Wyświetl Pojedyńczy Post
Nieprzeczytane 12-05-20, 15:24   #3
 Mika 123
Obywatel milicjant
 
Mika 123 awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2016
Skąd: Ludowa Republika Khorinis
Posty: 2 305
Domyślnie

Rozdział II Szkolenie

Moren z samego rana następnego dnia ruszył do koszar, gdzie kazano zgłosić się wszystkim ochotnikom. Za nim było ciężkie pożegnanie z rodziną. O ile ojciec z dumą ściskał go na pożegnanie, o tyle matka była o wiele smutniejsza, a jej spojrzenie mogłoby wskazywać na to, że nie spodziewa się go już więcej ujrzeć. Wyglądała, jakby się miała zaraz rozpłakać, ale nie doszło do tego. Kornen natomiast był już w pracy, jednak dla Morena tak było lepiej, bowiem nie musiał zmagać się z jego potencjalnym wściekłym spojrzeniem. W końcu znowu został sam z utrzymaniem rodziny, a planował przecież założyć własną. Młodzieniec wiedział jednak, że postępuje słusznie. A przynajmniej chciał w to wierzyć...
Stało się. Przyjęto go i wkrótce później wraz z pozostałymi ochotnikami zostali przewiezieni na pokładzie statku na niewielką wyspę na północny-wschód od Vengardu. Mieli tam zostać przeszkoleni, a następnie wysłani na front. Na miejscu znajdowała się dość sporej wielkości osada, nad którą górowała umiejscowiona na wzniesieniu twierdza knechtów. Wyspę zamieszkiwali również Paladyni w liczbie kilku rycerzy. Ich siedziba znajdowała się w pobliżu miejskiej kaplicy Innosa, którą opiekowało się trzech Magów Ognia.
Na tej wyspie, zwaną Magnorią, Moren wraz z pozostałymi rekrutami miał spędzić miesiąc na nieustannych treningach walki mieczem, wzmacniania swojej siły i zręczności, przetrwania w warunkach wojennych oraz posługiwania się bronią dystansową.
W twierdzy nakazano im ustawić się w kolejce do zbrojowni, gdzie mieli otrzymać swój rynsztunek. Wszystko nadzorował podporucznik Kerrand. Obserwował on uważnie Morena zaraz od wejścia swymi stalowoniebieskimi oczami.
- A cóż to za miecz? - zapytał w końcu. - Bardzo... ładny - dodał, a oczy aż mu błysnęły.
- Rodzinna pamiątka - odparł chłopak dumnie poprawiając miecz przy pasie.
- Zatem bardzo mi przykro - mężczyzna szybko chwycił za rękojeść i wyciągnął miecz Morena. - Tutaj każdy nowy dostaje broń przydziałową. Żadnych wyjątków.
- Ale...
- Nie martw się. Dobrze się zajmę tym mieczem - powiedział Kerrand wyjmując swój stary miecz z pochwy i wkładając tam nowy. - Daj mu broń dla rekruta - kiwnął głową na kwatermistrza.
Moren zmarszczył brwi i przyjął ekwipunek. Był wściekły, że ktoś zabrał mu jego prezent od ojca. Spojrzał pełnym nienawiści wzrokiem na Kerranda. Poprzysiągł, że odbierze mu SWOJĄ własność. Wiedział jednak, że to nie ten czas. Jeszcze.

Długi kamienny most był jedyną drogą prowadzącą do Klasztoru Magów Ognia na Khorinis. Idący nim Lord Dominique rozmyślał nad aspektem strategicznym tej konstrukcji - w końcu musiał się przestawić na myślenie wojenne. Po jego bokach szli Lord Owen, główny doradca i bliski przyjaciel, oraz Arcymag Ognia Bergolio, przełożony Magów Ognia przydzielonych do tej wyprawy.
Przybysze już na początku swojej drogi przez most zauważyli na jego końcu komitet powitalny kapłanów Innosa. Przed szereg wystąpił stary mag, którego cała twarz pokryta była już zmarszczkami i bruzdami. Spojrzenie jego szarych oczu wyjątkowo zwinnie prześlizgiwało się po przybyszach.
- Niech Innosa będzie z wami, zacni panowie! - odezwał się w końcu ochrypłym głosem. Odchrząknął, co trochę oczyściło jego ton. - Nazywam się Mistrz Ignatius i mam się wami opiekować w czasie waszego pobytu w klasztorze.
- Nie zabawimy tu długo - rzekł Dominique.
- Jego Eminencja zadbał o godne przyjęcie gości z Kontynentu. Rozkazał wyprawić uroczystą ucztę - powiadomił Ignatius. Jednak widząc lekkie zniecierpliwienie Lorda, dodał: - Otrzymaliśmy wasz list. Artefakt przekażemy wam po uczcie.
Dominique kiwnął głową. Ignatius zaprosił gości do klasztoru i pokazał im ich pokoje. Powiedział, że mają godzinę na odpoczęcie po podróży.
Lord w trakcie krzątaniny po swojej celi dostrzegł kątek oka swoje odbicie w lustrze. Przystanął na chwilę. Był już stary, starszy od Ignatiusa, lecz wyglądał nieco młodziej, a i sił mu nie brakowało. Nie był jak prawie niedołężny, zbyt dumny by chodzić o lasce Mag Ognia. Nie, Dominique wciąż był wojownikiem. Wyciągnął swą tarczę i miecz, stanął w pozycji bojowej i spojrzał na samego siebie. Nadal będzie budził postrach we wrogach, nikt go nie weźmie za dziadka, któremu zostało już tylko bujanie się w fotelu przy kominku do usranej śmierci. Tak długo już nie walczył, a jednak wciąż w to wierzył. Musiał. Bowiem przywódca winien dawać przykład.
Czas tego próżnego gapienia się w lustro musiał jednak szybko minąć. Dominique przebrał się w rubinowy kaftan i dumnym krokiem poszedł do refektarza, gdzie wszystko było już przygotowane do uczty. Lord i jego towarzysze zasiedli po prawej stronie przeora klasztoru, Arcymistrza Oktymona. Po lewej zaś dostojnicy klasztorni. Jego uwagę przykuł, poza znajomym już Ignatiusem, również inny kapłan, który w oczekiwaniu na przemowę przeora czytał jakąś książkę. W końcu Arcymistrz Oktymon wstał i uderzył kilkukrotnie łyżeczką w złoty kielich, by zwrócić na siebie uwagę wszystkich zebranych przy stole. Mówił krótko i zwięźle o tym, że mają zaszczyt gościć Lorda Dominique z Kontynentu i jego towarzyszy, wspomniał również kilkoma słowami o zbliżającej się wojnie i zarządził modlitwę dziękczynną za dary znajdujące się na stole, a gdy usiadł na miejscu, wszyscy rozpoczęli jedzenie.
Pierwsze kilkadziesiąt minut konsumpcji odbywało się w ciszy, nikt nie śmiał się odezwać.
- Jak minęła podróż? - zapytał w końcu Oktymon. To pytanie pozostali uznali za pozwolenie na rozpoczęcie rozmów między sobą.
- Dziękuję, dobrze - odparł zdawkowo Dominique.
- Cieszy mnie to.
Tymczasem obsługujący biesiadników Nowicjusze co i raz spoglądali w stronę gości, co nie umknęło ich uwadze oraz uwadze przeora.
- Wie pan, że pański przyjazd to dla nich wielkie wydarzenie? - odezwał się Oktymon. - Jest pan żywą legendą, a przy okazji królewskim Marszałkiem. To dla wielu z tych prostych ludzi pierwszy kontakt z kimś z królewskiego dworu.
Dominique zamyślił się na chwilę.
- Czy zatem mógłbym z nimi porozmawiać?
Zaskoczony przeor uniósł brwi.
- Chyba źle mnie pan zrozumiał. Spotkanie pana to zaszczyt dla WSZYSTKICH naszych Nowicjuszy. Rozmowa z każdym z nich zajmie panu mnóstwo czasu. Którego podobno panu brakuje - dodał nieco zgryźliwie Oktymon. - Nie mogę się również zgodzić na rozmowę z tą garstką, która nas obsługuje - Mag nie dał rozmówcy dojść do głosu. - Nie chcemy zasiewać ziarna zazdrości w naszych Nowicjuszach.
- No tak, w końcu ich życie musi być skromne i nijakie - rzekł cicho Lord Owen nachylając się ku uchu przyjaciela, po czym upił łyk wina z kielicha.
- Chciałby waszmość coś dodać do naszej rozmowy? Dobrze usłyszałem? - zapytał Oktymon.
- Nie, tak tylko głośno myślę.
- To dobrze - rzekł z fałszywym spokojem przeor. Wyglądał, jakby wahał się coś dodać, ale w końcu powiedział: - Bowiem, doprawdy, ktoś z pańską przeszłością nie powinien się udzielać w towarzystwie. Szlachectwo z nadania jest mniej warte od szlachectwa przyrodzonego.
Lord Owen aż się cały zagotował. Wyglądał, jakby miał zaraz wstać i rzucić na kapłana. Wytykanie mu jego mieszczańskiego pochodzenia działało na niego jak płachta na byka. Lord Dominique i Arcymag Bergolio spojrzeli na siebie porozumiewawczo i kiwnęli głowami. Przewidując zbliżający się wybuch Marszałek wstał i patrząc z góry na przeora, rzekł:
- Wielce dziękujemy za ucztę, jednak byłbym wdzięczny za wydanie mi niezwłocznie artefaktu.
- Och, ależ zostańcie jeszcze. Mieszczańskie nieokrzesanie twego towarzysza wcale nas nie mierzi.
Dominique pozostawał jednak nieustępliwy. Wyciągnął zza pazuchy kawałek papieru i gwałtownie położył go na stole.
- Nakaz wydania mi Świętego Młota od Króla - powiedział stanowczo patrząc przeorowi prosto w oczy.
- Jak sobie życzysz - odparł Oktymon z udawanym spokojem. - Bracie Ignatiusie, proszę zaprowadzić naszych gości do klasztornych podziemi.
Wspomniany Mag Ognia wstał i skinął głową na Lorda i jego towarzyszy. Cała czwórka opuściła refektarz i udała się do piwnic. Pozostali biesiadnicy uspokojeni przez przeora kontynuowali jedzenie. Tymczasem Ignatius nadzwyczaj prędko zaprowadził gości do pomieszczenia, gdzie przechowywany był Święty Młot.
- Pamiętaj, Lordzie, że jest to broń o potężnej mocy, która jednak szybko może zostać wyczerpana. Dlatego używaj jej z rozwagą! - ostrzegł Ignatius.
- Taki miałem zamiar - odparł zdawkowo Dominique.
- Nakazałem sporządzić notatkę, zawierającą wszystkie uwagi o tej broni. Proszę - rzekł Mag, wyciągając z rękawa kawałek pergaminu, po czym wręczył go Marszałkowi. - Proszę również nie gniewać się na Jego Eminencję, ma on różne humory, ale w gruncie rzeczy to dobry, żarliwy wyznawca Innosa.
Dominique przyjął kartkę, po czym spojrzał na Ignatiusa uważnie.
- Po prostu nie chcę zostać w tym klasztorze już ani chwili dłużej.
Ignatius kiwnął głową i zaprowadził gości z powrotem na powierzchnię. Lorda irytowało to, że starzec znów poruszał się powoli, bowiem zamierzał prędko opuścić klasztor, odbić od brzegu i wreszcie zająć się kampanią wojenną. Nie przepadał za Khorinis i dlatego rzadko tu bywał. O arogancji przeora tutejszego klasztoru słyszał już od Arcymistrza Oprina, nadwornego Maga Króla Rhobara, jednak nie wiedział, czy to w rzeczywistości prawda. Mało tego, że teraz się o tym przekonał, uważał ponadto, że pozostali kapłani z Khorinis są równie zarozumiali i zadufani w sobie, jak ich przeor. Czas było więc jak najprędzej zakończyć tę wizytę.
Lorda czekała jednak przykra niespodzianka, bowiem przy wyjściu z klasztoru stał Oktymon w towarzystwie innego Maga. Dominique dostrzegł w nim tamtego kapłana poświęconego czytaniu książki przy stole. Zmarszczył brwi i podszedł do przeora.
- Zanim odejdziecie, chciałbym wyrazić jak wielkim zaszczytem było gościć was w naszych skromnych progach - obłuda była niemal niewyczuwalna, choć oczywiste było, że Oktymon nie mówił szczerze. - Na znak tego, jak bardzo chcemy się przyczynić do powodzenia waszej misji, ofiarujemy tobie jednego z naszych Magów do pomocy - skinął głową na towarzyszącego mu kapłana. - To brat Xardas, na pewno będzie wam pomocny.
- Dziękuję, nie będzie mi potrzebny - odparł Dominique, ledwie się powstrzymując, by zacisnąć zęby.
- Niech pan to potraktuje jako zadośćuczynienie za scysję. Cokolwiek pana do nas zraziło, niech brat Xardas wam to wynagrodzi. Jest to wybitny i wszechstronny Mag, posłuży wam radą, pomocą i umiejętnościami.
Lord spojrzał na Bergolio. Nie był w stanie nic odczytać z jego twarzy, tyle tam było sprzeczności. Skierował wzrok na Owena. Ten był równie zmieszany. Musiał zatem sam podjąć decyzję.
- Dobrze - zwrócił się do Oktymona. - Mistrzu Xardasie, na czas kampanii wojennej podlegasz Arcymagowi Bergolio i do niego kieruj wszystkie pytania. Ja już stąd idę. Niech Innos będzie z wami - skinął niechętnie w stronę przeora. Postanowił jednak na odchodne obdarzyć Magów Ognia z klasztoru na Khorinis tym błogosławieństwem.

Po miesiącu treningów, wojownicy wykształceni na Magnorii, byli już gotowi, by ruszyć na front. Moren w tym czasie podszkolił się w walce bronią jednoręczną i poznał kilku ludzi, którym zaufał. Najbardziej zaprzyjaźnił się ze Zhongiem, chłopakiem na oko w jego wieku, zawsze pogodnym i uśmiechniętym, przyciągającym swoją osobowością, choć pewnie nieco odpychającym wyglądem. Zhong był bowiem nieco wyrośniętym szatynem z odstającymi uszami, niebieskimi oczami, nad którymi znajdowały się krzaczaste brwi oraz licznymi śladami po odbytej w dzieciństwie ospie. Poza nim byli też sprytny Gilgoren, blondyn z łobuzerskimi iskierkami w zielonych oczach; świetny we władaniu bronią dwuręczną czarnowłosy Kelitith i silny Waridius. Byli to ludzie, z którymi spotykał się niemal codziennie, wszyscy tak jak on byli rekrutami. Ale z widzenia, czy też pojedynczych rozmów poznał także żołnierzy z wyższych szczebli. Między innymi gwardzistów królewskich Canogiego i Nailora oraz poruczników Cubarnona, Thardena i Lee. Z miejscowych polubił Nowicjusza przy kaplicy Eberiusa, rycerza Pavlosa i starego myśliwego Nidorasa.
Tenże właśnie Nidoras opowiedział mu i Zhongowi pewnego razu o tym, co kryje głębia wyspy. Bowiem z tego, co słyszeli nikt się tam nie zapuszcza, a dowódcy również im tego zakazali. Myśliwy poczęstował ich historią, że po drugiej stronie tej niewielkiej wyspy dawniej znajdowało się pogańskie miejsce kultu, które później zostało przejęte przez wyznawców Adanosa. Magowie Wody utworzyli tam swoją siedzibę, jednak w wyniku zawieruchy związanej z I Wojną z Orkami, miejsce to opustoszało, a wyspę zajęły wojska królewskie.
Historia opuszczonego klasztoru poruszyła wyobraźnię młodzieńców. Wszyscy zgodnie uznali, że koniecznie muszą się wymknąć z miasta i sprawdzić opustoszałe ruiny. Jednak w dniu, kiedy to zaplanowali Zhongowi i Waridiusowi nagle przełożeni wyznaczyli obowiązki, więc Moren musiał udać się na wyprawę jedynie ze swoimi dwoma kompanami.
Opuszczenie miasta było łatwiejsze niż się spodziewali. Moren, Gilgoren i Kelitith udali się na północ zgodnie ze skradzioną Nidorasowi mapą. Mimo sympatii, jaką wszyscy młodzieńcy darzyli starego myśliwego, byli zmuszeni tymczasowo pożyczyć od niego tę mapę bez jego wiedzy. Nie chcieli by ktokolwiek wiedział o ich eskapadzie.
Według mapy Magnoria była w większości pokryta lasami i jedynie południowo-zachodnie wybrzeże było zamieszkane przez ludzi. Północna i wschodnia krawędź wyspy były natomiast zakończone pasem górskim. U podnóży tych gór znajdowały się ruiny dawnej siedziby Magów Wody. Dzięki oznaczonym przez myśliwego szlakom, a także sporej dozie szczęścia udało im się nie zgubić w kniei i dotrzeć na miejsce. Na szczęście nie musieli się potykać z żadną zwierzyną. Nie spodziewali się jednak, tego co ujrzeli. Zamiast jakichś imponujących, mimo upływu czasu, i przerażających budowli zastali jeden prosty budynek nieodgrodzony od reszty lasu nawet zwykłym płotem.
- Panowie, to jakaś lipa chyba - powiedział Gilgoren.
- Poczekajcie! Tam się tli jakieś światło! - zawołał Kelitith.
Gdy podeszli bliżej budynku, dostrzegli wewnątrz niebieską poświatę. Kelitith położył dłoń na rękojeści miecza i wszedł ostrożnie do środka. Pozostali ruszyli za nim. Rzeczywiście, wewnątrz znajdowały się świecące na niebiesko kryształy.
- Moren, zgaś pochodnię - powiedział idący przodem Kelitith. - Tam jest tego więcej.
Mężczyźni szli dalej, a im głębiej, tym więcej światła. Jednak widać było również, jak dawno to miejsce nie było zamieszkałe. W kolejnych odwiedzanych przez rekrutów salach panował lekki bałagan. Poprzewracane stojaki na świecące kryształy, zniszczone szafki, kufry, łóżka... Zastanawiające było jednak to, że nie było tam nic do splądrowania. Rekruci byliby w stanie zaryzykować nawet stwierdzenie, że niegdyś odbyła się tu jakaś walka, ale brakowało rozłożonych zwłok.
- Chodźcie tutaj! - zawołał nagle z głębi Gilgoren.
Moren i Kelitith pobiegli za głosem kolegi i dotarli do okrągłej sali oświetlonej tym razem zarówno niebieskimi jak i czerwonymi kryształami. Na jej końcu znajdował się ołtarz a za nim wbudowana w skałę kamienna szafka, której drzwi były uchylone. Morena zainteresował jednak leżący na podłodze na uboczu pierścień. Podniósł przedmiot i obejrzał go. Pierścień z akwamarynem bardzo spodobał się młodzieńcowi. Tymczasem Kelitith zajrzał do szafki przy ołtarzu. Wyciągnął stamtąd magiczny amulet z pięknie zdobionym medalionem. Wokół artefaktu unosiła się fioletowa poświata, taka jaka panowała w pomieszczeniu. Gilgoren natomiast zaglądał do szafek po bokach sali.
- Ech, dupa... Same sakralne pierdoły. A wy co tam macie?
- A patrz jaki ładny pierścień tutaj, ot tak, na podłodze leżał - pochwalił się Moren eksponując przedmiot.
- O, ten niebieski kamień... Cholera, mój wujek opowiadał mi kiedyś, że jest on jakiś związany z Magami Wody, czy coś... Nie wiem, nie zapamiętałem, bo wiesz jak nudzą mnie te religijne dyrdymały.
- To by się zgadzało, w końcu jesteśmy w świątyni Magów Wody. A ty, Kelitith? Znalazłeś coś?
- Nie, nic - odparł szybko mężczyzna pośpiesznie chowając amulet do kieszeni. Pozostali tego nie zauważyli. - Wracajmy już, bo pewnie niedługo zacznie świtać.
Rekrutom udało się wrócić do miasta przed świtem, a nikt nie dowiedział się o ich małej eskapadzie.
Po miesiącu żołnierze z samego rana zaczęli się przygotowywać do opuszczenia wyspy. Do portu Magnorii zawinęły aż dwa okręty wojenne. Na ich pokładach wojownicy mieli dotrzeć na wyspę Savant znajdującą się pomiędzy Kontynentem a Wyspami Południowymi, gdzie został zorganizowany główny punkt wojsk myrtańskich.
RPG
Mika 123 jest teraz online  
Góra Odpisz z cytowaniem