Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum > FanFick
Przeładuj stronę Fiskus - praca na KnOUS

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 25-08-06, 23:03   #1
Prosiaq
Cieniostwór
 
Prosiaq awatar
 
Zarejestrowany: maj 2006
Skąd: Warsong Clan
Posty: 418
Domyślnie

Postanowiłem zamieścić swoją pracę, którą napisałem na KnOUS, ot, tak sobie, bez ważniejszego powodu =P. Najchętniej zobaczyłbym tu wpisy sędziów, którzy oceniali pracę w tym konkursie. Chciałbym poznać ich opinie =P



Słońce powoli zachodziło krwawo nad zamkiem Namiestnika Salvetarionu. Tak naprawdę nie krwawiło, ale dodaje to swoistej nutki dramatyczności. Wróćmy jednak do słońca. Zachodziło więc powoli nad siedzibą Namiestnika Salve. Kochanemu ognistemu krążkowi nie spieszyło się – w końcu kto miałby je popędzać i ochrzaniać?
W końcu jednak zaszło za horyzont i ustąpiło miejsca swojemu bratu, księżycowi, który dzielnie odbijał światło innych gwiazd i przekazywał je (światło, nie gwiazdy) Ziemi. Dzielny był z niego chłop. O ile jakiekolwiek ciało niebieskie można nazwać chłopem...
Zamek obecnego Namiestnika Salvetarionu spowity był w mroku, ciszy i spokoju. Nic nie zakłócało spokoju przebywających tam ludzi. Po ulicach Salve krążyło jeszcze kilku obywateli, którzy spieszyli się do swoich mieszkań, bądź do tawerny. Amatorzy rozrywki (czyt. picia, rozrób i czasem seksu) chętnie tam zachodzili, choćby i o trzeciej nad ranem. Ci bardziej zdesperowani (czyt. pijani) walili w drzwi, chociaż karczmarza nie było (czyt. wyprawa, potrzeby fizjologiczne, takie tam).
Wróćmy jednak do zamku, gdzie smacznie spał sobie Rabittous. Namiestnik Salvetarionu prowadził spokojne życie, choć czasem nie brakowało większej hecy. Zdarzało się to jednak sporadycznie, więc Rabi niczym się nie przejmował. Zero trosk, zero zmartwień – sielanka do kwadratu i potęgi n-tej. Jednak cała ta idylla miała zostać zburzona już wkrótce... Szybciej, niż jesteś w stanie powiedzieć w myśli „Kompstrumcziwadze”.
Rabittous przebudził się. Przeniósł się z pozycji poziomej do pionowo-poziomej (czyli po prostu usiadł na łóżku). Podrapał się po głowie. Coś mu nie pasowało... Coś go obudziło, nie wiedział jednak, co dokładnie.
- Coś mi tu brzydko pachnie – powiedział na głos. – I tym razem nie są to moje buty.
- Zabawne – odpowiedział sam sobie.
- Dziękuję. Zawsze chciałem zostać komikiem – zarumienił się.
- Nie, nie o tym mówię. Rozmawiam sam ze sobą i nie zgadzam się sam ze sobą. Dziwne, prawda?
- Prawda – potwierdził Rabittous i zadał kłam poprzedniemu stwierdzeniu.
- Zastanawiające... Nieważne. Musimy odkryć, co mnie obudziło.
Rabi wstał z łóżka, założył swoje szaty i buty, a następnie wyszedł z komnaty. Jego obuwie wydawało miarowe „człap, człap, człap”. Człapał więc po korytarzach swej siedziby. Przeszukał cały zamek, ale nie odkrył niczego szczególnego (poza Chomiczem, który leżał pijany za stosem skrzyń i świstał przez sen coś o zniszczeniu Salve). Opuścił więc swój zamek. Na odchodnym zatrzymał się przed posterunkiem straży. Ta, rzecz jasna, spała na stojąco. Rabittous sprzedał kuksańca jednemu strażnikowi. Ten stanął na baczność i kopnął swojego kompana. Drugi członek straży również się wyprężył i zasalutował. Obaj jednak ledwo byli przytomni. Rabi zapytał więc jadowicie:
- Żołnierze! Jak jest?! – krzyknął.
- Tak jest! – odpowiedzieli żołnierze.
Rozbawiony Rabittous odszedł od posterunku straży i ruszył uliczkami Salvetarionu. Zostawił swoich ludzi w stanie knock out’u psychicznego. „Zawsze chciałem zostać komikiem. Nie mylić z chomikiem” – pomyślał Namiestnik i zaśmiał się. Jego śmiech był perlisty. Był tak bardzo perlisty, że perły wypadły mu z ust i potoczyły się po kamiennej uliczce.
Rabi szedł uliczką, mijając dobrze znane mu pracownie. Zatrzymał się przy „Złotej Igle”. Zapukał do drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Zapukał jeszcze raz. Znowu bez odpowiedzi. Zdenerwował się więc Rabittous i kopnął z całej siły w drzwi.
- Kto tam? – zapytał głos za drzwiami.
- Rabittous – odpowiedział nie kto inny, jak Rabittous.
- Nie znam żadnego Rabittousa. Chomicza też nie znam. Nie mam żadnych pieniędzy. To, że ten futrzak popadł w kłopoty finansowe nie znaczy, że ja mam płacić!
- Ale ja nie chcę pieniędzy...
- Poza tym, Salvetariończycy mogą szukać swoich świń gdzie indziej! – krzyknął ktoś za drzwiami, a jego wypowiedzi towarzyszyło radosne „Kwik!”.
- Ale ja nie po świnie...
- Nie wspominając już o tym, że nie mamy żadnego towaru. Został zhandlowany i przepity. Nic więcej nie wim i nic więcej nie powim! – kontynuował tajemniczy ktoś. Nacisk na słowa „wim” i „powim” był tak silny, że Rabiego aż wcisnęło w kamienną uliczkę.
- Nieważne. Dobranoc.
- Dość z kaszką, klockami i pieluchami! Ja chcę pić, palić, hulać do woli! Precz ze zdrowym trybem życia! EKG=KGB! – zaangażował się tajemniczy Ktoś (wielką literą, bo jest naprawdę tajemniczy) i kopnął w drzwi.
Rabittous pokręcił głową i ruszył dalej. Mijał mniej lub bardziej znane budynki. Jedne budziły miłe wspomnienia, drugie zaś tylko wspomnienia. Doszedł w swej wędrówce w pobliże fontanny, która wyschła całkiem całkowicie. Zajrzał więc do niej Rabi i się zdziwił. Siedział tam mały stworek o brązowej cerze i wielkich, czarnych ślepkach. Czarne oczy zamrugały do Rabittousa figlarnie. Namiestnik zarumienił się, ale zachował kamienną twarz. Jakby sam Fidiasz swym dłutem ociosał skałę – tak wyglądał teraz Rabi.
- Ktoś ty? – zapytał Namiestnik.
- Chochlik – odparł chochlik i bezceremonialnie wypuścił powietrze ustami w sposób donośny i ordynarny.
- To ty naprawdę istniejesz? Ale heca... – podrapał się po głowie Rabittous.
- A co miałem nie istnieć? Człowieku, taka fucha trafia się raz na sto lat! – powiedział chochlik i raz jeszcze pozbył się nadmiaru powietrza.
- Jaka fucha? Rozdawanie pieniędzy? – zapytał Rabi i rozłożył ręce w geście „bolą mnie łopatki”.
- Nie, wręcz przeciwnie. Zbieranie pieniędzy. Ci frajerzy wrzucali tu złoto, a ja oddawałem im parę żetonów, które sam zrobiłem. Dzięki temu mogłem iść do tawerny na piwo i panienki – powiedział skromnie oszust z fontanny i pozbył się po raz kolejny nadmiaru powietrza. Tym razem jednak, zrobił to drugim otworem.
- Nic nie mówię. Zawiodłeś mnie, miałeś być szczodry i hojny – powiedział karcąco Rabittous i zaczął odgarniać zatrute powietrze.
- Ja żegnam. Zostało mi jeszcze trochę pieniędzy. Idę na panienki. Cya – powiedział chochlik, podrapał się po kroczu i znikł.
Miłe spotkanie, ale trzeba było ruszać dalej. Wciąż nie wiadomo było, co przebudziło Rabiego z jego pięknego snu (w którym śnił o władzy absolutnej.... Przy czym władza absolutna = seks, alkohol, pieniądze). Ruszył więc Rabittous dalej. Szedł kolejną kamienną uliczką. Zawinął w pobliże tawerny, która była najpopularniejszą instytucją w całym Salvetarionie. Już miał otworzyć drzwi jak prawdziwy macho (czyli kopnąć je i wejść, patrząc śmiało wszystkim w oczy), kiedy zauważył kartkę.
„Jesteśmy w salonie Ka7”
- Wrrr? – wyrwało się Rabittousowi.
- Salon Ka7 to pewnie Cech Recenzentów – dopowiedział sam sobie.
- Możliwe.
- Na pewno, a nie „możliwe”.
- Niemożliwe?
Rabittous zaśmiał się serdecznie ze swojego dowcipu. Uwielbiał gry słowne. Zwłaszcza te, w których grał sam ze sobą. Kolejny świetny żarcik udowodnił mu, że powinien zostać komikiem. „Może kiedyś” – pomyślał skromnie i ruszył dziarskim krokiem w stronę Cechu Recenzentów. Po drodze minął skarbiec Salvetarionu. Ktoś namalował farbą na ścianie tekst: „Pieniondze szczęścia nie dajom”. Cóż, nie każdy mieszkaniec Salve był dobry w pisaniu. Na szczęście Rabittous miał przy sobie trochę farby, więc zamalował stary napis i skrobnął coś od siebie: „Salve 4 life”. Sam nie wiedział, co to ma oznaczać, ale brzmiało genialnie. Schował więc puszkę farby za pazuchę i ruszył dalej.
Zawędrował w końcu Rabi do siedziby Ka7, gdzie wraz z resztą recenzentów znęcała się nad wypocinami mieszkańców Salve, ale też i przyjezdnych ludzi. Miejsce to było osnute mroczną tajemnicą. Mówiło się, że ci, którzy składali zażalenie, że niby to „recenzja jest zbyt ostra”, znikali w niewyjaśnionych okolicznościach. Podobno też wiele prac skończyło w szalecie wolnostojącym, który znajdował się obok Cechu.
Namiestnik zapukał kulturalnie do drzwi. Nikt nie odpowiadał. Jako że była to siedziba damy, nie wypadało rzucać przekleństwa na mieszkańców, nie mówiąc o kopaniu drzwi. Jednak Rabi był u siebie, więc nacisnął na klamkę. Drzwi, o dziwo, otworzyły się. Rabittous wsadził swoją ciekawską główkę do środka.
Wewnątrz panował mrok. Ciemność rozświetlała jedna tylko świeczka, która stała na stercie papierów. Za stertą papierzysk siedział nie kto inny, jak sam Aerial. Światło padało na jego bladą twarz, którą wyszczerzył w okrutnym uśmiechu. Widocznie dostał kolejne opowiadanie, które było poniżej średniej krajowej – chociaż nikt nie wiedział, o którą średnią chodzi... Aerial zauważył, że ktoś wszedł więc zapytał grzecznie:
- Czego szukasz? – recenzent nie podniósł nawet głowy znad kartki papieru.
- Człowieka – odparł lekko patetycznie i ze śmiechem Rabittous.
- Tu ich nie ma – rzucił krótko Aerial.
- A gdzie są? – drążył sprawę Namiestnik.
- W tajnej melinie Cechu. Pod czwartą skrzynią, tuż obok pustej amfory po winie, znajdziesz klapę. Tam będzie drabina po której zejdziesz w dół – odpowiedział mocno poirytowany recenzent.
- Hm... Dziękuję – powiedział Rabi i uśmiechnął się.
Poszedł więc tam, gdzie skierował go Aerial. Rzecz jasna, pracownik Cechu nie pomylił się. Współrzędne zgadzały się w stu procentach. Rabittous podniósł klapę i zszedł po drabinie na dół. Znalazł się w korytarzu pełnym pajęczyn i miętówek. O ile te drugie można było wytłumaczyć, to jednak z pajęczynami byłyby problemy. Namiestnik schwycił więc pochodnię w jedną dłoń, a w drugą kilka miętówek. Uzbrojony po zęby ruszył dziarsko do przodu, ale pośliznął się na psiej kupie, także całą drogę przebył w pozycji ukośnej, na jednej nodze. Na szczęście psia kupa była śliska, więc przebycie całej drogi zajęło tylko kilka sekund. Pod koniec zahaczył jednak o spory głaz, przez co został wystrzelony w powietrze. Odgłos uderzenia głową w strop, który towarzyszył całemu wydarzeniu, zadowoliłby nawet najbardziej wybrednego melomana. Rabittous wylądował na szczęście bezpiecznie i miękko. Spojrzał w górę i zobaczył trzy tabliczki. Na każdej ktoś pośpiesznie nakreślił liczbę dziesięć. Tabliczki trzymali dziwni osobnicy z papierowymi torbami na głowach. W torbach wycięto otwory na oczy, nos i usta.
Rabi, oszołomiony w dalszym ciągu szybką jazdą, lotem i lądowaniem, spojrzał po nich tępo. Podniósł pochodnię, by przyjrzeć się bliżej postaciom, ale tez i całemu pomieszczeniu. W tajnej melinie Cechu znajdowało się kilkunastu ludzi w papierowych torbach. Oprócz nich, był tu jeszcze malutki stolik i jeden taborecik, który rozsypywał się ze starości.
Rabittous wystraszył się, podniósł się z ziemi i zaczął wymachiwać pochodnią. Krzyczał przy tym „Nie weźmiecie mnie żywcem, potwory!”, ale nikt go nie słuchał. Jedna z postaci podeszła do Rabiego, przystawiła papierosa do pochodni i zaciągnęła się.
- Dzięki, Rabittous – powiedział męski głos, a następnie spod torby uniosły się kłęby papierosowego dymu.
- Nie ma za co – powiedział skromnie Namiestnik. – Ale mówcie, kim jesteście!
Ludzie w torbach spojrzeli po sobie. Zebrali się w ciasną grupkę, założyli ręce na ramiona sąsiada z lewej i prawej i zaczęli ostrą dyskusję.
- Powiemy mu? – powiedział jakiś mężczyzna.
- Zgłupiałeś? – odpowiedział również mężczyzna, ale inny; w dodatku trochę cieńszym głosem.
- To co? – dodał kolejny.
- Powiemy mu! – zapiszczał kobiecy głosik.
- Ty siedź cicho, ty się na polityce nie znasz – dorzucił ktoś z tyłu.
- To furiat, lepiej go nie drażnić – dopowiedziała kolejna kobieta.
- Eeee... Nie po to zaciągnąłem się do Salve, żeby teraz walczyć z furiatem; w dodatku Namiestnikiem – jęknął ktoś głośno.
- Głodny jestem... – mruknął młody głos.
- Ja też – dopowiedziała kobietka, która wcześniej ostrzegała przed furiatem.
- To co? – zapytał ktoś basem.
- Powiemy mu, kim jesteśmy – powiedział jakiś męski głos.
Cała grupka „papierowych ludzi” (tak nazywał ich w myśli Rabittous) odwróciła się do zdezorientowanego Namiestnika. Spojrzeli po sobie i szukali kogoś, kto dzielnie wyzna całą prawdę. W końcu ktoś wypchnął jednego mężczyznę przed szereg ze słowami: „Ku chwale ojczyzny!”, poczym sam się schował w szeregu. „Wybraniec” podszedł nieśmiało do Namiestnika i powiedział:
- Rabi... To my... – cichutko wyszeptał.
- Tak, wiem, że to wy... Ale co za wy? – zapytał Namiestnik i w myśli wzruszył ramionami.
- No... My, obywatele Salvetarionu – powiedział nieśmiało „ochotnik”.
- A tak szczegółowiej?
- No... Ja – Sentenza... Do tego Lokos, Smutas, Don... To znaczy Fremen, Seziel, GuRt, Upadły, Janus, Xilk, Rex, MasterBlaster, Murthag, Xingu, Neton, Cursed się przyplątał... Do tego nawet Piąteczka i Ka7.
- Ło, matko... Więcej was tu matka nie miała? – powiedział zdziwiony Rabittous.
- Rabi, gdybyś użył tego zdania w jakimś opku, od razu zebrałbyś baty za powtórzenie wyrazu „matka”. A feeee – syknęła Ka7.
Wszyscy spojrzeli na nią dziwnym wzrokiem.
- No co? Skrzywienie zawodowe... – zarumieniła się Ka7.
- Nieważne. Pytanie, co tu robicie? Skąd te papierowe torby na głowach? – dociekał Rabittous.
- Chcesz wiedzieć? – zapytał Smutas.
- Tak, chcę – zapytał gniewnie Namiestnik.
- Obiecaj, że nie będziesz płakał – dorzucił swoje Janus.
- Ani wił się na podłodze jak wąż – dodał trzy grosze Xilk.
- Ani machał... – zaczął Lokos, ale przerwał mu Rabittous:
- Nie zrobię nic! Ale wam zrobię krzywdę, jeśli nie dowiem się, skąd te torby na głowie! I co tu, do jasnej ciasnej, robicie! – krzyczał Rabittous.
- W porząsiu. Rex, przedstaw Rabiemu, co i jak leży, tak jak prawidłowo należy – zarymował Murthag.
- Khem, khem... No więc... – zaczął Rex, ale przerwała mu Ka7.
- Nie zaczyna się zdania od „No więc”! Ha! Twoje opowiadanie straciłoby kolejny punkt! – piszczała ze szczęścia recenzentka.
- Cicho – rzucił Seziel. Ka7, zauroczona głosem i charyzmą wspomnianego samca, zamilkła w jednej chwili.
- Rabi... Moim obowiązkiem było zajmowanie się finansami wszystkich Salvetoriańczyków... No i wypełniałem swój obowiązek.
- Więc w czym problem, Rex? – zapytał podejrzliwie Rabittous.
- Zapomniałem jednak przy tym wszystkim o najgorszym... Najstraszniejsza rzecz, jaka mogła nas dopaść... – biadolił księgowy.
- Orkowie pod murami Salvetarionu? Armia jaszczuroludzi zbiera się w pobliżu? Przybyły smoki? A może zdrada od wewnątrz? – dopytywał się nerwowo Namiestnik.
- Gorzej... Mianowicie... Upomniał się o nas...
- Sam Beliar? A może Adanos uznał, że złamaliśmy odwieczną równowagę? Hm? – dociekał Rabittous.
- Gorzej... Sir, najgorsza rzecz, jaka mogła nam się przytrafić, to...
- Wykrztuś to z siebie, do cholery! – krzyknął Upadły.
- Namiestniku, zainteresował się nami FISKUS! – powiedział Rex i rozpłakał się jak dziecko.
Reszta obecnych poszła w jego ślady. Aerial, który siedział na górze i męczył kolejne opowiadanie, napchał sobie waty do uszu i pomyślał: „Żłobek założyli, czy jak?”.
Przez następnych parę godzin nic się nie zmieniało. Wszyscy na dole płakali jak dzieci (ew. jak bobry – jeśli ktoś lubi te zwierzątka), na górze zaś Aerial darł na strzępy kolejne opowiadanie. Możliwe, że płakaliby tak do końca świata, gdyby nie pomysł Fremena.
- Panowie i panie... Napijmy się! Ku czci Salvetarionu!
Jak nietrudno się domyśleć, jakieś pięć minut później atmosfera rozluźniła się, a z nią towarzystwo. Jednak nikt nie zdjął torby z głowy.
- Dlaczego wy macie te torby? – zapytał w miarę trzeźwy (jeszcze) Rabittous.
- Żeby nas nie odkryli... Wiesz, jakie miałbym przez to problemy? Parę lat po sądach by mnie ciągali! – wyjęczał MasterBlaster i wypłakał się w rękaw Namiestnika.
Z każdą minutą i każdą nową flaszką atmosfera rozluźniała się. Wszyscy trzymali jednak torby na głowach. Strach przed tym złym słowem na „F” był silniejszy. Nie przeszkadzało to jednak Cursedowi w bajerowaniu Piąteczki.
- No i wiesz... Jak mnie wtedy napadli, to myślę sobie „Zginę, a nie pożegnałem się z kochaną Piąteczką”. Aż się popłakałem wtedy... Dasz buzi? – Cursed z trudem składał wyrazy.
- Cursed... Chłopie... Co ty robisz? – wybełkotał Xingu.
- Cicho... Z Piąteczką gadam... – powiedział uśmiechnięty.
- Eeee... Piąteczka siedzi w tamtym kącie... Razem z Ka7 malują sobie paznokcie – powiedział zdziwiony Xingu.
- Eeee? To z kim ja gadam?
- Ze Smutasem – zarechotał GuRt.
Smutas wystawił swoją potężną pięść do przodu i niechcący trafił w Curseda. A że Smutas to kawał chłopa, biedny Cursed przeleciał parę metrów. Wylądował na beczkach z winem, także nie mógł narzekać ani biadolić.
Imprezka dobiegła końca. Wszyscy, którzy trzymali się na nogach, sprzątali bałagan. Później zabrali się za wynoszenie tych zalanych w trupa. Smutas miał wyjątkowo mocny łeb, więc był trzeźwy, chociaż wypił więcej niż reszta. Na samym końcu wyciągali z meliny biednego Rabittousa, który płakał, że nie opuści Salvetarionu. Na szczęście miał łaskotki, także odklejenie go od belki nie zajęło wiele czasu. Wszyscy opuścili bramy miasta. Smutas na pamiątkę wziął sobie klucze do bram. Kiedy jednak spotkał duży oddział Orków, z uśmiechem na ustach wręczył im klucze. „Niech oni się męczą z fiskusem” – powiedział i uśmiechnął się do swoich towarzyszy. Cursed, na odchodnym, postanowił ostatni raz dokuczyć Berserkerowi. Zapytał go więc:
- Dasz buzi, kochanie? – i wcisnął mu na głowę papierową torbę.
Dalsza podróż szybko zleciała Smutasowi, który gonił mrocznego elfa, wymachując toporem. Reszta zaś nudziła się okropnie... Nawet krzyki barbarzyńcy nie były w stanie ożywić skacowanego (tj. smutnego) korowodu. Cała ich podróż w poszukiwaniu nieznanego zakończyła się...
__________________

Bo rodzina to jest siła!
A Łukaszek i Mieszko to dobrzy ludzie są.
Największy zboczeniec Królestwa

RPG
Prosiaq jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 26-08-06, 14:45   #2
Seziel
 
Posty: n/a
Domyślnie

Takie pytanie...
Cytat:
Słońce powoli zachodziło krwawo nad zamkiem Namiestnika Salvetarionu. Tak naprawdę nie krwawiło, ale dodaje to swoistej nutki dramatyczności. Wróćmy jednak do słońca. Zachodziło więc powoli nad siedzibą Namiestnika Salve. Kochanemu ognistemu krążkowi nie spieszyło się – w końcu kto miałby je popędzać i ochrzaniać?
W końcu jednak zaszło za horyzont i ustąpiło miejsca swojemu bratu, księżycowi, który dzielnie odbijał światło innych gwiazd i przekazywał je (światło, nie gwiazdy) Ziemi. Dzielny był z niego chłop. O ile jakiekolwiek ciało niebieskie można nazwać chłopem...
To mialo być śmieszne czy po prostu nie wyszło?

A co do całego tekstu... Nic ciekawego. Fatalny początek, dalej troche lepiej ale ogólnie opowiadanie nic ciekawego ze sobą nie niesie... Klimat psują angielskie zwroty i dopiski w nawiasach które jak mysle rowniez miały być śmieszne. Strona fabularna również nie prezentuje się najlepiej - na pewno nie dałbym czegoś takiego na oficjalną przyczynę upadku miasta. Fabuła mnie nie porwała, była mało interesująca.

4/10
RPG
 
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 01-09-06, 18:10   #3
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie

Trochę się pośmiałem przy niektórych zwrotach. W sumie pomysł dość oryginalny, ale i jest kilka zastrzeżeń. W niektórych miejscach nie trzymasz ogólnego poziomu. Sprawia to wrażenie, jakbyś się śpieszył, żeby popchnąc akcję dalej, do kolejnego śmiesznego monentu. Gdyby nie to, uśmiech z mojej twarzy ani razu by nie zniknął. A tak... W kilku miejscach nie załapałem o co chodzi.

Ale ogólnie opko mi się spodobało. MOże bardziej by pasowało do kategorii opek do smiechu, niż do tego konkursu, ale u mnie ma 8 punktów na 10 możliwych.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 11-09-06, 20:04   #4
Lokos
Cieniostwór
 
Lokos awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2006
Skąd: Dark Fortress
Posty: 566
Domyślnie

Co do tekstu: żadna rewelacja. Wręcz dziwie się, że napisałeś coś takiego na konkurs. Wkradło się do opka dużo powtórzeń i zwroty, któtr na pracy konkursowej nie powinny mieć miejsca. Błędów ortografciznych nie było, ani interpunkcjynych. Niektórych zdań nie rozumiałem w ogóle. Początek do kitu, później juz trochę lepiej, fabuły nie rozumiem w ogóle, ale czasami się uśmiałem przy niektórytch tekstach. W ogóle nie ma tu czasu, kiedy tak naprawdę upada Salve, kiedy ten Fiskus się naprawdę pojawia i czy jest groźny. Powiem szczerze, że plusy u mnie dał Ci tylko ten wkradający się do tekstu humor. Czyli jak z oceną końcową: 5/10?

Wybacz, że tak surowo, ale takie są realia
__________________
Pracowity Sługa Beliara | Podziemny Tropiciel, Tropiciel Turnieju Chowanego | Czempion Podziemia | Złoty Czempion ŚP
"Kości stają się silniejsze, po tym jak się zrosną."
Ave crux, spes unica! | Victoria concordia crescit | FEiE

Poszukiwacz Podziemia
RPG
Lokos jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Plenacoris - kolejna praca konkursowa Smutas FanFick 5 19-02-09 10:59
Praca na KnWLzG Sad Statue FanFick 4 10-04-07 09:44
Praca na KnOUS piters2005 FanFick 2 22-10-06 14:52
Czarna Krucjata - I miejsce KnOUS TheFlood FanFick 6 01-09-06 12:07


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.