Wróć   Forum Gothic - ArcaniA: Gothic 4 > Inne > Art & Story Forum
Przeładuj stronę Porażka

Odpowiedz
Narzędzia wątku Wygląd
Nieprzeczytane 30-08-05, 02:57   #1
Kaseven
Zębacz
 
Kaseven awatar
 
Zarejestrowany: sierpień 2005
Posty: 417
Wyślij wiadomość przez AIM do Kaseven
Cool

ROZDZIAŁ I

Każdego dnia przez farmę Gonrama przewijały się dziesiątki ludzi. W ciągu ostatniego tygodnia to niewielki gospodarstwo na północ od posiadłości Onara odwiedziło chyba więcej wędrowców, niż w ubiegłym roku łącznie. Niewątpliwie wielką zasługę w tym miała nieunikniona wojna z orkami, która zdawała się zbliżać wielkimi krokami, spędzając wszystkim sen z powiek. Większość przybyszy migrowała w góry w nadziei na znalezienie tam bezpiecznego schronienia. Inni z kolei udawali się w kierunku miasta wierząc, że jego gruby mury ochronią ich przed nadchodzącym konfliktem. Wszyscy jednak zatrzymywali się chwilowo na farmie, by odpocząć przed dalszą wędrówką lub uzupełnić swój ekwipunek.
Żadnego z rolników nie zdziwił zatem widok kolejnego przybysza, który ukazał się na ścieżce prowadzącej do gospodarstwa. Był to niewysoki i raczej chudy młodzieniec, o płowych włosach i pociągłej twarzy. Miał na sobie długi, szary płaszcz, spod którego widać było brązowawy kaftan podobny do tych, jakie zwykli nosić mieszkańcy Górnego Miasta w Khorinis. Od pozostałych wędrowców młodziana zdawały się odróżniać tylko dwie rzeczy – nie miał on torby podróżnej, a jego ubranie wyglądało na czyste i świeże. Można było stąd wnioskować, że nie przybywa on z daleka.
Najwyraźniej farma Gonrama nie była dla owego przybysza obca, bowiem pewnym krokiem skierował się on w stronę chaty kowala Ranhasa, stojącej obok wielkiego spichlerza. Jego uwagę przykuło dwóch nowicjuszy z klasztoru Magów Ognia, którzy siedzieli na murku przy studni i zawzięcie o czymś dyskutowali, nie zwracając zupełnie uwagi na wędrowca. Młodzieniec przyjrzał się im uważnie. Następnie podszedł do drzwi chaty i zastukał w nie trzy razy. Przez chwilę nasłuchiwał, po czym zapukał ponownie, tym razem silniej. Drzwi otwarły się z okropnym skrzypieniem, od którego ciarki przechodziły przez całe ciało. Stanął w nich osobnik, który niewątpliwie u niejednego człowieka już samym swym wyglądem wzbudziłby respekt. Kowal był bowiem wielki jak niedźwiedź i - chociaż miał już ponad pięćdziesiąt lat na karku – wciąż sprawiał wrażenie takiego, co dziesięciu chłopom jednocześnie byłby gotów kości pogruchotać. Na jego brodzie i policzkach widniał kilkudniowy zarost, a w gąszcz ciemnych włosów powoli wkradała się siwizna. Sądząc po mocno podkrążonych oczach, nie spał on od wielu dni.
- Czego? – rzucił opryskliwie Ranhas, który wyraźnie nie miał ochoty na zabawę w wymianę uprzejmości.
- Przybyłem po towar. – oznajmił chłodno wędrowiec. Wyglądał na osobę, która nie wie nawet jak prawidłowo utrzymać miecz w dłoni, a mimo to nie okazywał choćby odrobiny bojaźni.
- Zjeżdżaj stąd, cherlaku! Albo będą cię zaraz mokrą szmatą zbierać! – warknął kowal, podwijając jednocześnie rękawy swojej rozchełstanej koszuli. – Mówiłem już, że skończyłem z tym całym cholernym interesem. Nie mam już z wami nic wspólnego! Wynocha!
Młodzieniec wyglądał na trochę zmieszanego. Ale tylko przez moment.
- Mam dla ciebie pewną małą propozycję. I lepiej, żebyś mnie wysłuchał, dobrze ci radzę. – odparł, mrużąc złowieszczo swoje zielono-szare oczy. To był głos, który nie znosił sprzeciwu. – Jeśli nie, możesz tego jeszcze pożałować i to bardzo. – dodał, wymawiając ostatnie słowa ze szczególnym naciskiem.
Ranhas uważnie zmierzył go wzrokiem. Zapadła denerwująca cisza. Obydwaj patrzyli sobie wzajemnie w oczy, czekając na ruch przeciwnika.
- No dobrze. – zdecydował się w końcu przerwać milczenie kowal. – Ale nie tutaj. Za dużo podejrzanych typków się tu kręci. Wejdźmy do środka.
Odsunął się na bok, wskazując ręką na drzwi swojej chaty w zapraszającym geście. Przybysz wahał się przez moment, ale w końcu przekroczył próg domu, a Ranhas podążył za nim. Lewą ręką kowal zamknął za sobą drzwi, a drugą położył na rękojeści długiego miecza, który miał przywieszony u boku. Jednym gwałtownym ruchem wyciągnął broń i z rozmachem ciął na skos przez plecy nieznajomego, poczynając od jego prawego barku. Ale ostrze jedynie przecięło ze świstem powietrze, nie napotykając żadnego oporu. Ranhas z impetu postąpił jeszcze dwa kroki do przodu. Przybysz po prostu zniknął. Kowal powiódł po izbie oczyma prawie wybałuszonymi na wierzch ze zdziwienia. Nagle poczuł się dziwnie słaby i runął na kolana, charcząc niczym dobijany zwierz. Miecz wyśliznął się z jego dłoni. Coś go dusiło. Od środka. Instynktownie przyłożył ręce do szyi. Świat wirował w jego oczach jak w jakimś narkotycznym śnie.
Wszystko ustało równie gwałtownie, jak się zaczęło.
- Widzę, że nie uznajesz już prawa gościnności. – do uszu Ranhasa dobiegł drwiący głos.
Kowal nie od razu ośmielił się unieść głowę. Nagle dostał przebłysku porównywalnego jedynie do uczucia po uderzeniu metalowym drągiem w łepetynę. Głos przybysza – nadzwyczaj poważny i stanowczy jak na jego młody wiek – od początku wydawał się rzemieślnikowi dziwnie znajomy. Właśnie uświadomił sobie, dlaczego.
Przed Ranhasem stał stary mag w ciemnej szacie zdobionej dziwnymi czerwonymi symbolami. Jego twarz poorana była zmarszczkami, ale jednocześnie biła z niej jakby potęga. Najdziwniejsze były chyba jego oczy. Pozbawione źrenic i tęczówek – same białka, co nadawało magowi iście złowrogi wygląd.
- Xardas! Ale jak... – wydusił w końcu z siebie kowal, kiedy szok po całym tym zajściu zaczął powoli w nim ustępować.
Nekromanta zbliżył się i podał Ranhasowi rękę, pomagając mu wstać. Ten podniósł się z podłogi, z twarzą wciąż zastygłą w wyrazie osłupienia.
- Wybacz to całe zamieszanie. Nie chciałem, by tak się to skończyło. – zaczął usprawiedliwiać się mag. – Pragnąłem jedynie z tobą porozmawiać.
- To był iluzja, tak? – do kowala powoli zaczynało coś docierać. Xardas skinął głową. – Ale skąd u diabła wiedziałeś o tym handlu zielem?
- Sam mi to powiedziałeś poprzednim razem, nie pamiętasz?
Teraz z kolei Ranhas pokiwał głową, jakby do własnych myśli. Otrzepał ubranie z pyłu i podniósł z podłogi upuszczony miecz, który włożył następnie do pochwy. Podszedł do stołu stojącego na środku izby. Ręką wskazał magowi jedyne krzesło, jakie stało w pomieszczeniu, a sam usiadł na wiekowym taborecie, który chyba tylko dzięki dobrej woli nie załamał się pod jego cielskiem.
W pokoju było ciemno. Między brunatnymi zasłonami przebija tylko niewielka smuga światła. Na prawo znajdowało się łóżko i piec kaflowy, na którym stał wielki gar oraz kilka mniejszych naczyń i dzbanków. Resztę izby zajmowały drewniane skrzynie oraz szafy, po których wyglądzie można było wnioskować, że niejedno pokolenie korników zdążyło się już w nich odchować.
- O matko droga! Ty to dopiero masz pomysły! – zaczął rozmowę Ranhas. – Nie mogłeś się tutaj teleportować albo normalnie do mnie przyjść, tylko od razu jakieś głupie podchody urządzać?
- Teleportować? Tak jak ostatnio? – odpowiedział Xardas uśmiechając się przy tym dziwnie. – Poza tym ta druga opcja też nie byłaby zbyt mądra. Powiedzmy, że z pewnych przyczyn szczególnie zależy mi teraz na braku rozgłosu. Przedstawić ci się wtedy również nie mogłem, bo zapewne byś mi nie uwierzył. A jak cię znam, nigdy nie wpuszczasz żadnych obcych do swojego domu, więc musiałem znaleźć ku temu jakiś dobry powód.
Kowal podrapał się w zamyśleniu po głowie.
- A może teraz ty mi wyjaśnisz, dlaczego rzuciłeś się na mnie z mieczem? – spytał mag, uważnie wpatrując się w twarz przyjaciela.
- Oj, kochany! To długa historia! – odparł Ranhas, który wyglądał na mocno zakłopotanego. – Jak pewnie wiesz, wcześniej robiłem interesy z Kardifem, właścicielem tej obskurnej speluny w Dzielnicy Portowej. Byłem tylko pośrednikiem – zbieracze przynosili do mnie mnóstwo bagiennego ziela, a ja odkupywałem je od nich i podawałem posłańcowi, którego przysyłał z miasta Kardif. Ale to mówiłem ci już wcześniej.
Kowal wziął głęboki wdech, zanim zaczął opowiadać dalej.
- Interes kwitł w najlepsze i wszystko byłoby cacy, gdyby nie pewien wypadek. Tydzień temu przyszedł do mnie jakiś wyrostek i przedstawił się jako wysłaniec od karczmarza po ziele. Trochę mnie to zdziwiło, bo w życiu go na oczy nie widziałem. Pomyślałem sobie wtedy, że może Kardif jakiegoś nowego chłopaka najął. Wszystko zdawało się zgadzać, bo młokos znał nasze hasło i miał z sobą umówioną sumkę, wiec nie robiłem mu żadnych problemów przy ubiciu transakcji. Wziąłem od niego pieniądze i dałem mu paczkę bagiennego ziela. A ten nagle wyjmuje miecz i mówi mi, że jest strażnikiem miejskim wysłanym tu z tajną misją przez jakiegoś lorda Andre czy cholera jedna tam wie kogo! I jestem aresztowany pod zarzutem przemytu bagiennego ziela do miasta, a posiłki już w drodze! Jak mi się wtedy ciemno przed oczami zrobiło... Ale nie miałem ze sobą żadnej broni i co mogłem zrobić? A ten wyrostek jeszcze mi zaczyna nawijać jak najęty, że dzięki mojej głowie to go ten cały Andre rycerzem pewnie mianuje. Generałem może od razu, cholera jasna! Kazał mi się odwrócić i powoli wyjść na zewnątrz. Gdy już miałem nacisnąć klamkę, rzuciło mi się w oczy krzesło, co obok drzwi stało. Pomyślałem sobie: raz kozie śmierć! Odskoczyłem w bok, chwyciłem raptownie za drewniane oparcie i z półobrotu uderzyłem w tego chłystka. On oczywiście się tego nie spodziewał, ale niezdarnie zamachnął się na mnie. Jego miecz przeciął krzesło - bo to stare próchno było – na szczęście jednak ostrze trochę zeszło z toru. Inaczej pewnie by mi głowę roztrzaskało! Zanim strażnik zdążył wyprowadzić kolejny cios, rzuciłem się na niego i swoim ciężarem zbiłem go z nóg. Nawet się z nim specjalnie nie szamotałem, bo w gruncie rzeczy silny nie był. Rozłożyłem go na łopatki, usiadłem mu na brzuchu i zacząłem go okładać raz prawą, raz lewą pięścią. Jak stracił przytomność, to wyjąłem z kufra siekierę, co nią zazwyczaj drzewo na opał dziabię. Nagle jakby diabeł we mnie wstąpił – waliłem w niego tą siekierą przez dobrą chwilę, choć chłopak pewnie dawno już nie żył.
Ranhas westchnął ciężko i pokręcił powoli głową.
- Gdyby to był doświadczony wojownik, a nie jakiś tłuk w ciemię bity, co tylko o awansie marzy i wielce odważnego stroi, to pewnie ja bym tam na podłodze zakrwawiony leżał. W końcu dotarło do mnie, że zabiłem strażnika i co mnie za to czeka. Pewnie powiesiliby mnie w mieście dla przykładu, albo od razu zatłukli na miejscu jak psa. Ogarnęła mnie wtedy taka panika, że nie wiedziałem co robić – próbować ukryć zwłoki, czy może po prostu zabrać, ile zdołam unieść ze swego dobytku i uciekać do lasu? A ten młodzik jeszcze coś o jakichś posiłkach wspominał! Ale pomyślałem sobie, że przecież nie ma żadnych świadków na to, że ja tego strażnika zabiłem, a jak go wpuszczałem do domu, to też nikt tego nie widział. Może jeszcze była dla mnie jakaś szansa! Musiałem się tego ciała pozbyć. Nie zdołałbym go wtedy wynieść, by nikt tego nie przyuważył. I przypomniał mi się wtedy ten wielki gar, co moja stara w nim niekiedy pościel i obrusy gotowała, jak ich doprać nie mogła. – kowal wskazał na ogromny sagan stojący na piecu kaflowym.
- Wziąłem siekierę i zacząłem nią tego młodzika rąbać tak, by się do tego gara zmieścił. Za wiele nie musiałem się napracować, bo wcześniej porządnie go zmasakrowałem. Jak już go do tego garnka wrzuciłem, to pomyślałem sobie o tej kiszone kapuście, co w drugim naczyniu była. Kilka dnie temu z piwnicy ją wyniosłem, a że w chacie gorąco było, to zaczęła gnić i śmierdziała przy tym okrutnie. Kapustę przerzuciłem na wierzch do tego wielkiego sagana, co trup w nim leżał. Wyciągnąłem z kufra jakieś stare ciuchy po mojej małżonce, zacząłem maczać je w wiadrze z wodą i całą izbę z krwi szorować. O matko, nigdy nie sądziłem, że tak szybko się uwijać potrafię! Potem wrzuciłem szmaty do pieca razem z tą przeklętą paczką bagiennego ziela, połamanym krzesłem i swoim zakrwawionym ubraniem. Przebrałem się i wyszedłem za chatę z wiaderkiem, by zabrudzoną na czerwono wodę wylać. Zaledwie się z tym uporałem i chciałem już do izby wracać, a tu zobaczyłem, że pięciu strażników miejskich w moim kierunku idzie. Miastu setka niebezpieczeństw zagraża, a oni cholera nie mieli oczywiście nic lepszego do roboty, jak tylko się po wioskach za jakimś zielem uganiać! Jeden z nich podszedł do mnie – to on tu chyba dowodził – i powiedział, że jakiegoś jegomościa szukają. Tak się „przypadkiem” złożyło, że opis idealnie pasował do tego wyrostka, co go siekierą zatłukłem. Odpowiedziałem mu, że był tu taki jeden i nowy miecz chciał kupić, ale nie miałem akurat nic do sprzedania, więc poszedł sobie dalej. Nie myślałem nawet, że w taką bujdę uwierzą. I pewnie nie uwierzyli. Mógłbym im równie dobrze powiedzieć, że owego młodzika w życiu na oczy nie widziałem, ale tego też by nie łyknęli. Ten ich przywódca zapytał mnie, czy mogą tak dla pewności moje mieszkanie przeszukać. Serce waliło mi jak młot. Już miałem otwierać usta, by powiedzieć, że sobie tego absolutnie nie życzę, a oni nagle wbiegli do mojej chaty i zaczęli wszystko wywracać. Widocznie wcale im na tej mojej zgodzie nie zależało. Jeden ze strażników nawet do tego wielkiego gara chciał zajrzeć, ale jak tylko odsunął pokrywkę, to swąd zgniłej kapusty tak go zniechęcił, że natychmiast odłożył ją z powrotem. Przetrząsnęli całą izbę, ale nic nie znaleźli, bo spaliłem prawie wszystko, co mogłoby mnie pogrążyć. Przeprosili mnie za to najście i poszli sobie dalej jak gdyby nigdy nic. Tak sobie później pomyślałem: ja i Gonram jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, a on z kolei jest kuzynem samego burmistrza Khorinis. Pewnie jakaś tam piąta woda po kisielu, ale zawsze rodzina, więc nie mogli mnie zgarnąć ot tak, bez żadnych dowodów. Poza tym Gonram nie dołączył do buntu farmerów i cały czas opowiadał się za królem, nawet gdy podżegacz Onar szczuł nas tymi swoimi najemnikami. Władze miasta chyba nie chciały sobie z nami dobrych stosunków psuć.
- Zaatakowałeś mnie sądząc, że jestem kolejnym strażnikiem miejskim w przebraniu? – zapytał Xardas, który przysłuchiwał się całej tej historii z lekkim niedowierzaniem. – Takie zachowanie nie było raczej popisem inteligencji.
- Może szczególnie sprytny to ja nigdy nie byłem, ale trochę oleju w głowie jeszcze mam. – odpowiedział z przekąsem kowal. – Gdybym wziął cię wtedy za strażnika, to pewnie bym cię po prostu spławił. Jeden trup w garnku zdecydowanie mi wystarczy, dziękuję bardzo!
- Zatem dlaczego?
- Na akcji z tym wyrostkiem moje kłopoty bynajmniej się nie skończyły. – ciągnął dalej swoją opowieść Ranhas. – Trzy dni potem przyszedł do mnie Nagur. To jeden z tych typów spod ciemnej gwiazdy, co by pewnie własnej matce nóż w plecy wbili. Kumplował się z Kardifem i przesiadywał często w jego knajpie, a teraz podobno przejął po nim cały interes. Opowiedział mi dokładnie o tym, co się stało. Podobno ktoś doniósł dowódcy straży miejskiej o naszym małym handelku. Kardif został aresztowany, a strażnicy wyciągnęli od niego informację, od kogo sprowadza do miasta ziele. Potem wysłali do mnie tego fałszywego posłańca, który miał znaleźć jakieś potwierdzenie słów karczmarza. Ale ten młodzik chciał całą sławę dla siebie zagarnąć i nie poczekał na przybycie posiłków, co mnie uratowało, a jego zgubiło. Nagur próbował mnie nakłonić, bym nie rezygnował z przemytu bagiennego ziela, bo sam planował zająć miejsce Kardifa. Zapewniał przy tym, że strażnicy nie będą mnie już więcej niepokoić, bo siedzą teraz u niego w kieszeni. Tajemniczy donosiciel na nikogo także więcej nie naskarży, bo nie jest już do tego zdolny, co – jak znałem Nagura – wiązało się zapewne również z brakiem zdolności do dalszej egzystencji. Ale ja miałem tego całego cholernego interesu serdecznie dosyć, więc mu wtedy odmówiłem. Ten zbir oczywiście wściekł się niesamowicie i zaczął wrzeszczeć, że jeszcze tego pożałuje. Po chwili jednak uspokoił się i powiedział, że da mi trochę czasu do namysłu, bym mógł ochłonąć po ostatnich wydarzeniach. Zaznaczył także wyraźnie, iż lepiej byłoby, abym zmienił zdanie, bo może się to dla mnie bardzo źle skończyć. Minęły kolejne trzy dni. Gdy wieczorem zbierałam w lesie drzewo na opał, podeszło do mnie dwóch oprychów. Twierdzili, że przysyła ich Nagur i zapytali się, czy zgadzam się na jego propozycję współpracy. Kiedy odmówiłem, rzucili się na mnie z mieczami, a ja bynajmniej nie pozostałem im dłużny, bo od wypadku z tym nieszczęsnym strażnikiem zawsze nosiłem teraz ze sobą broń. W mig się z nimi rozprawiłem. Może stary trochę już jestem, ale przecież kiedyś byłem jednym z najlepszych szermierzy w okolicy. Ogarnął mnie jednak strach. Mogłem skrócić o głowę tych dwóch drabów, ale wiadomo, ilu jeszcze podobnych przyjemniaczków Nagur na mnie naśle? A chętnych na zajęcie pozycji pośrednika po mojej śmierci pewnie nie brakowało. Pewnej nocy przyjdą i po prostu poderżną mi gardło, gdy będę spał. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko ulotnić się gdzieś. Spakowałem, co miałem cennego i zamierzałem wyruszyć następnego ranka, bo nie w smak było mi włóczyć się o zmroku po lesie. Nie zmrużyłem oka, całą noc czuwając, ale nikt nie nadszedł. Rankiem zamierzałem już udać się w drogę. Wtedy to usłyszałem, że ktoś się do drzwi mojej chaty dobija. A dalszy ciąg chyba dobrze znasz.
- To wiele wyjaśnia. – odparł nekromanta, skubiąc swoją białą brodę. – Nagurem i jego poplecznikami już nie będziesz musiał się przejmować.
- A to niby czemu? – spytał kowal ze zdziwieniem w głosie.
Xardas jedynie posłał mu tajemniczy uśmieszek i najwyraźniej nie zamierzał oferować żadnych wyjaśnień. Ranhas chyba pojął, co chodziło jego przyjacielowi po głowie, bo nie drążył już więcej tego tematu.
- Nie miej mi za złe, że cię niczym nie częstuję, ale moja stara przekręciła się rok temu, a u mnie raczej marnie z gotowaniem...
- Nic nie szkodzi. I tak nie jestem głodny. – stary mag spojrzał z obrzydzeniem na olbrzymi gar, stojący na piecu.
Kowal błyskawicznie zauważył, co przykuło uwagę nekromanty i zaśmiał się swoim grubym głosem.
- Daj spokój! Przecież go nie zjadłem! – rzucił wesoło. – Po północy, gdy cała farma już spała w najlepsze, wziąłem ten sagan do lasu i zakopałem pod jakimś drzewem owego młodzika – a właściwie to, co z niego zostało – razem z tą kapustą.
- Nie o tym akurat pomyślałem. Z resztą, to nie ma znaczenia.
- Wiesz, co mnie najbardziej w tym wszystkim śmieszy? Tylko czekać, aż oddziały orków wszystkich nas wymordują i puszczą tą farmę z dymem, a ja teraz najbardziej przejmuję się bandą mieszczuchów z pomyślunkiem cięższym niż orkowy topór! Pewnie w tym momencie ten stary zgreda Onar musi własne paznokcie ze strachu zżerać. Ha! A tak się mądrował, gdy ogłosił bunt przeciw królowi! Opłacał jakichś bandziorów, by jego majątku bronili. Ludzie powiadali, że ich przywódca ponoć kiedyś nawet generałem w armii królewskiej był. Jasne, a ja pierwszym sekretarzem na dworze Jego Królewskiej Mości! Onar za wiele nie nawojował, bo teraz ta jego obstawa stopniała jak lód w czerwcowe upały, a jak nadejdzie wojna, to na pomoc miasta na pewno nie będzie mógł liczyć. Część zbirów z jego farmy wyruszyła polować na smoki do Górniczej Doliny i już nie wróciła, a nasz samozwańczy generał z kilkoma innymi wesołkami prysnął gdzieś na statku, co go paladynom sprzed nosa zwinął. Podobno razem z nim popłynął nawet Mag Ognia, jakiś uzdrowiciel z miasta oraz dwóch nawiedzonych rycerzy Innosa. Tych ostatnich to pewnie przekupił, bo jakoś nie wierzę, by tak po prostu okręt w ręce tych zbirów oddali. Mieszkańcy miasta muszą się z powodu tej kradzieży bardzo cieszyć. Sami paladyni chyba trochę mniej. Od dawna było wiadomo, że zamierzali myknąć na tym statku z Khorinis, jeśli sytuacja z orkami stałaby się nieciekawa. A tak muszą tu siedzieć, czy im się to podoba czy nie. Wspomniałem wcześniej o smokach. Słyszałeś, że w Górniczej Dolinie ponoć te prastare gady się pojawiły?
- Doprawdy? – mruknął Xardas, który starał się wyglądać na mniej znudzonego, niż pewnie w rzeczywistości był. Ranhas niewątpliwie był jednym z najwybitniejszych i nigdy nie odkrytych talentów królestwa Myrtany, bowiem jego opowiadania z pewnością zrewolucjonizowałyby tutejszą medycynę w zakresie leczenia bezsenności.
- Tak! Bodajże ze dwadzieścia ich tam nawet było, a tak przynajmniej twierdzili ci, co się z tej doliny wydostali. – ciągnął dalej zawzięcie kowal, nie zwracając uwagi na to, iż jego przyjaciel zaczynał już lekko drzemać. – W to, że orkowie oblegali zamek, to może jeszcze bym uwierzył. Ale w smoki? Zobaczył pewnie jakiś siusiumajtek jeden z drugim przerośniętą jaszczurkę i od razu narobili wielkiego wrzasku, że ich smoki atakują. A wiesz, co ja o tym wszystkim myślę? Oni tam w tym zamku nie mają nic ciekawszego do roboty, tylko siedzą na tyłkach, robią pod siebie ze strachu przed orkami i wymyślają takie głupie bajeczki, by je pewnie później wnusiom opowiadać, jak się stamtąd wydostaną. Najbardziej w tej całej historii rozśmieszyło mnie to, że potem przyszedł tam jakiś tłuk z mieczem większym od niego. Trach-ciach i już wszystkie smoki ziemię gryzą! Podobno to był jakiś mistrz miecza. Phi! Mistrz?! Chyba w siusianiu na odległość!
- Nie masz żadnych wieści o Alytnarze? Doszły do mnie słuchy, że po opuszczeniu Khorinis wstąpił do klasztoru Magów Ognia. – nekromanta chyba się w końcu przebudził.
Kowal przechylił głowę na bok, opierając ją na łokciu i wpatrywał się z zaciekawieniem w Xardasa, uśmiechając się przy tym głupkowato.
- A co ty tak zacząłeś się nim interesować, co? Naszło cię nagle na przeprosiny czy może przyjaciół na starość sobie szukasz? – powiedział kpiąco Ranhas.
- Załóżmy, że chcę mu złożyć bardzo interesującą propozycję i dlatego muszę go koniecznie odnaleźć. – odparł starzec, ignorując drwiny przyjaciela.
Kowal przysunął się bliżej do maga, patrząc mu prosto w oczy.
- Dam ci dobrą radę: lepiej trzymaj się od niego z daleka, bo inaczej tak cię przysmaży, że własna matka cię nie pozna!
- I tak nigdy nie chciała mnie znać. – Xardas widocznie nieszczególnie przejął się tą radą.
- Poza tym to cholerny niewdzięcznik i jak już został tym arcymagiem to zapominał, że mu nogi z dupy wyrosły! Za niewiadomo jak wielką osobistość teraz się uważa! On nie jest taki jak ty – ze starym przyjacielem posiedzisz, pogadasz...
- Arcymagiem?
- Tak! Jaśnie Wielmożnym Popieprzonym Arcymagiem Kręgu Ognia i Przełożonym Klasztoru w Varnasis! – kowal nie krył swojej złości. – A wykrzyczał to do mnie jeden ze strażników, bym wiedział, za zamach na czyje życie chcą mnie powiesić!
Xardas zamrugał oczami ze zdziwienia.
- O czym ty mówisz?
- Cały teatrzyk miał miejsce dobre kilka lat temu, wkrótce po tym, jak magiczna bariera nad Górniczą Doliną się rozrosła. Spacerowałem wtedy po mieście. Nie pamiętam już nawet po co właściwie tam przybyłem, ale chyba chciałem uzupełnić zapasy. Zauważyłem wówczas, że wokół Ulicy Kupców zebrał się tłum gapiów, a oddział straży miejskiej pilnuje tam porządku. Jeden z ludzi wyjaśnił mi, że Najwyższa Rada Magów Kręgu Ognia zwołała zebranie w związku z tą barierą i właśnie przybyła jakaś delegacja z kontynentu. Zaczął mi wymieniać po kolei imiona wszystkich tych nadętych jegomości, ale gdy padło słowo „Alytnar” pomyślałem sobie, że to po prostu przypadkowa zbieżność. Mimo iż stałem na samym końcu tłumu, to byłem o wiele wyższy od tych gapiów i widziałem wszystko dokładnie. Ulicą szedł burmistrz, który najwyraźniej wyszedł przybyszom na powitanie, a wraz z nim trzech osobników w szatach Magów Ognia. I wyobraź sobie, że w jednym z nich rozpoznałem nie kogo innego, jak naszego drogiego przyjaciela! Tyle lat już minęło, ale tą jego gębę to wszędzie poznam! Zacząłem wtedy przepychać się przez tłum i wydzierać się w niebogłosy: Alytnar! Alytnar! Jak na złość na moje wołania nie zareagował on, tylko zupełnie ktoś inny – przede mną pojawiło się dwóch strażników. Warknęli na mnie, że mam się cofnąć i przymknąć jadaczkę. Ha! Ledwo to od ziemi odrosło i już myśli, że może mówić mi, co mam robić! Jednego zdjąłem z główki, drugiemu zasunąłem łokciem w gębę i już po kłopocie! Też mi strażnicy od siedmiu boleści! Przepychałem się dalej i już byłem blisko Alytnara, gdy nagle zbiegło się więcej strażników. Znasz mnie i wiesz dobrze, że z takimi cherlakami to ja sobie radzę bez trudu, ale tam było ich bardzo dużo, a na dodatek w takim tłumie nie miałem większej możliwości ruchu. Zdołali powalić mnie na ziemię. Ale koniec końców osiągnąłem swój cel, bo zwróciłem na siebie uwagę tych magów. Zacząłem krzyczeć, że ja i Alytnar jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i chciałem się tylko z nim przywitać, jednak nie uwierzyli mi. Co więcej – powiedzieli, że za próbę zamachu na życie naszego kochanego arcymaga jestem skazany na karę śmierci przez powieszenie! Mnie aż zatkało. Jaką próbę zamachu?! Coś się chyba tym durniom w głowach poprzekręcało! Tłumaczę im cały czas, że to mój przyjaciel, a oni dalej swoje! Wtedy podszedł do mnie Alytnar razem z tymi dwoma magami. Na pewno mnie rozpoznał, tylko nie chciał się do tego drań przyznać! Zrobił na początku taką minę, jakby zobaczył ducha. Rzucił do strażników jakiś wielce wzniosły tekścik, że nie zna tej biednej zabłąkanej duszyczki – czyli mnie, ale jest pewien, że Innos w swej dobroci wybaczyłby mi ten karygodny czyn, zatem on także mi go wybacza i będzie się za mnie modlił, i takie tam brednie. Oprychy ze straży miejskiej odciągnęły mnie potem z tłumu i z hukiem wykopały z miasta.
Xardas roześmiał się.
- Widzę, że twoje stosunki ze strażnikami nigdy nie były zbyt przyjazne.
- A śmiej się, śmiej! Ale niech no kiedyś tego niegodziwca dorwę, to mu ładnie za to odpłacę! Wtedy to już na pewno mnie sobie na długo zapamięta! – kowal pogroził pięścią. – Jeśli tak koniecznie chcesz go odnaleźć, to pewnie będzie w tym całym swoim klasztorze w Varnasis.
- Idąc do ciebie zauważyłem na farmie dwóch nowicjuszy z Kręgu Magów Ognia. Co oni tutaj robią? – zapytał nekromanta.
- A co mają robić? Nic nie robią. Przyszli tu chyba jakieś trzy tygodnie temu i przynieśli z sobą jakiś list do Gonrama. Od tego czasu tylko siedzą i skutecznie pomagają nam w zmniejszaniu zasobów naszej spiżarni. Mówiłeś mi kiedyś, że już z nimi nie trzymasz, to mogę ci teraz powiedzieć, co o nich myślę. To banda obiboków, której nie chce się uczciwie pracować, dlatego zbierają pieniądze na klasztor od naiwniaków. A co w zamian oferują? Odklepanie w mojej intencji jakiegoś wierszyka do Innosa? Dzięki wielkie, ale tyle to mogę sam zrobić i to w dodatku za darmo. A wiesz, że twoi dawni kumple dopytywali się o ciebie?
- Magowie Ognia rozpytywali tutaj o mnie? – Xardas wyglądał na zaskoczonego.
- Tak, ale bez obaw – nic im nie powiedziałem. Nie musisz mi dziękować, bo nie ze względu na ciebie to zrobiłem. Gdyby dowiedzieli się, że ci pomogłem, to pewnie miałbym teraz niezłe kłopoty.
- Skąd wiedzieli, że tu byłem?
- Możliwości jest wiele. W końcu ściągnąłeś na siebie uwagę całej farmy, gdy teleportowałeś się tu zaraz po tym, jak ta świątynia w Górniczej Dolinie omal ci się na łeb nie zawaliła. Na początku nie skojarzyłem tych dwóch zdarzeń, ale to było dzień po zamieszaniu przy kręgu.
- Co masz przez to na myśli?
- Założę się, że słyszałeś o kamiennym kręgu na północ od miasta. Pewnego pięknego dnia na rzadko uczęszczanej drożynie do niego prowadzącej rozegrał się ciekawy wyścig. Najpierw przebiegło tamtędy kilku nowicjuszy z klasztoru, potem dwóch obwiesiów z zakazanymi mordami, a za nimi jakiś gość w zbroi rycerza. Następnego dnia było jeszcze lepiej – przeszedł tą drogą ten uzdrowiciel, co później zwiał na statku razem z tymi mordobijami od Onara, jakiś staruch w czerni, a na koniec prawdziwa niespodzianka – Pyrokar wraz z tym samym osobnikiem, co był tam wczoraj, tylko że tym razem miał na sobie zbroję paladyna. Nie przypominam sobie, by kamienny krąg był jakąś atrakcją turystyczną ani tym bardziej miejscem pielgrzymek, zwłaszcza w tak interesującym towarzystwie. Chwilę później na farmę zawitali Magowie Ognia. Czy to wszystko nie wydaje ci się choćby trochę dziwne?
Xardas popatrzył na kowala podejrzliwie.
- Jak zdołałeś się dowiedzieć o ceremonii przy kręgu? – zapytał mag.
- Ceremonii? Więc jednak słyszałeś o tym co nieco. A jak się o tym dowiedziałem? No kochany, jak się żyje w takiej „uroczej” okolicy, gdzie na prawo masz bandziorów, na lewo oddziały orków, a na wprost stado potworów to musisz mieć oczy dookoła głowy. Plotki bardzo szybko się tu roznoszą, bo każdy chce wiedzieć, skąd nadejdzie zagrożenie. A opowiedział mi o tym myśliwy, który akurat w pobliżu kręgu rozbił swój obóz. Czasem przychodzi tu na farmę, by naprawić broń, dokupić strzał lub sprzedać skóry zwierząt. To pewnie jeden z tych świrów, których życie kiedyś ugryzło w tyłek, a teraz nie mogą sobie z tym poradzić i myślą, że jak pomieszkają trochę na łonie natury z tym całym tałatajstwem, co po chaszczach gania, to ich udręczona dusza zazna w końcu spokoju. Wariatów na tym świecie nie brakuje!
- Wkrótce będę musiał wyruszyć w daleką drogę. Właściwie przyszedłem tu, by ci podziękować za twoją nieocenioną pomoc. – po tych słowach mag wyjął amulet, który miał przywieszony do pasa i wręczył go kowalowi. – Przyjmij to w dowód mojej wdzięczności.
Ranhas wziął podarunek i zbliżył rękę do niewielkiego promienia światła przebijającego między zasłonami, by lepiej mu się przyjrzeć. Był to czarny, trójkątny kamień o fioletowym połysku, w srebrnej oprawie zdobionej jakimiś niezrozumiałymi symbolami. Misterna robota. Ale raczej nie wprawiła ona kowala w szczególny zachwyt.
- Nie musisz mi dziękować. W końcu jesteśmy przyjaciółmi i powinniśmy sobie pomagać, nie oczekując niczego w zamian. Ten drobiazg możesz sobie zatrzymać. Takim świecidełkiem to mógłbyś, ale bajerować jakąś hożą dziewkę za stodołą, by ci dała...
- To nie jest zwykły amulet. – przerwał mu nekromanta. – Skupiona jest w nim magiczna moc. W obliczu niebezpieczeństwa wybawi cię on z największych kłopotów, a zwłaszcza w przypadku nadchodzącej wojny.
- A co? Wyskoczą nagle z niego jakieś duszki opiekuńcze?
- Nie zupełnie, ale efekt końcowy będzie zbliżony.
Ranhas miał ochotę wybuchnąć śmiechem, ale powstrzymał się. Rzucił jedynie magowi spojrzenie w stylu: „no co ty cholera nie powiesz” i schował amulet do kieszeni. Xardas wstał od stołu i podał rękę kowalowi, a ten ją uścisnął. Następnie podszedł do drzwi i wówczas otoczyła go jakby czerwona mgiełka, a sylwetka maga rozmyła się w niej, by przybrać postać młodzieńca, którego kowal wpuścił do swego mieszkania.
- Fajna sztuczka. Musisz mnie kiedyś tego nauczyć. – powiedział Ranhas przypatrując się w zachwycie temu widowisku.
- Niestety bardzo możliwe, że już więcej się nie spotkamy. Żegnaj. – powiedział Xardas, po czym otworzył drzwi i wyszedł.
- Powodzenia przyjacielu! – rzucił za nim kowal.
Nekromanta przechodząc przez farmę spojrzał kątem oka w stronę dwóch nowicjuszy, którzy siedzieli dokładnie w tym samym miejscu co wcześniej, jakby czas się dla nich zatrzymał. Nie znał tych ludzi, ale nie było w tym nic dziwnego – w końcu nie był w klasztorze od tak dawna. Naszła go ochota, by dać im małą nauczkę. Przystanął, ale po chwili ruszył dalej. Ci nowicjusze mogliby okazać się później bardzo przydatni. Pozostawało jedynie wierzyć, że Ranhas nie upchnie amuletu pierwszemu lepszemu handlarzowi – co byłoby bardzo prawdopodobne, sądząc po jego zachwycie tym prezentem. Ale nawet jeśli by do tego doszło, była jeszcze inna opcja. Sprawa paladynów w Górniczej Dolinie należała już do rozwiązanych, a Bezimienny za dzień lub dwa powinien przybyć do Khorinis. Wszystko szło zgodnie z planem. Teraz Xardas mógł już bez obaw wracać na kontynent.


To będzie raczej dłuuuuższa historia. Wiem, że pierwszy rozdział jest piekielnie przegadany, ale w drugim pojawi się już Bezio i jego wesoła kompanija i obiecuję, że będzie o wiele ciekawiej.
__________________

100% MROK (koncentrat made in China)
Front Zniewolenia Elfiego Ścierwa


Ostatnio edytowane przez Russel : 12-11-08 o 19:29.
RPG
Kaseven jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 13-11-08, 13:55   #2
Thorus301
 
Posty: n/a
Domyślnie

Przeczytałem pierwszy rozdział i bardzo mi się podobał.Mam nadzieję, że nie zniszczysz tego opka jakąś przesadzoną historią albo niestworzonymi stworami z czeluści Beliara
RPG
 
Góra Odpisz z cytowaniem
Nieprzeczytane 17-11-08, 17:57   #3
Yeavin
Krwiopijca
 
Yeavin awatar
 
Zarejestrowany: listopad 2008
Skąd: Algäesia
Posty: 25
Domyślnie

No to tak:
Jedyny błąd, nawet nie wiem czy można nazwać to błędem, jest tam taka literówka.
Cytuję "Gdy wieczorem zbierałam", a powinno być tak:
Gdy wieczorem zbierałem, ponieważ to zdanie wypowiada mężczyzna.
Opowiadania nie wiem czy ma jakiekolwiek błędy oprócz tej literówki. Tak więc czekam na następną częśc z zniecierpliwieniem. Widać, że masz już wielką wprawę w pisaniu opowiadań.
No to.
PLUSY:
- opowiadanie bez błędów ortograficznych i interpunkcyjnych,
- dialogi także stoją na wysokim poziomie
MINUSY:
- chyba brak
RPG
Yeavin jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady postowania
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum


Powered by vBulletin® Version 3.6.7
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.