Wątek: Cena marzeń
Wyświetl Pojedyńczy Post
Nieprzeczytane 28-10-05, 07:11   #3
SuD
Chrząszcz
 
Zarejestrowany: październik 2005
Posty: 2
Domyślnie

dalsza część. nie ostatnia :P nie zrezygnowalem z ___ bo nadal nie umiem rozwiazac problemu akapitów



***

_____Słońce wychyliło już się całkiem zza horyzontu. Resztki poszarpanej przez promienie słoneczne mgły wtuliły się w leśne runo; ściółka pokryła się kropelkami jej krwi- rosa obsypała morzem pereł każdą kępę trawy czy innego leśnego ziela. Las przebudził się z nocnego snu, czemu dawał dowód głośnym śpiewem swoich mieszkańców – wszystkie owady i ptaki mieniły się w słońcu przechodzącym przez gęste korony drzew, czerpiąc radośnie z jego ciepła po długiej nocy i po chłodnym brzasku. W powietrzu unosił się- łamiąc zwykłe zwyczaje poranka- zapach palonego mięsa .
_____Ognisko przygasało, trzy orki siedząc wokół niego odpoczywały po skromnej lecz ciepłej strawie.
- No, Tepit.- rzekł Ktoh-ahr.- Mam dla ciebie zadanie.
_____Młodzian spojrzał na wojaka. Nie spodziewał się iż Ktoh, który wcześniej nie wykazał nawet chęci patrzenia na niego podczas rozmowy, da mu jakąś misję do spełnienia. Pomyślał, że starszy ork mimo kpin i gorzkich słów, których nie szczędził, musiał mu zaufać. Postanowił więc w tej chwili, że jak trudne nie byłoby powierzone mu zadanie, to wykona je możliwie jak najszybciej.
- Tak więc, młody ith’u.- kontynuował wojak. – Przejdziesz się teraz, tu- wokół miejsca naszego spoczynku i poszukasz gościa, który ma nas odwiedzić.
_____Tepit poczuł w tej chwili napięcie, które zwykłe ogarniać mięsnie wojownika tuż przed walką. Przypomniały mu się pojedynki z innymi uczniakami z obozu szkoleniowego. A że nie czuł się tchórzem, więc uczucie drgających z naprężenia muskułów wydało mu się przyjemnym.
- Pamiętaj jednak, aby nie zbliżać się do naszego obozowiska na bliżej jak tysiąc kroków.
- Dobrze.- odparł podenerwowany. – Na chwałę Golbarkk’owi-suutag wypełnię powierzoną mi misję. Przyprowadzę tu gościa, którego oczekujecie. Nie przyniosę wam wstydu!
- Nam, na pewno nie- odpowiedział chłodno Ktoh; jego twarz przybrała swój zwykły, kpiący wyraz. – Ale swemu Golbrakk’owi czynisz swój zaszczyt.
_____Młody ork pomyślał, że powiedział za dużo- na zbytnią śmiałość pozwolił sobie wobec potężnego wojownika, którego same blizny świadczyły o długich latach spędzonych na wojnie. Nie odpowiadając nic wstał, upewnił się czy cięciwa od łuku jest odpowiednio napięta i odszedł w przypadkowym kierunku. Uszedł kilkanaście kroków, gdy zdał sobie sprawę, że nie wyznaczono mu miejsca, w którym miał owego gościa- swój cel misji- spotkać. Chciał się zawrócić, by zapytać o drogę, jednak zawahał się- duma nie pozwoliła mu na to. Postanowił więc zataczać coraz większe kręgi wokół obozowiska; miał nadzieję, że sposób ten da -prędzej czy później- pożądany skutek.
_____Las zdawał się nie zwracać uwagi na orka. Wszystkie stworzenia przygotowywały się do najbardziej pracowitej pory roku. Ptaki szukały –wysoko, na pokrytych zielonym mchem drzewach- swoich przyszłych kochanków; wszelkiej rasy samce śpiewały różną melodią, tworząc razem, niezapomnianą wiosenną pieśń , a samiczki przysłuchiwały się jej, z większą uwagą i czcią z jaką robią to wszelkiego gatunku „ludzie”. Natura była piękna tego poranka. Nawet chmary owadów, migoczące żwawo w promieniach złotego słońca, -tak uciążliwe wieczorem dla każdego śpiącego w lesie- zdawały się teraz niezbędne, aby obraz piękna tego świata wydał się pełny. Rosa- znak ostatniego pocałunku, jaki daje mgła na pożegnanie wszystkim lubym kwiatom- znikła już dawno, toteż sucha ściółka leśna szeleściła cicho pod stopami Tepit’a.
_____Wtem ork usłyszał, że szelest robi także ktoś inny. Przystanął by nasłuchać skąd ów dźwięk nadchodzi. Wydawało mu się iż właściciel stóp, które burzą leśne runo, musi być, gdzieś kilkanaście kroków przed nim. Wytężył wzrok i skradając się, podszedł bliżej. Dopiero po chwili zauważył wśród suchych i poskręcanych pnączy chruśniaka, brunatną sylwetkę dużego zwierzęcia. Zaraz obok większego kręciło się mniejsze. Była to niedźwiadek z matką.
Ork sięgnął odruchowo po łuk, robiąc przy tym jednak wystarczająco dużo hałasu by zwrócić na siebie uwagę.
_____Miłość matki jest niezmierzona, a zwiększa się jeszcze pod wpływem strachu o dziecko.
_____Tepit-ith, choć pokrzepiony przerażeniem, zdążył tylko trafić strzałą z łuku w lewy bok bestii, zanim ciężki, przynoszący ciemność cios, powalił go na ziemię. Krzyknął.


_____Promyk słońca, tańczący po twarzy Soputh’a, nie dawał mu zasnąć. Ten jednak nie myślał zmieniać pozycji- było mu zbyt wygodnie. Jego niespokojną acz przyjemna drzemkę przerwał, stłumiony szelestem lasu, głuchy krzyk.
- No! – otworzył lewe oko ork. – Myślisz, że już go znalazł?
- Najwyraźniej- odpowiedział spokojnie Ktoh-ahr. – Chyba nie krzyczałby tak na wiatr…
- Zrobiłeś to celowo! Prawda mój druhu?
- Co takiego? – zdziwił się.
- Kazałeś mu przyrządzić strawę tu, gdzie żeśmy się rozłożyli. A nawet durni ludzie wiedzą, że w lesie nie żre się tam gdzie się śpi. To wabi głodne zwierzęta.
- No, ale on nie wiedział- stwierdził mniejszy ork, a na jego twarzy pojawił się typowy dla takich sytuacji uśmieszek.
- Może podejść tam? – podniósł głowę grubas. – Nie krzyczy się tak bez powodu.
- Soputh, czy to już nadeszły twoje lata, że tak dziadziejesz? Miękniesz z wiekiem mój przyjacielu.
- Bah- oburzył się. – Zobaczysz, jaki ze mnie dziad jak spotkamy ludzi! Zresztą nie jestem starszy od ciebie.
_____Koth-ahr uśmiechnął się, lecz bez śladu ironii.
- Soputh-ahr, wielki wojowniku, nie martw się o tego młokosa Jeżeli miałby nie wrócić, znakiem by to było, że nie stała się wielka szkoda rasie orków.- zaśmiał się.
- To przecież tylko ith- zwiadowca. Żółtodziób do tego. Nie pamiętasz, gdy sam zwałeś się jeszcze Ktoh-ith?
-Ale czy ja byłem taki strachliwy jak ten dzieciak? Towarzyszu broni.
- Przyjacielu- rzekł teraz poważniej gruby ork.- Obaj tacy byliśmy.



_____Obudził się. Wokół jego głowy panowała cisza. Leżał na brązowej ściółce. Zaraz przed swoim nosem zauważył, na źdźble trawy, małego czarnego robaczka. Nie mógł rozpoznać jego gatunku- nie widział go wyraźnie. Wytężył wzrok, ale mgiełka, zamazująca kontury świata, nie chciała zniknąć. Bardzo chciał zobaczyć jakie stworzonko wita go, machając żywo czułkami lecz znów spowiła go ciemność. Był śpiący. Postanowił jednak wstać. I choć zmuszał całe swoje ciało do najmniejszego ruchu, kończyny jego wydawały się być martwe lub jakby wcale ich nie było. Otworzył ponownie oczy. Zdecydował, że skupi swój wzrok na jednym punkcie- na owym robaczku; miał nadzieję, że to pozwoli mu poznać jego kształt lepiej. Doszło do jego świadomości nagle, że coś szarpie go za plecy- miota nim całym prawie. Poczuł jakby krew spłynęła mu do ramion, a potem do nóg. Spojrzał jeszcze raz na istotkę spacerującą po trawce. Była to mrówka.
_____Błogi sen, kończy się, gdy świadomość przypomina nam o istnieniu obrzydliwej rzeczywistości.
_____Tepit poczuł nagły skurcz w sercu; ogarnął go strach; przeszedł go dreszcz jakby kosmaty pająk przebiegł po plecach. Znów coś z wielka siłą miotało jego ciałem- był to rozwścieczony niedźwiedź usiłujący zerwać z niego skórzany kaftan. Oczy, miał ork, niemal całkiem białe- jego umysł opanowała trwoga. Złapał się z całych sił kępy zielska, by pomóc sobie wstać, a czubki stóp wbił w miękka ziemię. Niedźwiedzica, poczuwszy opór , machnęła mocno łbem- młokos wylądował dwa kroki dalej, ryjąc głęboko ściółkę. Obrócił się jednak szybko i wstał. Zdążył wyciągnąć nóż z pochwy przywiązanej do pasa, gdy kły ogromnego zwierza zatopiły się w jego policzkach. Nie poczuł nawet bólu; nie słyszał ryku bestii, świat wydał się znów głuchy i czarny. Olbrzym powalił go na ziemię, nie wypuszczając jednak jego głowy ze swej paszczy. Ork poczuł ciepłe powietrze, wylatujące z wilgotnych nozdrzy niedźwiedzia. Napastnik przygniótł swoja ofiarę wielkim cielskiem. Sapał coraz wolniej, jakby uspokajając się. Dłoń Tepita oblało lepkie ciepło. Drapieżnik zapadł w sen. Młodzik leżał, nie mogąc się ruszyć, jeszcze chwilę zanim do jego uszu doszedł drażniący, chrapliwy dźwięk. Długi czas minął zanim rozpoznał w tym wyciu, płacz małego dziecka, które ryczy, gdy otrze sobie kolano. Był to mały niedźwiadek. Ith nabrawszy trochę sił wygramolił się spod martwego zwierzęcia. Ujrzał wtedy swoja prawą rękę: była- po łokieć- jasnoczerwona od krwi .Popatrzył na trupa i wyciągnął z jego szyi swój długi nóż.
Miś nie przerywał swojego lamentu. Milczały ptaki; milczał las, nasłuchując płaczu dziecka wołającego swojej matki.

***
RPG
SuD jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem