Wyświetl Pojedyńczy Post
Nieprzeczytane 12-04-17, 18:35   #9
 Hassan1
Kąsacz
 
Hassan1 awatar
 
Zarejestrowany: marzec 2017
Skąd: Mmz
Posty: 864
Domyślnie

Postanowiłem wrzucić już kolejny fragment. Drugą część dołączę jutro lub w piątek.

Rozdział 2 - Stary Obóz (cz. 1)


Obudził mnie mocny kopniak w żebra. Odturlałem się na bok, kuląc odruchowo, a gdy odzyskałem oddech spojrzałem na napastnika. Był nim wysoki Strażnik w takim samym pancerzu jak Thorus, ale o wiele brudniejszym. Pomijając ubiór można było powiedzieć, że był przystojny, niemal elegancik, gdyby nie oczy. Wygłodzone spojrzenie, można by nawet powiedzieć, że wręcz dzikie. I te wykrzywione wargi, w okrutnej parodii uśmiechu. Obity metalem but cofnął się, jakby znów miał ochotę zetknąć się z moimi żebrami. Nie wiedziałem kim jest ten facet, ale w tej chwili byłem pewien jednego: nie będę miał z nim łatwo.
- Ej ty! Jeśli chcesz spać na ziemi jak pies, równie dobrze możesz to robić poza obozem!
Wstałem, otrzepując się z ziemi.
- Dopiero tu trafiłem. Nie mam własnej chaty.
- No proszę, teraz widzę. Chłopaki ładnie cie oznaczyli, choć kiedy ja się tym zajmowałem, wyglądało to dużo lepiej. Jednemu kolesiowi do dziś nie zrosła się szczęka. No, chłopcze, idź szukać roboty.
- Mówisz do mnie? - zapytałem najłagodniej jak umiałem. Od momentu gdy go zobaczyłem, wkurzało mnie w nim wszystko, od wypucowanej buźki po barwę głosu.
- Ostrzegam cię, chłopcze. Tacy jak ty mogą napytać sobie biedy, w końcu większość tutejszych ludzi to straszne zbiry. Wydaje się im, że mogą tu robić co im się żywnie podoba, no ale my im na to nie pozwalamy.
Teraz już wiedziałem na pewno co ma na myśli. Szybko się upomnieli.
- Gomezowi zależy na spokoju w Obozie, a do nas należy dbanie o ten spokój i porządek. Rzecz jasna to bardzo wyczerpujące i kosztowne – mógłby darować sobie ten głupi uśmiech – zajęcie, dlatego chciałbym cię prosić o drobne wsparcie finansowe. Wiesz, na znak przyjaźni. Ty pomożesz nam, a my pomożemy tobie. W końcu wszyscy jesteśmy tu przyjaciółmi, musimy jakoś współpracować. Jeśli będziesz miał kłopoty możesz na nas liczyć.
- Czy to groźba?
Próbował zrobić oburzoną minę, co zupełnie mu nie wyszło.
- Przeciwnie, oferuję ci pomoc. Ranisz mnie takimi pytaniami.
- To znaczy, że mam ci zapłacić za ochronę? Ile?
- Marne dziesięć bryłek rudy. Toż to niewiele w porównaniu do oferowanej pomocy.
Nawet jakbym miał te bryłki nie zapłaciłbym mu. Mogłem mieć przez to poważne kłopoty, ale gdy odmówię, przynajmniej będę miał satysfakcję.
- Dzięki, ale nie. Sam sobie poradzę.
- Jak sobie chcesz chłopcze – jak się spodziewałem, ton jego głosu zmienił się natychmiastowo. - Ale wkrótce pożałujesz, że odrzuciłeś tę przyjacielską propozycję.
- Dlaczego? Przecież jesteśmy tu wszyscy przyjaciółmi.
Mam zdecydowanie za długi język. Idiota, mogłem chociaż wstrzymać się z takimi uwagami aż zostanę przyjęty do Obozu. Błysk w jego oku w pierwszym momencie upewnił mnie, że ten człowiek nosi w sobie żądzę mordu większą niż dotychczas widziałem.
- Trzymaj się, kolego – rzucił na odchodne.
Stałem kilka minut w miejscu nie mogąc uwierzyć w swoją głupotę. Cholera, jeśli w tym tempie będę pozyskiwał wrogów, to nie przeżyję do jutra. Przecież nikt nie trafił tu za niewinność. Zapamiętałem rejon w który oddalił się Strażnik i postanowiłem unikać go jeśli tylko będę mógł.
Nigdzie w okolicy nie widziałem Grima, więc polowanie musiało zaczekać. Zamiast tego postanowiłem rozejrzeć się po obozie. Przedtem nabrałem wody ze studni nieopodal bramy i orzeźwiłem się nieco. Jako że musiałem unikać tamtego Strażnika, zdecydowałem się obejrzeć arenę. Przy bramie zamku znów stał Thorus, rozmawiając z jednym z Cieni. Cień szybko skończył rozmowę i minąłem się nim w pobliżu chaty Diego.
- Hej ty, nigdy wcześniej cię tu nie widziałem! - zawołał do moich pleców. Odwróciłem się. - Jesteś tu nowy, co? Jestem Zły i mam robotę dla takiego żółtodzioba jak ty.
Przez chwilę miałem ochotę parsknąć śmiechem. Naprawdę, kto im wymyśla te pseudonimy? Był nieco starszy ode mnie i najwidoczniej miał nawyk gładzenia swojego pokaźnego wąsa podczas rozmowy.
- Masz dla mnie robotę? Jaką?
Miałem tylko nadzieję, że to nie kolejne zlecenie. Zapewne mordercy na zlecenie też nie pociągną tu zbyt długo.
- Masz szansę, żeby się wykazać. Zaginął jeden z naszych Strażników. Nazywa się Nek. Bardzo możliwe, że dał nogę do Nowego Obozu, ale trzeba to sprawdzić. Jesteś tu nowy i zaglądasz w różne miejsca, po prostu miej oczy szeroko otwarte. Jeśli uda ci się go znaleźć, będziesz mógł liczyć na moje poparcie, gdy przyjdzie do mnie Diego.
- Masz na myśli, że mnie poprzesz w kwestii dołączenia do Obozu?
- Taak, przecież mówię. Jeśli szepnę o tobie dobre słowo, Diego spojrzy na ciebie przychylniej.
- W porządku, postaram się go odnaleźć.
- Jakbyś spotkał Fletchera możesz go zapytać o Neka. Kumplują się a poza tym Fletcher przejął jego rewir po tym zniknięciu.
- Gdzie go znajdę?
- Na rewirze Neka. To znaczy w pobliżu areny. Rozejrzyj się, na pewno na niego trafisz.
Wyglądało na to, że każdy Strażnik ma własny rewir i tylko z niego zbiera czynsz. To mi pomoże, jeśli tylko dowiem się ilu ich jest i jaki teren patroluje tamten psychopata.
Zły odszedł, a ja poszedłem wzdłuż zewnętrznego ogrodzenia, mijając rzędy chat oraz wielu Cieni i Kopaczy. Po jakimś czasie trafiłem na arenę. Niewysoka skarpa, którą szedłem była na poziomie prowizorycznych trybun areny. Wokół postawiono ogrodzenie zbite z kilku desek o które opierał się jakiś facet ubrany jak Kopacz.
Chyba wszyscy tu lubią zaczepiać nowych, albo po prostu moja obita twarz aż tak bardzo się wyróżnia. No, zdecydowanie to drugie.
- Cześć żółtodziobie! - zawołał. - Nie sądziłem, że cię dziś zobaczę.
- Widzieliśmy się już? - zapytałem zbity z tropu.
- Ja ciebie widziałem, jak spałeś przy ognisku. Ha, odważnie! Nikt nie mówił ci, że Strażnicy są na tym punkcie mocno wyczuleni?
- Jakoś nikt nie wspomniał.
Wyciągnął z kieszeni pogiętego skręta i odpalił za pomocą hubki i krzesiwa. Zaciągnął się kilka razy zanim znów się odezwał.
- Masz fart, zasnąłeś w rejonie Bloodwyna, a to kawał sukinsyna. Zakładam, że nie połamał cię tylko dlatego bo myślał, że zgarnie od ciebie rudę. Zapłaciłeś mu?
- Nie – odpowiedziałem trochę zbity z tropu. Dym śmierdział paskudnie i na pewno nie był to tytoń, sądząc po jego rozbieganym wzroku. Gdy tylko złapał pierwszego bucha, na jego twarzy zagościł błogi uśmiech.
- Z takim podejściem długo nie pożyjesz. Guy! Ej, Guy!
Stojący w pobliżu straszy Kopacz podszedł do nas. Pierwsze co zrobił, to zabrał tamtemu skręta i zaciągnął się kilka razy. Ten dym nie pachniał tak źle jak podejrzewałem.
- Słuchaj żółtodziobie. To jest Guy i zajmuje się podziałem chat. Guy, młody trafił tu wczoraj i noc spędził na ziemi. W rejonie Bloodwyna.
Guy spojrzał na mnie po raz pierwszy i po chwili patrzenia sobie w oczy złapał się uderzył się dłonią w czoło, mocno zażenowany.
- Jesteś idiotą – powiedział. - Ale jednocześnie masz cholerne szczęście. W sumie to chyba dobre połączenie. Parę dni temu zwolniła się chata, możesz ją sobie wziąć. I trzymaj się z daleka od Bloodwyna, a najlepiej zapłać mu od razy rudę.
- Którą mogę zająć?
- Tamtą, z niewielkim baldachimem – pokazał, wskazując palcem. - I zrób jak powiedziałem, jeśli chcesz chodzić o własnych siłach.
Pierwszy Kopacz wyraźnie się pobudził po wypaleniu skręta.
- Ta chata przynosi pecha, żółtodziobie! Odkąd została zbudowana, jej właściciele zmieniali się najdalej co miesiąc!
- Dlaczego? Co się nimi stało?
- A jak myślisz? Kilku zjadły pełzacze w kopalni, kilku zadarło jak ty ze Strażnikami, paru zwiało do innych obozów... Ciekawe jak to będzie z tobą.
- Pewnie cię zawiodę, ale będę musiał przerwać tę klątwę.
- Pewność siebie nie zaszkodzi, chyba że jest przesadna – odezwał się Guy. Jego oczy zrobiły się przekrwione i widać było, że palenie mocno weszło mu w głowę. - Idź uprzątnąć chatę po starym właścicielu i nie waż się nawet zaglądać do jakiejkolwiek innej, jeśli nie chcesz dostać bełtu w plecy.
Zostawiłem ich i poszedłem obejrzeć mój nowy dom. Nieco problemów sprawiło mi otworzenie drzwi na mocno przerdzewiałych zawiasach, ale w końcu odało się to, a drzwi wbrew oczekiwaniom nie rozsypały się.
W środku nie było żadnych okien i panował zaduch. Śmierdziało wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, co modkryłem dopiero po przestawieniu drewnianego łóżka w inne miejsce. Pod ścianą leżało tam kilka bardzo mocno zgniłych jabłek, w dodatku cuchnących tak, jakby ktoś na nie nasikał i wystawił w pełne słońce na kilka dni. Wywaliłem je bez ogródek na zewnątrz. Pozostałym wyposażeniem tej jednoizbowej chaty była prócz łóżka drewniana skrzynia, o dziwo, zabezpieczona solidnym zamkiem, do którego jednak nie mogłem nigdzie znaleźć klucza. Skrzynia była najsolidniejszym przedmiotem jaki tu znalazłem. Nieopodal na podłodze były też drewniane sztućce i parę brudnych misek. Wydawały sie w porządku, jeśli by je przedtem porządnie umyć.
Wyszedłem na zewnątrz, zostawiając drzwi otwarte, z zamiarem znalezienia Fletchera. Dopóki nie odnajdzie się Grim, postaram się pokazać jakoś wśród pozostałych Strażników. Tuż nad areną, za drzwiami prowadzącymi do wyższej loży, przeznaczonej zapewne dla Gomeza stał jeden ze Strażników. Kręcił się niespokojnie i wyglądał na dość zdenerwowanego. Zakładałem, że to właśnie on.
- Jeśli chcesz pozbyć się swojej rudy za ochronę, to wybrałeś zły dzień – powiedział, ledwie się zbliżyłem.
- Tak? A dlaczego?
- Bo mnie tu nie ma!
- Doprawdy? A gdzie jesteś?
- W tej chwili siedzę w zamku i popijam zimne piwo!
- To jakim cudem z tobą rozmawiam?
Westchnął.
- Nek gdzieś zniknął, a dopóki nie raczy się tutaj zjawić, Thorus kazał mi mieć oko na wszystko.
- Więc nie wiesz, gdzie może się podziewać?
- Nie i raczej się tego nie dowiem. Jeśli komuś coś o tym wiadomo to pewnie tutejszym Kopaczom, ale oni nie rozmawiają ze Strażnikami, a zwłaszcza ze mną, bo wiedzą, ze brzydzę się ich robotą.
- Brzydzisz się kopania rudy?
- Brzydzę się zatęchłymi, ciemnymi i wilgotnymi kopalniami. I nie ma w tym nic dziwnego. Założę się, że podśmiechują się za moimi plecami.
- No, ale to nie wyjaśnia, dlaczego nie zbierasz pieniędzy za ochronę.
- Nek zebrał już co było do zebrania. Więcej z nich nie wycisnę.
- Wiesz, Zły podejrzewa, że Nek zwiał do Nowego Obozu.
- Bzdura, Nekowi było tu dobrze. Uwierz mi, znam go dobrze i... zaraz. Zły kazał ci znaleźć Neka?
- Tak, spotkałem go niedawno, jak rozmawiał z Thorusem...
- Sukinsyn! - krzyknął Fletcher, aż kilka osób obejrzało się. - Pieprzony sukinsyn!
- O co ci chodzi?
- Nakablował na mnie! Thorus dowiedział się od kogoś o zniknięciu Neka i specjalnie pofatygował się do zamku, żeby mnie tu przyprowadzić! Chciałbym móc mu po prostu przy...
- Ale przecież Thorus i tak by się dowiedział o jego zniknięciu – zauważyłem
- Nie dowiedziałby się, Thorus rzadko tu zagląda, a obowiązki Neka bez problemu przejąłby Szakal. On lubi swoją robotę i nie byłby to dla niego problem. Pieprzony kapuś!
- Nie denerwuj się tak. Jeśli dowiem się czegoś o Neku, dam ci znać. W porządku?
- Dzięki. Informuj mnie na bieżąco.
Wszystko wskazuje na to, ze Strażnicy i Cienie niespecjalnie sie lubią. Muszę uważać, żeby za bardzo nie podpaść żadej z tych grup. Jak na niecałe dwa dni narobiłem sobie wystarczająco dużo kłopotów.
Zszedłem ze skarpy obok zawalonej wieży, przy wschodniej bramie. Nie poszedłem dalej, bo obawiałem się, że na tym terenie mogę spotkać już Bloodwyna, więc zawróciłem i poszedłem w stronę areny, tym razem dołem.
Przedtem jednak zauważyłem pewną osobą, stojącą niedaleko bramy z dwoma Cieniami. Wyróżniała się strojem identycznym jak ten, który nosił Rathford.
Mordrag.
Był dobrze zbudowanym facetem koło czterdziestki, ponadto nieźle uzbrojonym. Muszę przyznać, że wybrał sobie niezłe miejsce, ma stąd kilka kroków do bramy, gdyby sprawy przybrały zły obrót. Póki co nie wiedziałem jeszcze co z nim zrobię. Czy chcę go zabić, tak jak sobie życzył Thorus? Raczej nie, tym bardziej, że prawdopodobnie nie byłbym w stanie tego zrobić. Muszę się nad tym porządnie zastanowić, a potem porozmawiać z nim, powołując się na Rathforda.
Przy arenie spotkałem kilka osób. Domyśliłem się, że łysy facet z bliznami na twarzy, który przed chatą rozstawił stół z przymocowanymi licznymi skrzyneczkami i szufladami to zapewne Scatty, właściciel areny. Na ławce, tuż przy wejściu na arenę siedział facet z Nowego Obozu, łypiąc na mnie złowieszczo. Jeszcze nawet się nie odezwałem, a już widzę, że coś jest nie tak. Co oni wszyscy do mnie mają? Facet miał dziwny, brązowy kolor skóry, który mówił, że prawdopodobnie nie pochodzi z Myrtany. Drugim był kolejny wyznawca Śniącego, który stał niedaleko Scatty'ego i gapił się w niebo. Zapewne modlił się, odprawiał jakiś rytuał czy coś w tym stylu. Różnił się jednak od Baal Parveza. Był niewątpliwie bardziej umięśniony, a na ogolonej głowie i szyi widniały dziwne tatuaże. Scatty i facet z Nowego Obozu wciąż bacznie mnie obserwowali, zwłaszcza że od jakiegoś czasu stałem jak wryty. Wybrałem Scatty'ego.
- Czym się tu zajmujesz? - zapytałem niepewnie.
- Nowy, co? Zwiedzasz Obóz? - Gdy przytaknąłem dodał: - Organizuję walki na arenie. Wiesz, przyjmuję zakłady, pozyskuję nowych zawodników i takie tam.
- Chcę dołączyć do Obozu...
- I szukasz poparcia, tak? - Nie dał mi skoczyc.
- To chyba jasne. Pomożesz mi?
- Jasnę, że ci pomogę. Ale pod warunkiem, ze zrobisz na mnie odpowiednio dobre wrażenie. Tu jest Stary Obóz, nie potrzebujemy tu tchórzy i męczydupy, takiej jak chociażby ten... no... mniejsza o to, mieszka obok Rączki. Takich właśnie ludzi tu nie będziemy tolerować.
- Co mam zrobić?
- Najlepsi wojownicy ze wszystkich obozów przybywają tu, żeby walczyć na mojej arenie. Wyzwij któregoś z nich na pojedynek i pokaż się z dobrej strony. Pokaż, ze potrafisz walczyć! Zobaczę na ile cię stać. I jeśli twoja walka mi sie spodoba szepnę dobre słówko w twoim imieniu do Diego.
- Nie ma znaczenia kogo wyzwę? To znaczy – dodałem, zerkając przez ramię – myślalem że Stary i Nowy Obóz nie dogadują się najlepiej. Dlaczego pozwalacie obcym walczyć na waszej arenie?
Scatty zaśmiał się głośno.
- To proste. Raz w tygodniu organizujemy walki, a nasi ludzie lubią patrzeć jak Szkodniki z Nowego Obozu dostają po głowie.
Jeden z Cieni, który właśnie przechodził niedaleko nas odwrócił się do Scatty'ego i zaklaskal krótko, zaś dziwny facet z Nowego Obozu podniósł głowę i tak na nas spojrzał, że nie zdziwiłbym sie jakby zaraz wyciągnął broń i zaczął robić tu krwawą sieczkę. Scatty w ogóle się tym nie przejął.
- Gdy walczy któryś z nich dostaję więcej zakładów, a to dobrze wplywa na interesy. Osobiście nienawidzę tych wieprzy z Nowego Obozu, ale... w tych trudnych czasach żaden pieniądz nie śmierdzi.
- Na razie chyba się wstrzymam, dawno nie miałem broni w ręku.
- Widzę – pokiwał glową Scatty, rzucając pogardliwe spojrzenie na pordzewiały miecz u mojego pasa. - Z takim czymś prędzej zrobiłbyś sobie krzywdę niż kogoś pokonał. Zadbaj najpierw o jakąś broń.
- Broń to nie jedyny problem. Zajmujesz się też szkoleniem?
- Tak, szkolę niektórych Cieni we władaniu bronią jednoręczną, ale nie za darmo. Musisz mi najpierw zapłacić.
- Ile sobie liczysz?
- Sto bryłek rudy za podstawowy trening.
Zostawiłem Scatty'ego. Zapewne prędko nie będę miał wystarczająco dużo rudy, by się podszkolić. Powinienem najpierw nazbierać jakoś dla Draxa i nauczyć się polować. A skoro o tym mowa robię się strasznie głodny. Miałem nadzieję, że Grim już wrócił.
Tak jak się spodziewałem, wyznawca Śniącego zastąpił mi drogę, stając między chatami.
- Bądź pozdrowiony nieznajomy! Jestem Gor Hanis i walczę na arenie ku chwale Wielkiego Śniącego! Widzę, że twa dusza błądzi i mój mistrz kazał mi porozmawiać z tobą, by pokazać ci ścieżkę prawdy.
Westchnąłem ciężko, ale chyba tego nie zauważył. Wyglądało na to, ze nie da mi przejsć bez rozmowy.
- Zakładam że chodzi o ścieżkę Śniącego?
- Tak! Proszę, poszukaj w Starym Obozie naszych braci, którzy będą potrafili lepiej niż ja ukazać ci jego nauki. Powiem ci tylko tyle: Śniący będzie naszym zbawicielem. Przyprowadził nas tutaj i z jego pomocą uda nam się stąd wyjść!
- Chcesz przez to powiedzieć, że czekacie aż wasz bóg zwróci wam wolność?
- Tak! I nasze oczekiwanie wkrótce dobiegnie końca! Szykujemy się do rytuału Wielkiego Przyzwania! Dlatego grzesznicy mają coraz mniej czasu na nawrócenie się! Pamiętaj o tym, gdy będziesz myślał nad wyborem obozu.
Wydawał się tak zafascyowany swoimi słowami, że wyglądał jak naćpany. Albo może rzeczywiście był, bo wokół niego leźało kilka niedopałków.
- Co tak właściwie tu robisz? Walczysz na arenie?
- Zostałem wybrany przez moich mistrzów, by bronić na arenie honoru Obozu na Bagnie. Przyświeca mi więc wyższy cel, walczę by pokazać wszystkim niewiernym, jak wielka jest potęga Śniącego!
- Więc jesteś najlepszym wojownikiem w swoim obozie?
- Nie! Jestem co najwyżej najlepszy wśród nowicjuszy. Nie jestem nawet godzien mierzyć się ze Strażnikami Świątynnymi. Najlepszym wojownikiem w Obozie Bractwa i prawdopodobnie w całej Kolonii jest Cor Angar. To jest mój cel i największe marzenie. Dlatego walczę na arenie, by zdobyć słąwę. Pragnę być przez niego zauważony i przyjęty do zaszczytnego grona Strażników Świątynnych, by móc pobierać u niego nauki.
- Kim jest ten Cor Angar?
- Naszym guru! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Słucham, słucham. Kto jeszcze prócz ciebie walczy na arenie?
Gor Hanis zrobil obrażoną minę, ale odpowiedział mi normalnie.
- Wczoraj odbyły się walki i wygraliśmy je we trzech. Ja, Kharim – to ten facet, który ciągle się na nas patrzy – i jeszcze Kirgo. Tylko że on akurat gdzieś zniknął. Teraz nasza trójka musi zostać blisko areny, przez tydzień, do następnych walk ludzie mogą rzucać nam wyzwania. Taka jest tu zasada.
- Rozumiem. Czy zmierzyłbyś się ze mną na arenie? Nie teraz – poprawiłem szybko, gdy zobaczyłem jego pełną politowania minę. - Jak tylko się jakoś przygotuję.
- Jeśli potrenujesz to zawalczę z tobą, żeby dać ci parę lekcji. Zostanę na tę jedną walkę twoim mentorem.
Tak bym tego nie ujął, ale cóż.
- Wielkie dzięki. Niedługo się zgłoszę.
- Niech Śniący będzie z tobą.
Mając nadzieję, że nie będę miał już dziś styczności z członkami Sekty, ruszyłem dalej. Pamiętalem, że gdzieś tu powinien być dom Cienia, o którym mówił Diego, Rączki. Z drugiej strony miałem na uwadze też słowa Fletchera, żeby dowiedzieć się czegoś od Kopaczy o Neku. Właśnie zobaczyłem Cienia w starszym wieku siedzącego na ławeczce przed chatą, postawioną przy samym murze na wzniesieniu. Ruszyłem szybkim krokiem w jego stronę, mijając grubego Kopacza w bialym fartuchu, który mieszał długą łyżką w wielkim kotle na prowizorycznym palenisku. Gdy go mijałem odniosłem wrażenie, jakby chciał mi coś powiedzieć, ale nie zatrzymałem się. Może u Rączki pójdzie mi lepiej. Muszę dziś zrobić coś produktywnego, żeby nie zawieść Diego.
- To ciebie nazywają Rączką? - zapytałem stając przed nim.
- A jaki masz interes w tym, żeby wiedzieć?
- Chcę zostać Cieniem.
- Jesteś tu nowy? Czy może obrzydła ci robota w kopalnii? I co z tego?
- Możesz mi pomóc?
Machnął ręką i wrócił do badania wzrokiem stanu swoich butów.
- Nie mam pojęcia jak to zrobić.
- W zasadzie to szukam kogoś, kto mógłby mnie czegoś nauczyć.
- To dlaczego przyszedłeś z tym do mnie?
Rozmowa z nim była naprawdę trudna.
- Przysłał mnie Diego.
Rączka wyraźnie sie ożywił. Zauważyłem, że imię Diego otwiera bardzo wiele drzwi w Zewnętrznym Pierścieniu.
- Trzeba było tak od razu. Jeśli chcesz dołączyć do naszego obozu powinieneś być dobrym wojownikiem albo zręcznym złodziejem. Zauważyłeś pewnie, że z początku wplywowi ludzie z obozu mogą mieć dla ciebie różne zlecenia, dlatego proponowałbym ci z początku podszkolić się w fachu złodziejskim.
- Złodziejem? - powtórzyłem niepewnie.
- Taak, co w tym takiego dziwngo? Jesteśmy pod Barierą, tu każda dobra umiejętność się liczy. A zdolności złodziejskie wymagają zręczności, sprytu i inteligencji, a te cechy są pomocne w każdym zleceniu. Zupełnym przypadkiem tak się składa, że jestem najlepszym złodziejem w Starym Obozie.
Wygląda na to, że niektórzy po wrzceniu za Barierę nie musieli się nawet przebranżowić, żeby zyskać szacunek. Ale miał rację, takie umiejętności są bardzo przydatne.
- Czego możesz mnie nauczyć? I ile sobie za to bierzesz?
- Wszystkiego co ma związek z moim fachem. Skradanie, otwieranie zamków, kradzież kieszonkowa... A co do zapłaty, umówmy się tak. Ja cię czegoś nauczę, a gdy to opanujesz zyskasz moje poparcie. Za to ty w ramach zapłaty będziesz winien mi przysługę.
Spiąłem się. Za dużo się kryło pod tymi słowami. Nie lubię niejasnych sytuacji.
- Nie jestem zabójcą.
Rączka pokręcił gwaltownie głową.
- Źle mnie oceniasz. To będzie drobna przysługa, nic co mgloby wplynąć na twoją pozycję w Starym Obozie i z pewnoscią nie będzie to żadne zlecenie. Czy to ci odpowiada?
A co mi tam, może nie będzie tak źle.
- Tak.
- Świetnie. W takim razie nie czekajmy. Co chciałbyś wiedzieć?
Zastanowłem się chwilę pod kątem umiejętości, które będą mi przydatne w najbliższym czasie. Pomyślałem o polowaniu z Grimem i później być może z Draxem.
- Chciałbym nauczy się skradać i chodzić niepostrzeżenie.
- Myślę - bez żadnej fałszywej skromności - że jestem jednym z najlepszych złodziei zrzuconych do tej przeklętej Kolonii. Może nawet najlepszym, nie licząc pewnej osoby z Nowego Obozu... Jednak jeśli chodzi o skradanie się, powinieneś porozmawiać z Cavalornem.
- Gdzie go znajdę?
- Poza obozem. Ma domek myśliwsi po drodze do Nowego Obozu i tam spędza większość czasu.
- A która umiejętność według ciebie może być dla mnie najbardziej przydatna?
- To proste. Jesteś tu nowy, z tego co widzę też ambitny. Będziesz zwiedzał Kolonię i trafisz do rożnych miejsc, w których na przestrzeni lat urzędowali różni ludzie. Najlepszą opcją będzie wyuczenie sie otwierania zamków, w całej Kolonii jest pełno pozamykanych skrzyń, których właściciele juz nigdy ich nie otworzą. Kiedyś sam takich miejsc szukałem i powiem ci, że w taki sposób można się naprawdę nieźle obłowić. Problem w tym, że starzeję się, nie mam już sił i chęci na podobne wyprawy.
- W takim razie naucz mnie otwierania zamków.
- Dobrze. Ale wróć do mnie jutro rano. Przygotuję kilka specjalnych kufrów i załatwię parę wytrychów. Myślę, że szybko to opanujesz.
- Dzięki. Do zobaczenia jutro.
Dość dawno już minęło południe, a Grima wciąż nie było nigdzie widać. Kiszki zaczynały grać mi marsza. Chcąc wyruszyc jak najwcześniej wróciłem pod zamkową bramę i siadłem na ławce w tym miejscu co wczoraj, obserwując okolicę, jednocześnie będąc bacznie obserwowany przez Thorusa. Nie bój się, nie zapomniałem o naszej umowie.
Minęła dobra godzina zanim w końcu zobaczyłem Grima. Nadszedł z sektora zajmowanego przez Bloodwyna, szedł powoli ze spuszczoną głową, zauważyłem, że prócz maczugi ma jeszcze krótki łuk i kilka strzał za paskiem. Zobaczył mnie dopiero gdy dzieliło nas tylko kilka kroków.
- Cześć żóltodziobie! - zawołał bardzo dziarsko, natychmiast porzucając zasępioną minę. - Szukam cię od kilku godzin! Jesteś gotów?
Kłamie, ale w tym momencie niezbyt mnie to obchodziło. Byłem głodny, a czekało nas jeszcze trochę roboty.
- Jasne. Idziemy?
- Zbieraj się. Nie musisz nic brać, wszystko mam ze sobą, ale przez to ty będziesz miał najbrudniejszą robotę.
- Dokąd idziemy? - zapytałem, wstając.
- Do lasu po drodze do Starej Kopalni. Chodźmy, to może wyrobimy się do wieczora.
Ruszyliśmy na moje pierwsze polowanie, mając nadzieję, że dopisze nam szczęścia na tyle by na jakiś czas zaspokoić puste żołądki.

***
RPG
Hassan1 jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem