosman Murph mieli iść przodem. Zarzucili haki i zaczęli się wspinać. Po krótkim czasie byli już na górze, umocowali jeszcze trzy liny do wystających skał i powiedzieli, że jest tam kompletnie ciemno, i że mamy zabrać ze sobą pochodnie. Jak nam powiedzieli, tak zrobiliśmy. Kapitan wspiął się jako pierwszy, potem reszta chłopaków. Batho kazał jednak pięciu ludziom zostać na dole, aby pilnowali lin i reszty sprzętu, w razie gdyby się nam coś przydarzyło. Zapaliliśmy pochodnie i ruszyliśmy w głąb groty. Jej ściany zdobiły nieznane mi kamienie, które pięknie mieniły się w świetle pochodni. Potem dowiedziałem się, że owe kamienie noszą nazwę stalaktyty. Szliśmy dalej. Tunel to raz się zwężał, to poszerzał. Nagle usłyszeliśmy jakiś szmer. Szliśmy jednak dalej. W pewnym momencie zniknął mi z oczu młody Coul, który szedł ostatni. Natychmiast poinformowałem o tym kapitana. Niektórzy byli trochę zaniepokojeni. Szliśmy tak jeszcze dobre dziesięć minut, gdy naszym oczom ukazało się upragnione złoto. Nigdy nie widziałem Batho w takim nastroju. Niemal ślinił się, na widok takich skarbów. Sam byłem pod wielkim wrażeniem. Podeszliśmy bliżej. To, co ujrzały nasze oczy, przeraziło wszystkich. Na samym środku góry skarbów leżał Coul – martwy. Był niemal pozbawiony skóry. Wszyscy popadli w przerażenie. Co mogło spowodować taką śmierć? Kapitan się nie zastanawiał, wiedział, że mogą mieć bardzo mało czasu.
- Pakujcie ile się da i na statek! – wykrzyczał.
Widać po nim było, że mocno się obawia. I nie mylił się... Gdy chłopcy byli w połowie pakowania kosztowności, nagle z ciemności wyłoniły się jakieś postacie... Rozpoznaliśmy w nich pięć szkieletów i dwóch ożywieńców. Nigdy nie spotkaliśmy się z takimi stworami, toteż wpadliśmy w małą panikę. Momentalnie szkielety zaatakowały... My nie chcieliśmy oddać naszych dusz łatwo, więc także ruszyliśmy do ataku. Kapitan jednak miał co innego na głowie. Nie zwracał zupełnie uwagi na swoich ludzi, zajmował się skarbem. Zapakował niemal wszystko. W tym czasie nasi chłopcy uporali się ze szkieletami, ponieśli jednak dotkliwe straty. W walce padł bosman i sześciu innych ludzi. Nagle ci, którzy przeżyli spostrzegli zombie, które zaczęły się do nich powoli zbliżać. Batho nie pozwolił jednak reszcie z nimi walczyć, widząc, że są one strasznie ślamazarne i zapewne ich nie dogonią. Pamiętał tez doskonale, gdy w jednej z tawern usłyszał legendę, która mówi, że takie stwory można zabić jedynie srebrną bronią, a takowej nie posiadali. Każdy chwycił worek lub dwa do pełna zapakowane złotem i daliśmy dyla. Uciekaliśmy, jakby nas sam Beliar gonił. Gdy zobaczyliśmy wyjście z jaskini, bardzo nam ulżyło. Wyszliśmy. Zobaczyliśmy jednak, że na dole stoczyła się walka. Jeden z ludzi nie żył... Zeszliśmy i bez słowa skierowaliśmy się w stronę morza. Biegliśmy niemal na wyczucie, a jednak się udało. Wszyscy wskoczyliśmy do szalupy i odbiliśmy od brzegu...

***

Dzień 14

Odpływamy z wyspy, wszyscy są zadowoleni ze zdobytych łupów, trochę mniej kapitan, ponieważ stracił sporo dobrych ludzi... Pierwszy raz widziałem go w tak podłym nastroju po zdobyciu złota. Miejmy nadzieję, że sprawiedliwie rozdzieli wszystko między załogę. Nie zdążyliśmy zabrać jedzenia z wyspy, tak nam się spieszyło, także nie wiem, czy nie będziemy przymierać głodem. Batho powiedział bowiem, że nie możemy się zatrzymywać, aby czasem ktoś nas nie okradł, ech ten stary wariat zapomniał chyba, że jesteśmy piratami i mało kto odważy się nas zaatakować... Pogoda dopisuje, wiatr wiele w żagle, za parę dni powinniśmy wrócić do naszej kryjówki.

Dzień 15

Ale jestem zmęczony po tej wyprawie w głąb wyspy. Po niektórych chłopakach widać było, że są naprawdę wykończeni. Dopiero teraz kapitan zorientował się, że dużo sprzętu zostało na tym przeklętym lądzie. Parę pałaszy, strzelb oraz pistoletów. To wszystko przez naszą panikę, nie zdążyliśmy tego wziąć. Ale mamy złoto i to się najbardziej liczy. Już nie mogę się doczekać, kiedy kapitan podzieli łupy. Dzisiaj zaczęło padać, wiatr wieje nieco w dziób, dlatego rejs się trochę opóźni. Tej nocy ja będę ponownie stróżować, oby nie działo się nic niepokojącego...

Dzień 16

Znów się nie wyspałem. Na szczęście, nie działo się nic podejrzanego, noc minęła spokojnie. Nie mogłem się doczekać i poszedłem do ładowni. Zwinąłem jedną bryłkę złota i schowałem w bucie, kapitan niczego się nie domyślił, he he he... Mam szczęście, że tylko ja mam wgląd do tego dziennika, ponieważ za takie coś zdrowo by mi się oberwało...

Dzień 17

Robi się nieciekawie... Bill, który siedział akurat na bocianim gnieździe zauważył jakiś statek przez lunetę, oby to nie było nic groźnego, ponieważ nasza załoga jest przetrzebiona, na dodatek mamy mniej broni... Na szczęście im również nie idzie żegluga, powinni się do nas zbliżyć jutro z samego rana.

Dzień 18

Źle. Tylko się rozwidniło, a okazało się, że to jakiś piracki. Wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt, że to piraci z innej części kontynentu... Zdaje się, że to załoga Morgana – jednego z najstraszliwszych piratów pływających po wodach Morza Wschodniego. Batho zaczął się obawiać, ponieważ okazało się, że jego Korweta płynie znacznie szybciej od nas i za parę godzin najpewniej nas dopędzi. Kapitan kazał zbierać proch i broń na pokładzie i szykować się do bitwy. Wszystkie skarby zostały zniesione do ładowni, działa załadowane kulami łańcuchowymi... Kapitan chciał bowiem zwolnić ich rejs. Tak oczekiwaliśmy, aż podpłyną bliżej. Było około południa, gdy zbliżyli się do nas na odległość strzału z działa. Oddali ślepy wystrzał, skłaniając nas, abyśmy się poddali... Henry naliczył, że było ich ze dwa, może trzy razy więcej niż nas. Batho chciał zastosować mały fortel. Kazał zwinąć połowę żagli, aby pomyśleli, że chcemy się poddać. Gdy zadowoleni z siebie podpłynęli na taką odległość, że wszystkie nasze armaty mogły ich dosięgnąć, kapitan ni stąd ni zowąd nakazał odpalić ze wszystkich dział naraz. Rozległ się huk i spostrzegliśmy, że większość naszych pocisków trafiła w cel doskonale. Podarte żagle, strzaskane reje, także kilku ludzi zabitych i paru rannych. To była bardzo dobra salwa. Teraz kapitan kazał nabić zwykłymi kulami i walić w nich ile wlezie. I tak też zrobiliśmy... Strzaskaliśmy im całą jedną burtę, lecz zdążyli oni wykonać bardzo szybki zwrot i wpakowali w nas całą salwę z dwudziesto-cztero funtowych kolubryn. Mocno się nam oberwało, niektórzy z naszych ludzi aż wylądowali w wodzie. Wtedy kapitan kazał pruć w nich z kartaczy, chciał tym samym przetrzebić załogę i dostać się na pokład napastników. To było najlepsze wyjście, jakie mógł wybrać Batho. Ponad połowa z ludzi, jacy byli na pokładzie padła trupem. Morgan zaczął uciekać, jednak miał zbyt podarte żagle i nie mógł uchodzić tak szybko, jak chciał. Kapitanowi było mało. Chciał koniecznie zdobyć tą Korwetę. Kazał rozpocząć pościg. Niedługo potem byliśmy już niemal obok nich. Batho kazał przygotować się do abordażu. Zarzuciliśmy haki i zaczęliśmy przedzierać się na pokład wroga. Walka trwała na całego. Kątem oka widziałem, jak Batho siekał na lewo i prawo... W końcu trafił na lepszego od siebie. Sam Morgan zaszedł go od tyłu i roztrzaskał mu czaszkę... Jednak i ten w końcu poległ pod naporem naszych chłopaków. Wygraliśmy bitwę. Zostało nas jedynie siedemnastu, z ponad czterdziestoosobowej załogi... Zrabowaliśmy co się dało i podpaliliśmy wrogi okręt. Nowym kapitanem został jednogłośnie wybrany Henry...

Dzień 19

Tego dnia płynęliśmy dość wolno. Trzeba było opatrzyć rany po wczorajszej bitwie, która to trwała calutki dzień. Jako, że nie byłem zbytnio ranny, zostałem wyznaczony, aby trzymać kurs. Jeszcze tego dnia zmarł Meph, od poniesionych obrażeń. Jutro Henry ma zamiar zacząć rozdzielać łupy. Ale będzie też trzeba podpłynąć do jakiejś wyspy, wziąć zapasy wody i jedzenia, które się właśnie skończyły...

Dzień 20

Wszystko jest takie spokojne... Wesoła Kostucha lekko podskakiwała na falach. Wiatr wiał w żagle, trzeba przyznać, że od początku naszej wyprawy jest bardzo zmienny. Henry kazał przybić do małej wysepki, która pojawiła się na horyzoncie. Dobiliśmy do niej nad wieczorem. Postanowiliśmy zrobić szybki kurs, ponieważ nie wiadomo było, co czyha na wyspie pod osłoną nocy. Popłynąłem ja, Bill, kapitan Henry i czterech innych chłopaków. Niemal natychmiast po zejściu na ląd wspiąłem się na palmę kokosową, aby nazrywać orzechów. Bill zrobił to samo z drzewami bananowymi. Reszta pod nadzorem Henry’ego wybrała się nad źródło, aby zaczerpnąć wody. Wszystko poszło bardzo sprawnie, bowiem już po dwóch godzinach odbiliśmy od wyspy. Kapitan osądził, że zapasów spokojnie starczy do końca wyprawy. Znów, tym razem z Billem zostałem wyznaczony do warty nocnej.

Dzień 21

Dzisiaj wielki dzień, bowiem Henry będzie dzielić łupy. Było tego tak dużo, że trwało to cały dzień. Jako, że łącznie zostało nas tylko szesnastu, otrzymałem małą fortunę. Dodatkowo dostałem więcej, bowiem byłem dobrym przyjacielem kapitana. Wreszcie tak udany dzień zakończył się wystrzałami z dział na znak powodzenia i pięknym zachodem słońca...

Dzień 22

Jeszcze mnie łeb boli po wczorajszym pijaństwie. Poszedł niemal cały zapas rumu jaki był w ładowniach. Statek zrobił się nieco cięższy z powodu zapasów, złota i przedmiotów zrabowanych z Korwety Morgana. Obliczyłem, że już jutro powinniśmy zobaczyć brzegi naszego wybrzeża...

Dzień 23

Obudził mnie tylko okrzyk „Ziemian na horyzoncie!” Wyskoczyłem z koi i pobiegłem sprawdzić o co chodzi. Muszę przyznać, że dawno tak dobrze nie spałem. Istotnie, widać było brzegi, jasnym się stało, że pod wieczór dopłyniemy do kryjówki... Te kilka godzin halsowania poszło nadspodziewanie szybko, już widzieliśmy nasz port. Wpłynęliśmy do niego na znak zwycięstwa, strzelając tylko prochem ze wszystkich armat. Tak zakończyła się nasza wyprawa. Henry pozwolił mi zachować dziennik wyprawy, na znak naszego zwycięstwa i przekazać go kiedyś młodszemu pokoleniu...

***

I tak oto kończy się ta przygoda dzielnych bukanierów kapitana Batho, który nie doczekał szczęśliwego końca. Ale gdyby nie on i jego szalony pomysł na ta wyprawę, nigdy bym nie był tak bogaty, jak teraz...

Spisane przez Hansa Postera
__________________

*
Najlepszy Gladiator ŚP *
Najlepszy Sędzia Gladiatorów ŚP * Mistrz Gladiatorów ŚP *
* Kowal Podziemia *

Ostatnio edytowane przez xeroloth : 07-03-09 o 18:19.
RPG
xeroloth jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Dziennik Bystry Dyskusja 26 13-05-05 10:09
dziennik borutto Pomoc 12 06-06-04 12:18


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.