Wyświetl Pojedyńczy Post
Nieprzeczytane 04-03-09, 09:54   #1
Smutas
Berserker
 
Smutas awatar
 
Zarejestrowany: grudzień 2005
Skąd: kraina barbarzyńców
Posty: 13 004
Domyślnie I Miejsce w Konkursie na świąteczne opowiadanie

Świąteczny prezent

Wielki Mistrz Ognia miał urlop. To znaczy nie tyle urlop, co postanowił na kilka tygodni udać się w podróż i to nie związaną z prowadzeniem polityki zakonu ani niczym podobnym. Po prostu miał zamiar zając się jednym ze swoich hobby jakim było zbieranie starych legend. Akurat była ku temu okazja bo trwała zima i w Stolicy nic się nie działo a jeszcze jesienią jeden z odwiedzających zakon kupców opowiadał o odkrytej przez siebie osadzie daleko na północy w górach Nordmaru. Z wdzięczności za kilka zwojów z zaklęciami zostawił mapę oraz wskazówki jak tam trafić.
Wielki Mistrz pomyślał, że to wspaniała okazja poznać kilka nikomu dotąd nieznanych legend, które na pewno opowiadają sobie mieszkańcy odkrytej osady. Wydał odpowiednie dyspozycje i ogłosił że wyrusza w prywatna podróż. Mistrz Ognia ostro protestował.
- Mistrzu, nie możesz jechać sam. Przecież jest zima. –
- W Nordmarze zawsze jest zima. –
- Ale to może być niebezpieczne. –
- Uważasz że cokolwiek jest w stanie zagrozić Wielkiemu Mistrzowi Ognia? – zapytał z przekąsem.
Po długiej dyskusji jednak w końcu ustąpił i oświadczył że zgodzi się na jednego człowieka eskorty.
- Kogo proponujesz? – zapytał.
- Któregoś z najwyższych stopniem członków zakonu? – Mistrz Ognia rozwinął pergamin z listą najznamienitszych Królewiczów.
Przez chwilę razem studiowali wykaz.
- Może ten? – Mistrz Ognia wskazał palcem.-
- Nie. Ten też nie. I ten odpada. Sam zobacz. Żaden z nich nie pochodzi z północy. Wyjdzie na to, że on mną, ale ja nim będę musiał się opiekować. – Wielki Mistrz Ognia zaśmiał się. – Ale pomoc mi oferujesz! Mam zabrać ze sobą kogoś, kto nie ma doświadczenia w takich wyprawach. Niezły pomysł. – Śmiał się jeszcze przez chwilę.
- Zaraz, zaraz… - Mistrz Ognia nie rezygnował tak łatwo. – Chyba kogoś mam… -
- Tak? A któż to taki? –
- Smutas. –
- Faktycznie, on pochodzi z dalekiej północy. Nordmar to dla niego kaszka z mlekiem. –
- Tylko że straszny brutal z tego barbarzyńcy . – zasępił się Mistrz Ognia.
- I dlatego może być ciekawie. - Odparł WMO. – On będzie mi towarzyszył. – postanowił.
***
Byli w drodze od kilku dni. Wielki Mistrz Ognia jakby odmłodniał. Świeże powietrze i piękne górskie widoki podziałały na niego jak magiczny eliksir. Smutas tez był zadowolony. W końcu udało mu się wyrwać z dusznej Stolicy na kolejną wyprawę. Trochę tylko burczał, że nudno. Faktycznie, podróżowali spokojnie nie atakowani przez żadne dzikie zwierzę czy też jakiegoś beliarowca.
Pogoda była piękna. Na błękitnym niebie ani jednej chmurki. Wędrowali zasypana śniegiem dolina pomiędzy dwoma wysokimi górami. Droga ich wiodła coraz wyżej i wyżej w stronę zwężającego się wyjścia z doliny. Smutas uważnie się rozglądał dookoła.
- Czego szukasz? – zaciekawił się WMO.
- Jakiegoś górskiego trola. – odparł Smutas. – One lubią zamieszkiwać takie doliny, bo łatwo w nich polować. Ofiara może uciekać tylko w jedna stronę. A one są szybkie. –
- O! Górski trol? Jeszcze takiego nie widziałem. Ale mam tu kilka zwojów z czarami, specjalnie na taka okazję. –
Po chwili Smutas odezwał się dziwnym głosem.
- Musimy przyśpieszyć kroku i jak najszybciej wyjść z tej doliny. –
- Co? Trol? – zaciekawił się WMO.
- Nie trol. Śnieżna burza. – odparł Smutas.
- Burza? Jesteś pewien? – WMO spojrzał na bezchmurne niebo.
- W górach pogoda szybko się zmienia. Wolę być w czasie zamieci gdzieś indziej niż tutaj. Jak z któregoś zboczy zejdzie lawina, to będzie niewesoło. – Smutas wskazał ręką na śnieżne nawisy po obu stronach zwężającej się doliny.
Przyśpieszyli kroku. Jednak nie poruszali się zbyt szybko, bo śnieg był głęboki i szli coraz bardziej pod górę. Nie uszli nawet dwustu kroków gdy niebo zachmurzyło się i zaczął wiać silny wiatr niosąc ze sobą ostre kryształy padającego śniegu. Robiło się coraz ciemniej.
- Cholera, nie zdążymy – Smutas zatrzymał się. – Musimy jak najszybciej zakopać się w śniegu i przeczekać. –
Berserker rzucił się na kolana i trzymając oburącz swoją tarczę zaczął ryć w śniegu. Po kilku minutach udało mu się wydrążyć całkiem spory tunel. Obaj wcisnęli się do środka i przykucnęli przyciśnięci do siebie. Smutas zasłonił tarczą wyjście, które prawie natychmiast zasypał padający śnieg. Siedzieli w ciszy po ciemku.
- Długo to potrwa? – zapytał WMO.
- Nie wiadomo. Jak do jutra burza nie ustąpi, to będziemy musieli przedzierać się mimo wszystko dalej. – odparł Smutas.
Siedzieli dalej w zimnie i mroku nadsłuchując przytłumionych warstwą śniegu odgłosów burzy. Mistrzowi zdawało się, że robi się coraz ciszej gdy nagle ziemia drgnęła i do jego uszu dobiegł dziwny turkoczący łoskot.
- Co się dzieje? – zapytał.
- Trzymaj się! To idzie lawina! Mam nadzieję, że zakopaliśmy się wystarczająco głęboko! – odpowiedział Smutas.
Łoskot narastał. Nagle strop jamy, w której siedzieli opadł im gwałtownie na głowy wciskając ich w śnieg. WMO stracił przytomność. Smutas przez chwilę próbował się poruszyć ale też zemdlał. Zrobiło się cicho, zimno i ciemno…
***
Wielki Mistrz Ognia poczuł ciepło. Było mu błogo i dobrze.
- Ciepło? – pomyślał zdziwiony. – Czyżby hipotermia? Trzeba by jakieś zaklęcie… -
Jego jaźń ponownie odpłynęła w mrok. Zasnął.
Obudził się i przypomniawszy sobie co się stało od razu otworzył oczy. Leżał w wielkim łożu pośrodku niewysokiej komnaty. Przez chwilę patrzył w stropowe belki a potem, gdy opuścił wzrok zauważył siedzącego przy łóżku starca, który uważnie mu się przyglądał.
- Obudziliście się, panie, to dobrze. – odezwał się siwowłosy starzec.
- Gdzie jestem? Gdzie jest Smutas? – zapytał WMO.
- W Wysokim Siole. To nasza osada. – odparł starzec. – Smutas, panie? Pytacie o waszego towarzysza? Nic mu nie jest. Łazi gdzieś po wsi. –
- Co się stało? –
- Lawina was zasypała i ogłuszyło was. Gdybyście tak głęboko się nie zakopali, byście zginęli. Ten Smutas, co wam towarzyszył próbował się wykopać, ale lawina była ze śniegu i kamieni i was całkiem zasypała. Dopiero posiłki wysłane z osady was odnalazły i tu przyniosły. –
- Dziękuję wam za pomoc. –
- Nie ma za co. To nasza powinność. My od lat obserwujemy wszystkie drogi jakie do nas prowadzą i zawsze pomagamy wędrowcom. To nasz obowiązek i tradycja. – odparł starzec. – Śpijcie teraz i nabierajcie sił. Porozmawiamy rano. –
Rankiem następnego dnia Mistrz zjadł śniadanie, które przyniosła mu milcząca niewiasta. Potem wstał, narzucił na siebie płaszcz i wyszedł z izby na dwór. Pogoda była ładna, niebo błękitne. WMO stał i rozglądał się po okolicy. Osada leżała na niewielkim wzgórzu znajdującym się pośrodku sporej kotliny otoczonej zewsząd wysokimi górami. Wszystko było przykryte śniegiem. Kilkoro dzieci ze śmiechem uciekło na jego widok.
- Wstaliście, panie? – usłyszał za sobą.
Odwrócił się i zobaczył starca, którego wcześniej widział u wezgłowia łoża.
- Tak. Nic mi nie jest. Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Wiecie kokoście uratowali? – zapytał.
Starzec popatrzał na niego zdziwionym wzrokiem.
- Was, panie? – odparł.
- No tak… Ale nie wiecie kim jestem. –
- No nie… Dla nas jesteście po prostu wędrowcem w potrzebie. –
- Jestem Wilekim Mistrzem Ognia Zakonu Innosa. I potrafię się odwdzięczyć za okazaną pomoc. – Ku zaskoczeniu WMO jego słowa nie zrobiły żadnego wrażenia na starcu. Zupełnie jakby ten nigdy nie słyszał o magach ognia.
- Eeee… Jesteście magiem, panie? – zapytał starzec.
- Tak. Jestem przywódcą Magów Ognia. –
- Magów Ognia? My ty nigdy żadnych magów nie mieliśmy. Cóż was zatem do nas sprowadza? Czasem jakiś kupiec do nas trafi, ale mag? Jeszcze żaden nigdy tu nie dotarł. –
- Zbieram różne dawno zapomniane legendy. Gdy usłyszałem o waszej odciętej od świata osadzie pomyślałem, że na pewno znacie jakieś opowieści, które na nizinach dawno temu zapomniano. Dobrze wam zapłacę za ich opowiedzenie, a potem wyruszę w drogę powrotną razem z moim towarszem. –
- Ha! Za opowieści nic się u nas nie płaci, panie. Jak chcecie wysłuchać naszych legend to czasu będzie dość. Przed świętami nie odejdziecie. –
- Przed świętami? – zapytał WMO. O ile sobie przypominał, to teraz żadnych świąt nie było. Najbliższe to dopiero na wiosnę. – A czemuż to nie możemy wcześniej odejść? –
- Lawina całkiem wyjście z doliny zasypała. Minie kilka dni zanim nasze trole je odkopią. –
- Wasze trole? – zapytał zaskoczony mag.
- No, nasze… Od wieków je hodujemy. My o nie dbamy a one nam pomagają. W końcu to trole was odkopały i przyniosły tutaj. – wyjaśnił starzec. Nasze śnieżne trole są oswojone i nikomu same krzywdy nie zrobią. Chodźcie do karczmy. Ogrzejemy się przy ogniu i posłuchacie naszych opowieści. –
***
Już kilka dni Wielki Mistrz Ognia wysłuchiwał opowieści starszyzny osady. Większość znał, ale kilka było całkiem nowych. Na przykład ta, która opowiadała o tym jak po raz pierwszy oswojono śnieżne trole. Mag notował usłyszane opowieści a Smutas włóczył się po osadzie i okolicy. Szczególnie interesowało berserkera to jak tutejsi ludzie oswajają groźne trole.
Po południu przyszedł do karczmy i usiadł koło Mistrza.
- Ci ludzie coś ukrywają. Nie podoba mi się to. – powiedział.
- O co ci chodzi? Oni uratowali nam Zycie. O co ich podejrzewasz? –
- W sumie to o nic konkretnego. Ale są dziwni, bo ślepców udają. –
- Ślepców? Nie rozumiem. –
- Od kilku dni łażę po okolicy. Tę dolinę, tam dalej na północy przecina w poprzek uskok, w którym jest zamarznięte jezioro. A dalej za nim, jakieś dwa dni drogi dalej widać na szczycie góry kamienną budowlę. Gdy ich pytałem co to jest to udają durni. Niby patrz…ą w tamtą stronę, ale każdy mówi, że nic nie widzi. Kłamią. –
- Hmmm…. Nic nie rób. Postaram się coś od nich dowiedzieć. – odparł WMO.
Zaciekawiło go to co usłyszał od Smutasa i postanowił delikatnie wybadać starszyznę w tej kwestii. Okazja nadarzyła się jeszcze wieczorem tego samego dnia. Jak zwykle, spotkał się z nimi w karczmie, gdzie raczyli go swoimi opowieściami. Mag zaczął spotkanie od pytania.
- Mówiliście mi, że zbliża się jakieś święto. Możecie mi o nim opowiedzieć? W dolinach nie słyszeliśmy o nim. –
- To taki nasz lokalny obyczaj. – odparł jeden ze starców. – Nazywamy je po prostu świętem. Zawsze obchodzimy je w środku zimy. –
- A jak ono powstało i na czym polega? –
- To stara historia z czasów, gdy powstała nasza osada. –
- Rad bym jej wysłuchać. –
Starzec usiadł wygodniej na ławie i sięgną po kufel z piwem.
- No to wam ją opowiem. Było to prawie trzysta lat temu. Nasze plemię mieszkało daleko stąd, bliżej nizin. Wybuchła wtedy wielka wojna z orkami i ich zagony dotarły aż do Nordmaru. Nasi przodkowie uciekli w góry przed pogromem. Wędrowali przez wiele dni uciekając wciąż w górę i w górę, aż dotarli do tej doliny. Gdy zobaczyli jak tu pięknie postanowili osiąść tu na stałe. Przed zimą zdążyli pobudować domostwa. W samym środku zimy z okolicznych stoków zeszły wielkie lawiny. Gdy rankiem nasi przodkowie wyszli z domów i udali się na łowy znaleźli w śniegu ślady świadczące o tym, że kogoś zasypało. Były to strzępy ubrań i pakunków. Zaczęli kopać w śniegu i odkopali dobrego ducha, którego śnieg zasypał. Przynieśli go do osady i zaopiekowali się nim. Uratowali mu życie. Gdy duch odzyskał zdrowie podziękował nam i powiedział, że na pamiątkę tego zdarzenia będzie w wigilię tego dnia przynosił nam podarki. I od tamtej pory istnieje to nasze święto. Nikt wtedy nie wychodzi z domów, co by dobrego ducha nie niepokoić. Siedzimy i ucztujemy, śpiewamy i weselimy się. A rankiem, przy łóżku każdego z nas znajdujemy jakiś drobny podarek. A to nowy nóż, ciepłe rękawice albo cos podobnego. I tak już od prawie trzystu lat. Sami zobaczycie, bo to będzie jutrzejszej nocy. –
- Dobry duch? A któż to taki był? Człowiek? Ork? – dopytywał mag.
- Tego nie wiemy. Nasi przodkowie nam to przekazali, aby nie dociekać kto to był. Mamy z domów nie wychodzić i czekać na prezenty. Taka tradycja. –
- A ten dobry duch pewnikiem mieszka w tej budowli na północy? – zapytał mag.
Starzec się zmieszał.
- Jakiej budowli, panie? O czym wy mówicie? –
- O niczym, o niczym… Tak sobie zapytałem. Nie chcecie mówić, to nie mówcie. Potrafię uszanować wasze tajemnice. –
Rankiem następnego dnia Mistrz wziął Smutasa na stronę i opowiedział mu to co usłyszał.
- Chyba nawet wiem o co tu chodzi. –
- Tak? – zaciekawił się Smutas.
- Zdarza się, że niektórzy magowie żyją w pustelniach z dala od ludzi i trosk z nimi związanych. Pewnikiem przed wiekami któryś z nich zbudował sobie w tej kotlinie swoją samotnię, tę, którą widziałeś. I pewnej zimy zginąłby pod lawiną, gdyby nie uratowali go przybyli tu ludzie. A jak to mag samotnik, miał swoje dziwactwa, toteż pewnie podziękował im na swój sposób. Pewnie w nocy, w rocznicę całego zdarzenia przynosił tym ludziom potajemnie podarki. Trwało to pewnie przez całe lata, zanim umarł i w ten sposób powstała ta cała tradycja. Dam sobie głowę uciąć, że teraz to oni sami wręczają sobie te prezenty udając, że dalej czuwa nad mini dobry duch. Zatem nie dociekajmy co to za budowla. Uszanujmy ich obyczaje. –
- No dobrze. Nie będę wypytywał. Alle jedno mnie dziwi. –
- Cóż takiego? –
- Tan zakaz wychodzenia w nocy. Od kilku dni każdy mi powtarza, żeby siedzieć w domu ni na dwór nie wychodzić. Zupełnie jakby się czegoś bali. –
- To pewnie nic takiego. Po prostu jeden z elementów tradycji. Sam wiesz jak niektóre zwyczaje mogą się obcym wydawać dziwne i niezrozumiałe. –
- Faktycznie. Sam z niejednym dziwactwem się spotkałem. Nawet w naszym zakonie. –
- Ciekawe o co ci chodzi? – zapytał WMO.
- Ta bezkrytyczna wiara w decyzje Kapituły… - Smutas nagle się zreflektował widząc wzrok Maga, którym go właśnie obdarzył. – Eeee…. To może ja poszukam czegoś, co moglibyśmy im dać w podarku w jutrzejszą noc? W końcu mamy szanować ich obyczaje. To może ja już sobie pójdę? – Smutas udawał, że nic się nie stało.
Mag uśmiechną się w duchu, ale minę dalej miał groźną.
- Oni tu wszyscy hodują różne zwierzęta. Idź i złap cos żywego. Jakiegoś śnieżnego królika albo lisa? Na pewno dzieciom się spodoba. –
- Już lecę, mistrzu! – zawołał Smutas i już go nie było.
***
Wieczorem w karczmie było gwarno. Spotkała się tu starszyzna i niektórzy bogatsi gospodarze. Ucztowano cała noc. WMO spisał sobie kilka ludowych pieśni, których dotąd nie słyszał. Smutas nie wrócił.
- Pewnie przygruchał sobie jakąś babę. – pomyślał mag wcale tym nie zaniepokojony gdy późną nocą kładł się na spoczynek.
Rankiem obudziły go zaniepokojone głosy dobiegające z głównej izby w karczmie. Gdy do niej wszedł zobaczył starszyznę wioski, które zaniepokojona nad czymś dyskutowała.
- Co się stało? – zapytał.
- Nie wiemy! Jakieś nieszczęście, bo podarków nie było! – odrzekł jeden ze starców.
- Nie rozumiem. Nie zrobiliście sobie w tym roku prezentów? – zdziwił się mag.
- My ich nie robimy. My je dostajemy od naszego dobrego ducha. – usłyszał w odpowiedzi.
- Jak to? Myślałem, że to wy sami dajecie sobie podarki, a na potrzeby dzieci powtarzacie tę starą historię o uratowanym duchu. –
- Ale ona jest prawdziwa. Naprawdę nasi przodkowie uratowali mu życie i od tamtej pory mamy z nim umowę. My tej nocy nie wychodzimy na dwór, a on zostawia przy naszych łóżkach prezenty. Nie chodzimy też do tej budowli po północnej stronie doliny gdzie mieszka. Tak z nim zostało ustalone. –
- Ale to się działo trzysta lat temu! Sami tak mówiliście. –
- I co z tego, że trzysta lat temu? - odparł zdziwiony starzec. - Umowa to umowa, a my dotrzymujemy słowa. –
- Ale kto by przeżył tyle lat? Tylko jakiś potężny mag! – teraz to WMO się zdziwił.
- Może to i mag, ale dla nas jest dobrym duchem. Musiało się coś złego wydarzyć, że w tym roku nie było prezentów! Jakieś nieszczęście! –
Nagle z hukiem otworzyły się drzwi do karczmy i razem ze tumanem śniegu wpadł do środka Smutas.
- Ha! Coście tacy posępni? Mam dla was prezent! – zawołał wesoło. – No, na to wasze święto… - kontynuował już mniej pewnym głosem.
- Prezent? Jaki prezent? – zapytał jeden ze starców nic nie rozumiejąc.
- Złodzieja dla was złapałem! – odparł Smutas dumnie się prostując.
- Złodzieja? Jakiego złodzieja? U nas nie ma złodziei. -
- No, szukałem wczoraj jakiegoś zwierzaka, co by go złapać dla was w prezencie, ale nic nie znalazłem. Wracałem późnym wieczorem do osady i patrzę, a tu od chałupy do chałupy łazi jakiś dziadyga z wypchanym workiem. Podszedłem do niego i chciałem zapytać czy mu nie pomóc, a on na mój widok w nogi! Domyśliłem się, że on korzysta z tego, że tej nocy siedzicie po domach i was okrada! No i rzuciłem się aby go złapać. –
- Co zrobiłeś? – zapytał jeden ze starców ze zgrozą w głosie.
- Przecież mówię, pogoniłem za nim aby go schwytać. – odparł zdziwiony Smutas. – A niby co miałem zrobić? –
- I złapałeś go? – teraz zapytał Smutasa zaniepokojonym głosem WMO.
- Żwawy był, dziadyga! Całą noc się za nim uganiałem. A ten skubaniec nawet zaklęciami próbował się bronić! Dopiero nad ranem go dopadłem, gdy spieprzał przez pole na północ. –
- Coś mu uczynił, nieszczęsny! – zawołał mag.
- No, w sumie to nic. Dostał przez pysk toporem na płask i się wykopyrtną w śnieg aż miło. – odparł zadowolony z siebie berserker. Odwrócił się i sięgną za drzwi.
- O, macie tu jego wór z rzeczami co wam ukradł. – rzekłszy to wrzucił do środka pokaźny tobołek. Wór upadł na podłogę i rozwiązał się. Wysypały się z niego pozawijane ozdobnie w kolorowe tkaniny pakunki.
- A tu macie i samego złodzieja! – Smutas cisnął w ślad za workiem związanego jak baleron grubego starca z długą biała brodą, odzianego w czerwony kubrak. - Oto mój świąteczny prezent! -




Hej, czekam na Wasze opinie.
__________________
Pro Fide, Rege et Lege
Honorowy Użytkownik Forum



Wredny barbarzyńca
User, który ma ZAWSZE rację :-)
RPG
Smutas jest offline  
Góra Odpisz z cytowaniem