Wątek: Ostatni marsz
Wyświetl Pojedyńczy Post
Nieprzeczytane 03-05-18, 15:10   #8
 Ancoron
Ma admina
 
Ancoron awatar
 
Zarejestrowany: styczeń 2016
Posty: 7 457
Domyślnie

III
Czasami się tego bałem, były chwile w moim życiu, gdy nie miałem odwagi, by ze sobą skończyć, lecz tu i teraz jest prosta wizja krótkiej przyszłości i efektownego końca. Wydaje mi się, iż przy odrobinie szczęścia poświęcą mi nawet z dwa zdania w lokalnej gazecie.
"Nastolatek się zabił! Gdzie byli jego rodzice?" Będą na celowniku, przeze mnie... I dobrze im tak, zdecydowanie akurat tego nie żałuję. Niech chociaż ten jeden ciężar niosą, skoro przez te wszystkie lata nawet nie próbowali dźwigać mojego i pozostawili mnie na pastwę losu. Prawdę mówiąc nie wiem czy chciałbym, by było inaczej.
Teraz trwa cisza, nienaturalna, podczas której mogę zaobserwować całe swoje życie. Nie jest to zbyt przyjemne. Tyle osób zawiodłem, tyle osób przeze mnie nie żyje... Nie wiem po co próbowałem grać bohatera, skoro tak czy inaczej wszyscy kończymy na krawędzi i wystarczy lekki podmuch wiatru, by zepchnąć nas w niebyt. Niektórzy się tego boją, ale najgorsze jest to, gdy wiatr nie nadchodzi i czekasz, aż po wieczność, po śmierć, która najwyraźniej postanowiła cię ostentacyjnie olać. Byłem skurwielem jakich mało, raniłem ludzi, krzywdziłem, wbijałem im szpile, by choć trochę poczuć się lepiej, ale tego akurat nie żałuję. To był dobry wybór i o dziwo brak wyrzutów sumienia. Żałuję jedynie tego, że tak wiele złych decyzji podjąłem, zapewne mógłbym teraz być królem życia i mieć przed sobą świetlaną przyszłość... W sumie od samego początku wiedziałem, że tak skończę. I na to zasługuję. Kolejny śmieć do utylizacji, po którym płacz będzie na pokaz.
Każdy z nas był bohaterem swojej historii, teraz wszyscy zgodnie są nikim, odchodzą w niebyt w chwili śmierci, lecz mimo to świat kręci się dalej - bez nich.
Doprawdy, nie jestem w stanie zrozumieć tego przeświadczenia o własnej nieśmiertelności, które tak często gości w umysłach młodych ludzi. Każdy z nas kiedyś umrze i jedyne pytanie jakie należy zadać to czy będziemy wówczas gotowi.
Z początku ciężko się pogodzić z tym, że to wszystko jest ostateczne, każdy kolejny krok to przebłyski życia, a cichy głos w głowie szepcze:
"Stary, nie rób tego, jesteś królem i całe życie przed tobą, więc żyj. Jesteś królem. Jesteś kimś! Rozumiesz?"
Bredzę, moje myśli są pozbawione sensu, chaotyczne, zabawne jak mózg działa, gdy wie, że człowiek chce się wyautować z tego wielkiego meczu i siąść na ławce rezerwowych, by patrzeć jak inni dalej grają.
Zapewne większość z was powie, iż to głupota, ponieważ inni odchodzą przedwcześnie, zostawiają żony i dzieci, a ja gardzę darem życia. Dla was to jest dar, dla mnie przekleństwo, moje własne potępienie, więc z łaski swojej po prostu żyjcie i dajcie umrzeć.
Zamykam na chwilę oczy, rozkoszując się spokojem w moim sercu i czekam, wdychając spaliny miasta, łzy ściekają mi po policzkach, a umysł ze wszelkich sił próbuje powstrzymać. Nawet świat nie chce tego, bym ze sobą skończył i stawia mi kłody pod nogi. Najwyraźniej uważa, że jeszcze ze mną nie skończył.

IV

Każdy w życiu prowadzi wędrówkę, od samego narodzenia, aż po grób. Trzeba przyznać, iż jest to dosyć forsowny marsz, jedyny i zarazem ostatni. Spotyka się po drodze wielu innych wędrowców oraz poznaje smaki życia. Niestety życie jest jak arbuz, miękkie w środku, a twarde na zewnątrz i ciężko przebić się przez grubą wierzchnią warstwę.
Niebo wygląda marnie, przyznaję bez wahania, iż cały świat jest ponury, zanieczyszczony przez spaliny i brud. Po prostu śmierdzi. Nad głowami ludzi zbierają się czarne, burzowe chmury, na ziemi zaś pełza ohydne robactwo. No i poza ludźmi też inne żyjątka. Prawda jest taka, że wszyscy są rakiem dla tej planety i ją niszczą, wypalają. W końcu, pewnego dnia kataklizm zmiecie nasz gatunek z powierzchni ziemi i to będzie właściwe.
Pośród tłumu rozpoznaję swojego przyjaciela. Rafał, wysoki i bardzo chudy, niemal skóra i kości. Anorektyk. Jedzenie go przeraża, ciągle widzi siebie jako grubasa. Współczuję mu, sama skóra i kości, blady i wymizerowany, wyglądający jak sama śmierć. Patrzy na mnie i niemal niedostrzegalnie kręci głową. On wie.
- Czekaj - mówi, cicho, a przecież próbował krzyczeć, po czym przedziera się w moim kierunku. Damulka z psem staje mu na drodze. Ten dureń nawet nie próbuje jej wyminąć, wpada na nią i trzeba przyznać, iż nawet chyba drgnęło pod ciosem, lecz nic więcej. Odbija się niczym od muru i wsłuchuje w jej wyzwiska, którymi bez wahania go obrzuca. Mimo to nie zwraca na nią uwagi, za to wodzi za mną wzrokiem. Boi się. Nieśmiało się uśmiecham i mu macham, próbuję podnieść go na duchu, tak jak to robiłem kiedyś, gdy jeszcze walczył z chorobą trawiącą jego ciało i umysł.
To mój wybór i on to wie, sam mu o tym powiedziałem, a jednak nie potrafi się z tym pogodzić. Zresztą nic dziwnego, kiedyś to ja uratowałem mu życie, gdy podciął sobie żyły. Przez krótką chwilę byłem bohaterem, który ocalił chorego dzieciaka. Ba, nawet znalazłem się na okładce gazety, lecz już wtedy wiedziałem dokąd zmierzam i jak skończę.
- Bywaj, Rafale - mówię i uśmiecham się, po czym przyspieszam kroku.
Nie widzę i nie słyszę tego co dzieje się za mną, gdy przechodzę przez ulicę, pospiesznie, a on gna za mną, by mnie powstrzymać. Zamykam się w sobie, bo idę po śmierć, lecz czuję, że to się dzieje. Podświadomie wiem i niemal widzę jak wyrywa się z tłumu i wbiega na jezdnię, a po chwili trafia go samochód. Niemal czuję jak pękają mu kości, a on sam upada w kałuży krwi, z mózgiem wypływającym z pękniętej czaszki i w szybko rosnącej kałuży krwi.
Jedynie lekko się kulę, gdy słyszę pisk hamulców, a potem krótki huk i głuche uderzenie. Nie zwalniam, nie odwracam się. Jestem krukiem i sprowadzam na innych śmierć. Tak było od zawsze. Prawda jest taka, że to miasto tak wpływa na ludzi, niszczy wszystko co dobre. Ja to wiem. Krzyki za mną i panika, ktoś płacze, głośno pytają czy jest gdzieś lekarz, ktoś wnosi o to, by zadzwonić na policję.
Do zobaczenia, przyjacielu, już wkrótce. Na każdego przychodzi czas na tej pieprzonej karuzeli życia, z której kiedyś po prostu się spada. Mogłem to zmienić, mogłem czekać, obydwaj byśmy żyli, ale ja podjąłem decyzję, on też i musimy żyć... żyć, jak to zabawnie brzmi, z konsekwencjami.
Powinienem teraz rozpaczać, być przerażony i klęknąć nad jego ciałem ze łzami w oczach, ale jestem dziwnie pusty i po prostu chcę iśc to wszystko zakończyć. Moje ręce są strasznie blade, tak jak zapewne całe moje ciało, już wyglądam jak trup, a przecież jeszcze trochę mi do tego brakuje. Najzabawniejsze, iż dla mnie to wszystko jest już bez znaczenia, jakbym nie miał nic.
Patrzę pod nogi, na kostki brukowe, w kilku miejscach popękane, wszędzie wala się szkło po butelkach wódki, powoli stąpam, krok za krokiem. Proste, skórzane buty, w kilku miejscach poprzecierane, podeszwy zaczynają się odklejać.
- Muszę kupić nowe - mówię i zaraz zaczynam chichotać, uświadamiając sobie bezsens tej wypowiedzi. Śmieję się, lecz nie jest mi do śmiechu, co gorsza nie mogę przestać. Ludzie na mnie dziwnie patrzą, gdy idę, a łzy mi ciekną z oczu. Potykam się i upadam. Na kolana. Instynktownie podpieram się dłońmi.
Pierwszy upadek Jezusa pod krzyżem, tylko brak mi brody, aureoli gibającej nad głową i samego krzyża. Parę płaczących niewiast też by było spoko.
- Wszystko z panem w porządku - dobiega z wszechogarniającej moje jestestwo nicości, tuż obok mnie. Starszy, łysiejący i z pokaźnym brzuszyskiem mężczyzna patrzy na mnie z ciekawością małego chłopca przypalającego mrówki przez lupę.
- Tak, tak, bywało lepiej, ale i gorzej. Na chwilę straciłem równowagę, już jest dobrze - mówię szybko, nawet nad treścią nie rozmyślając, po czym wstaję, czując zawroty w głowie. Lekko się chwieję i krzywo uśmiecham.
- Na pewno? Nie wygląda pan zbyt dobrze? Może zadzwonić na pogotowie? - dopytuje... z troską? Czyżbym natrafił na płaczące niewiasty, które chcą otrzeć mi czoło z potu, a może to Szymon z Cyrenei? Nieważne.
- Oczywiście. Dziękuję za uwagę, ale już jest świetnie - mówię, patrząc na niego z niechęcią i pewną dozą nadziei, że mimo wszystko zaraz rzuci swojskie "nie rób tego, synu", a potem wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Tak się jednak nie dzieje.
- No dobrze, skoro tak - mężczyzna wyraźnie traci animusz i się taktycznie wycofuje. - Do widzenia - lekko się kłania i pospiesznie oddala.



No i poszło. Wszelkie komentarze chętnie widziane, obecnie mam jeszcze dwa krótkie rozdzialiki gotowe na wstawienie ^^
RPG
Ancoron jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem